W naturze

do blogu

Postanowiłam oderwać się od rzeczywistości. W przerwie między meczami mistrzostw Europy, odizolowałam się od świata na swojej działce rekreacyjnej. Zapowiadano wielkie, znaczy się pierwsze tego roku upały, zatem pobyt w plenerze uznałam za wskazany. Zamiast dusić się w bloku z wielkiej płyty, moje dziecię płci żeńskiej wywiozło mnie pod las do przyczepy campingowej. Rozciągnęłyśmy nad wiatą moskitierę ze starej firanki, rozbiłyśmy namiot plażowy, przyciągnęłyśmy dwie taczki chrustu z lasu na wieczorne ognisko, rozpaliłyśmy grilla, spożyłyśmy posiłek w porze obiadowej i dziecię odjechało.

Temperatura powietrza właśnie zatrzymała się na plus trzydziestu. W lodówce schłodziło się właśnie pierwsze piwo…

W czapeczce z daszkiem i napisem Euro 2004 klapnęłam pod namiotem. Jak mi dobrze, jak mi słodko… Lekki wiatr wieje, drzewa szumią, słońce nie praży, bo za namiotem… pies kopie kolejne nieplanowane dołki. … O, właśnie… Kulka, chodź do mnie, będę pieska czesać…. Tego akurat Kulka nie lubi. Musiałam trochę za nią pobiegać, chwycić, posadzić pod namiotem i wyczesywać gęstą sierść.

Dobrze, załatwione, oddajmy się odpoczynkowi intelektualnemu. Sięgnęłam po trzeci tom „Wojny i pokoju”. Dopiero na starość postanowiłam Tołstoja przeczytać. A skłonił mnie do tego film w reżyserii Sergieja Bondarczuka. Oglądałam go będąc nastolatką i nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, wprost przeciwnie – uznałam za wybitnie nudny. Potem długo, długo tego filmu w TV nie było. Cóż, pozbywając się propagandowej sztuki Związku Radzieckiego, pozbawiliśmy społeczeństwo dostępu do wielu wybitnych dzieł.  Na szczęście kiedyś, w jednej z mniej znanych telewizji, rzekłabym tajnych, film się pojawił. I zachwycił mnie do tego stopnia, że najpierw nagrałam go na kasetę VHS (była powtórka), a potem zainwestowałam w płytę DVD. Wreszcie postanowiłam książkę przeczytać.  Zaszłam do biblioteki na swoim osiedlu. Nie ma, w czytaniu. No to wzięłam Dostojewskiego, też literatura rosyjska. Druga wizyta. Nie ma, w czytaniu. Dobrze, niech będzie jeszcze raz ten Dostojewski. Trzeci raz – to samo, ale już bez Dostojewskiego. Czyżby był tylko jeden egzemplarz „Wojny…” – pytam panią. Tak, jeden, czyli raz po cztery tomy.  Zbliżał się Dzień Matki, więc wysłałam córce linka do aukcji na wiadomym portalu i kazałam, jako prezent kupić. Dziecię było zachwycone moim życzeniem, bo zapłaciło za książkę, w czterech tomach, z przesyłką jedyne 12 zł. 

Właśnie doszłam do tomu trzeciego i roku 1812. Zaczytałam się, zaczytałam i pewnie dalej leżąc pod plażowym namiotem czytałabym delektując się wielką literaturą, gdyby nie pożar. Nie, nie pod namiotem. W Smoleńsku. Tam też dotarł Napoleon …. znaczy się on dotarł wcześniej… ale miejsce to samo. Z całym szacunkiem dla wszystkich, co byli i zostali pod Smoleńskiem, politycy tak mnie do miasta i jego okolic zniechęcili, że sama nie pojadę…

Odechciało mi się czytania. Z lodówki wyjęłam drugie piwo. Może trochę muzyki… włączyłam radio. Jeden przebój, drugi…. a między nimi…nie, żeby to było Euro 1016 nie protestowałabym. W sumie sport lubię. Między przebojami – sprawa referendum w sprawie tego brexit w Wielkiej Brytanii. Opinie, komentarze, raporty, prognozy, sondaże, przepowiednie, wróżenie z fusów….

Zatem pora na ognisko. Pali się! Fajnie! Wszelkie wieczorne owady odgonione! Można kolejne piwo…

A na zakończenie dnia, kiedy niebo pokryło się gwiazdami, a psy we wsi zaczęły szczekać – oczywiście jakiś super lekki filmik. Włączam swego podróżnego laptopa. MacGyver czy „Teoria wielkiego podrywu”? Niech będzie ten pierwszy. Ojej, co się dzieje? Gdzie napisy? Angielskiego przecież nie znam!

Coś się popier… popieprzyło. Trudno, urządzenie ma swoje prawa. Pozostał mi film w wersji polskiej – „Tajemnica Westerplatte” lub „Stawka większa niż śmierć”… No nie… najpierw Napoleon pod Smoleńskiem, potem walka o Unię, teraz polski akcent wojenny… wybrałam wojenną fikcję, czyli Klossa w wersji Kota.  

Po przespanej całkiem nieźle nocy i śniadaniu, zerknęłam do telefonu. Zaniepokoiło mnie jego milczenie. Bateria się wyładowała. No to wklepuję ten pin… zły… zaczynam panikować… jeszcze raz …. zły…. Pozostał mi jedna próba. Zaraz, a może ja po prostu pomyliłam piny? Kiedy ostatni raz włączałam pin w telefonie? Jak on w ogóle jest? W domu w lewej szufladzie po prawej stronie jest zapisany… ale tu nie ma szuflady…  Nie, nie podejmę trzeciej próby… Ruszam na wieś, szukać telefonu, by zawiadomić dziecię płci żeńskiej, że kontaktu ze mną nie ma, niech przyjeżdża, kiedy może i weźmie ze sobą trochę piwa. Telefon znalazłam, a jego właściciel zapytał mnie, co o tym sądzę. O czym? O tym, że Brytyjczycy zadecydowali, że wychodzą z Unii…. nic nie wiem, nic nie sądzę.

Wróciłam pod wiatę. Popatrzyłam na martwy telefon. Na milczące radio. Na Smoleńsk w „Wojnie i pokoju”. Z szafki wyjęłam pistolet typu wiatrówka. Na ogrodzeniu powiesiłam kartkę z tablicą strzelecką. Trzeba doskonalić sztukę strzelania.  

500+ czyli rodzice, dzieci i długi

plac zabaw

Wreszcie padło na mnie. Jak długo można być neutralnym… Wypowiem się dziś na temat programu 500+. Oczywiście jestem za, a nawet przeciw – jak powiedział klasyk.

Zwolennicy programu uważają, że forsa pomoże rodzicom.  Oczywiście, że tak. Czy ktoś z was widział, żeby przypływ gotówki, w wysokości nie przekraczającej miliona, komuś zaszkodził? Ja nie. Gdyby tak powstał program dla emerytów 500+, to wiele osób by wzmocniło swe modły za rządzących, a ile by się nawróciło!

Wraz z programem wspierającym małolaty, powstał program promujący rodzinę jako dobro najwyższe. Nie powiem, reklamy  podobały mi się. Za moich czasów ich nie było… za to rodzina była i nie trzeba było jej promować. Ale nie czepiam się obecnej sytuacji. Jest jak jest. Rodzinę wspierać trzeba. Może właśnie jakiś tatuś (lub mamusia), który porzucił (-a) mamusię (lub tatusia) na rzecz nowszego modelu, pod wpływem bilbordu, opamięta się i wróci, by wspólnie wychowywać maleństwo? Zawsze jakaś szansa jest.

I teraz już przechodzimy do prezentowanych przez media negatywnych skutków programu dla rodziców + powyżej jedno. Głównie chodzi o mamusie.

Otóż takim mamusiom, które forsę na dzieci biorą, nie chce się pracować. Jasne, lenie patentowane i tyle. Bo przecież praca w domu to nie praca, to odpoczynek. Stop. Zaraz zabrnę w inny temat. Chodzi o coś innego. Taka „siedząca” w domu mama wyleci z rynku pracy i zatrudnienia potem nie znajdzie. Chwila, moment… Jeśli na rynku pracy nie ma zatrudnienia dla kobiet 30+ ( bo w taki wieku kobiety wracają do pracy), to chyba coś z tym rynkiem jest nie tak!

Moja mama do pracy wróciła w wieku 40+… ale sorry, to było za komuny…

Ponadto, jeśli rodzic decyduje się na pozostanie z dziećmi w domu, to albo zarabia niewiele, albo ma bardzo dobrze zarabiającego współmałżonka. Oczywiście należy uświadamiać ludzi, że nie pracując, nie będzie emerytury. Ale o tym, to chyba każdy wie… Warto również przyjrzeć  się sprawie owej pracy. Pracujemy, bo chcemy czy musimy? Może by tak ankietę społeczną? Nie trzeba. Kiedy poprzedni rząd wydłużył wiek emerytalny, wybuchła fala protestów. Nie wszystkie dotyczyły spraw finansowych, że niby na emeryturze zabraknie na chleb. Ludzie po prostu wcale nie uważali, że praca uchroni ich od starości, że niby aktywność zawodowa obroni przed Alzheimerem. Może więc ludzie posiadający dzieci też nie chcą pracować, uważając, że ich wychowanie to jednak jest praca? Nie dla każdego praca zawodowa to marzenie życia…

Kolejny argument przeciwko 500+ wypłynął przy okazji truskawek, znaczy się ich zbioru. Okazuje się, że nie ma komu zbierać, bo jeszcze rok temu zbierali je bezrobotni i ubodzy, a teraz naród dostał forsę za dzieci i ani myśli harować.

A teraz już z premedytacją wrócę do czasów komuny. Kto zbierał wtedy owoce? W moim powiecie – młodzież. Gdy tylko kończył się rok szkolny i akademicki, zasuwaliśmy po dwanaście godzin na dobę, z niedzielami i wolnymi sobotami, bo owoc świąt nie uznawał. Czasami nawet trzy tygodnie. A potem, z własną forsą, ruszaliśmy w Polskę! Czasami ktoś sobie coś kupował. Kumpel przez dwa lata zbierał na motocykl i kupił sobie MZ (czytaj emzetkę). Dlaczego teraz młodzież nie zbiera? Rodzice dają na wakacje owe 500+?

Następny punkt programu – jeśli rodzic będzie w domu, nie wyśle dziecka do przedszkola i wtedy maleństwo nie rozwinie się. Trudno mi się z tym pogodzić… Przebywanie w towarzystwie rodzica opóźnia rozwój dziecka… no kochani, tak to brzmi. Tylko fachowcy po pedagogice potrafią rozwijać, inspirować, pobudzać, stymulować… „Takie czasy…” powiedziała mi niedawno kuzynka, która prowadziła wnuczkę niepracującej córki do przedszkola. Kiedyś rodzic to był rodzic, matka to matka, ojciec to ojciec. Oni odpowiadali za wychowanie i rozwój dziecka… Dobra, już się nie czepiam. Taka rzeczywistość. Taki klimat.

Ekonomiści uważają również, że teraz dziecko dostaje pięć stów, czyli zaciąga dług, a za ileś tam lat będzie musiało zwrócić do kasy państwa znacznie więcej… Argument totalnie abstrakcyjny. Za ileś lat… to będzie ileś razy zmieniał się rząd, a każdy będzie coś zmieniał… ileś razy wybuchnie kryzys gospodarczy… mogą nadejść kataklizmy… epidemie… medycyna może zdziałać cuda i wyeliminować choroby… w ogóle świat może stanąć do góry nogami…

Długi miał towarzysz Gierek, długi ma nasze państwo i pozostałe, każde miasto jest na minusie, młodzi, którzy kupili mieszkania, spłacają. Nawet ja mam dług.  W kasie zapomogowo-pożyczkowej. Pieniądz musi krążyć. 500+ też.

 

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Noclegi w noclegowniach

icon_46

Podróżuję trochę po Polsce. Jestem tu i tam. Wszystko zależy od zasobu wyjątkowo cienkiego portfela. Oczywiście zwiedzam kraj z noclegiem, gdyż jednodniowe wypady na tereny ponad 300 km od miejsca stałego pobytu  nie wchodzą w rachubę. Dziś zatem będzie trochę o noclegach. Konkretnych sum nie podaję, konkretnych miejsc, tych gorszych – z nazwy nie wymienię.  Niestety, podróżuję sama i wynajęcie noclegu zawsze kosztuje mnie znacznie drożej, bo w pokoju z reguły dwuosobowym jestem sama. No to do roboty!

1. Uzdrowisko w okolicach dużego miasta – tzw. kwatera pracownicza, cena bardzo niska. W pokoju ok. 18 metrów kw. telewizor starej daty i uciekające programy telewizji naziemnej. Żarówka na środku – 40 wat. Pytam, czy mają jakieś lampki nocne, bo chciałabym trochę poczytać.  Pan patrzy na mnie spode łba i mruczy, że nie ma. Kupuje własną. Może przyda się w domu.  Zamiast umywalki – natrysk. W pakiecie oprócz kąpieli jest sauna w pokoju. O szóstej rano budzą mnie panowie wyruszający do pracy. Szykują sobie śniadanie, omawiają plan zajęć. Słyszę wszystko. Drzwi  mają wzdłuż i wrzesz szpary. Po ich wyjściu mogę wreszcie skorzystać z toalety, bo jest na korytarzu tylko jedna. Druga na parterze. Spędziłam tu dwa tygodnie. Jak widać, przeżyłam. .

2. Nocleg kolejny – Fundusz Wczasów Pracowniczych i Dom Wczasowy w stylu „wczesny Gomułka z elementami późnego” – znaczy się częściowo z łazienką w pokoju. Ja mieszkam taniej, czyli bez łazienki.  Wyposażenie – wczesny Gierek. Zamiast prysznica – umywalka. Na korytarzu toalety dwie, prysznic jeden, ale ludzi niewiele. Do tego stare grube mury tłumią hałas. Wracam w nocy w stanie wskazującym. Otwiera pan Henio. Idę na piętro. Pan Henio czeka, aż usłyszy, że weszłam do pokoju. W ogóle ludzie sympatyczni, gotowi mi nieba przychylić. Zaprzyjaźniam się z nimi i przyjeżdżam przez kilka lat. Pal licho kiepskie warunki, klimat się liczy! Niestety, dom i fundusz bankrutują.

magnolia

 

Szczawno Zdrój

3. Lokal – pełny komfort. Tak ciepło w pokoju, że zimą okno otwieram. Duża łazienka, przedpokój, lodówka i cienki telewizor. Przy meldowaniu człowiek otrzymuje kartę i ta włączana jest na czas pobytu zgodnie z dobą hotelową. Otrzymuje się również klucze do drzwi wejściowych. Nikt obiektu nie pilnuje, wolność i swoboda. Cena – dwa razy tyle co w pierwszej kwaterze. Obiekt przeznaczony na „sanatorium komercyjne”, czyli dla takich, co to prywatnie leczyć się przyjeżdżają. Ja akurat miałam trochę grosza i po raz pierwszy od dawnego czasu poczułam się bogato. Niestety, na stołowanie się w porządnych stołówkach już forsy zabrakło, trzeba jeść inaczej, a tu żadnej kuchni nie ma, w przeciwieństwie do kwatery pracowniczej.

dąbrówka

Szczawno Zdrój

4. Internat – miejscowość do 150 tys. Szok. Cena – jak w kwaterze pracowniczej, a warunki prawie jak w apartamencie. Przedpokój, osobno łazienka i ubikacja, lodówka, można korzystać z kuchni wraz z uczniami, no telewizja też tylko w świetlicy, ale jaka! Pełna kablówka i chyba ze sto  cali! Internatowi wychowawcy są niewyczerpalnym źródłem informacji o swoim mieście. Wskazują drogę, numery autobusów, opowiadają historię. Do tego pełne bezpieczeństwo. Małolatów trzeba przecież pilnować. Okna od ruchliwej ulicy, ale wszystko szczelne i niczego nie słychać. Ciekawostka – o wpół do siódmej i wpół do dziesiątej dzwonek: informacja o pobudce i ciszy nocnej. Da się przeżyć.

5. Miasteczko z ważnym zabytkiem – kwatera prywatna. Pokój taki sobie, cena też taka sobie. Jedynie parter ciekawy – praktycznie muzeum. Właściciel wydaje się w porządku. Przez pierwsze dwa dni. Trzeciego, dowiadując się, że przyjechałam tutaj z kibicami (nocującymi gdzie indziej) głośno daje do zrozumienia, że takich jak ja i oni to on by powystrzelał. Groźba robi się realna. Dowiaduję się, że pan to emerytowany żołnierz. Na szczęście trzeciego dnia wyjeżdżam. Wiem już, gdzie nie kwaterować.

6. Pełen komfort – prywatna kwatera nad morzem po sezonie, czyli w drugiej połowie września. Do morza – 100 metrów. Centralne ogrzewanie, łazienka, lodówka, aneks kuchenny w korytarzu z oknem. W drugiej części budynku restauracja z wielkim telewizorem. Można w kapciach zejść na wódkę i mecz. Mieszkańcom części mieszkaniowej knajpa nie przeszkadza. Jest po prostu cicho.

ustka

 

Ustka

7. Hotel dwugwiazdkowy w dużym mieście. Pokój niczym nie różni się od prywatnej kwatery nad morzem po sezonie. Puka  do mnie pani i informuje, że doba hotelowa kończy się o 12.00. Odpowiedziałam przez zamknięte drzwi, iż nie uprzedzono mnie o robotach remontowo-budowlanych odbywających się o siódmej rano. Teraz się uspokoiło, muszę zatem odespać przerwany sen. Autobus do domu mam za trzy godziny. A do tego na powietrzu dziś 34 stopnie powyżej zera!  Nie dam się spacyfikować!       

Ja, dziecko komuny

boazeria 2

Właśnie minął Dzień Dziecka. Na portalach społecznościowych ukazało się masę życzeń dla wszystkich dzieci. Wszak wszyscy jesteśmy dziećmi Adam i Ewy, naszej matki planety Ziemi, jesteśmy dziećmi wszechświata, dziećmi natury i dziećmi, bo tak nam się chce.

Ja w każdym razie uświadomiłam sobie, że jestem dzieckiem komuny, której co prawda nie było, bo u nas był socjalizm, ale teraz tak fajnie brzmi słowo „komuna”.

Wystarczy spojrzeć na mój pesel, by uświadomić sobie, że za komuny się urodziłam, w komunie się wychowałam. I tak parafrazując powszechnie znane przysłowie: „Człowiek może wyjść z komuny, ale komuna z niego nigdy”. I nie o politykę tu chodzi. Bo z tą, dziękować Matce Ziemi, nie miałam i nie ma żadnych bliskich spotkań trzeciego stopnia.

Zacznijmy od mego przedpokoju. Jako że otrzymałam swoje M3 za komuny, urządziłam je jak na owe czasy przystało. Meblościanka, zwana u mnie segmentem, jest. Ława, rozkładana przy okazji zjazdu rodziny, też obecna. No i boazeria! Hit komunalny! A jak – jest na ścianach w przedpokoju. Towarzyszą jej oczywiście niezastąpione pawlacze, z którymi nieodłącznie wiąże się posiadanie solidnych taboretów kuchennych. (Mnie pozostał tylko jeden, ale za to niezniszczalny – 30 lat włażenia na niego – a lekka nie jestem – i nadal żyje, taboret oczywiście).

Bardziej majętni ode mnie posiadali boazerię drewnianą. Ja mam z płyt wiórowych. Jedynie wszystkie narożniki i kanty są z cienkich deseczek. Dziś większość znawców architektury wyśmiewa boazerię, że niby jak w trumnie – wszędzie drewno. A ja mam gdzieś ich opinie. Wczoraj przeleciałam dechy mokrą szmatą, są czyste, nie pękają i brudu na nich nie widać.

Ciekawe, co za kilkanaście lat powiedzą znawcy od dekoracji wnętrz na temat gipsowych dekoracji imitujących kamień, które teraz wszyscy nałogowo kładą. Człowiek wchodzi do takiego przedpokoju, a tam jak w jaskini. No dobra, podoba mi się ten niby kamień, ale gwarantuję, że nie utrzyma się on na ścianach tak długo, jak moja boazeria.

boazeria 1

Teraz przejdźmy do pawlaczy… co w nich jest lub inaczej – co w nich było? Oj było i jest. Wszystko, co do życia potrzebne. Tak puchowa kurtka na mrozy poniżej minus dwudziestu sobie leży. Wiem, że takich mrozów w moim życiu już może nie być. A co włożę na siebie, by wyprowadzić psa, jeśli jednak pogoda sfiksuje i mróz będzie? Wtedy wejdę na taboret i wyciągnę kurtkę. Tym bardziej, że przy obecnym rozwoju przemysłu chemicznego w domu żadnego robactwa, na przykład w postaci zjadających ubrania moli, nie ma. Do pawlacza można schować starą poszwę. W wolnej chwili człowiek wyciąga maszynę do życia i szyje z niej prześcieradło. A ze starej poszewki na poduszkę – „nową” na „jaśka”. Można tam też przechowywać ubrania: latem – zimowe, zimą – letnie. I nadwyżkę mydła da się upchnąć. Kupione okazyjnie koce też znajdą w pawlaczu miejsce… Dobrze, już przestaję. Wiem, że to wszystko można od ręki kupić. Kurtkę na trzaskające mrozy też – w takim szmateksie za przysłowiowe grosze i wcale nie trzeba trzymać starej przez x lat w oczekiwaniu na prawdziwą zimę.

Ale jako dziecko komuny magazynowanie, zwane inaczej chomikowaniem, mam we krwi. Oszczędność też. Po co kupować ściery do podłogi, jak można w tym celu wykorzystać bawełniane koszulki? Takie muszą czekać w pawlaczu na wielkie porządki. Jako dziecko komuny w domu mam prawie wszystko. Opakowanie na prezent? Jak najbardziej. Kawałek ozdobnego papieru leży od świąt, a torebka pozostała po otrzymanym prezencie. Tkanina na firankę w kuchennym oknie? Zaraz poszukam, stara firana z pokoju leży i czeka, żeby zrobić z niej mniejsze firanki.

Kiedyś moja znajoma postanowiła, że usunie z domu wszystko, co jej niepotrzebne na „dziś”. Całe szczęście, ze mnie miała blisko. Okazało się, że nagle zaczęła potrzebować tego, co wyrzuciła.

Takie to pokolenie dzieci komuny… Przyzwyczajone do tego, że nie można było od ręki wszystkiego w sklepach kupić, a nawet jeśli było, to bywało za drogie… Człowiek zbierał, przerabiał, przechowywał… Dziś młodzież urządza inaczej swe mieszkania. Wystarczy jedna szafa, jedna witryna, znaczy się po staremu – kredens. Jeśli czegoś się nie używa, staje się to zbędnym przedmiotem i młodzież usuwa z domu. Czasami przekazuje biednym, czasami zostawia przy śmietniku.

A ja nadal mam w pawlaczu pięć torebek do sukienek, podczas kiedy od lat noszę małe plecaczki, a w sukienkach prawie nie chodzę….

    

Ścieżki wydeptane

Park k

Puszcza Kampinowska – foto moje 

Na swojej działce – rekreacyjnej nie uprawialnej – przypominam tym, którzy nie wiedzą, wysprzątałam przyczepę campingową, zutylizowałam, poprzez spalenie, śmieci, skosiłam trawę, wyrwałam zielsko ze skalniaka, pokryłam impregnatem wiatę. Zmęczona zległam na huśtawce z piwem w dłoni. Dobrze mi, oj, jak dobrze… I tak zaczęłam mieć różne skojarzenia…

Przypomniała mi się na przykład historia z pewnym parkiem. Rosła sobie taka ekologiczna, zielona łąka w środku osiedla z wielkiej płyty i pustaka. Chodzili to ludzie z psami i nawet do głowy im nie przyszło, żeby sprzątać, bo łąka korzystała z naturalnego nawozu. Ale nagle ktoś uznał, że trzeba teren ucywilizować, czyli zrobić park, znaczy się posadzić drzewka, zasiać wysokiej klasy trawę,  zaasfaltować alejki i postawić kosze na psie odchody. Jednym idea się podobała, innym nie. Prace rozpoczęto. Zerwano ekologiczna warstwę łąki, zaczęto zwozić nową ziemię, czystą, bez psich kup. Potem ruszono do wytyczania alejek. I tu powstał problem. Najprościej było zostawić te, które chodzący od trzydziestu lat na spacery ludzie już wytyczyli. Skoro tak chodzili, to znaczy, że taka trasa jest odpowiednia. Proste i logiczne. A wcale, że nie. Architekt kazał wytyczyć inne, bo poprzednie nie mieściły się w jego koncepcji. Były niezgodne z artystyczną wizją, ba, wręcz burzyły ją. Ludziom trzeba pokazać, którędy mają chodzić.

Za ogrodzeniem mojej działki jest ekologiczna łąka. A gdyby tak usunąć warstwę ziemi, bo każdego tygodnia jest inna i nie wypełnia żadnej wizji artystycznej? Wprost przeciwnie. Tworzy chaos w głowie człowieka. Dziś coś kwitnie na biało, a za tydzień – na niebiesko. Człowiek przyjeżdża i nie wie, czy dobrze trafił.

łąka

Dobra, niech sobie rośnie. Porządek mam za siatką.

Drugie skojarzenie przy piwie na huśtawce dotyczyło Biegu Rzeźnika, który to odbywał się w Bieszczadach i o który to wybuchła wielka awantura. Trzeba było zmienić trasy, bo biegacze niszczą turystyczne szlaki. Z jednej strony – totalna bzdura. Poruszając zawsze się coś niszczy, takie opony na przykład lub taki asfalt. A potem trzeba taką autostradę odbudowywać. Może lepiej, żeby nie jeździły nią samochody? Dłużej będzie ładna, gładka, czarna… Poruszając się pieszo marszem lub biegiem też się niszczy. Zawsze myślałam, że tylko buty. A tu proszę, niszczymy matkę naturę, znaczy się przyrodę. Przypomniałam sobie kładki w dolinie Biebrzy. Strefa ścisłego rezerwatu, którą można było podziwiać jedynie z wysokości owej kładki. Można zatem chodząc niszczyć. Dlaczego zatem w Bieszczadach, w miejscach rezerwatu roślin, nie ustawiono takich kładek? Ludziska by wiedzieli, że teren ścisły i nie pchaliby się w łodygi unikalnej roślinki…

Druga sprawa to tłumaczenie, że biegnący lub szybko maszerujący człowiek dekoncentruje innego, który porusza się wolno i kontempluje krajobraz.

Po naszym osiedlu biega coraz więcej osób. Kiedyś mogłam psa luzem puścić i zwierzątko biegało od drzewka do drzewka. Dziś już nie. Biegacze poruszają się po chodnikach zwłaszcza po zmroku i pies im wyraźnie przeszkadza. No, szczeka na nich, spokojna ma naturę i nie lubi, jak ludzie gdzieś pędzą. No, dobra, biegacze przeszkadzają. Ale się nie czepiam. Naród chce biegać, niech biega. Bieg po zdrowie, bieg po zawał czy bieg rzeźnika, obojętne mi. Zmieniłam trasę wieczornych spacerów z psem.

Jakich szkód jeszcze mogą narobić w Bieszczadach biegacze? Wydeptać nowe ścieżki niezgodne z wizją archit…tutaj przyrodnika? Raczej nie. Oni biegają po tych wytyczonych. O, chyba słyszałam, że taki co biegnie na podeszwach butów zabierze część ziemi bieszczadzkiej ze sobą. Aha, kumam… Gdyby tak cała Polska ruszyła na ten bieg, to z gór i połonin nie zostałoby nic. Równina by się nam zrobiła w Karpatach.

Spojrzałam na swoją ziemie w postaci działki rekreacyjnej. Gdyby tak ludzie zaczęli mnie tu odwiedzać, przyjeżdżać, przybiegać… I tak tłumy by szły i szły, i szły… No nic by z mojej działki nie pozostało. Najpierw wytyczyliby ścieżki nieplanowane, a potem na butach i oponach wynieśli całą ziemię VI klasy…

Słonce mocniej przygrzało. Piwo się skończyło. Zaraz będzie grill. I następne piwo. Może pobawić się z psem? Tak zwyczajnie, normalnie po polsku spędzić czas, a nie wytyczać nowe ścieżki na łąkach czy biegać po połoninach…? Iść taką wydeptaną ścieżką?

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Kwiaty we włosach…

warkoczyki

 Z ruchem Amazonek – kobiet po mastektomii – zetknęłam się blisko dwadzieścia lat temu… Spotkałam Anię, szkolną koleżankę, najładniejszą dziewczynę w klasie. Opowiedziała mi o swojej chorobie i stowarzyszeniu, które właśnie się „rozkręca”. Dołączały do niego również zdrowe kobiety. Zdziwiłam się – dlaczego? Odpowiedź nadeszła po pierwszym spotkaniu, a po pierwszej imprezie było już wszystko jasne.

Amazonki okazały się kobietami o wielkim poczuciu humoru, łapiącymi życie w każdej jego postaci. Cieszyły się wszystkim dookoła i przekazywały tę radość innym. Początkowo nie rozumiałam tego przedziwnego zjawiska – po każdym spotkaniu z dziewczynami wracałam do domu z uśmiechem na twarzy. Jak to, cieszyć się z rozmowami osób niekiedy stojącymi na skraju życia? Tak, radości trzeba się uczyć od ludzi, którzy życie potrafią docenić. Dziś, kiedy przypominam sobie, już niestety ś.p., Ankę i tamte czasy, też mam na twarzy uśmiech.

Spotkania, w których brałam udział, rozpoczynały się od przedstawienia siebie. Podawałyśmy imię i informację: „Amazonka” lub „przyjaciółka”, czyli zdrowa. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wiedziała, jak się przedstawić… „ Amazonką nie jestem, ale mam raka…” – wyznała. „Jasne, Amazonką być to nie taka prosta sprawa!” Po tych słowach oczywiście – salwa śmiechu.

Amazonki organizowały różne akcje na rzecz profilaktyki nowotworowej. Brałam udział w kweście. Wyległa rzesza Amazonek i ich przyjaciółek na ulice miasta i zbierała do puszek datki. Najlepiej zbierało się od … panów, zwłaszcza takich elegancko ubranych. „Czy pan wie, że mężczyzna ma wielki wkład w profilaktykę raka piersi?” – zaczepiałyśmy. „A w jaki sposób?” – dziwił się człowiek. „A od czego pan zaczyna grę wstępną? Od badania piersi!” I zaczerwieniony facet wrzucał!

Kiedyś dziewczyny urządziły imprezę plenerową za miastem. Nie ukrywam, procenty były. Znalazł się sponsor. Amazonka też człowiek. I tak wesoło nad rzeką Narwią bawiłyśmy się, grillowałyśmy… Nadszedł wieczór i zaczęły pojawiać się auta z panami. Przyjechali po nas. Razem z wraz z Anką i jej dwiema koleżankami wsiadłyśmy do  jednego. Zabrałyśmy ze sobą pozostałości procentów. Ledwo wyjechałyśmy, jedna z nas pochwaliła się, że ma w pobliżu domek letniskowy. Oczywiście, że tam wylądowałyśmy. Było wesoło i jeszcze po kieliszeczku. I chyba przegięłyśmy, bo nasz kierowca nie wytrzymał. Łyknął kielicha albo dwa i oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mamy teraz czekać, aż jemu procenty wyparują. Nie pozostało nic innego niż zadzwonić do domów i powiadomić bliskich, głównie dorastające dzieci, że mama na noc nie wróci. To był nasz błąd. Okazało się, że zegar wybił już drugą w nocy, dzieci grzecznie spały, a my po prostu je obudziłyśmy…co ja oberwałam od swego syna? córki? za obudzenie w środku nocy…lepiej nie mówić….

Ale były też chwile refleksyjne. Właśnie na wyżej opisanej imprezie dołączyło do nas kilku obcych panów. Jak się to to zalecało. Jak się to uśmiechało…Nawet do mnie jeden startował. W pewnym momencie mojego amanta odciągnął kumpel i powiedział, że tu są kobiety bez piersi… Męskie towarzystwo rozpłynęło się w wieczornej mgle…

Pewnego roku stałam przy wejściu na koncert na rzecz stowarzyszenia. Sprawdzałam bilety. Uśmiechałam się. Przyszła moja dawna znajoma. Widząc mnie w towarzystwie Amazonek jęknęła: „ O rety, jesteś chora! To teraz już żaden facet cię nie zechce!”. Nie protestowałam, nie wyjaśniałam. Poczułam się jak prawdziwa Amazonka.

I chyba od tamtej chwili powoli, systematycznie uczyłam się kochać życie…uczyłam się tego od ciężko chorych kobiet, którym życie zaczęło uciekać, a które potrafiły tak bardzo się nim cieszyć.

Kiedy w styczniu jako pacjentka zwiedzałam szpitale, odżyły moje wspomnienia o wspaniałych dniach spędzonych z Anią i jej koleżankami… Postanowiłam coś zrobić na rzecz dziewczyn z rakiem… Minęły cztery miesiące i już mogłam… mogłam iść do fryzjera. Moje włosy osiągnęły odpowiednią długość.

długie 1

W Salonie Fryzjerskim „Edyta” w Łomży przy ul. Małachowskiego

 
https://www.facebook.com/salonfryzjerskiEdytaModzelewska/

 byłam pierwszą siwowłosą kobietą, która postanowiła oddać swoje włosy z przeznaczeniem na peruki dla pań po chemioterapii.

Najpierw były warkoczyki….

warkoczyki na g‍łowie 2

Potem w ruch poszły nożyczki… i tak powstała nowa ciocia Grażynka…

nowy fryz 3

Akcję „Daj włos” prowadzi fundacja Rak’n’Roll

 
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/

 Uwierzcie dziewczyny, cięcie nic nie bolało! Żalu po utraconych włosach też nie ma. Włos nie ręka odrośnie! Macie długie włosy? Oddajcie je kobietom bez włosów! 

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Rap na ludowo, czyli w rytmie disco

11144972-playing-rock-music-Stock-Photo-metal

Dziś będzie o gustach muzycznych, o których rzecz jasna się nie dyskutuje, ale swoje zdanie można mieć. W przeciwieństwie do polityki, w której albo się rządzi, albo jest się tym złym.

Na moim przystanku zawieszono ogłoszenie o majówce dla seniorów. Blisko, coraz bliżej mi do tego wieku, zatem przeczytałam z zainteresowaniem. Program, nie powiem, zacny. Jest grill, jest zwiedzanie, jest przewidziana zabawa taneczna w godzinach 12-20.00. Godziny się nie czepiam, chociaż ciągle wolę tańce wieczorem i nocą. Czepnę się czegoś innego. „Do tańca przygrywa kapela ludowa”.

No właśnie… zauważyłam, że jeśli coś dla starszych, to albo muzyka ludowa, albo poważna. Proszę mi nie mówić, że wraz z wkroczeniem w wiek senioralny 60+ zmienię swe gusta muzyczne na ludowe lub poważne.  Taka zaczarowana granica? Jak ulgi w zakupie biletu, to na koncert kapel śpiewających „Krakowiaczek jeden” lub na spotkanie z Bachem. Nie, nie mam nic przeciwko tej muzyce, ale dlaczego od niepamiętnych czasów emerytów utożsamia się z tym?

Przecież to właśnie moje pokolenie rozsławiło rocka. „Rolling Stones” – mówi wam to coś? Panowie są zdecydowanie ode mnie starsi. I dają czadu do dziś. Cała wielka fala polskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Lombard, IRA, TSA…. Co ja mówię… Czesław Niemen… Mówi wam to coś? Jeśli za młodu słuchało się czegoś takiego, to oznacza, że na starość trzeba się od swej młodości odciąć?

Bo co? Seniorowi nie wypada słuchać Pink Floydów? (Też starsi ode mnie, a dwóch nawet nie żyje).

Właśnie niedawno poszłam do zacnej filharmonii po bilet na koncert coverów liderów progresywnego rocka, bo tam koncert miał być. Wchodzę do budynku i pytam pana ( mniej więcej w moim wieku albo życie go zniszczyło) w dyżurce lub recepcji ( jak kto woli) ,którędy po bilet. Wskazał drogę po schodach. Wchodzę do pokoju, mówię, a pani na to, że bilety na tych Floydów to na dyżurce. Wracam do pana. Mówię, po co przyszłam i dziwię się, że odesłał mnie tam, po schodach. A pan zdziwiony, że ja na rocka „Myślałem, że pani na koncert muzyki poważnej…” Niby dlaczego? – pytam. „Bo pani poważnie (pewnie chciał powiedzieć za staro na rocka) wygląda”. No to mu dałam popalić wymieniając kilka dat sprzed potopu. „Ciemna strona Księżyca” – 1973, „The Wall” – 1979, Gilmur urodzony w 1946 roku, Waters – 1943… Moje dzieciństwo i młodość. Dlaczego mam nie wyglądać na miłośniczkę rocka?

Z młodymi łatwiej porozumieć się w sprawie muzyki. Oni teraz nie śpiewają, oni rapują. Nie moja branża, nie moja bajka, ale warto wiedzieć, co w młodych piszczy. Zwłaszcza, że to moi uczniowie. Kiedy poszłam po raz pierwszy na koncert rapowy, miałam przysłowiową duszę na ramieniu. Jak nic, wywalą mnie na zbity pysk. Niektórym nieźle dałam w szkole popalić… Nic z tego. Hymnów na moją cześć co prawda nie rapowano, ale przyjęcie było super. Nawet drinka do stolika mi przyniesiono! Młodzi zarzucili mnie masą informacji o lokalnym rapie, pierwszych składach, historii. Tak jak ja przed laty, oni mają swoją muzę, swój przekaz, swoje protest songi. Wierzą w to, co robią, rapują o swoich sprawach, oceniają rzeczywistość. Są tacy jak ja, tyle tylko, że przy innym rytmie.



I jeszcze jedna historia. Ustka, wrzesień, czyli czas geriatrii nad morzem. Pogoda wspaniała. Wieczorem na promenadzie dyskoteka. Młodzian (coś ponad trzydziestka) puszcza stare dobre disco. Boney M., ABBA, Bee Gees… radocha na betonie. Ludzie tańczą, śpiewają. W pewnym momencie DJ włącza

 

I pyta, kto wie, co oznacza tytuł? Tyknij kogoś? Dotknij? – bawi się z nami udając, że nie wie. Chórem odpowiadają seniorzy i nieco młodsi 50+ – „Bilet w jedną stronę”! I chcemy „Rasputina”, „Angie”, Stayin’ Alive”! Dwie młode dziewczyny, które przyjechały nad morze, by spacerować przy zachodzie słońca, patrzą z niedowierzaniem. Wreszcie wydobywają z siebie szczerą wypowiedź: „Nie wiedziałyśmy, że starsi ludzie mogą tak się bawić…”

Jasne, bo starsi to tylko tańczą oberka lub siedząc w miękkich fotelach, słuchają Mozarta…

I tak na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Jak muzyka ma towarzyszyć mi w ostatniej drodze? Może „Bema pamięci żałobny rapsod” Niemena, albo „Wszystko ma swój czas” w wykonaniu Markowskiego… W każdym razie nie chcę „Marszu żałobnego” Chopina.    

Przy pisaniu tego tekstu towarzyszył mi Mick Jagger.