Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Złoto dla wspomnień…

flixstercom

Każdy z nas ma swoje ulubione filmy… nie, nie ze względu na ich wartości ponadczasowe, artystyczne czy ideologiczne. Zwróćcie uwagę, że ulubione filmy to te, które kojarzą się nam z konkretnymi wydarzeniami i osobami… czasami są to pierwsze randki… czasami spotkania z ludźmi, których już nie ma wśród nas…

Mam też takie filmy w swoim życiorysie…

Pierwszy, najbardziej ukochany, znany na pamięć do tego stopnia, że każde nowe tłumaczenie wprowadza zamęt w głowie, to „Złoto dla zuchwałych”…


http://www.filmweb.pl/film/Z%C5%82oto+dla+zuchwa%C5%82ych-1970-6718

Był rok 1974 lub 1975 … w kinie wyświetlano film amerykański. Wojenny do tego. I tyle wówczas o nim wiedziano. Poszłam razem z Mamą, która cudem dała się namówić na ten seans. Nie lubiła filmów o tematyce wojennej. Siedziałyśmy na twardych, drewnianych krzesełkach. Nie było popcornu, super dźwięku i obrazu w 3D lub 4K. Film oczywiście był kolorowy i z napisami. Wraz z rozwojem akcji nasze skupione miny stawały się coraz bardziej …uśmiechnięte. Wychowane i przyzwyczajone do wojennych, tragicznych epopei, dostałyśmy dawkę humoru, zadumy oraz heroizmu w imię… prywatnego interesu. No cóż, Amerykanie… zawsze odwrotnie niż inni.

Z kina wyszłyśmy uśmiechnięte. Popołudnie mile spędzone. Dzisiaj, kiedy wspominam Mamę, od razu widzę stare kino i amerykański film. Mam nagrany na kasetę VHS, jeszcze w starej wersji, bez cyfrowej renowacji. Często go oglądam i uśmiechając się do „Świrusa” – Donalda Sutherlanda czy Dużego Joe – Telly’ego Savalasa, wspominam Mamę…

Innym filmem, który utkwił mi w pamięci był „Unkas, ostatni Mohikanin” z 1968 roku.


http://www.filmweb.pl/film/Unkas+ostatni+Mohikanin-1968-179562

Film został niestety zapomniany… tymczasem był to jeden z pierwszych, zapamiętanych przeze mnie filmów, który oglądałam wspólnie „ze szkołą”. Byłam uczennicą szkoły podstawowej nr 4 w Wałbrzychu przy ulicy Świerczewskiego 100 (obecnie Piłsudskiego). W naszej dzielnicy Nowe Miasto, jak w każdej wałbrzyskiej, było kino, nazywało się „Oaza”. Chodziło się tam również podczas lekcji. Tak jak to dzisiaj bywa. W latach sześćdziesiątych panowała moda na filmy indiańskie, w kinach królował dzielny wódz Apaczów Winnetou. Może dlatego Rada Pedagogiczna zdecydowała, że powinniśmy obejrzę ekranizację powieści autentycznego amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Cooper’a. Wszak Karol May nim nie był…

Czy ktoś rozrabiał w czasie seansu? Nie pamiętam. Filmu też nie bardzo. Pamiętam przede wszystkim moment zabicia głównego bohatera – Unkasa i swój płacz. Płakałam chyba przez całą drogę powrotną do domu. Nie mogłam darować łysemu Indianinowi o imieniu Magua, że zabił przystojnego Mohikanina. Kiedy w 1992 roku powstała druga wersja powieści Coopera, szybko pobiegłam do kina. Przeżyłam rozczarowanie. Byłam pewna, że głównym bohaterem będzie ponownie Unkas, tymczasem był to Sokole Oko.

Książkę przeczytałam dopiero niedawno i korzystając z nowoczesnej techniki w postaci laptopa, od razu obejrzałam ponownie film. Cóż, nadal to nie był obraz z dzieciństwa… nadal Unkas pozostał w cieniu innych…

A czy wybraliście się kiedyś do kina zupełnie nie mając pojęcia, jaki film będziecie oglądać? Za moich czasów chodziło się bowiem „do kina” oraz „na film”. Właśnie to pierwsze pojęcie oznaczało, że człowiek wchodził do kina, żeby zabić czas, spędzić go mile lub były to wyprawy na randkę. A ja kiedyś pojechałam do dużego miasta wojewódzkiego do lekarza, takiego półprywatnego, w dawnej spółdzielni lekarskiej. Ruszyłam rano, zarejestrowałam się i miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo lekarz przyjmował dopiero późnym popołudniem. Postanowiłam pójść do kina. Nie było to multipleks z siedmioma salami, bo takowego wówczas zjawiska nie znano. Nie spojrzałam nawet na afisz, kupiłam bilet. Widzów było niewielu, seans o dwunastej przyciągnął jedynie kilku wagarowiczów. No i zaczęło się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że oglądam film kultowy. Bałam się jak przysłowiowa cholera. Zamykałam oczy. Serce podchodziło mi do gardła. Dłonie zaciskałam na poręczach fotela. Najważniejsze, że przeżyłam, w przeciwieństwie do bohaterów filmu. Oto „Obcy – 8 pasażer Nostromo”.

 
http://www.filmweb.pl/Obcy

Od tamtej pory nie zdarzyło mi się już wejść do kina, nie obejrzawszy nawet plakatu.

I kolejny, bardzo wytęskniony i wyczekiwany, by obejrzeć go po raz następny – „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”


http://www.filmweb.pl/film/Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-1977-1219

Po raz pierwszy obejrzałam go w czarno-białym telewizorze. Fabuła jak fabuła, lubię tego typu filmy. Ale już wówczas marzyłam, żeby zobaczyć ten film w kolorze, bo lądowanie obcych na Wieży Diabła  wydawało mi się niesamowite. Doczekałam się kolorowego telewizora i obejrzałam.

Dzisiaj też. Nawet przestawiłam 2D w 3D i fajnie było. Obudziłam tym samym wspomnienia o filmach, które mocno tkwią w mej pamięci…

Frankenstein i inni, czyli Halloween czas zacząć!

orgazm_zastepczy2

 Od paru dni atakowana jestem przez wszystkie strachy z Halloween. Otwieram portal społecznościowy, jeden, drugi, trzeci – Freddy  Krueger… otwieram stronę z bieżącymi wiadomościami, jedną, drugą…. Frankenstein, Dracula… I tradycyjnie boję się otworzyć lokówkę, bo jeszcze Lucyfer mi wyskoczy. Czy to zakrojona na wielką skalę promocja Halloween? Nie, wprost przeciwnie. To przeciwnicy owego święta ostro wzięli się za jego negatywną promocję. Wszędzie nawołują, by nie obchodzić, nie świętować, nie czcić. Gdyby nie oni, pewnie większość zapracowanych ludzi nie wiedziałabym, że  przyszedł czas na duchy, strachy, zombie i tym podobne stwory. Zwłaszcza, że straszeni jesteśmy na co dzień, więc jakieś wyimaginowane postacie nie robią na nas większego wrażenia. Zatem będziemy mieć Halloween. Będzie 31 października. A 1 listopada będziemy mieć Święto Zmarłych, Zaduszki, Wszystkich Świętych – nazwy traktowane wymiennie, chociaż w rzeczywistości każde oznacza coś innego. Nie będę rozwodziła się nad pochodzeniem nazewnictwa. Poczytajcie sami, jak macie ochotę.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Wszystkich_%C5%9Awi%C4%99tych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Dzie%C5%84_Zmar%C5%82ych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Zaduszki

W każdym razie owego 1 listopada idziemy na cmentarz, dekorujemy groby, kto wierzący modli się za dusze zmarłych. W Polsce jest to poważne, rodzinne święto. A tymczasem, zanim nastał Kościół Katolicki, zmarłych też czczono i co ciekawsze – czyniono to jesienią. Wtedy, kiedy Kora opuszczała swą matkę i udawała się do Hadesa (u). Bogini urodzaju Demeter zaczynała płakać, a ziemia przestawała rodzić plony… Bo jesień to taka pora, w której świat zdaje się usypiać, umierać… drzewa tracą liście … na polach nieruchome skiby ziemi czekają na lepszy czas… No i tak poetycko można by dalej. W każdym razie jesień to najlepszy czas, by wspominać Zmarłych.

Jak wygląda to w Polsce – wiemy. Ale nie tylko Polska jest na świecie. Inni też mają prawo do swojej formy jesiennego zwyczaju.

Tacy Litwini odprawiali Dziady. Nasz narodowy wieszcz napisał na ten temat kilka niezłych tekstów, które są w wykazie lektur obowiązkowych. Linka do lektury chyba nie trzeba …

A tacy Celtowie wydumali, że zrobią Halloween.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween

I jedni i drudzy zapraszali na swe impry duchy z zaświatów. Podobieństw jest zresztą więcej. W każdym razie tylko dzięki Mickiewiczowi, nie potępiamy pogańskich Dziadów. Natomiast na Halloween wysypuje się każdego roku fala hejtu.

I właściwie nie wiem dlaczego.

Zaduszki to impreza, pfu, jaka impreza, to święto pełne powagi, zadumy, refleksji nad przemijaniem. Halloween – po prostu dobra zabawa! Oto dwie zupełnie inne, no właśnie brakuje mi odpowiedniego słowa … może – Zaduszki to święto, Halloween – impreza. Świętujemy czcząc, bawimy się – jedząc i pijąc. Oczywiście święto też może być imprezą, a i impreza świętem. Ale wcale nie muszą oznaczać tego samego.

Dlaczego celtycka impreza przyjęła się w Polsce, zwłaszcza wśród młodych?  Według mnie odpowiedź jest jasna – większość naszych świąt jest poważna, a ludzie chcą od czasu do czasu igrzysk.

Takie święto związane z odzyskaniem niepodległości – 11 Listopada to wspominanie poległych, obowiązkowo msza, cmentarze i pomniki. Totalny brak radości. A na zgniłym Zachodzie – fajerwerki, zabawy, festyny. Ludziska się cieszą, ze ojczyzna wolna.

Radosne Boże Narodzenie  poprzedza adwent – poprzez pokutę i umartwianie przygotowujemy się do radości. Trwa to kilka tygodni, a święto – dwa dni ( u nas, na świecie jeden). Podobnie z Wielkanocą, świętem, które powinno kipieć od radości i zadowolenia. Najpierw 40 dni postu, a potem jeden dzień świąteczny. Oj, brakuje nam radosnych świąt, oj brakuje.

Dobrze, że reaktywowano orszak trzech króli, kolorowy przemarsz ulicami miasta.   
https://pl.wikipedia.org/wiki/Orszak_Trzech_Kr%C3%B3li

Oby tylko radosnym pozostał, bo ostatnio w jego trakcie słyszałam ponownie nawoływania do pokuty, bo ludzie grzeszą, oj grzeszą.

Nieźle jest też 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego. Gdyby nie nadęte przemówienia polityków, można by uznać to święto za radosne. Dobrze, dobrze wszyscy pacyfiści, nie zgadzacie się, macie prawo…

W naszej tradycji częściej czcimy klęski powstań i rocznice śmierci. Tego nie da się czcić hulankami i swawolami.

Halloween niczego i nikogo nie czci. Jest typowo umowną imprezą, mającą na celu dobra zabawę. Nic poza tym.

I jeszcze jedna uwaga – polityczna. Za komuny mówiono, że Zachód i jego kultura to zgnilizna, rozpusta, pornografia, Sodoma i Gomora. A tymczasem w latach osiemdziesiątych walczono, by jak najszybciej do tego Zachodu się dostać, bo tam była wolność.  Halloween to przykład tej wolności. Chcieliśmy kontaktu z cywilizacją zachodnią to ją mamy. W postaci wielkiego Frankensteina. 

Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

Eksperyment pedagogiczny

den

I ponownie mamy Dzień Nauczyciela… Mimo że emeryt ze mnie, w uroczystościach udział biorę. Zwłaszcza w tych nieoficjalnych. Właśnie dziś nabyłam towar, którego nie może być na fakturach funduszu socjalnego i Komitetu Rodzicielskiego. Wyjeżdżamy całą Radą Pedagogiczną poza miasto. Będzie balanga.

Ach, gdzie te czasy, kiedy imprezowało się w szkole…Starsi nauczyciele pamiętają, oj pamiętają swoje niepedagogiczne zachowania… Tymczasem weszła w życie ustawa o trzeźwości i nawet po lekcjach szkolne mury nie mają prawa widzieć wiadomego towaru.  

Ale nie o tym dziś będzie… W moim wieku święto belfrów sprzyja wspomnieniom. Obudziły się one również z powodu śmierci Andrzeja Wajdy… bo było to tak….

Nie wiem kto i w jakich okolicznościach na początku lat dziewięćdziesiątych w mojej szkole – dawna ośmioklasowa podstawówka – przeprowadził eksperyment pedagogiczny. Z najlepszych uczniów utworzono najlepszą klasę, najgorsi trafili do najgorszej. Praktycznie była to dzieciarnia z rodzin patologicznych, drugoroczni, niedostosowani społecznie, z kuratorem oraz – dzieci upośledzone umysłowo. Jak każda klasa, ta miała przypisaną literę – ostatnia klasa w tym roczniku czyli „F”. Tak powstałą klasa „afu”. W czwartej klasie z najlepszymi pracowali najlepsi nauczyciele, z najgorszymi pozostali. Nauczyciele twierdzili, że w tej klasie nie da się normalnie pracować. Wracali z lekcji w stanie skrajnej depresji. Przyznaję się, należałam do grupy, która nie rozumiała swych kolegów. Jak to nie można do nich dotrzeć? Po dwóch latach dyrekcja wymieniła nauczycieli i po cichu dała nam wolną rękę w prowadzeniu klasy F.

Przepracowałam z tymi ludźmi trzy lata.

Zaczęłam od … olewania uczniów. Przychodziłam do klasy, sprawdzałam obecność i prowadziłam lekcję sama ze sobą i z tablicą. Kilka razy w ciągu zajęć powtarzałam, że „płacą mi za przeprowadzoną lekcję, a nie za to, czy ktoś będzie to umiał, czy nie, czy ktoś zda do następnej klasy, czy nie, czy ktoś wyląduje za kratami, czy nie…”.

Po kilku tygodniach coś zaczęło do nich docierać. Byli zdziwieni, że nie nawołuję ich do nauki, nie przekonuję, że powinni się uczyć. Oddałam im ich los we własne ręce. Wreszcie zaczęli mnie zauważać.

Potem nasze zajęcia rzadko przypominały normalne lekcje. Czasami siadałam na krześle i komunikowałam, że nie chce mi się dziś pracować i możemy sobie pogadać. I gadaliśmy. O życiu, o problemach, o polityce, o filmach, o książkach… Biedacy, nie wiedzieli, że przemycam treści szkolnego programu…Oczywiście nie obyło się bez konfliktów. Ktoś mi kiedyś podpadł. Wrzasnęłam. Trzasnął drzwiami. Zapisałam w dzienniku fakt opuszczenie zajęć przez ucznia.

- I pani za nim nie pobiegnie? Nie będzie pani prosiła, żeby wrócił na lekcje? – ktoś mnie zapytał.

- Nie. Niech sobie idzie. Spokojniej będzie.   

Wrócił po kilku dniach. Już więcej mi nie podpadał.

Kiedyś ja im podpadłam. Powiedzieli, ze zniszczą mi auto. Zgodziłam się.

- Nie ma sprawy. Zróbcie porządek.

Dlaczego? Może chodzi o odszkodowanie?

- Ale pani to w ogóle dojeżdża do pracy?

- Oczywiście.

- A czym? – padło wreszcie zasadnicze pytanie.

- Autobusem.

To starcie wygrałam.

Jednego roku rozchorowałam się. Po dwóch tygodniach nieobecności w szkole, zadzwonili do mnie (skąd mieli numer?). Oznajmili, żebym jak najszybciej wracała, bo „ta co do nas przychodzi to lekcje normalne chce prowadzić”, a oni wcale jej nie będą się słuchać, bo …. Tu nastąpiła niecenzuralna wypowiedź. Nie powiem, miło mi się zrobiło.  

I tym właśnie ludziom, kiedy byli w ósmej klasie (mieli od 15 do 17 lat) pokazałam w ramach lekcji polskiego „Kanał” Andrzeja Wajdy. W pracowni znajdował się kineskopowy telewizor oraz szczyt ówczesnej techniki – odtwarzacz video. Przyniosłam kasetę z nagranym przeze mnie z telewizji filmem.

Najpierw było wprowadzenie – krótka historia powstania warszawskiego. Potem wyjaśnienie, że film jest czarno-biały, bo stary, starszy ode mnie. I niech oglądają, bo pan od historii będzie z tego filmu pytał.

Patrzyli na mnie podejrzanie. Rozłożyli się na ławkach. Niektórzy podstawili pod nogi krzesła. Włączyłam projekcję. Początkowo nie byli zachwyceni. Nawet śmiali się z niektórych scen. Jednak powoli wciągali się w fabułę. Czasami czegoś nie rozumieli. Pytali. Odpowiadałam.

Kiedy filmowy oddział zszedł do kanałów, zamilkli. Dyskretnie zerkałam na wpatrzone w telewizor oczy.

- Którędy oni idą? – ktoś zapytał.

- Kanałami.

- Jakimi kanałami?

- Kanalizacyjnymi.

- Tam gdzie są gówna?

- Tak.

- I oni idą wśród tego gówna?

- Tak.

- O, kur…. Ja pierd… Jeb… faszyści! – rozległo się w klasie. Niektórzy uderzyli pięścią w pulpit ławki.

Pamiętam jak przez mgłę zakończenie roku szkolnego. Najlepsza klasa rozbiła bank z nagrodami. Zarozumiali, pewni siebie, dumni stawali przed dyrekcją. Klasa F stała z boku i uśmiechała się drwiąco…Nie wiem, jak potoczyły się losy uczniów z tej klasy… Zatarły mi się w pamięci ich twarze… Kiedy kończyłam pracę w szkole, uświadomiłam sobie, że uczniowie z „afu” nie byli wcale tacy źli…Po nich spotkałam gorszych…

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.