Gdzie się podziały tamte podwórka?

podworko

moje podwórko z okna mojego mieszkania – 1969 r.

Dziś za oknem piękna, wiosenna pogoda…Spacerując z psem, zauważyłam gromadki dzieci bawiące się przed blokiem. Mamy, babcie i opiekunki przyprowadziły je ze szkoły i nauczanie zintegrowane wyszło „na dwór”. Bo, czy wyszło na podwórko, to już mam wątpliwości…

Akurat na moim osiedlu dzieci i młodzież mają sporo miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu (o ile nie powieje wiatr od oczyszczalni ścieków rzecz jasna). Jest „skate park” z boiskami, ławkami, trawnikami, plenerową siłownią, są liczne place zabaw, o jakich mi w wieku wczesnoszkolnym nawet się nie śniło, bo nie wiedziałam, że takie coś w ogóle mogło istnieć. Ale czy to jest podwórko?

Moje podwórko było ogromne! Mieszkałam w Wałbrzychu na poniemieckim osiedlu z lat trzydziestych, które do dziś zachwyca architektów. Sposób ustawienia kamienic, rozplanowania ulic godny naśladowania. Moje podwórko znajdowało się w kwadracie czterech ulic. Jedynie z dwóch stron można było wjechać samochodem. Pozostałe dwie były tylko dla „ruchu” pieszego. To zapewniało nam bezpieczeństwo, chociaż, tak na dobrą sprawę, ruch kołowy na „jezdni” był wówczas niewielki. Natomiast poza podwórkiem byla ruchliwa ulica z bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniem. Mówiło się potocznie „po drugiej stronie” i właśnie na ową „drugą stronę” młodocianym wychodzić nie było wolno. Tak nakazali rodzice. Tak, moi drodzy, tylko nakazali, nie wyjaśniali, nie tłumaczyli, nie stosowali żadnej metody pedagogiczno-wychowawczej. „Nie wolno i koniec!” – do dziś pamiętam te słowa jako odpowiedź na pytanie „A dlaczego nie wolno?”. O dziwo, tak rodzic budował sobie autorytet. Zakaz był łamany sporadycznie.

Na podwórku spędzaliśmy masę czasu. Większość z nas miała niepracujące mamy i do przedszkola nie chodziliśmy. Tak, tak moi drodzy… przedszkola były taką fajną przechowalnią, a nie miejscem edukacji. Edukowało nas podwórko. Nikt również zabaw nam nie organizował. Jakoś tak same do głowy przychodziły. Takie na przykład zabawy tematyczne, opisywane w podręcznikach psychologii rozwojowej, były bardzo często przez nas realizowane. Ja, z racji wzrostu i z powodu braku odpowiednich chłopaków w grupie, grałam zawsze rolę ojca. Mój młodszy brat – młodszego płaczliwego brata. Wiesia była mamą, Krysia chyba ciocią, a potem, kiedy poszła do szkoły, została panią nauczycielką podczas zabawy w szkołę. To na podwórku nauczyłam się czytać i pisać bazgrząc pierwsze litery na brudnej ziemi.

O właśnie brud… Wałbrzyska ziemia była wówczas brudna w sensie dosłownym. Sprawiała to obecność koksowni, z których pył spadał na miasto (kopalnie nie zanieczyszczają atmosfery). Będąc latem praktycznie cały dzień na podwórku, też byliśmy brudni. Grzebiąc się w brudnej ziemi (piasek kojarzył się nam najwyżej z Bałtykiem), ręce myjąc głównie przed obiadem i wieczorem, nie zapadaliśmy na żadne choroby przenoszone drogą „ręczną”. Czasami wpadaliśmy do domu po pajdę chleba z masłem i cukrem. Ręce wycierało się o sukienkę lub bluzkę i jadło, jadło tę smaczną kanapkę wytartymi dłońmi. Do dziś nie mogę zrozumieć fenomenu braku zakażeń, biegunek, niestrawności. O zabawie w błocie po deszczu już wspominać nie będę. Za pozwolenie na coś takiego, dzisiaj pewnie rodzicom groziłoby odebranie praw  rodzicielskich.

Kiedy dorastaliśmy, zmieniały się nasze zabawy. Chłopaki kopali piłkę, dziewczyny skakały na skakance, odbijały piłkę o ściany kamienicy. Była gra w „palanta”, „wyścig pokoju”, rysowało się „klasy” i „chłopka”. W wieku blisko młodzieżowym, co niektórzy ukrywali się wśród krzaków i drzew, by zapalić lub pościskać się z osobą płci przeciwnej. A było gdzie się na naszym podwórku poukrywać! Zabawa „w chowanego” dotyczyła każdego rocznika.  

Zima też byliśmy na podwórku. Nasze miało swoją górkę do zjeżdżania na sankach. Kiedy towarzystwo wracało ze swych szkół, brało sanki i szło na górkę. Panował wrzask, który nikomu nie przeszkadzał.

Czy ktoś nas na podwórku pilnował? Oczywiście, że tak! Pilnowali rodzice, ale nie wszyscy naraz. Czasami wystarczyły dwie mamy siedzące w oknach wychodzących na podwórko. Ogarniały je całe i pilnowały wszystkich dzieci. Uwaga zwrócona przez sąsiadkę miała nawet większą wartość niż „mamusiowa”. Potem czekała jeszcze riposta od mamy, bo oczywiście sąsiadka informacji mamie udzieliła. Tak, tak moi drodzy… sąsiad miał prawo zwrócić uwagę każdemu dziecku.  

W mojej klatce schodowej mieszkała starsza pani posiadająca lornetkę. Była postrachem podwórka. Jeśli chciało się coś na diabła zrobić, najpierw zerkało się na jej okno. Jest czy nie ma? Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie coś nazywa się monitoring, bo pani pamięć do złych wyczynów miała znakomitą.

A gdy zapadały ciemności, z okien rozlegały się okrzyki nawołujące do powrotu:

„Grażyna do domu!”

„Jeszcze chwileczkę!”

„Natychmiast!”

„Jeszcze pięć minut!”

„Natychmiast!”

Nikt nie chciał podwórka opuszczać.

Gdzie się podziały tamte podwórka?  Są nadal. Moje też jest. Ale jakieś inne. Nie ma sąsiadów pilnujących rozbawionych dzieci, nie ma nakazów, zakazów bez wyjaśnień, zabaw  w brudnym piachu i kanapek z cukrem…

ogińskiego

moje podwórko – 2010 r.

Nie ma i już nie będzie… I nie ma już mapy do tamtego świata…    

11 Komentarze

  1. Najlepsze jabłka i gruszki były prosto z drzewa,i jak smakował rabarbar zrywany gdzieś za garażami :D
    Plac był najlepszym miejscem na świecie,rano na szybko śniadanie i czy deszcz czy słońce zabawa była.
    Pamiętam jak z koleżanką bawiłyśmy się w błocie.Całe buty ubłocone,właziłyśmy w kałużę żeby „umyć” i znowu do błota.Za którymś razem kalosz mój utonął i do domu poszłam w skarpetach . Zabawa była aż się ciemno robiło-w klasy,w podchody,w kapsle i miliony innych o których teraz dzieciakom się nawet nie śni.
    Już nawet potem,jak człek wszedł w wiek nastoletni to się do późna siedziało na murkach przy klatkach i życie kwitło.
    I wszystkie dzieci były szczęśliwe,zadowolone i nikt nie wołał że zaniedbane i niedopilnowane.
    Nikt wtedy nie słyszał o supernianiach,psychologach.Nie raz człowiek klapsa dostał i go to nie zabiło ani nie skrzywiło.
    I jakoś bez tych smartfonów,telefonów,komputerów i internetowych gier nasze życie było lepsze,kolorowsze pełniejsze.
    I aż żal mi patrzeć na dzieci,które na placu zabaw nie potrafią same się bawić.

    • Właśnie, nie potrafią się same bawić… obstawione opiekunkami, mamusiami, pilnującymi, by dziecko się nie ubrudziło, grzebią w piasku i krzyczą, że im się nie chce… Szkoda… ale może takie ma być to pokolenie?

      • Tylko co z tego pokolenia wyrośnie?
        Jak z takiego dziecka ma być dobry kolega,współpracownik skoro nie wyrobi w sobie tej cechy?
        Za te dzieci myślą właśnie mamusie,babcie,opiekunki- a kto za nie przeżyje życie skoro one są oderwane od realiów?
        Obserwuję mojego syna,klasę i smutna refleksja-te dzieciaki nawet nie potrafią się zakolegować.

        • Nie potrafią, rzeczywiście…. widziałam to w szkole… będą żyć w wirtualnej rzeczywistości…Jest taki film „Surogaci”, ludzie siedzą w domu, a w pracy zastępują ich sobowtóry…

          • A jak ja patrzę na te dzieci to na myśl mi przychodzi „Sala samobójców”……
            Dobrze że wiosna idzie przynajmniej mój zacznie z rowerem wychodzić.

  2. Racja, „Sala….” byłam wstrząśnięta po obejrzeniu tego filmu. Tymczasem nastolatkowie, z którymi rozmawiałam, uznali, że takie właśnie jest życie i nic w tym nie ma wstrząsającego….

    • „Sala….”,”Plac Zbawiciela”,”Baby blues”-jedne z nielicznych filmów naszej produkcji,które głęboko zapadają w pamięć i serce i dają do myślenia.Szkoda,że są już takie osoby na których to nie robi wrażenia choć powinno.I powinno skłonić do myślenia.

  3. Ziomal – bo z tego samego podwórka .

    Grażynka napisała tu samą prawdę pomijając milczeniem kilka szczegółów ale mniejsza o to . My -czyli nasze pokolenie byliśmy jacyś inni niż obecne pokolenia .Cóż ,świat się zmienił .My mieliśmy do dyspozycji kino ( w niedzielę poranki ) bajki z rzutnika i ewentualnie w późniejszych latach telewizję (Bonanza ,Zorro itp. ) .Jako chłopak z kolegami grało się w piłkę oczywiście gumową bo „prawdziwa”-skórzana była wtedy rarytasem . Ile szyb w oknach poleciało? – ale od czego był zaprzyjaźniony szklarz po „drugiej stronie ulicy” . Składka od każdego gracza i jest nowe okno . Proca – kto dziś , z powiedzmy już młodzieży ma umiejętność rozstrzelania butelki z piętnastu kroków ? ,podobnie z łuku. Gry- przeróżne o nazwach które dziś stanowiłyby zagadkę – w ściągane ,puszkę ,murzyna itd. .Bawiliśmy się w podchody robiliśmy „wycieczki” na pobliską hałdę szybu Krakus .W szkole podstawowej jeździło się tramwajami po całym mieście – nikt nie zginął !!! Rower – to już było coś!!! Wycieczki do Zagórza Śl . ,Mieroszowa ,Jedliny Zdroju i licho wie gdzie jeszcze – nikomu nic się nie stało.
    Jak pisze Grażynka – matka zdzierała sobie gardło wołając nas do domu ,-dziś można sobie zedrzeć gardło by dziecko chciało wyjść na podwórko – oderwało się od telewizora lub komputera .
    Acha, zapomniałem o jeszcze innych rozrywkach – BASEN w lecie bo odkryty ,był okupowany przez nas od rana do wieczora bez opieki rodziców bo wiedzieliśmy że na głębinę nie wolno nam wchodzić .
    W niedzielę chodziliśmy całą bandą na mecze Górnika znaliśmy po imieniu i nazwisku wszystkich zawodników .

    Ech , dawnych wspomnień czar .
    Obecnie … to inne czasy .
    Pozdrawiam młodzież czyli te młodsze roczniki ( 50 ubiegłego wieku ) :)) .

    • Dawne czasy to cała gala wspomnień… nie sposób wszystkiego tak naraz…. jeszcze sobie coć przypomnę…

  4. Choć mam „tylko” 28 lat to też dzieciństwo spędziłam na podwórku i to wcale nie z mamą obok, wręcz przeciwnie – szlajałam się za starszym rodzeństwem (jeśli się dało, bo zwykle przeganiali). Zima? Na sanki obowiązkowo, 2 pary rękawic i sru na górki, powrót gdy wszystko do majtek było mokre a ręce i nogi czerwone. Latem w domu? Największa kara! A przecież w domu był komputer z masą kaset z grami (stare dobre Atari). Czasem wcale od śniadania się nie jadło. Do domu trzeba było wrócić „jak zacznie się ściemniać”. Ręce i nogi były poobdzierane od przeróżnych zabaw.

    Rok temu opiekowałam się maluszkiem – lat 2. Kiedy wychodziliśmy na dwór pilnowałam by nie rozbił sobie głowy, ale bawić się mógł do woli. Jak się ubrudził to trudno, ubranko można wyprać, zabawa ma to do siebie, że można się czymś pobrudzić, zwłaszcza na podwórku.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.