Emeryt nad Bałtykiem

P1210128

Wrzesień nad Bałtykiem był dla mnie wielką zagadką. Większość życia spędziłam w szkole, najpierw jako uczeń, potem – nauczyciel. We wrześniu, a nie jakimś tam styczniu, rozpoczynał się dla mnie nowy rok.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam morze. Było od zawsze. Mieszkałam w Wałbrzychu, a mieszkańcy tego, wówczas dużego, ośrodka górniczego, wyjeżdżali na urlopy nad morze. Jako brzdąc jeździłam z rodzicami do Łeby, Świnoujścia, Dziwnowa… Pamiętam pociągi zwane sezonowymi. Kopalnie i koksownie podróżowały razem. Już w przedziałach kolejowych trwała integracja. Warunki jazdy – prawie komfortowe. Tłoku nie było. Nikt nie wchodziła oknem do wagonu. Bywało, że nasza rodzina 2+2 siedziała w przedziale sama.

Podobnie było z wyjazdami na kolonie. Też nad morze: Jastrzębia Góra, Wapnica, Nowe Warpno, Łeba… Długi pociąg, zwany kolonijnym, przyjeżdżał z Jeleniej Góry, a w nim dzieci z tego miasta. Na dworcu Wałbrzych Główny wsiadała dziatwa rodziców z kopalni „Wałbrzych” oraz „Thorez”. Jechaliśmy w jednym kierunku – nad morze, chociaż do różnych miejscowości. Fajnie było. Oczywiście takie sezonowe składy jechały dość długo, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy świetnie się bawili. Zastanawiam się od lat…. komu ku… to przeszkadzało?

No dobra, wróćmy do września nad Bałtykiem.

W końcu szczęśliwie przeszeregowałam się na emeryta i co zrobiłam pierwszego wolnego września? Oczywiście w drugiej jego połowie pojechałam nad morze. Nie do sanatorium, nie do domu wypoczynkowego. Ot tak, żeby nad morzem być sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

I tak jeżdżę od sześciu lat. Okazało się, że przełom lata i jesieni to najodpowiedniejszy dla mnie czas inwestowania we własne zdrowie. Fizyczne i psychiczne. Wielu znajomych pyta, co ja, samotny żeglarz, w czas jesieni robię nad Bałtykiem. Żadna tajemnica.

Jeżdżę do tego samego prywatnego pensjonatu. Właścicielka wie, kim jestem, jaka jestem i stosuje wobec mnie taryfę umowną w kwestii opłat za pokój. A takowe we wszystkich prywatnych kwaterach jesienią są o wiele tańsze niż w sezonie.

Bo tanie pokoje wynajmuje się u prywaciarzy, z nimi można zawsze się targować o cenę.

Dzień zaczynam od wielokilometrowego marszu z kijami czyli uprawiam Nordic Walking. Kiedy pogoda jest niewyraźna i grozi deszczem, skracam dystans i idę wzmacniać mięśnie na przyrządach plenerowej siłowni.

Podstawowy ubiór nad morze jesienią to ortalionowe dresy. Nie grube spodnie, ciężkie kurtki. Dres jest lekki, można go nieść w równie ortalionowym plecaczku i włożyć, kiedy zaczyna padać lub mocno wiać.

Po powrocie z Nordic Walking człek jest tak skonany, że pada na wyro i odpoczywa. Potem drugie śniadanie i …. kolejny spacer. Tym razem wolno, dostojnie zwiedzam okolice lub …. leżę bykiem nad Bałtykiem. We wrześniu trafiają się dni, kiedy słońce mocno przygrzewa. A jesienne słońce jest bezpieczne.

Potem jem obiad. Różny bywa. Czasami upichcę coś sama, czasami idę do jakiegoś lokalu. Wszystko zależy od chęci i zasobu portfela.

W większości prywatnych kwater jest aneks kuchenny. Są też takie aneksy w pokojach, ale wtedy jest drożej. Ja w swoim pokoju mam natomiast niewielką lodówkę. Na zamrożenie lodu do ulubionego drinka wystarczy.

Po obiedzie ponownie czas relaksu na wyrze i… czas na zachód słońca. Oglądam go zawsze siedząc wraz z takimi samymi jak ja, na falochronie. Można pogadać, wymienić się adresami i poglądami polityczno-społecznymi. Potem jeszcze obowiązkowy, już prawie nocny spacer po plaży i jak mam jeszcze siłę, idę do knajpy na drinka, do kina, na tańce ( w tym roku chodziłam na dyskoteki na promenadzie).

P1210149

Budowa sztucznej rafy w Ustce – foto własne

A jeśli już padam na nos, z radością witam swój pokój. Włączam kiepsko działającą telewizję (lokalny radar zakłóca telewizję naziemną) lub laptopa. Mam wszystkie sezony „Mac Gyvera” i jeszcze nie zdążyłam obejrzeć!

Co jeszcze można robić we wrześniu nad morzem? Sprawdzić rozkład jazdy takiego PKS-u, jechać w okolice macierzystej miejscowości i zwiedzać. Można zrobić zakupy. We wrześniu nadmorskie sklepu robią wyprzedaże. Ja obserwuję manewry wojskowe i budowę sztucznej rafy. Mam lornetkę.

A teraz będzie apel – emerycie, pokochaj polskie morze we wrześniu… warto!

 

5 Komentarze

  1. Nad morzem byłam raz,lata temu na tzw”zielonej szkole”-tak różnej od tego co teraz nosi tę nazwę,że aż strach.My jechaliśmy na 3 tygodnie,mieliśmy tam normalnie lekcje i kosztowało to duuuuuuużo mniej niż teraz.
    Może kiedyś pojadę zobaczyć „wodę”,chyba też na emeryturze bo z pensji to się nie da pojechać nawet nad miejscowe ścieki :D

  2. Nad morzem, pierwszy i ostatni raz byłam, 10 lat temu. Było pięknie. Co prawda potem zwiedzałam, 4 lata temu, sycylijskie plaże, ale zimny wiatr nad Bałtykiem to nie to samo co wiatr rozwiewający palmowe liście. Może jak już urodzę i Ada troszkę podrośnie to się wybierzemy :)

    • Teraz nad morzem, na plaży spotykam emerytów, panie w ciąży i młode rodziny z małymi dziećmi. Odpowiednio ubrane maluchy brodzą w wodzie i robią zamki w piasku… Może warto spróbować, jak będzie już mnożna :) ? Pozdrawiam!

  3. Hej
    Z moich terenów niemal wszystkie kolonie były w góry chyba, że tak było tylko w zakładach moich rodziców. Tak, więc jako dziecko poznawałam góry. Morze pierwszy raz zobaczyłam mając 27 lat idąc z dziećmi za rękę na widok morza hurem krzyknęliśmy ….. łał ile wody(?)!!! Przez dłuższą chwile staliśmy próbując ogarnąć ją wzrokiem. Do końca życia będę pamiętać mój zachwyt i moich dzieciaczków :) Dziś jednak znów wole góry rzadziej odwiedzam może. Teraz marzy mi się Chorwacja :) nigdy nosa nie wytknęłam poza nasze granice nie licząc Berlina gdzie mieszka córka. Zawsze zabrakło na to kasy albo inne wydatki były ale może w przyszłe wakacje się uda :)

  4. A ja bym chciała trochę tego i trochę tego -wtedy byłaby pełnia szczęścia :D
    Góry nad morzem albo morze w górach :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.