Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Kwiaty we włosach…

warkoczyki

 Z ruchem Amazonek – kobiet po mastektomii – zetknęłam się blisko dwadzieścia lat temu… Spotkałam Anię, szkolną koleżankę, najładniejszą dziewczynę w klasie. Opowiedziała mi o swojej chorobie i stowarzyszeniu, które właśnie się „rozkręca”. Dołączały do niego również zdrowe kobiety. Zdziwiłam się – dlaczego? Odpowiedź nadeszła po pierwszym spotkaniu, a po pierwszej imprezie było już wszystko jasne.

Amazonki okazały się kobietami o wielkim poczuciu humoru, łapiącymi życie w każdej jego postaci. Cieszyły się wszystkim dookoła i przekazywały tę radość innym. Początkowo nie rozumiałam tego przedziwnego zjawiska – po każdym spotkaniu z dziewczynami wracałam do domu z uśmiechem na twarzy. Jak to, cieszyć się z rozmowami osób niekiedy stojącymi na skraju życia? Tak, radości trzeba się uczyć od ludzi, którzy życie potrafią docenić. Dziś, kiedy przypominam sobie, już niestety ś.p., Ankę i tamte czasy, też mam na twarzy uśmiech.

Spotkania, w których brałam udział, rozpoczynały się od przedstawienia siebie. Podawałyśmy imię i informację: „Amazonka” lub „przyjaciółka”, czyli zdrowa. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wiedziała, jak się przedstawić… „ Amazonką nie jestem, ale mam raka…” – wyznała. „Jasne, Amazonką być to nie taka prosta sprawa!” Po tych słowach oczywiście – salwa śmiechu.

Amazonki organizowały różne akcje na rzecz profilaktyki nowotworowej. Brałam udział w kweście. Wyległa rzesza Amazonek i ich przyjaciółek na ulice miasta i zbierała do puszek datki. Najlepiej zbierało się od … panów, zwłaszcza takich elegancko ubranych. „Czy pan wie, że mężczyzna ma wielki wkład w profilaktykę raka piersi?” – zaczepiałyśmy. „A w jaki sposób?” – dziwił się człowiek. „A od czego pan zaczyna grę wstępną? Od badania piersi!” I zaczerwieniony facet wrzucał!

Kiedyś dziewczyny urządziły imprezę plenerową za miastem. Nie ukrywam, procenty były. Znalazł się sponsor. Amazonka też człowiek. I tak wesoło nad rzeką Narwią bawiłyśmy się, grillowałyśmy… Nadszedł wieczór i zaczęły pojawiać się auta z panami. Przyjechali po nas. Razem z wraz z Anką i jej dwiema koleżankami wsiadłyśmy do  jednego. Zabrałyśmy ze sobą pozostałości procentów. Ledwo wyjechałyśmy, jedna z nas pochwaliła się, że ma w pobliżu domek letniskowy. Oczywiście, że tam wylądowałyśmy. Było wesoło i jeszcze po kieliszeczku. I chyba przegięłyśmy, bo nasz kierowca nie wytrzymał. Łyknął kielicha albo dwa i oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mamy teraz czekać, aż jemu procenty wyparują. Nie pozostało nic innego niż zadzwonić do domów i powiadomić bliskich, głównie dorastające dzieci, że mama na noc nie wróci. To był nasz błąd. Okazało się, że zegar wybił już drugą w nocy, dzieci grzecznie spały, a my po prostu je obudziłyśmy…co ja oberwałam od swego syna? córki? za obudzenie w środku nocy…lepiej nie mówić….

Ale były też chwile refleksyjne. Właśnie na wyżej opisanej imprezie dołączyło do nas kilku obcych panów. Jak się to to zalecało. Jak się to uśmiechało…Nawet do mnie jeden startował. W pewnym momencie mojego amanta odciągnął kumpel i powiedział, że tu są kobiety bez piersi… Męskie towarzystwo rozpłynęło się w wieczornej mgle…

Pewnego roku stałam przy wejściu na koncert na rzecz stowarzyszenia. Sprawdzałam bilety. Uśmiechałam się. Przyszła moja dawna znajoma. Widząc mnie w towarzystwie Amazonek jęknęła: „ O rety, jesteś chora! To teraz już żaden facet cię nie zechce!”. Nie protestowałam, nie wyjaśniałam. Poczułam się jak prawdziwa Amazonka.

I chyba od tamtej chwili powoli, systematycznie uczyłam się kochać życie…uczyłam się tego od ciężko chorych kobiet, którym życie zaczęło uciekać, a które potrafiły tak bardzo się nim cieszyć.

Kiedy w styczniu jako pacjentka zwiedzałam szpitale, odżyły moje wspomnienia o wspaniałych dniach spędzonych z Anią i jej koleżankami… Postanowiłam coś zrobić na rzecz dziewczyn z rakiem… Minęły cztery miesiące i już mogłam… mogłam iść do fryzjera. Moje włosy osiągnęły odpowiednią długość.

długie 1

W Salonie Fryzjerskim „Edyta” w Łomży przy ul. Małachowskiego

 
https://www.facebook.com/salonfryzjerskiEdytaModzelewska/

 byłam pierwszą siwowłosą kobietą, która postanowiła oddać swoje włosy z przeznaczeniem na peruki dla pań po chemioterapii.

Najpierw były warkoczyki….

warkoczyki na g‍łowie 2

Potem w ruch poszły nożyczki… i tak powstała nowa ciocia Grażynka…

nowy fryz 3

Akcję „Daj włos” prowadzi fundacja Rak’n’Roll

 
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/

 Uwierzcie dziewczyny, cięcie nic nie bolało! Żalu po utraconych włosach też nie ma. Włos nie ręka odrośnie! Macie długie włosy? Oddajcie je kobietom bez włosów! 

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Rap na ludowo, czyli w rytmie disco

11144972-playing-rock-music-Stock-Photo-metal

Dziś będzie o gustach muzycznych, o których rzecz jasna się nie dyskutuje, ale swoje zdanie można mieć. W przeciwieństwie do polityki, w której albo się rządzi, albo jest się tym złym.

Na moim przystanku zawieszono ogłoszenie o majówce dla seniorów. Blisko, coraz bliżej mi do tego wieku, zatem przeczytałam z zainteresowaniem. Program, nie powiem, zacny. Jest grill, jest zwiedzanie, jest przewidziana zabawa taneczna w godzinach 12-20.00. Godziny się nie czepiam, chociaż ciągle wolę tańce wieczorem i nocą. Czepnę się czegoś innego. „Do tańca przygrywa kapela ludowa”.

No właśnie… zauważyłam, że jeśli coś dla starszych, to albo muzyka ludowa, albo poważna. Proszę mi nie mówić, że wraz z wkroczeniem w wiek senioralny 60+ zmienię swe gusta muzyczne na ludowe lub poważne.  Taka zaczarowana granica? Jak ulgi w zakupie biletu, to na koncert kapel śpiewających „Krakowiaczek jeden” lub na spotkanie z Bachem. Nie, nie mam nic przeciwko tej muzyce, ale dlaczego od niepamiętnych czasów emerytów utożsamia się z tym?

Przecież to właśnie moje pokolenie rozsławiło rocka. „Rolling Stones” – mówi wam to coś? Panowie są zdecydowanie ode mnie starsi. I dają czadu do dziś. Cała wielka fala polskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Lombard, IRA, TSA…. Co ja mówię… Czesław Niemen… Mówi wam to coś? Jeśli za młodu słuchało się czegoś takiego, to oznacza, że na starość trzeba się od swej młodości odciąć?

Bo co? Seniorowi nie wypada słuchać Pink Floydów? (Też starsi ode mnie, a dwóch nawet nie żyje).

Właśnie niedawno poszłam do zacnej filharmonii po bilet na koncert coverów liderów progresywnego rocka, bo tam koncert miał być. Wchodzę do budynku i pytam pana ( mniej więcej w moim wieku albo życie go zniszczyło) w dyżurce lub recepcji ( jak kto woli) ,którędy po bilet. Wskazał drogę po schodach. Wchodzę do pokoju, mówię, a pani na to, że bilety na tych Floydów to na dyżurce. Wracam do pana. Mówię, po co przyszłam i dziwię się, że odesłał mnie tam, po schodach. A pan zdziwiony, że ja na rocka „Myślałem, że pani na koncert muzyki poważnej…” Niby dlaczego? – pytam. „Bo pani poważnie (pewnie chciał powiedzieć za staro na rocka) wygląda”. No to mu dałam popalić wymieniając kilka dat sprzed potopu. „Ciemna strona Księżyca” – 1973, „The Wall” – 1979, Gilmur urodzony w 1946 roku, Waters – 1943… Moje dzieciństwo i młodość. Dlaczego mam nie wyglądać na miłośniczkę rocka?

Z młodymi łatwiej porozumieć się w sprawie muzyki. Oni teraz nie śpiewają, oni rapują. Nie moja branża, nie moja bajka, ale warto wiedzieć, co w młodych piszczy. Zwłaszcza, że to moi uczniowie. Kiedy poszłam po raz pierwszy na koncert rapowy, miałam przysłowiową duszę na ramieniu. Jak nic, wywalą mnie na zbity pysk. Niektórym nieźle dałam w szkole popalić… Nic z tego. Hymnów na moją cześć co prawda nie rapowano, ale przyjęcie było super. Nawet drinka do stolika mi przyniesiono! Młodzi zarzucili mnie masą informacji o lokalnym rapie, pierwszych składach, historii. Tak jak ja przed laty, oni mają swoją muzę, swój przekaz, swoje protest songi. Wierzą w to, co robią, rapują o swoich sprawach, oceniają rzeczywistość. Są tacy jak ja, tyle tylko, że przy innym rytmie.



I jeszcze jedna historia. Ustka, wrzesień, czyli czas geriatrii nad morzem. Pogoda wspaniała. Wieczorem na promenadzie dyskoteka. Młodzian (coś ponad trzydziestka) puszcza stare dobre disco. Boney M., ABBA, Bee Gees… radocha na betonie. Ludzie tańczą, śpiewają. W pewnym momencie DJ włącza

 

I pyta, kto wie, co oznacza tytuł? Tyknij kogoś? Dotknij? – bawi się z nami udając, że nie wie. Chórem odpowiadają seniorzy i nieco młodsi 50+ – „Bilet w jedną stronę”! I chcemy „Rasputina”, „Angie”, Stayin’ Alive”! Dwie młode dziewczyny, które przyjechały nad morze, by spacerować przy zachodzie słońca, patrzą z niedowierzaniem. Wreszcie wydobywają z siebie szczerą wypowiedź: „Nie wiedziałyśmy, że starsi ludzie mogą tak się bawić…”

Jasne, bo starsi to tylko tańczą oberka lub siedząc w miękkich fotelach, słuchają Mozarta…

I tak na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Jak muzyka ma towarzyszyć mi w ostatniej drodze? Może „Bema pamięci żałobny rapsod” Niemena, albo „Wszystko ma swój czas” w wykonaniu Markowskiego… W każdym razie nie chcę „Marszu żałobnego” Chopina.    

Przy pisaniu tego tekstu towarzyszył mi Mick Jagger.  

 

Krótka historia torebki foliowej

sprzedam-tanio-odpad-folia-hdpe-669605

Niedawno uczestniczyłam w ostrej dyskusji na temat foliowej torebki. Pewna miłośniczka ekologii przyznała, że przegrała walkę z polietylenem spożywczym, chociaż walczyła zawzięcie, zacięcie i z wiarą. Zwolennicy plastiku twierdzili, że jest on jednym z najmniejszych problemów Matki Ziemi. Wskazali na bomby atomowe, uchodźców i rządy wybranych partii politycznych. Normalni ludzie kiwali ze zrozumieniem głową to w jedną, to w drugą stronę. Ja natomiast oddałam się wspomnieniom… (bo powoli zbliżam się do wieku, w którym lepiej pamięta się wydarzenia sprzed trzydziestu laty niż te z wczoraj).

Pamiętam swoją pierwsza torbę typu reklamówka. Do rodziców przyjechali znajomi z Trójmiasta. Jedno pracowało w
„Baltonie”, które to wówczas przedsiębiorstwo kojarzyło się ze Zgniłym Zachodem. I właśnie taka reklamówka reklamująca „Baltonę” trafiła do moich rąk. Dostałam w prezencie. Była zapinana na małe plastikowe kuleczki, które „wchodziły” w równie małe otworki. Niezwykle kolorowa. Paradowałam z nią po ulicy, do szkoły też nosiłam. Aż pewnego dnia mój szkolny kolega szarpnął za nią i urwał rączki z kuleczkami. Wpadłam w szał. Kazałam mu naprawić bezcenną torebkę. I wyobraźcie sobie, że następnego dnia przyniósł naprawioną! Plastikowe rączki zostały przyszyte! Po wielu latach ów kolega bał się spotkania ze mną, ze względu na zniszczoną torbę…

Tak kiedyś, moi drodzy, szanowano folię! Rzadko pakowano coś w produkt sztuczny. Wszędzie królował papier. I to nie w formie torebki. W sklepach panie zawijały wszystko w arkusze szarego lub – ekskluzywnie – białego papieru. Ręka do góry, kto pamięta takie zwijane przez panią sklepową „rożki” z cukierkami? A kto pamięta, że zawinięte w ten sposób landrynki zlepiały się i czasami do ust trafiało kilka cukierków zamiast jednego? Mięso u rzeźnika też pakowano w papier. I ten papier potem w domu po prostu wyrzucano lub…. spalano. Mieszkałam w kamienicy ogrzewanej piecami na węgiel. Kuchnia też była węglowa.

Kiedy pojawiała się torebka foliowa, myto ją, suszono i wielokrotnie używano. Coraz częściej mówiono, że powinna zastąpić papier, bo papier to lasy, a lasy to tlen, a tlen potrzebny jest do życia. I tak coraz więcej plastikowych torebek zaczęło pojawiać się w naszych domach. Najpierw były owe reklamówki, które autentycznie coś reklamowały. W Peweksie pakowano towar w takie torby. Kto miał taką z Peweksu, uchodził za bogacza. Patrzcie, robi zakupy za dolary!

Potem do torebek trafiło mleko. Jaka to była radocha! Zamiast ciężkich butelek człek niósł do domu dwie torebki! Kiedy w słynnej mleczarni w Piątnicy zainstalowano taśmę „pakującą” mleko w owe torebki, szybko zorganizowałam wycieczkę dla swych uczniów. Pokazałam postęp. Ze swoimi małymi dziećmi spędzałam również wakacje u stryja. Codziennie kupowałam dwa litry specjału w folii. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu stryj każdą torebkę mył i suszył. W drugim przestał. W szufladzie zabrakło miejsca. I to był pierwszy znak, że folii robi się zbyt dużo…

Czy dziś potrafimy żyć bez jednorazówek? Czy potrafimy w jednej torbie umieścić wątróbkę wieprzową obok kiełbasy myśliwskiej i twarogu, zawiniętych w papier i na wierzch położyć bochenek chleba ( tego w papier nie zawijano)? Jasne, że nie. Wystraszeni wirusami, zarazkami i bakteriami wszystko musimy mieć zapakowane osobno. Nie uwolnimy się od torebek z polietylenu. Nie wszystkie również możemy wykorzystywać wielokrotnie. Ten plastik to nie tamten, z którego wykonano moją pierwszą reklamówkę z „Baltony”.

W uwielbianym ongiś przez moich uczniów filmie „Mów mi Rockefeller” nauczyciel chemii przerobił śmieci w plastik, z którego wytwarzano piłeczki pingpongowe. Po pewnym czasie z piłeczek robił się piasek, który z kolei bohaterowie filmu, wspólnie z Arabami, sprzedali Japończykom. I na piłeczkach i na piasku filmowe postacie dorobiły się wielkiego majątku. Takie cuda tylko w kinie na taśmie celuloidowej, znaczy się znowu jakiś plastik…Cóż więc robić?  

Przeciwnicy torebek oczywiście uważają, ze trzeba walczyć z folią na wszystkich frontach. Wszyscy mają bawełniane i lniane torby i pakują w nie zakupy.

Przeciwny bomby atomowej, uchodźców i rządów wybranej partii będą zawsze twierdzić, że problem foliowych torebek jest sztucznie wywołanym problemem, by przykryć inne problemy polityczno-społeczne.

A normalni ludzie machną na wszystko ręką, pójdą do sklepu z dużą torbą pochodzenia naturalnego lub sztucznego, w którą zapakują zafoliowane mięsko, chlebek i marchewką. 

Cenne trzydziestolatki

2066962-w-niektorych-sytuacjach-rodzicom-900-600

foto – internet

Dziś będzie krótko i na temat. Co jaki czas, pojawiają się tu i ówdzie artykuły o trzydziestolatkach, co to nadal mieszkają z rodzicami. Teksty te przedstawiają poczętych w latach 80-tych w zdecydowanie negatywnym świetle. Czasami mam wrażenie, że powstają one na zlecenie banków i stanowią reklamę oferowanych przez nich kredytów mieszkaniowych.

Artykuł taki wygląda tak:

- portret psychologiczny 30 latka,

- protest song o życiu 30 latków,

- negatywny wpływ takiego 30 latka na rozwój planety Ziemia.

Pod artykułem pojawiają się komentarze krytykujące:

po pierwsze – wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych,

po drugie – lenistwo 30 latków,

po trzecie – nadopiekuńczość rodziców.

I tak trwa to do znudzenia od paru lat. 

Czas zatem na spojrzenie na problem innymi oczami.

Sytuację, w której dojrzałe dziecko jest całkowicie na utrzymaniu rodziców, a nie wynika to z przypadków losowych np. choroba, skreślam od razu. To patologia i tyle. Dorosłe zdrowe dziecko ma pasożytem nie być i tyle.

Ale w przypadku, kiedy wspólne zamieszkiwanie jest wynikiem chęci, zarówno rodziców jak i dziecka, sprawa nie jest aż tak prosta, jak opisują to portale internetowe.

Przede wszystkim wszelkie domowe opłaty typu czynsz, kablówka, internet… rozkładają się na wszystkie osoby pracujące i zamieszkujące pod wspólnym dachem. Jest to niezwykle cenne, jeśli rodzice (lub samotny rodzic) pobierają kiepską emeryturę. Jest ulga? Jest. Dotyczy to również zakupów. Moja koleżanka emerytka raz na dwa tygodnie jedzie z synem na zakupy. Kupują prawie wszystko, co trzeba i rachunek z kasy dzielą na dwa. Pieczywo kupuje codziennie koleżanka w zamian za korzystanie z auta syna, bo ten czasami robi za jej kierowcę i gdzieś podrzuca. Wszelkie inwestycje domowe typu malowanie ścian, nowe rolety czy odkurzacz też dzielone są na pół. Chodzi oczywiście o koszt. Koleżanka doskonale dogaduje się z synem w kwestiach finansowych, według zasady „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak żydzi. Biznes is biznes”. A każda rodzina to przecież takie małe przedsiębiorstwo.

Również obowiązki domowe wykonują wszyscy członkowie rodziny. Każdy według własnych możliwości. Mama na emeryturze oczywiście gotuje obiad, ale synek zmywa naczynia (jak u mojej koleżanki). Pracujący tatuś wyprowadza pieska. Ktoś odkurza, ktoś prasuje… Kwestia dogadania się. Oczywiście ciężkie prace domowe typu trzepanie dywanów wykonuje ten, co ma więcej siły.

Kolejny plus zamieszkiwania dorosłego dziecka z rodzicami, to pewność opieki w chorobie. Wzajemnej oczywiście. Grypa może powalić każdego. Do chorej mamusi synek nie musi dojeżdżać po pracy, chorym synkiem mama zajmie się na miejscu.  

Moja koleżanka w lutym przeszła skomplikowaną operację. Po powrocie do domu zajmował się nią właśnie synek. Domem oczywiście też. Do tego przyciągnął znajomą pielęgniarkę, która za synowski uśmiech zmieniała mamie opatrunki.   

Jeśli rodzice wyjeżdżają do sanatorium, jest ktoś, kto mieszka w M i nie trzeba angażować sąsiadów do jego pilnowania. Kwiatki też są podlane, a piesek wyprowadzony.

I tak byśmy mogli wymieniać wzajemne korzyści wynikające ze wspólnego zamieszkiwania rodziców i dzieci.

Nie mówcie, zatem, że 30-latkowie są nieodpowiedzialni i leniwi, w wyniku czego nie chcą się wyprowadzać z rodzinnego domu.

Jeśli zaś mamusi i tatusiowi trafia się leń i obibok, którego trzeba utrzymywać, to już wina tatusia i mamusi. Nigdzie bowiem nie jest napisane, że zdrowego trzydziestolatka muszą nadal utrzymywać rodzice.

„Dorosłemu dziecku trzeba pomóc?” – zdziwiła się ongiś moja znajoma z USA „A co, ono niepełnosprawne?” – dodała z jeszcze większym zdziwieniem.

Cóż, czas zmienić myślenie pokolenia. Coraz więcej jest długo żyjących emerytów i to młodzi powinni myśleć coraz poważniej o udzielaniu pomocy rodziców. 

Oberwało mi się….

nuda1

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

„Seta” i galareta

 

file.alkohol-wodka

Widmo krąży po Polsce. Widmo bezwódkowizmu. Widmo zamkniętych nocą sklepów z napisem „monopol”. Bo nasz kraj jest w czołówce – jeden „monopol” na trzystu mieszkańców. Bo porozumienie dotyczące zakazu sprzedaży % ma odbyć się poza podziałami. Bo Polacy za dużo spożywają. Zwłaszcza nocą, kiedy normalni ludzie śpią po zażyciu reklamowanych tabletek na uspokojenie. No i ma być zakaz, najpierw kupna, potem spożycia. Pomysł stary jak świat.

Prześledźmy historycznie jak to ongiś z % bywało.

Jak pamiętamy, Pawlak, za przywiezienie go pod dom naprzeciwko Kargula, zapłacił żołnierzom bratniej armii alkoholem własnej produkcji. Kiedy spostrzegł, że w pojemniku widać dno, mruknął niezadowolony: „Ot i grosz nam się kończy”. Wtedy syn dziarsko odpowiedział: „Zrobim tatko drugi lepszy”. W czasach, kiedy Pawlak produkował alkohol, znaczy się pędził bimber, w jego wsi nie było żadnego monopolowego. Bez uchwał, bez zakazów i nakazów, Polak od wódy był teoretycznie odcięty. Teoretycznie. Bo jak wiemy, na chrzcinach Pawełka % były. Niejaki Kokeszko pił prosto z beczki.

Za czasów podstępnej komuny, alkohol w niewielkiej ilości sklepów, zwanych monopolowymi, sprzedawano od trzynastej, chyba do dwudziestej. Teoretycznie Polak nocą powinien już trzeźwieć. Teoretycznie. Bo jak wiemy i pamiętamy, Polak na ograniczenie sprzedaży % też sposoby miał.

Pierwszym były restauracje. Tu można było kupić bez problemu. Oczywiście do stolika i do zakąski, by wypić, zagryźć i wrócić do domu. Oczywiście popularna „seta” i galareta kosztowała znacznie drożej, bo z marżą. Zdarzało się też, że w lokalach konsumpcyjnych nie podawano wódki w butelkach, tylko na owe „sety” lub „pięćdziesiątki” (ponoć kelnerzy rozliczani byli z butelek….). Cóż robił Polak, który wódę musiał zabrać do domu, bo czekali tam nieproszeni i spragnieni goście? Polak zamawiał pięć „set” i jedną golonkę. Płyn wlewał do butelki po mleku (najłatwiej dostępny pojemnik szklany w tamtych czasach), golonkę zawijał w szary papier i wracał do domu.

Metodą drugą była niezastąpiona „meta”, zwana również „meliną”, prowadzona przez rodzaj żeński, czyli „babkę” lub „ciotkę”. Tu, podobnie jak w przypadku knajpy, obowiązywała marża. Trafiała do kieszeni prowadzącej. Wybór marek alkoholu na „mecie” zwiększył się wraz z rozpowszechnieniem sklepów typu „Pewex”. „Babcie” kupowały najpierw bony PKO (zamienniki waluty obcej), a potem w ekskluzywnych sklepach nabywały chodliwy towar.

I teraz wtręt osobisty. Kiedyś na imprezie w niedzielę, nam małolatom, zabrakło. Źle wyliczyliśmy, za dużo ludzi było? Wytypowano mnie, jako idącą na „metę” po zaopatrzenie. Znałam tylko jedno miejsce – u znajomej moich rodziców. Kiedy otworzyła drzwi i dowiedziała się, po co przyszłam, było wręcz zszokowana. Uchodziłam za grzeczną dziewczynkę. Oczywiście sprzedała i obiecała, że rodzicom słowa nie piśnie… Bo moi kochani, na „mecie” nie było ograniczeń wiekowych.

Sposób trzeci został utrwalony w „Misiu”. Polegał na spożywaniu zamienników. Obejrzyjcie sobie sami (początek filmu)



Największe ograniczenia alkoholu za moich czasów było w latach „kartkowych”. Pełnoletni otrzymywali miesięcznie przydział na pół litra. My rodzinnie mieliśmy dwa litry.  Na urodziny i święta % lały się strumieniem. Jeśli komuś zabrakło, szedł po prostu do sąsiada i pożyczał. Każdy wtedy w domu gorzałę po prostu miał. I każdy pił. Szkło nie miało prawa się zmęczyć.

Od czasów Pawlaka minęło ponad siedemdziesiąt lat, od obalenia komunistów ponad ćwierć wieku, a problem z alkoholem nie został rozwiązany. Oczywiście można by tak wprowadzić całkowitą prohibicję, ale jak wiadomo od niedawna: „W stosunkach polsko-amerykańskich odeszliśmy od murzyńskości”( to nie ja, to minister) i wzorować się na Ameryce, tej z północy, nie będziemy.

Mnie osobiście to dynda, czy będą czynne te monopolowe w nocy, czy nie. Póki co nie piję, bo jestem na rekonwalescencji, a potem to wszystko może się dziesięć razy zmienić.

barman 2008

Wałbrzych – „U Barmana” 2008…. 

A tak w ogóle do napisania tego tekstu skłoniła mnie gorzka wiadomość. Otóż w moim Wałbrzychu, w rodzinnej dzielnicy Nowe Miasto nie ma już żadnego pubu, żadnej restauracji, żadnej pizzerii, o normalnej knajpie nie wspomnę, gdzie można by było normalnie usiąść i wypić normalne piwo po normalnej cenie. A była taka „Nowomiejska”, taki „West”, „Barman” vel „Sobieski”… Fajne wspomnienia… Nie, moi drodzy, nie zamknięto ich wyprzedzając zakazy i uchwały. Po prostu padły z powodu braku klientów… I tego właśnie nie rozumiem… Rząd męczy się nad uchwałą poza podziałami, a knajpy bankrutują z powodu nierentowności… 

  

Gdzie się podziały tamte podwórka?

podworko

moje podwórko z okna mojego mieszkania – 1969 r.

Dziś za oknem piękna, wiosenna pogoda…Spacerując z psem, zauważyłam gromadki dzieci bawiące się przed blokiem. Mamy, babcie i opiekunki przyprowadziły je ze szkoły i nauczanie zintegrowane wyszło „na dwór”. Bo, czy wyszło na podwórko, to już mam wątpliwości…

Akurat na moim osiedlu dzieci i młodzież mają sporo miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu (o ile nie powieje wiatr od oczyszczalni ścieków rzecz jasna). Jest „skate park” z boiskami, ławkami, trawnikami, plenerową siłownią, są liczne place zabaw, o jakich mi w wieku wczesnoszkolnym nawet się nie śniło, bo nie wiedziałam, że takie coś w ogóle mogło istnieć. Ale czy to jest podwórko?

Moje podwórko było ogromne! Mieszkałam w Wałbrzychu na poniemieckim osiedlu z lat trzydziestych, które do dziś zachwyca architektów. Sposób ustawienia kamienic, rozplanowania ulic godny naśladowania. Moje podwórko znajdowało się w kwadracie czterech ulic. Jedynie z dwóch stron można było wjechać samochodem. Pozostałe dwie były tylko dla „ruchu” pieszego. To zapewniało nam bezpieczeństwo, chociaż, tak na dobrą sprawę, ruch kołowy na „jezdni” był wówczas niewielki. Natomiast poza podwórkiem byla ruchliwa ulica z bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniem. Mówiło się potocznie „po drugiej stronie” i właśnie na ową „drugą stronę” młodocianym wychodzić nie było wolno. Tak nakazali rodzice. Tak, moi drodzy, tylko nakazali, nie wyjaśniali, nie tłumaczyli, nie stosowali żadnej metody pedagogiczno-wychowawczej. „Nie wolno i koniec!” – do dziś pamiętam te słowa jako odpowiedź na pytanie „A dlaczego nie wolno?”. O dziwo, tak rodzic budował sobie autorytet. Zakaz był łamany sporadycznie.

Na podwórku spędzaliśmy masę czasu. Większość z nas miała niepracujące mamy i do przedszkola nie chodziliśmy. Tak, tak moi drodzy… przedszkola były taką fajną przechowalnią, a nie miejscem edukacji. Edukowało nas podwórko. Nikt również zabaw nam nie organizował. Jakoś tak same do głowy przychodziły. Takie na przykład zabawy tematyczne, opisywane w podręcznikach psychologii rozwojowej, były bardzo często przez nas realizowane. Ja, z racji wzrostu i z powodu braku odpowiednich chłopaków w grupie, grałam zawsze rolę ojca. Mój młodszy brat – młodszego płaczliwego brata. Wiesia była mamą, Krysia chyba ciocią, a potem, kiedy poszła do szkoły, została panią nauczycielką podczas zabawy w szkołę. To na podwórku nauczyłam się czytać i pisać bazgrząc pierwsze litery na brudnej ziemi.

O właśnie brud… Wałbrzyska ziemia była wówczas brudna w sensie dosłownym. Sprawiała to obecność koksowni, z których pył spadał na miasto (kopalnie nie zanieczyszczają atmosfery). Będąc latem praktycznie cały dzień na podwórku, też byliśmy brudni. Grzebiąc się w brudnej ziemi (piasek kojarzył się nam najwyżej z Bałtykiem), ręce myjąc głównie przed obiadem i wieczorem, nie zapadaliśmy na żadne choroby przenoszone drogą „ręczną”. Czasami wpadaliśmy do domu po pajdę chleba z masłem i cukrem. Ręce wycierało się o sukienkę lub bluzkę i jadło, jadło tę smaczną kanapkę wytartymi dłońmi. Do dziś nie mogę zrozumieć fenomenu braku zakażeń, biegunek, niestrawności. O zabawie w błocie po deszczu już wspominać nie będę. Za pozwolenie na coś takiego, dzisiaj pewnie rodzicom groziłoby odebranie praw  rodzicielskich.

Kiedy dorastaliśmy, zmieniały się nasze zabawy. Chłopaki kopali piłkę, dziewczyny skakały na skakance, odbijały piłkę o ściany kamienicy. Była gra w „palanta”, „wyścig pokoju”, rysowało się „klasy” i „chłopka”. W wieku blisko młodzieżowym, co niektórzy ukrywali się wśród krzaków i drzew, by zapalić lub pościskać się z osobą płci przeciwnej. A było gdzie się na naszym podwórku poukrywać! Zabawa „w chowanego” dotyczyła każdego rocznika.  

Zima też byliśmy na podwórku. Nasze miało swoją górkę do zjeżdżania na sankach. Kiedy towarzystwo wracało ze swych szkół, brało sanki i szło na górkę. Panował wrzask, który nikomu nie przeszkadzał.

Czy ktoś nas na podwórku pilnował? Oczywiście, że tak! Pilnowali rodzice, ale nie wszyscy naraz. Czasami wystarczyły dwie mamy siedzące w oknach wychodzących na podwórko. Ogarniały je całe i pilnowały wszystkich dzieci. Uwaga zwrócona przez sąsiadkę miała nawet większą wartość niż „mamusiowa”. Potem czekała jeszcze riposta od mamy, bo oczywiście sąsiadka informacji mamie udzieliła. Tak, tak moi drodzy… sąsiad miał prawo zwrócić uwagę każdemu dziecku.  

W mojej klatce schodowej mieszkała starsza pani posiadająca lornetkę. Była postrachem podwórka. Jeśli chciało się coś na diabła zrobić, najpierw zerkało się na jej okno. Jest czy nie ma? Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie coś nazywa się monitoring, bo pani pamięć do złych wyczynów miała znakomitą.

A gdy zapadały ciemności, z okien rozlegały się okrzyki nawołujące do powrotu:

„Grażyna do domu!”

„Jeszcze chwileczkę!”

„Natychmiast!”

„Jeszcze pięć minut!”

„Natychmiast!”

Nikt nie chciał podwórka opuszczać.

Gdzie się podziały tamte podwórka?  Są nadal. Moje też jest. Ale jakieś inne. Nie ma sąsiadów pilnujących rozbawionych dzieci, nie ma nakazów, zakazów bez wyjaśnień, zabaw  w brudnym piachu i kanapek z cukrem…

ogińskiego

moje podwórko – 2010 r.

Nie ma i już nie będzie… I nie ma już mapy do tamtego świata…    

Po prostu – FLAGA

kolonie przytok

uczestnicy kolonii letnich KWK „Wałbrzych” – Przytok k/ Zielonej Góry – 1969 r.

Wśród symboli narodowych najważniejszym jest flaga. Najważniejszym i najprostszym. Wystarczy tkanina w odpowiednich barwach, igła, nitka, kilka ruchów ręką i mamy narodowy symbol. Do flagi należy odnosić się z szacunkiem. I tak w zasadzie jest… nie będę się czepiała.  

 

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie blogerka Ewa pisząc swój.

 
http://mojeroznepodroze.blogspot.com/2016/03/ceremonia.html#more

 Odżyły we mnie wspomnienia dzieciństwa związane z podobnym ceremoniałem.

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Pewnie jeszcze będę do nich wracała…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami 8-)  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii (chyba, bo znowu skleroza). Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….

folder 5

Eurobasket 2009 – Łódź

Ale to już temat na nowy tekst…