Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Będą legendą….

20061102134847_img_9712

Kłomino – foto internet

Kiedyś, dawno temu, prawie przed potopem, człowiek szedł rano do pracy, w kiosku Ruchu kupował gazetę. W pracy czytał tę gazetę w towarzystwie drugiego śniadania, znaczy się herbaty Ulung i kanapki z mielonym.

Teraz czasy się zmieniły, człowiek się zestarzał. Wstaje rano, wyprowadza psa, parzy kawę, włącza laptopa i czyta, popijając Jacobsa Kronunga.

I właśnie usiadłam do popijania i czytania. Oczywiście najpierw gazety, znaczy się portale informacyjne. Trzeba sprawdzić ilu generałów nie będzie miała polska armia, bo walka o tron w naszym kraju trwa nadal. Taki temat dnia. Normalka, zawsze być musi. Potem portal zwany społecznościowym. I tu dopiero prawdziwa rewelacja!

„Polska Akademia Nauk opublikowała listę 122 miast, którym grozi zapaść społeczna i gospodarcza. Analiza Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN powstała na potrzeby rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Oto na 255 miast średniej wielkości aż 122 padnie na zawał lub udar lub będzie w najbliższym czasie miało wylew. Sytuacja wręcz dramatyczna. Przecież to połowa, no dobrze, nie przeginajmy, ale duża część naszego państwa. Jeśli padnie, to co zostanie? Warszawa? Kraków? Wrocław? Czy te miasta pomieszczą mieszkańców 122 padniętych miast?

Masa pytań zaczęła mi w jednym momencie przychodzić do głowy. Czeka nas kataklizm narodowy? Które miasto mam wybrać do osiedlenia się, bo moje znajduje się na czarnej liście? Kto mnie przygarnie? Wszak nawet nie sprzedam swego M, bo kto zechce kupić M w padniętym mieście?

O, może wyprowadzę się do Jeleniej Góry… byłam tam kilka razy. Miasteczko ładne, blisko uzdrowisko, (o, nawet się rymnęło) góry, w koszykówkę grają… Nic z tego. Jelenia jest na liście na 41 miejscu w rubryce „silna utrata funkcji, niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”. Szukam dalej w myślach…. gdzie by tu…. Mam! Kłodzko! Moja rodzina tam mieszka, domek mają. Może dobudują oficynkę i pozwolą dożyć ostatnich dni… Też kicha. Małe, sympatyczne miasteczko jest na 59 miejscu w rubryce „ utrata funkcji, mocno niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”.

Nie tędy droga. Trzeba przejrzeć całą listę.

I proszę jakie miasta się tam znajdują:

  • Zambrów – wspaniały szpital, o którym pisałam;
  • Zakopane – oblegane przez turystów;
  • Augustów – jak wyżej;
  • Zabrze – dlaczego?

Zresztą, co ja Wam będę wymieniała… sami sprawdźcie


http://samorzad.pap.pl/depesze/redakcyjne.praca.akty/176437/122-miast-srednich-tracacych-funkcje-spoleczno-gospodarcze

Do Warszawy nie pojadę… ostatnio byłam 1 sierpnia, oddałam hołd powstańcom i zaszyłam się w mieszkaniu znajomych. Upał w stolicy był znacznie bardziej dokuczliwy niż w mieście tracącym funkcje społeczno – gospodarcze.

Jednym słowem kicha. Samemu można dostać zapaści.

Czy istnieje jakakolwiek korzyść z upadku tylu miast? Co się stanie z nimi, kiedy padną na zawał? Wizja apokaliptyczna? Chyba nie…. Kiedyś już widziałam upadłe miasteczko. To Kłomino, dziś zwane osadą leśną.


https://pl.wikipedia.org/wiki/K%C5%82omino

Byłam tam blisko dziesięć lat temu. Chodziłam po młodym lesie wyrosłym na miejskich uliczkach. Wśród drzew, krzewów i traw człowiek spacerował po starych asfalcie.  Przyroda zawładnęła wszystkim. Rozbijała asfalt, wypychała uliczną kostkę, wbijała się do bloków straszących pustymi oczodołami okien. Brrr…. wtedy byłam przerażona. Potem jeszcze obejrzałam film „Jestem legendą”, w którym przyroda zabiera Nowy Jork…

Tak więc, kiedy znaczna część miast średniej wielkości padnie, przyroda odzyska wszystko, co obecnie zabiera jej niejaki kornik drukarz w osobie wiadomego ministra. Aha, a w wielkich miastach powstaną legendy o naszych miasteczkach, tak jak o Warsie i Sawie. 

I tym pozytywnym akcentem dzisiejsze rozważania zakończmy.  

Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

Zbuntowany gabaryt.

śmieci

 

Odsapnijmy od polityki i zajmijmy się sprawami przyziemnymi, takimi, które na co dzień zakłócają nam życie. A jest ich sporo, oj sporo. Człowiek na przykład spaceruje z psem po osiedlu z wielkiej płyty, wielkich pustaków, śmietników i wącha. Bo one nadal śmierdzą. Mimo segregacji odpadów śmieć śmieciem pozostanie i cuchnąć będzie. Na moim osiedlu tzw. odpady „niesegregowalne” – najbardziej cuchnące – wywożone są co dwa dni, czyli w normie. A śmietnik nadal śmierdzi. Taki to los śmietnika. 

Ostatnio jednak sporo szumu zrobiło się wokół śmietników z innego powodu. Chodzi o odpady nieśmierdzące czyli tzw. wielkogabarytowe.

Z nimi jest tak: można je oczywiście usuwać z mieszkań, tego nikt nikomu nie zabroni żadną ustawą, ale nie wolno ich zostawiać przy śmietnikach. To znaczy można je ustawiać, ale tylko dwa razy do roku, bowiem dwa razy do roku na trasę wyruszają pojazdy, które te wersalki, fotele, meblościanki, zwane również segmentami, zabierają spod śmietników. (Bezpłatnie wówczas, o płatności będzie zaraz.)

Tak więc dwa razy do roku według grafiku ustalonego przez wywoźnika i zgodnie z ustaleniami z „miastem” mieszkańcy mają prawo …. właśnie… do czego…. tylko do wywalania gratów…. nie. Nie. Wprowadźmy trochę logiki. Jeśli wywalę stare, muszę kupić nowe. Jeśli trzeciego kwietnia usunę stare wyro, to również tego dnia muszę kupić nowe, żeby mieć na czym spać. No dobrze, jedną, dwie noce mogę przekimać na materacu plażowym, ale dłużej się nie da. Usuwając starą szafę mogę oczywiście majtki, spodnie i garsonki przechowywać w kartonach , ale jak długo? Logicznie rzecz biorąc mam prawo do zakupu nowych mebli dwa razy do roku i to w terminie wyznaczonym przez wywoźnika.

Praktyki wywożenia wielkich gabarytów dwa razy w ciągu dwunastu miesięcy stosowane są w wielu miastach i to wcale nie tych najmniejszych. Mam przecieki, że i w 120-tysięcznym tak jest, i w 60-tysięcznym też, o 5-tysięcznym nie wspomnę.

Wyobraźmy zatem sobie takie duże miasto robiące wymianę mebli dwa razy do roku. Ba, wyobraźmy sobie takie miasto robiące remonty dwa razy do roku, bo nie da się ukryć. Wymianie umeblowania towarzyszą z reguły malowania, przestawiania ścian itd. I ile zimą remontów w domach jest mniej, o tyle latem – bardzo dużo. W moim bloku – 32 mieszkania – obecnie prowadzone są dwa, ja dołączam za trzy tygodnie (na szczęście bez wymiany mebli).

Tak więc w mieście robota wre, byleby tylko wyrobić się w terminie wywózki. A tu jak na złość, latem wywózki nie ma, bo ktoś zaplanował ją na jesień. Co zrobić ze zużytymi wersalkami?

Niektórzy mówią, że przechować do owej jesieni. Gdzie kochani, gdzie? Na 48 metrach w towarzystwie nowej? W bloku nie ma żadnej możliwości przechowywania starych mebli.

Można co prawda tak jak moja znajoma – wywieźć na działkę i rozpalić ognisko. Dziewczyna często wspomaga biednych remontowiczów i utylizuje ich meble.

Kiedyś widziałam człowieka, który do pojemników z cuchnącymi śmieciami, wywalał pociętą na części wersalkę. Najgorzej miał ze sprężynami… Też tak można.

I oczywiście można wystawić przy śmietniku, zadzwonić, zapłacić i wywoźnik w ramach usług dla ludności meblościankę wywiezie.

I tu zaczyna się bunt społeczeństwa. Kiedy wprowadzono przepisy o segregacji odpadów, dużo mówiono oczywiście o ekologii, ale również o oszczędnościach. Obiecywano, że będzie lepiej i dla Matki Ziemi i dla jej mieszkańców z …. choroba, której to Rzeczpospolitej? Nieważne.

W sumie źle nie jest. Ludność stara się segregować. Też to robię. I płacę. Regularnie płacę za segregowane śmieci, za trzy pojemniki we własnym domu, za każdą spacer z butelkę wyrzucaną do pojemnika z napisem „szkło”, za kartony umieszczane w takim z napisem „papier”.  Nie magazynuję niczego w domu, bo nie ma gdzie. I płacę. Regularnie płacę. Inni ludzie też płacą.

Dlaczego więc mają płacić dodatkowo za wywóz szafy, jeśli chcą ją usunąć z domu w innym terminie niż wywoźnik nakazuje?

Właśnie zaobserwowałam bunt przeciwko płatnej wywózce wielkich gabarytów. Nie tylko ja. Miejscowe media też. Nawet zdjęcia w sieci były. Ludzie pod osłoną nocy, wystawiają stare meble pod śmietnik. Niektóre mają wzięcie i są zabierane, ale najgorsze pozostają i dekorują osiedle. Oczywiście wzbudziło to wielkie kontrowersje. Są ludzie oburzeni, twierdzą, że połamane krzesła przy śmietniku to wstyd i obciach. Przypominają o płatnej wywózce. Inni uparcie twierdzą, że postępują zgodnie z ustawą, śmieci segregują i płacą za wywózkę. A to, że przy śmietniku nie ma pojemnika z napisem „meble”, to już nie ich problem.

No ale problem jest. Stoją takie wersalki, szafki, szafeczki i nie ma komu się za nie zabrać. A wystarczyłoby po prostu zgłoszenie potrzeby wywózki przez właściciela starej szafy, a raz w tygodniu wywoźnik wysyłałby pod wskazane adresy ciężarówkę i zabierał wielkie gabaryty. Nie, nie będzie drożej niż dwa razy do roku wysyłanie aut pod każdy śmietnik.  

Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

Marność nad marnościami….

P1040877

Dziś będzie o potrzebach materialnych, a właściwie o ich braku…. bo jest tak….

Przez siedem miesięcy ostro zasuwałam na półtora etatu i zarobiłam duuuużżżżo pieniędzy. Oczywiście wskazany przeze mnie zaimek nieokreślony to pojęcie względne. Co to znaczy dużo… każdy sądzi według siebie. Pewna znajoma, dowiedziawszy się, ile zarobiłam, wzruszyła ramionami. Ona w tym samym czasie zarobiła trzy razy tyle, ale o jedną piątą mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. I martwiła się, jak bez owej jednej piątej przeżyje. No dobrze, wiem, jest notariuszem, a nie nauczycielem polskiego.

Więc mam tę forsę na koncie i myślę, co tu z nią zrobić. Okazuje się bowiem, że nagły przypływ gotówki w głowie mi nie poprzewracał. Jem nadal to, co jadłam, ubieram się nadal w szmateksach, w domu mam wszystko, co do życia potrzebne….

Może by tak remont M-3…. Nie, generalny niepotrzebny, a malowanie ścian zaklepane na sierpień. Wymiana mebli? A po co? Stare jeszcze się nie rozwaliły, jak się rozwalą, kupię nowe. Szanse na to są jednak niewielkie, bo to solidny PRL. Przetrzyma nawet reformę sądownictwa.

Garnków też wymieniać nie będą, bo obecne są dobre, firankę do salony kupiłam, nowe wyro do spania też… Zdecydowanie w chałupie nic więcej nie potrzeba.

Mogłabym pojechać za granicę, ale jakoś mnie nie ciągnie… Ludzie się dziwią. Byli w Paryżu, Wenecji, Barcelonie, a ja odwiedziłam dwa razy Litwę i raz Czechy. I wystarczy. Gdybym tak mogła pojechać do Egiptu, powłóczyć się wokół piramid, pospacerować po miasteczkach… ale gdzie tam… Człowiek jedzie do takiej Hurgady i trzęsie portkami, żeby go jakiś terrorysta nożem nie zadziobał. Siedzi w takim hotelu 24 godziny na dobę i odpoczywa. Choroba, siedzieć to ja se mogę we własnym M, nie muszę do Egiptu. Nie, nie odpowiada mi taki wypoczynek. Owszem, chciałabym pojechać… do takich Stanów Zjednoczonych na przykład, ale z konkretnym celem. Na mecze NBA – jeden w Madison Square Garden w New York, drugi w Staples Center w Los Angeles. Chętnie wybrałabym się do Australii i Nowej Zelandii, zobaczyć plenery, które wykorzystano przy kręceniu „Władcy pierścienia”. Niestety, aż tyle nie zarobiłam.

Ekskluzywne wczasy…. niby pomysł jest…. tak samo jak prywatnie do sanatorium… Niestety, przypomniała mi się inna znajoma.

Wybrała się właśnie prywatnie do sanatorium. Zakwaterowano ją w domu specjalnie dla takich prywaciarzy przeznaczonym. Zero ograniczenia wolności, jak w normalnych sanatoriach. Dostała klucz od drzwi wejściowych i mogła wracać, kiedy tylko chciała. I co z tego… reszta wracała do swych kwater przed 22.00 i zabawę kontynuowała we własnych pokojach. Znajoma wraca do prawie pustego budynku i nudziła się. Ani tu na noc nikogo nie przyprowadzi, ani się wieczorem z kim napić…. Poza tym wskazane przez lekarza zabiegi zaplanowano jej na … siódmą rano…. bo późniejsze godziny były już zajęte przez tych, co czekali w długiej kolejce do sanatorium.

Tak to ja nie chcę. Odczekam swoje i pojadę do sanatorium jak normalny człowiek.

Jeśli zaś chodzi o wczasy to też nic z tego. Nie lubię zorganizowanego wypoczynku, nie lubię wstawania na dzwonek o ósmej na śniadanie, o czternastej na obiad. Podczas luksusowego pobytu chciałabym jeść wtedy, kiedy będzie mi się chciało jeść oraz jeść to, co chcę jeść. Jak się okazuje, takie wymagania spełnia tylko wypoczynek niezorganizowany, czyli taki, z którego korzystam już od wielu lat.

Niedawno odwiedziłam Łańcut. Uczestniczyłam w radosnej imprezie w grupie znajomych i nie było to wesele. Chciałam zakwaterować się luksusowo, w nowym hotelu z super restauracją. Tylko po co? Moja impreza odbywała się w innej części miasteczka, a do restauracji mogę wpaść zawsze, by ekskluzywnie napić się piwa. Zamieszkałam w znajdującym się w pobliżu hotelu mniejszym budynku, za połowę ceny. I bardzo dobrze. Moja impra było wysokooktanowa i po powrocie do pokoju padałam od razu na wyro, bez filozoficznych pytań o to, gdzie i po co tu jestem.

W sumie więc okazało się, że nie mam potrzeb materialnych lub trochę inaczej – moje potrzeby materialne są na miarę moich możliwości.

A co z pieniędzmi… przydadzą się na kilka lat, na kilka imprez podobnych do łańcuckiej… bo u mnie w życiu nadszedł czas, by wreszcie zacząć żyć! 

O przywódcach przy wódce

4f7576b86a26f-p

 A miałam nie pisać, a miałam przemilczeć… nie udało się, nie udaje się i pewnie przez jakiś czas się nie uda. Nie przebiję się ze swymi tematami, dopóki dziennikarze i inni piszący nie wycisną ostatniej kropli tekstu, znaczy się nie zarobią ostatniego grosza na wiadomej wizycie wiadomego polityka zza oceanu.

Rozumiem, że facet przyleciał i odwiedził nasz kraj, bo to jedna z ról polityków. Nasi ważni też latają na koszt podatników, ci ze wschodu tak samo…. Każdy polityk lata, jeździ i mówi. Przez ponad pół wieku swego istnienia przyzwyczaiłam się. Ale na starość zaczęłam się wewnętrznie buntować przeciwko propagandzie związanej z wizytami owych panów w towarzystwie pań ubranych modnie lub niemodnie.

Obecny wrzask w zasadzie nie jest niczym nowym. Kiedyś w taki sam sposób fetowało przywódców ze znanej nam części Europy, z która ostatnio jesteśmy na bakier. Były transparenty, tłumy na ulicach, wiwaty, przemówienia i wspomnienia historii naszego kraju ( w tym ostatnim przypadku zmieniły się fakty). Było malowanie trawy na zielono. Teraz się już nie maluje. Teraz przywozi się ją w belach, rozkłada, a jak się podleje, to nawet rośnie. Najczęściej jednak rozkłada się dywany po to, żeby politycy czuli się jak na oscarowej gali, a ich żony wygodnie stąpały po miękkim.

Kiedyś kobiet podczas takich wizyt nie było. Żony albo siedziały w domu, albo udawano, że ich po prostu nie ma. Dawniejsi przywódcy chronili swe życie prywatne i dane osobowe, mimo braku przepisów na ten temat. Dziennikarze nie musieli o nich pisać i skupiali się głównie na politykach.

Wróćmy jednak do obecnej wizyty. A więc człowiek przyleciał. Przespał się. Pewnie z własną żoną, bo ją sobie przywiózł. Potem spotkał się i za szklaną ognio, kulo i jajkoodporną szybą wygłosił przemówienie. Po czym ponownie wsiadł do samolotu i odleciał.

Ludzie mają nieustanną podnietę. Orgazm za orgazmem. Specjaliści od mowy ciała analizują, specjaliści od mody dyskutują, specjaliści od języków tłumaczą z polskiego na partyjny, różny w zależności od partii, która ich wynajęła. Ważny polityk mówi „dom”, a już w świat leci wiadomość, że popiera program „mieszkanie dla młodych”. Ważny polityk mruga oczami, bo słońce świeci mu w twarz, a już w programach informacyjnych trwa analiza do koga i w jakim celu mrugnął. Jedni twierdzą, że do tych ze wschodu, inny, że do człowieka w pierwszym rzędzie. Ktoś odnajduje porażonego mrugnięciem obywatela. Ten twierdzi, że gest był do niego.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza żona. Babskie pisma, periodyki, kwartalniki, portale i pojedyncze strony mają używanie. Jak sukienka, od kogo, kto szył, kto produkował tkaninę, w ogóle z czego ta tkanina. Dlaczego taki kolor, a nie inny. Dlaczego kwiatki, a nie motylki. Dlaczego midi, a nie mini? A może ma brzydkie nogi? Dochodzenie. Śledztwo. Poszlaki. Dowody. Zaraz będzie proces.

A potem, kiedy ryk silników cichnie, radocha większa niż najwyższy pułap samolotu. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Znaczy się my jesteśmy wspaniali, cudowni, fantastyczni, bo ktoś nareszcie nas odwiedził, bo przyleciał, bo był, bo nie zapomniał o nas, wspaniałych, cudownych, fantastycznych…..bo powiedział dobre słowo, bo dziecko po główce pogłaskał, bo uśmiechał się… Jasne, mógł się nie uśmiechać.

Ów, dosyć, bo zaraz sama wpadnę w wir podniety. Jadę na działkę. Trawę trzeba kosić. Normalną. Chwasty powyrywać. Grilla jakiegoś rozpalić, najeść się, napić się, bo bez pół litra o przywódcach ani rusz.

 

 

Budżet obywatelski …. ściema?

12048503_877259995683185_1338722726_n

 Ostatnio ponownie otaczają mnie, w realu i wirtualu, reklamy budżetu obywatelskiego. Są projekty, są pomysły, „miasta” mają forsę. Według założeń trzeba taki pomysł zaprojektować, zgłosić, potem rozpromować, tak żeby ludzie na niego głosowali i jeśli pomysł załapie się na premiowane miejsce, będzie można go realizować. Tak być powinno. Ale bywa również inaczej.

Są sytuacje, w których budżet obywatelski to zwykła ściema. Z najbardziej znanym mi przykładem zetknęłam się osobiście.

W 2016 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w miejscu mego stałego zameldowania zrobić Psi Park, znaczy się taki wielkomiejski wybieg dla psów. Wyliczył, że według oficjalnych danych w mieście na stałe zameldowanych jest 1800 piesków (drugie tyle pewnie nie) , zatem mieszkańcy zwierzęta lubią.

Wskazano lokalizację miejsca, w którym pieski mogłyby spotykać się na plotkach i pogadać ze sobą – pusty, zarośnięty plac przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu: wylotówka z miasta i wjazd na osiedle wielkopłytowe. Wybudować tam nie można nawet parkingu, bo pod spodem są rury centralnego ogrzewania, kable, przewody i tego typu różne rzeczy, które łączę osiedle z cywilizacją. Opracowano zatem plan, zrobiono projekt Parku (ogrodzenia, drzewka, pojemniki na odchody, ba, nawet dwa place dla piesków: jeden do swobodnego biegania, drugi z ławeczkami piesków na smyczy). Projekt uzyskał akceptację odpowiednich władz i został poddany głosowaniu. Ósmego kwietnia 2016 roku po podliczeniu głosów – 1297 – Psi Park znalazł się na liście zwycięzców.

We wrześniu Wydział Inwestycji Miasta poinformował, że prace rozpoczną się w październiku. Tymczasem w połowie października dotarły wieści, że Park i Psy to podejrzana inwestycja i ludzie przeciwko temu protestują. Ustnie oczywiście. I się zaczęło.

Protestujący ustnie zabrali się za zbieranie podpisów. Stwierdzili, że nie chcą w pobliżu swego miejsca zamieszkania smrodu psich gówien, wrzasku psiej dyskusji, bo zjadą się tu psy z całego miasta (pewnie owe całe 1800 plus te niezameldowane) i w ogóle co to za pomysł, żeby psy trzymać w blokach. Miejsce psów jest przy stodole na łańcuchu. Dobra, tak nie powiedzieli, ale klimat wokół wybiegu tak właśnie wyglądał. Obraziłam się na nich. Sprzątam po swoim psie. Wraz z innymi spacerujemy pod blokami owych protestujących. Teraz chodzilibyśmy na wybieg znacznie dalej…

Odbyło się nawet spotkanie 16 listopada 2016, na którym ok. dwudziestu osób wykrzykiwało swoje racje. Nie chcieli podjąć żadnych rozmów o jakiejkolwiek modyfikacji projektu. Krzyczeli, wrzeszczeli. Na pytanie, dlaczego protestują dopiero pięć miesięcy po głosowaniu, odpowiadali, że ….. o niczym nie wiedzieli. Cóż, jak widać ich zainteresowanie budżetem obywatelskim było żadne…. Mało tego, niektórzy zaproponowali wykonanie w tym samym miejscu parku dla seniorów, aby mogli tu wypoczywać. Wiadomo, senior zawsze przygłuchy, jadące bez przerwy auta mu nie przeszkodzą. Gorzej ze spalinami…. mogą zaszkodzić, jeśli babcia będzie siedziała przez cały dzień w ich otoczeniu…. A może tę propozycję wysunął wysłannik ZUS w wiadomym celu?

I tak oto niewielka grupa storpedowała cały pomysł. Nieważne, że blisko 1300 osób chciało Park, ważne, że 20 nie chciało.

Próbowano zmienić lokalizację miejsca dla psów. Dyskusja trwała do …. siódmego marca 2017 roku. Najciekawszą propozycją było wyznaczenie jej na terenach, które każdego roku wiosną obficie zalewa miejscowa rzeka, a jesienią jest to teren bagienny. Do tego miejsce to znajduje się poza miastem, gdzie i tak latem można spokojnie wypuścić psa bez smyczy.

Potem Zespół Koordynujący po prostu odstąpił od wykonania zadania …. Było oprotestowane, wątpliwe i zasiało rozłam we wspólnocie. Budżet obywatelski okazał się w tym wypadku całkowitą ściemą.

I nieważne, czy chodziło tu o psi wybieg, o plac zabaw dla dzieci, czy o miejsce dla palaczy. Projekt wygrał i nie został zrealizowany, bo ktoś się sprzeciwił po głosowaniu. Tak może być z każdym projektem. Nawet najlepszym, mającym największe poparcie. Dlatego w ramach protestu nie głosuję na żaden projekt z budżetu.   

Faryzeusze

pierwsza-komunia_350882

Kiedy w mojej szkole powstały klasy integracyjne, byłam jedna z pierwszych osób, które ukończyły „podyplomówkę” uprawniająca do pracy z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Bardzo szybko przekonałam się, że był to jeden z najlepszych kroków w moim zawodowym życiu.

Rozmawiałam z rodzicami swych uczniów. Musieli pokonywać wiele barier, nie tylko architektonicznych. O tych drugich przekonałam się na własnej skórze. Kiedyś jedna ze znajomych powiedziała: „ I po tyle się uczyłaś, żeby przygłupów uczyć?” Cóż, przygłupów uczyć może tylko mądry człowiek.

W każdym razie ostatnie lata pracy zawodowej, poświęcone głównie na zajęciach z dziećmi „integracyjnymi”, wspominam bardzo dobrze. Minęło osiem lat, myślałam, że społeczeństwo już dorosło do obecności wokół siebie osób „innych”. Zaskoczenie przyszło z zupełnie niespodziewanej strony. Zacznę od początku…

Kolejne rządy w naszej Ojczyźnie walczą albo z przeciwnikami, albo ze zwolennikami aborcji. Obecny robi wszystko, aby każde poczęte dziecko zostało urodzone. Likwidacja swobodnej sprzedaży pigułki „dzień po”, zaostrzenie ustawy aborcyjnej, wypłata świadczeń pieniężnych kobietom rodzącym chore dzieci, program 500+…. wszystko po to, by rodzić, rodzić, rodzić. Bardzo dzielnie asystuje przy tym Kościół Katolicki. Namawia, popiera, potępia tych, co nie popierają. Jest bardzo aktywny w dziedzinie prokreacji. W sumie się nie dziwię. Muzułmanie mają po kilka żon, gdyż ich podstawowym zadaniem jest przysporzenie Allahowi jak największej ilości wiernych. Dlaczego więc Kościół Katolicki ma nie robić tego samego? Czepiam się Kościoła? Oj, czepiam. Bo właśnie ten Kościół przeraźliwie mnie zaskoczył. A właściwie jedna parafia….

Taka niewielka, praktycznie gminna, bo siedzibę ma w maleńkim miasteczku. Pośrodku niego skwer zwany parkiem, po bokach kamieniczki i centrum – kościół. Bardzo ładny zresztą. W miasteczku rządzi burmistrz wraz z proboszczem. Jak za starych czasów: władza świecka i czynnik odpowiedzialny za ideologię. Wszyscy się z każdą władzą liczą, szanują i boją się. Jeśli ludziom jest z tym dobrze, to niech sobie żyją. W końcu ich gmina, ich urzędy, ich samorządy. Nie wtrącam się. Ale…

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o przedziwnych poglądach księdza proboszcza, z którymi nawet moje tolerancyjne serce pogodzić się nie może.

Otóż w tym bogobojnym miasteczku, w którym nie wolno nie chodzić do kościoła, ksiądz proboszcz nie udziela sakramentu Pierwszej Komunii Świętej dzieciom upośledzonym w stopniu umiarkowanym, głębokim, czyli takimi, które są niezdolne do samodzielnej egzystencji. Rodzicom wyjaśnia, że dzieci te zupełnie nie rozumieją o co chodzi w tej komunii i nie mogą jej przyjąć. Jak zrozumieją, to będą mogły przystąpić.

No i w tej chwili nóż mi się w kieszeni sam otworzył.

Szanowny księże proboszczu, takie dzieci mają uszkodzony mózg, który jak wiadomo nie podlega transplantacji, ani się nie regeneruje! Dzieciaki nigdy nie dorosną, nigdy nie zrozumieją tego świata. Czyżby kapłan z XXI wieku nie posiadał podstawowej wiedzy na podstawowe tematy? Jak w dobie walki przeciwko aborcji, pigułkom, środkom antykoncepcyjnym, w czasach płacenia za urodzenie chorego dziecka, można jawnie je dyskryminować?

Czy ksiądz nie wie, że owe dzieci bardzo często rozumieją wszystko, co się wokół dzieje, nie potrafią jedynie przekazać światu swych uczuć, emocji, słów?

Czy ksiądz wie jak czuje się głęboko wierzący rodzic, którego dziecko nie może przystąpić do sakramentów, bo… według proboszcza jest na to po prostu za głupie?

Czy ksiądz zna słowa Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Bez komentarza…..

Ale jest pozytywne zakończenie tej historii. W oddalonym od naszego miasteczka nieco większym mieście znajduje się parafia, która przygarnia wszystkich. Raz w miesiącu odbywa się tu msza święta dla najmniejszych i najbardziej potrzebujących boskiego wsparcia dzieci. Tutaj też dzieciaczki przyjmują swą Pierwszą Komunię Świętą. Inny Bóg? Inna religia? Nie, ten sam Bóg, nawet ta sama diecezja. Tylko słudzy boży inni. Tu właśnie rodzice z przedstawianego miasteczka przywożą swoje pociechy, by przystąpiły do sakramentu. Można? Można!

Dla ludzi wierzących sakramenty są bardzo ważne. Słyszałam kiedyś historię właśnie o dziecku mającym utrudniony kontakt z otoczenie. Było już na skraju życia, rodzina pożegnała się z nim. Poproszono księdza o ostatnie namaszczenie. Ksiądz wypełnił wolę najbliższych i …. dziecko wróciło do świata żywych.

Nie należę do osób mocno praktykujących, ale przypadek z małego miasteczka przeraził mnie. Okazało się bowiem, iż większość mieszkańców wie o praktykach proboszcza i w milczeniu godzi się na nie… i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze…..

 

 

 

 

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.