Jak żyć – cz. I – na poważnie

Walbrzyskie_Trolejbusy_Walbrzych_397906

 

Galeria Handlowa mojego dzieciństwa – Powszechny Dom Towarowy Wałbrzych 

W związku z licznymi zmianami w naszym kraju, odbywającymi się pod hasłem „dobra zmiana”, wielu młodych ludzi pyta mnie „Jak żyć?”. Okazuje się bowiem, że to, co dla nich jest nowością, dla mnie, dziecka komuny, było kiedyś normalne.

O powrocie ośmioklasowej podstawówki już kiedyś pisałam. Dziś dodam jedynie, że w szkole, w której pracowałam, rozebrano ściany dzielące gimnazjum od podstawówki, w wyniku czego nastąpił powrót do szkoły z końca XX wieku. Znaczy się jak szkołę wybudowano, taka obecnie jest.

Czas zająć się kolejnym powrotem – zamknięciem sklepów w niedzielę. Młodzi nie wiedzą, jak sobie z tym zjawiskiem poradzić. Rozhulało się to towarzystwo, nacieszyło wolnym handlem, a teraz zupełnie nie wie, kiedy zrobi zakupy lub pójdzie na wycieczkę do galerii handlowej.

A więc moi drodzy, za moich czasów, kiedy w niedzielę wszystkie sklepy były zamknięte i nikt sobie nie wyobrażał, żeby robić zakupy lub siedzieć na kasie w supersamie, życie rzeczywiście toczyło się inaczej.

Zakupy robiło się w piątek lub sobotę. Należy przypomnieć, że w sobotę sklepy były czynne krócej. Przed epoką wolnych sobót pracowano tego dnia nie osiem, ale sześć godzin. Kupowano jedzenie na dwa, trzy dni, a nie na cały tydzień. Często trzeba było postać w kolejce.

W mojej wałbrzyskiej dzielnicy – Nowe Miasto – były sklepy wszelkiego rodzaju. Ceny – regulowane odgórnie i wszędzie wszystko kosztowało tyle samo. Nie było więc sensu szukania sklepów w innych częściach miasta.

Młodzi, może warto ten pomysł obecnie rządzącym przypomnieć? Ciągle powracają do starych, dobrych czasów…. a wy mielibyście zakupy z głowy, bo wszystko można by kupić w osiedlowym sklepiku zamiast biegać i szukać, gdzie taniej?

Ale swój hipermarket mieliśmy. Nazywał się Powszechny Dom Towarowy, zwany potocznie „pedeciakiem”. Na trzech piętrach potężnego budynku mieściły się stoiska dosłownie ze wszystkim od zabawek po mięso. A, chodziło się do „pedeciaka” jak do dzisiejszej galerii handlowej, chodziło. Z koleżankami najlepiej lubiłyśmy stoisko z butami. Można było je przymierzać nie pytając nikogo o zgodę. Oczywiście przymierzałyśmy jeden but…

Ale nie w niedzielę. W niedzielę wszystko było zamknięte, a w domach były wszystkie produkty do zrobienia posiłku. Łącznie z chlebem.

Co zatem robiliśmy w niedzielę…. Niektórzy, tak jak dzisiaj, leczyli kaca, bo sobotni wieczór był rozrywkowy. Byli tacy, co chodzili rano do kościoła. Nie wmawiajcie mi, że zakaz handlu w niedzielę jest po to, żeby zacząć chodzić na mszę. Jak ktoś chce to pójdzie, jak nie to nie. Rodzice dawali zawsze jakąś monetę, żeby księdzu rzucić na tacę. Nie zawsze się wrzucało. Czasami moneta wędrowała do kieszeni. Jak ktoś chce to wrzuca, jak nie chce to nie. Bez względu na to, czy sklep w niedzielę otwarty czy nie.

Za mojej młodości był jeden fajny kościół z fajnym księdzem. Po mszy sporo czasu spędzaliśmy przed kościołem na skwerze. Ławki stały, można było przysiąść i pogadać.

Cóż młodzi, dziś pewnie przed waszym kościołem jest parking… na to już nic nie poradzę.

W dawną komunistyczną niedzielę człowiek był ładnie ubrany. Zbyt wiele ciuchów w szafie nie miał, ale te niedzielne wisiały na honorowym miejscu. Dzieci w ten jeden dzień w tygodniu nie mogły bawić się na podwórku w tradycyjne zabawy, bo miały na sobie niedzielne ubrania. Podobnie jak dorośli, spacerowaliśmy, siadaliśmy na ławkach, rozmawialiśmy.

Podstawowym posiłkiem był oczywiście obiad. Cała rodzina w komplecie siadała do stołu i jadła. No tak, ja już z czasów telewizyjnych, więc telewizor w niedzielę, jak mówił mój ojciec „rąbał” cały dzień, bo i cały dzień był program w tv.

Czym jeszcze zajmowaliśmy się w niedzielę? Byliśmy rodziną sportowych kibiców, zatem chodziliśmy na mecze piłki nożnej i koszykówki. A po meczu kupowaliśmy …. ciastka. Bo oto w naszej dzielnicy znajdowała się prywatna cukiernia, otwarta w niedzielę. Przez cały tydzień właściwie słodyczy nie jedliśmy, natomiast w niedzielę była super wyżerka.

Chodziliśmy na długie spacery i do kina. Sami. Bez rodziców. Najpierw na tzw. poranki dla dzieci, potem całą „bandą”. Film nie był aż tak ważny. Ważne było, żeby usiąść w ostatnim rzędzie. Po „kinie” ponownie stawaliśmy na skwerze lub siadaliśmy na ławkach i po prostu rozmawialiśmy. Obgadywaliśmy nauczycieli, kolegów, których nie było z nami. Ustalaliśmy taktykę na najbliższa klasówkę…

A co robili nasi rodzice?

Być może, korzystając z nieobecności dzieci w domu, oddawali się uciechom ciała, bo czasami wcale nie byli zadowoleni, kiedy zbyt wcześnie wracałam do domu…

Kochani, macie dziś samochody… w taką niedzielę można wybrać się na przejażdżkę… jak dzień pochmurny – wspólnie obejrzeć w domu film, potem pogadać na jego temat… odwiedzić znajomych i pogadać…. nawet pokłócić się na tematy bieżące….

Uwierzcie, zamknięty w niedzielę sklep to nie problem…

Rozmowy kontrolowane

z17952430Q,Kadr-z-filmu-Rozmowy-Kontrolowane

fotos z filmu „Rozmowy kontrolowane”

wg notatek robionych w czasie przemieszczanie się autobusem typu „pks”, a następnie pociągiem typu „pendolino” na trasie ok. 500 km przez Polskę.

[…] oznakowanie wypowiedzi drugiej osoby, na szczęście niesłyszalne

autobus

I – młodzian przede mną

II – pani za mną

równocześnie:

I – Akumulator mi siada. W ogóle samochód się sypie […] Nie, to działa […]  (tu następuje fachowa terminologia samochodowa, której nie kumam, wywód o akumulatorach, skrzyni biegów i ogólnym złym stanie auta) […] A co tam, jak wrócę na stałe to nowy sobie kupię. W Polsce jestem od wczoraj. Do Łodzi jadę. […] Nie, nie dawałem ogłoszenia na Bla bla, bo wiesz i auto w rozsypce i nie było kiedy. Jadę autobusem. […] Nie, nie ma dużo ludzi. Siedzę sam. Obok nie ma nikogo […] Pewnie, że można rozmawiać.

II – Coś ty? Nie, to nieprawda, ta korupcja w prokuraturze jest. I to jaka! […] Sama dawałam. […] Coś ty, nie złapią za rękę. A ja też się nie przyznam. Głupia nie jestem. […] A, ona też…. […] Pozamykać ich wszystkich i będzie spokój, bo to ku… i złodzieje. […]

I – Po Warszawie to lepiej jeździć komunikacją miejską. Wsiadasz w taki tramwaj lub metro i jesteś szybko […] Nie, autobus raczej nie, też stoi w korkach […] Być może, być może, dawno mnie tu nie było […] Słuchaj, jeszcze raz powtórz, co z tym akumulatorem robiłeś? […]

II – Nie, nikt nie podsłuchuje, pusto w autobusie […] Dobra, skończmy. Wysiadam przy Wileńskiej, to szybko będę u Ciebie […] Jasne, że pamiętam stary dworzec. Smród, brud […] Ha, ha, jasne , że pamiętam. Do Zielonki się jeździło […] No, no, jak on wtedy zachlał! A jak rzygał! […] Pewnie, że teraz czysto, wszystko nowe ładne […] Ha, ha pewnie że teraz by nie puszczał pawia na tory, bo by go od razu zwinęli.

obie rozmowy trwały ok. 40 minut

pociąg

rozmowa pierwsza – młoda dziewczyna, siedząca obok mnie:

Wyobraź sobie, co za ludzie. Wsiadają do nie tego pociągu co trzeba. Czytać nie umieją czy co? Wyraźnie na drzwiach napisane. A jak tam z imprezą? Wymyśliłeś coś? […] Weź przestań. U mnie na 28 metrach było dwadzieścia osób, to u ciebie na 50 nie zmieści się tyle? […] Ja do żadnego klubu nie idę, będzie balanga w domu […] Jasne, że nie będzie cicho. Sąsiadów się uprzedzi […] No bez przesady, muszą zrozumieć, że są urodziny [….] A przepis na sernik już masz? To czytaj […] Kogo zapraszamy? […] Nie, tego nie. […] Weź przestań też nie […] Bo nie. […] No dobra, to w końcu twoje urodziny. To teraz co jeszcze do jedzenia…

(następuje ustalanie menu przez ok. 15 minut, mowa o sałatkach z porem i kurczakiem, burgerach i tym podobnym)

A może jednak pójdziemy do tego klubu? […] Zarezerwuje się tę lożę vip, co Kryśka miała […] i sałatek nie trzeba będzie robić i w ogóle nic nie trzeba będzie robić [ …] Sernik też się zamówi […] Bo wiesz, goście w domu to zachowują się wulgarnie. Napije się taki, wychodzi na korytarz i rozrabia […] Jasne, trzeba jeszcze wszystko raz obgadać. Słuchaj, kończę, bo zaraz wysiadam.

rozmowa trwała ok. 40 minut

rozmowa druga – pani, zajęła miejsce poprzedniczki:

Cześć […] Daj spokój. Z Krzyśkiem rozmawiałaś? Miał kupić lampki na grób […] Daj spokój. Strasznie zimno. Siedzę w pociągu, mam czapkę, rękawiczki i nadal mi zimno. Daj spokój. […] Z dworca musiałam do niej dojść, potem wrócić na dworzec. Daj spokój […] Znalazłam te papiery. Rozmawiałam o tej sytuacji spadkowej. Trudno będzie. Daj spokój […] Za dużo tego wszystkiego. Ona się nie zgodzi. Jak ktoś rozmowy nie chce podjąć, to co to za rozmowa. Daj spokój […] Nie, nie chcę nic od niego i Weronice też zabronię spotykania się z nim […] Czuję się jak pies na wygnaniu. Niech się wyprowadza jak najszybciej. Daj spokój […] Chyba tego nie załatwię. Już chwilami nie chce tego spadku.

(rozmowę, ok. 30 minut, przerwał zanik sieci powstały podczas ruchu pociągu z prędkością ok. 150 km/h)

rozmowa trzecia – mama, siedząca w drugim rzędzie pociągu, do córki:

Już wyszłaś ze szkoły? […] Mama jeszcze w pociągu. Kup sobie coś ciepłego do jedzenia […] To pizzę kup […] To idź do MacDonalda […] Zadzwonię jeszcze.

(po ok. 20 minutach)

I co kupiłaś? [...] Aha, kanapkę z szynką […] A świeża ta szynka? […] To idź szybko do domu i zrób sobie ciepłej herbaty. Zadzwonię jak będziesz w domu.

(po ok. 15 minutach)

Jesteś już w domu? […] Zadzwonię.

(po ok. 15 minutach)

Jesteś już w domku? […] A herbatkę zrobiłaś? […] Dobra kanapka? […] Mamusia jak wróci to zrobi jakiś obiad […] Muszę córuś, muszę. Zadzwonię.

(po ok. 40 minutach)

Co robisz? […] Aha, uczysz się. A czego? […] Już nie będę dzwonić, bo zaraz wysiadam. Za jakieś 40 minut będę w domu.

przysłuchujący się rozmowie starszy pan ośmielił się zapytać, ile lat ma córka: „Szesnaście. Jest dopiero w trzeciej klasie gimnazjum”. Spojrzał na mnie i zdusił w sobie śmiech. Na starszą panią notującą coś ołówkiem w równie starym zeszycie nikt nie zwrócił uwagi    

polecam

Czytam w pubie http://belfer59.piszecomysle.pl/

cytaty na dobranoc http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Rzadko na moich wargach…

x

Przez dwa dni w roku – 10 oraz 11 listopada – słowo patriotyzm odmieniane jest we wszystkich deklinacjach, koniugacjach w wyniku stosowania wszelkich wyrazów pokrewnych i bliskoznacznych z wiadomym słowem połączonych. Znakomity materiał do przeprowadzenia super lekcji polskiego uwzględniającej gramatykę, ortografię, literaturę, wychowanie w rodzinie, religię… słowem zajęcia zintegrowane. I takie też lekcje przeprowadzałam, kiedy nauczycielem byłam.  

Dziś będzie inaczej. Dziś podejmę próbę odpowiedzi na pytanie czym jest patriotyzm i kto patriotą jest. W listopadzie praktycznie wszyscy próbują na te pytania odpowiedzieć. Nie będę gorsza.

Słowniki tłumaczą prosto i zwięźle – patriotyzm to „szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją.”

W praktyce tak prosto nie jest.

My, Polacy, przede wszystkim kochamy walkę o wolność Ojczyzny. Najlepiej jeśli wrogowie przychodzą z zewnątrz, nocą „kolbami w drzwi załomocą”. Wtedy „stań u drzwi, bagnet na broń”. Oj, Broniewski, Broniewski, napisałeś i tak już zostało. A sprawa wroga wcale nie jest taka prosta.

Oto II wojna światowa zakończona w 1945 roku przez trzech facetów, co to zaczęli rozmawiać ze sobą w Jałcie, a skończyli w Poczdamie. Do roku ok. 1989 uważano za patriotów tych, co weszli na teren okupowanej Polski od wschodu wraz z wybranymi osobami z formacji zachodnich, za jakie uważano Armię Krajową. Po 1989 wszystko się zmieniło. Bijący hitlerowców członkowie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wcale patriotami nie byli, bo przyciągnęli za sobą „ruskich”. Patriotami stali się wszyscy ci, co z „ruskimi” walczyli. Tacy członkowie armii Andersa, co to walczyli za wolność waszą i naszą u stóp Monte Cassino.

Obecnie sporo jest osób, które uważają, iż pojęcie „żołnierz wyklęty” należy się właśnie tym od Kościuszki, bo dziś nikt o nich już nie pamięta, a wielu wyklina.

Zatem walka z wrogiem nie jest jednoznacznym wykładnikiem patriotyzmu. Do końca nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel.

Po 1945 roku nastał w Polsce ustrój zwany socjalistycznym, dziś uważanym za podporządkowany „ruskim”. I tu dopiero zaczynają się schody w definicji patriotyzmu!

Na pewnej lekcji polskiego, w czasach zaawansowanego Gierka, pani w „ogólniaku” rzuciła temat do dyskusji: „ Jak być patriotą w dzisiejszych czasach?” . „Praktycznie się nie da. Wojny brak” – ryknęliśmy na początku. Okazało się, że można. Trzeba się uczyć i pracować ku chwale Polski Ludowej, bo jest to zgodne z założeniami…. pozytywizmu, epoki sprzed, wówczas, stu lat. Znaczy się pracować, pracować i jeszcze raz pracować. W przypadku uczniów oczywiście uczyć się i budować drugą Polskę – hasło z epoki gierkowskiej.

Po latach okazało się, że ci co tę druga Polskę budowali wcale patriotami nie byli, bo budując wspierali reżimowy system.

Czyżby byli nimi ci, co kradli wszystko ci się dało, ze swych zakładów pracy? W końcu kradnąc z państwowej fabryki reżim osłabiali…

Mam wątpliwości. Ostatnio często korzystam z Centralnej Magistrali Kolejowej wybudowanej w latach 1971-1977 oraz tzw. „gierkówki”- drogi szybkiego ruchu zbudowanej w latach 1972-1976. Do dziś wspieram reżim?

Dobra, zostawmy kolej i drogi, zajmijmy się takim na przykład sportem. Wszak sportowcy to patrioci. Reprezentują Ojczyznę. Szanuję barwy narodowe. Ale … Zapewne wiecie, że ustawa dezubekizacyjna objęła również sportowców, którzy reprezentowali ongiś klubu typu „Gwardia” będące klubami milicyjnymi? Jeśli tylko taki mistrz miał w aktach napisane, że pracował w milicji, choćby nie wiem ile medali zdobył, emeryturę mu zmniejszono. I zupełnie nieważne, że człek tylko kopał piłkę… Kto wie, co będzie z kolejne pięćdziesiąt lat… Może okaże się, że taki piłkarz zostanie patriotą?

Podobnie z aktorami, piosenkarzami… grali w filmach powstających za czasów wstrętnej komuny? Grali. Śpiewali na akademiach ku czci? Śpiewali Są zatem patriotami czy nie?

No i moi drodzy zrobiło mi się gorąco.

Kto dzisiaj jest zatem patriotą?

Ten, co wywiesza flagę na balkonie w Święto Niepodległości?

Ten, co uczestniczy w otaczaniu granic Polski różańcem?

Ten, co krzyczy „Polska dla Polaków”?

Ten, co każdego dnia staje na swoim stanowisku pracy w firmie kapitalisty?

Nie wiem… Ale znam jeden wiersz, kiedyś, za czasów socjalizmu, znajdował się w podręczniku do języka polskiego… napisał go Jan Kasprowicz… dawno temu… w okresie I wojny światowej… Wytrzymacie jeszcze trochę i przeczytajcie… wszak Polska jest tylko jedna….



 

polecam inne swoje blogi:

http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

http://belfer59.piszecomysle.pl/
 

 

 

Plac Czerwony

270962_572096106157697_546559506_n

Wszystko zaczęło się oczywiście od wiadomego miejsca największych internetowych dyskusji. Oto mój znajomy zamieścił zdjęcia dawnego tzw. Starego Rynku lub Starówki, jak kto woli. Fotka była czarno – biała, znaczy się szara, ale czuć było na niej iście wiosenno-letnią barwę. Na Starówce, pośród trawy rosły drzewa i krzewy, stały ławeczki i była fontanna. Taka starego typu, okrągła, nie to co dzisiejsze wypryski lub wytryski z betonu.

Okazało się, że owe czasy pamiętam, znaczy się stara jestem. Nawet gdzieś jakieś foto przy tej fontannie mam z czasów, kiedy było się młodym. Zaczęłam zatem obserwować dyskusję, która rozpoczęła się na temat Starówki. Bo dziś… nie dość, że fontanny nie ma, to nie ma właściwie niczego. W latach dziewięćdziesiątych nieliczne drzewa zostały uwięzione w betonowych kwadratach i coraz bardziej zaczynają przypominać takie większe bonsai, trawniki pokryto kostką brukową w kolorze czerwonym i postkomuna ma radochę, bo mówi, że mamy własny Plac Czerwony, a ławki ustawiono bliżej…. jezdni. Całość przypomina bardziej parking niż miejsce do jakiegokolwiek odpoczynku po zakupach w okolicznych sklepach.

Już w 2006 roku rozpoczęto akcję promującą przywrócenie dawnego porządku pod hasłem „Fontanna jest nasza!!!!(…) „Plac Czerwony” do Moskwy!”. Większość mieszkańców uważała, że koniecznie trzeba zmienić wygląd Starówki. Nic to jednak nie dało. Czerwony bruk pozostał.

Obecna dyskusja rozpoczęła się tradycyjnie – od nostalgii za zielenią, oazą wytchnienia w samym środku miasta. Ale oto pojawili się przeciwnicy drzew, krzewów i fontanny. Opozycję ministra od wyrębu drzew wysłali nad rzekę, do lasu i jedynego w mieście miejsca zwanego parkiem. ( Do drugiego lepiej nie chodzić, wrony, kruki i wszelkie ptactwo ma tam gniazda i człowiek wychodzi z białymi plamami na głowie).

Miasto jest miasto i nie ma w nim miejsca na przyrodę! W mieście ma się dziać! Na Starówce ma być ruch! Kultura! Sport! Turystyka! No dobra, przegięłam… Ale dlaczego nic się nie dzieje? To już jest temat na inne rozważania. Oznajmiam jedynie, że omawiane miejsce jest zamieszkałe, a ilość punktów konsumpcji piwa w mieście – ograniczona. Nawet na festynach już się go nie sprzedaje. Dlatego też zdziwił mnie trochę argument, że kiedyś wokół fontanny, wśród krzaków siedzieli pijani żule i ponownie nie można do tego dopuścić. Tymczasem „i tak plączą się pijaczki tylko dzisiaj ich dobrze widać” – pisze znajomy. Skąd biorą alkohol, skoro na Starówce ogródków piwnych brak? Ot i zagwostka dla zwolenników czerwonego placu….

Ktoś też zauważył, że ongiś, za czasów komuny wokół tej fontanny kręciły się Cyganki i chciały wróżyć… Miało być zjawisko negatywne… tymczasem ktoś zatęsknił za paniami w barwnych strojach…. dziś Cyganów, zwłaszcza tych prawdziwych, już nie ma… Ach, szalone lata siedemdziesiąte…

Ale na łopatki rozłożył mnie inny internauta… „(…) nie tak wyglądały rynki w miastach i nie do (wypoczynku) były przeznaczone. Było to, jak sama nazwa wskazuje, miejsce handlu. Komuniści chcąc skupić cały handel w swoich rękach, zamieniali miejskie rynki na skwery z zielenią. Wystarczy przejść się po Starym Rynku w Warszawie…”. „Popieram – krzyknął kolejny internauta, tym razem sarkastycznie – Jestem nawet za tym, żeby na złość komunistom przywrócić wygląd tych miejsc do stanu zaraz po wojnie. Po co mieszali się te komuchy!”

Zrobiło się gorąco. Porównanie Starego Rynku w mieście ok. 60-tysięcznym do czegoś o podobnej nazwie w stolicy mogło być powodem do dumy. Jednak powrót do średniowieczno – odrodzeniowych korzeni, czyli handlu, oznaczałby konieczność wyburzenia nie tylko bruku, ale i okolicznych domów… Pojawiłby się problem – wpuszczamy tylko furmanki dwukonne, czy dajemy wolny wjazd jednokonnym?

Kolejna sprawa to oczywiście owe komuchy, co to zagarnęły wszystko i zamiast już w 1945 budować galerie handlowe w miejscu rynków, sadziły tam zieleń. Tyle tego nasadziły, że dziś trzeba to wycinać, karczować, likwidować, bo człowiek nie może się spokojnie po asfalcie w lesie poruszać. Pewnie w wycince lasów równikowych i w topieniu lodowców też potomkowie Lenina palce maczali. Cóż przy tym znaczy likwidacja małego skweru w niewielkim mieście…

Zbliża się okrągła rocznica nadania praw miejskich w mieście z Placem Czerwonym. Jest jeszcze czas, by przynajmniej część kostki wykopać, wyłożyć nią tereny nad rzeką, a w jej miejscu zrobić zwykły, normalny, zwyczajny klomb, taki sam jakie są na wszystkich rondach, uwolnić drzewa z betonowych kwadratów, posadzić kilka krzewów… Marzenia, marzenia, marzenia starszego pokolenia….

zapraszam na blog http://belfer59.piszecomysle.pl/