Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

6 Komentarze

  1. A ja powiem tak-pracę nauczyciela to znam ze strony ucznia oraz z opowieści koleżanek tudzież kolegów których zawód ten pociągał.
    Nie zazdroszczę-bo jak każda praca ma swoje wady jak i zalety.Nie porównuję-bo jak tu porównywać? Do czego przyłożyć tony klasówek? Do palety cukru w super,hiper,ekstra sklepie?
    Wkładanie wiedzy w oporne głowy do wydobywania węgla? Absurd.

    Natomiast jako rodzic to szczerze mnie w tej chwili ogarnia rozpacz.
    Ktoś powymyślał ćwiczenia-niby ułatwienie.Niby,bo wpisując w puste miejsca „rz”,”h”czy znaki matematyczne dziecko się tak na prawdę nie uczy,nie zapamiętuje tak jakby zapamiętało pisząc całe słowa i zdania w zeszycie.Tym samym nie ćwiczy pisma.Nie pisząc zdań,wypracowań nie uczy się pisać gramatycznie,stylistycznie,logicznie.
    Bo to trzeba wypracować.Tego się nie da przeczytać i zapamiętać.

    Nie pisząc zadań matematycznych samemu nie uczą się dzieci poprawnego zapisywania.Dziesiątki,setki,tysiące to dla nich abstrakcja.

    Moje dziecko w zeszłym roku rozpoczęło przygodę z historią. Jak dla mnie rok zmarnowany.Bo przepraszam,ale uczenie o faraonach,o mitach greckich i rzymskich na HISTORII jest dla mnie debilizmem.No chyba że bym mieszkała w Egipcie-to rozumiem.Ale tu????

    Ja w wieku mojego syna miałam biologię,geografię.Gdzie to jest teraz?
    Przyroda to była w klasach 1-3,gdzie się dzieci uczyły o robaczkach,mchach czy rosnącej trawce ale nie jak się uczyliśmy „skąd się bierze człowiek”.

    Nie wiem,może to ja się czepiam,może innym to pasuje-jak dla mnie to teraz nie ma uczenia,jest bieg przez program.Z opłakanymi skutkami.

    • Kiedy zaczynałam pracę nauczyciela, wszystko było prostsze… ale… chyba i dzieci się zmieniły, i czasy się zmieniły. pamiętam, jak koleżanki w szkole zawodowej uczyły się na sprzedawców. Miały przedmiot zwany arytmetyką, bo w sklepie musiały przecież liczyć pamięciowo i ręcznie… dziś wystarczy kilka kliknięć lub przesunięcie towaru po skanerze. A jeśli zabraknie prądu to i tak sklep zostaje zamknięty, bo wszystko musi być na kasie fiskalnej… Dzisiejsze dzieci w większości maja problemy z czytaniem ze zrozumieniem… Kiedyś streszczenie przeczytanego tekstu było jednym z najprostszych zadań… Potem długo nie mogłam się przyzwyczaić, że uczniowie mają z tym kłopoty. A historia starożytna? Zawsze w szkole była, jako uczennica też się jej w podstawówce uczyła. Jest podstawą nauk humanistycznych… trudno bez jej znajomości oglądać nawet filmy fabularne…

  2. Czytanie ze zrozumieniem—koszmar. Bo jak zrobić zadanie tekstowe jak się teksu nie rozumie. Ja już nie wiedziałam jak dziecku tłumaczyć.
    Streszczeń jeszcze nie przerabiali,ale tu już się zabezpieczyłam-po prostu podsuwam mu rożne książki a potem każę sobie opowiedzieć.Z tym,że zaznaczam iż ma być o tym co najważniejsze i krótko.

    Ja pamiętam mity ale przerabiane na polskim a nie historii :D
    Jednak fakt pozostaje faktem,że kiedyś ambicją nauczyciela było nauczyć.Reformy zmieniły to tak,że teraz ambicją jest zrealizować program.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.