Niech nie wyjeżdżają!

 

z20263372V,Manifestacja-lekarzy-rezydentow-w-Warszawie

Dziwnie się dziś czuję… Za oknem wiatr i deszcz… Miałam wyjść z pieskiem na spacer, nic z tego… Pies obok śpi, a ja klikam i czytam…

Głównie o strajku lekarzy rezydentów.

Początkowo traktowałam wiadomości na ten temat bezemocjonalnie, ot, źle się dzieje w polskiej służbie zdrowia, nie od dzisiaj zresztą. Tyle rządów, tylu ministrów i nic, dalej jest jak jest czyli źle. Jednak przypomniałam sobie swoje kontakty z medycyną i jakoś tragiczne nie były. Miałam szczęście, bo trafiałam na solidnych lekarzy i solidne pielęgniarki.

Czy jednak tak będzie dalej?

Po kilku dniach głodówki lekarzy zaczęłam się bać.

Otóż nieubłaganie zbliżam się do wieku, w którym coraz częściej będę korzystała z pomocy medycznej. Taka rzeczywistość. Takie życie. W końcu nikt zdrowy nie umiera. Jak zatem będzie wyglądała opieka nade mną za kilka lat?

Lekarz rodzinny w sumie młody chłopak, tak ok. 40-stki… Jeszcze trochę popracuje. Zły nie jest, zatem o doktora pierwszego kontaktu jestem spokojna.

Ale już mój laryngolog jest w moim wieku. Ginekolog – kilka lat młodszy. Chirurg, który półtora roku temu wyciął mi woreczek żółciowy – starszy. Nie da się ukryć – wszyscy się starzeją. Lekarz mojej suni, znaczy się weterynarz, też się starzeje. Niedawno ponarzekaliśmy na dzisiejsze czasy.

Aha, na szczęście stomatologa mam młodego, w wieku moich dzieci. Tyle tylko, że zębów coraz mniej i niedługo ta specjalizacja nie będzie mnie dotyczyła…

Tak więc zaczynam się bać, kto mnie będzie na starość leczył, jeśli młodzi, wykształceni również za moje pieniądze z moich podatków, zgodnie z wolą wiadomej poseł, wyjadą? Nie mam aż tak mocnej wiary, ani układów z siłą niebiańską jak wiadoma posłanka – seniorka, żeby w razie choroby liczyć na wsparcie niebios.

Będąc w szpitalu spotkałam paru rezydentów. Oj, wymęczyli mnie pytaniami, ankietami. Ciągle pytali, ciągle zaglądali do sal. Fajni byli. Mili, przyjaźnie ustosunkowani do pacjentów. Nie narzekali.

Podobnie było z ludźmi uczącymi się na pielęgniarzy, tak, na pielęgniarzy, bo chłopcy też byli. Akurat mieli praktykę w szpitalu. Do mojej sali przydzielono dziewczynę w zaawansowanej ciąży, bo ja i moje koleżanki niedoli byłyśmy najzdrowsze na oddziale. W czasie przerwy między obowiązkowymi zajęciami właśnie do nas przyszli młodzi. I o dziwo, większość chciała zostać „medykami”. Niektórzy marzyli o studiowaniu medycyny, inni opowiadali, gdzie chcieliby pracować. Komuś podobała się chirurgia i praca instrumentariusza. Ktoś powiedział, że tylko oddział dziecięcy. Kilka dziewcząt marzyło o położnictwie, bo to najradośniejszy szpitalny oddział. Tam rodzi się życie.

Młodzi, pełni energii i chęci do pracy… Fajnie zrobiło się nam na duszy, sercu i wątrobie. Wydawało się nam, że jesteśmy bezpieczne na starość. Ktoś w tym szpitalu za kilka lat zajmie się nami.

Niestety, powiedzieli nam również, że w rodzinnym mieście trudno będzie o pracę… w szpitalach oszczędności… Widziałyśmy to na własne oczy… na 40 pacjentów na oddziale – trzy pielęgniarki… i więcej nie można zatrudnić, bo forsy brak…

Mina bardziej mi zrzedła w pociągu relacji Przemyśl – Jelenia Góra. W moim przedziale jechały dwie młode dziewczyny. Z rozmowy, jaką prowadziły, wynikała, że uczą się właśnie na „pielęgniarki”, w tym jedna na położną. Pięknie mówiły o przyszłej pracy, o opiece nad seniorami i nad noworodkami. Wymieniały się wiadomościami jak i co, kiedy i komu pomóc, jakie metody, jakie sposoby… Słuchanie tego było jak balsam na schorowane ciało. Do pewnego momentu.

Dziewczyny podzieliły się również informacjami na temat miejsca przyszłej pracy. Nie była to moja prowincja. Nie był to Przemyśl, ani Kraków, ani Jelenia Góra. Młode pokolenie medycyny wiedziało, że wyjedzie na „zachód”, zgodnie z wolą wiadomej posłanki-seniorki… Nie, nie do szpitali… dziewczyny będą się opiekowały seniorami w Niemczech i dziećmi w Holandii… Mają już namiary na kilka legalnych firm zajmujących się pośrednictwem pracy. Teraz oprócz zagłębiania tajników medycyny uczą się języków obcych.

Cóż, za oknem nadal pada… jesień… smutno…

Trzymam kciuki za młodych lekarzy. Niech ten tekst będzie poparciem ich walki. Chciałabym, żeby ktoś w polskich szpitalach został, kiedy będę stara.  

Faryzeusze

pierwsza-komunia_350882

Kiedy w mojej szkole powstały klasy integracyjne, byłam jedna z pierwszych osób, które ukończyły „podyplomówkę” uprawniająca do pracy z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Bardzo szybko przekonałam się, że był to jeden z najlepszych kroków w moim zawodowym życiu.

Rozmawiałam z rodzicami swych uczniów. Musieli pokonywać wiele barier, nie tylko architektonicznych. O tych drugich przekonałam się na własnej skórze. Kiedyś jedna ze znajomych powiedziała: „ I po tyle się uczyłaś, żeby przygłupów uczyć?” Cóż, przygłupów uczyć może tylko mądry człowiek.

W każdym razie ostatnie lata pracy zawodowej, poświęcone głównie na zajęciach z dziećmi „integracyjnymi”, wspominam bardzo dobrze. Minęło osiem lat, myślałam, że społeczeństwo już dorosło do obecności wokół siebie osób „innych”. Zaskoczenie przyszło z zupełnie niespodziewanej strony. Zacznę od początku…

Kolejne rządy w naszej Ojczyźnie walczą albo z przeciwnikami, albo ze zwolennikami aborcji. Obecny robi wszystko, aby każde poczęte dziecko zostało urodzone. Likwidacja swobodnej sprzedaży pigułki „dzień po”, zaostrzenie ustawy aborcyjnej, wypłata świadczeń pieniężnych kobietom rodzącym chore dzieci, program 500+…. wszystko po to, by rodzić, rodzić, rodzić. Bardzo dzielnie asystuje przy tym Kościół Katolicki. Namawia, popiera, potępia tych, co nie popierają. Jest bardzo aktywny w dziedzinie prokreacji. W sumie się nie dziwię. Muzułmanie mają po kilka żon, gdyż ich podstawowym zadaniem jest przysporzenie Allahowi jak największej ilości wiernych. Dlaczego więc Kościół Katolicki ma nie robić tego samego? Czepiam się Kościoła? Oj, czepiam. Bo właśnie ten Kościół przeraźliwie mnie zaskoczył. A właściwie jedna parafia….

Taka niewielka, praktycznie gminna, bo siedzibę ma w maleńkim miasteczku. Pośrodku niego skwer zwany parkiem, po bokach kamieniczki i centrum – kościół. Bardzo ładny zresztą. W miasteczku rządzi burmistrz wraz z proboszczem. Jak za starych czasów: władza świecka i czynnik odpowiedzialny za ideologię. Wszyscy się z każdą władzą liczą, szanują i boją się. Jeśli ludziom jest z tym dobrze, to niech sobie żyją. W końcu ich gmina, ich urzędy, ich samorządy. Nie wtrącam się. Ale…

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o przedziwnych poglądach księdza proboszcza, z którymi nawet moje tolerancyjne serce pogodzić się nie może.

Otóż w tym bogobojnym miasteczku, w którym nie wolno nie chodzić do kościoła, ksiądz proboszcz nie udziela sakramentu Pierwszej Komunii Świętej dzieciom upośledzonym w stopniu umiarkowanym, głębokim, czyli takimi, które są niezdolne do samodzielnej egzystencji. Rodzicom wyjaśnia, że dzieci te zupełnie nie rozumieją o co chodzi w tej komunii i nie mogą jej przyjąć. Jak zrozumieją, to będą mogły przystąpić.

No i w tej chwili nóż mi się w kieszeni sam otworzył.

Szanowny księże proboszczu, takie dzieci mają uszkodzony mózg, który jak wiadomo nie podlega transplantacji, ani się nie regeneruje! Dzieciaki nigdy nie dorosną, nigdy nie zrozumieją tego świata. Czyżby kapłan z XXI wieku nie posiadał podstawowej wiedzy na podstawowe tematy? Jak w dobie walki przeciwko aborcji, pigułkom, środkom antykoncepcyjnym, w czasach płacenia za urodzenie chorego dziecka, można jawnie je dyskryminować?

Czy ksiądz nie wie, że owe dzieci bardzo często rozumieją wszystko, co się wokół dzieje, nie potrafią jedynie przekazać światu swych uczuć, emocji, słów?

Czy ksiądz wie jak czuje się głęboko wierzący rodzic, którego dziecko nie może przystąpić do sakramentów, bo… według proboszcza jest na to po prostu za głupie?

Czy ksiądz zna słowa Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Bez komentarza…..

Ale jest pozytywne zakończenie tej historii. W oddalonym od naszego miasteczka nieco większym mieście znajduje się parafia, która przygarnia wszystkich. Raz w miesiącu odbywa się tu msza święta dla najmniejszych i najbardziej potrzebujących boskiego wsparcia dzieci. Tutaj też dzieciaczki przyjmują swą Pierwszą Komunię Świętą. Inny Bóg? Inna religia? Nie, ten sam Bóg, nawet ta sama diecezja. Tylko słudzy boży inni. Tu właśnie rodzice z przedstawianego miasteczka przywożą swoje pociechy, by przystąpiły do sakramentu. Można? Można!

Dla ludzi wierzących sakramenty są bardzo ważne. Słyszałam kiedyś historię właśnie o dziecku mającym utrudniony kontakt z otoczenie. Było już na skraju życia, rodzina pożegnała się z nim. Poproszono księdza o ostatnie namaszczenie. Ksiądz wypełnił wolę najbliższych i …. dziecko wróciło do świata żywych.

Nie należę do osób mocno praktykujących, ale przypadek z małego miasteczka przeraził mnie. Okazało się bowiem, iż większość mieszkańców wie o praktykach proboszcza i w milczeniu godzi się na nie… i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze…..

 

 

 

 

Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

Kwiaty we włosach…

warkoczyki

 Z ruchem Amazonek – kobiet po mastektomii – zetknęłam się blisko dwadzieścia lat temu… Spotkałam Anię, szkolną koleżankę, najładniejszą dziewczynę w klasie. Opowiedziała mi o swojej chorobie i stowarzyszeniu, które właśnie się „rozkręca”. Dołączały do niego również zdrowe kobiety. Zdziwiłam się – dlaczego? Odpowiedź nadeszła po pierwszym spotkaniu, a po pierwszej imprezie było już wszystko jasne.

Amazonki okazały się kobietami o wielkim poczuciu humoru, łapiącymi życie w każdej jego postaci. Cieszyły się wszystkim dookoła i przekazywały tę radość innym. Początkowo nie rozumiałam tego przedziwnego zjawiska – po każdym spotkaniu z dziewczynami wracałam do domu z uśmiechem na twarzy. Jak to, cieszyć się z rozmowami osób niekiedy stojącymi na skraju życia? Tak, radości trzeba się uczyć od ludzi, którzy życie potrafią docenić. Dziś, kiedy przypominam sobie, już niestety ś.p., Ankę i tamte czasy, też mam na twarzy uśmiech.

Spotkania, w których brałam udział, rozpoczynały się od przedstawienia siebie. Podawałyśmy imię i informację: „Amazonka” lub „przyjaciółka”, czyli zdrowa. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wiedziała, jak się przedstawić… „ Amazonką nie jestem, ale mam raka…” – wyznała. „Jasne, Amazonką być to nie taka prosta sprawa!” Po tych słowach oczywiście – salwa śmiechu.

Amazonki organizowały różne akcje na rzecz profilaktyki nowotworowej. Brałam udział w kweście. Wyległa rzesza Amazonek i ich przyjaciółek na ulice miasta i zbierała do puszek datki. Najlepiej zbierało się od … panów, zwłaszcza takich elegancko ubranych. „Czy pan wie, że mężczyzna ma wielki wkład w profilaktykę raka piersi?” – zaczepiałyśmy. „A w jaki sposób?” – dziwił się człowiek. „A od czego pan zaczyna grę wstępną? Od badania piersi!” I zaczerwieniony facet wrzucał!

Kiedyś dziewczyny urządziły imprezę plenerową za miastem. Nie ukrywam, procenty były. Znalazł się sponsor. Amazonka też człowiek. I tak wesoło nad rzeką Narwią bawiłyśmy się, grillowałyśmy… Nadszedł wieczór i zaczęły pojawiać się auta z panami. Przyjechali po nas. Razem z wraz z Anką i jej dwiema koleżankami wsiadłyśmy do  jednego. Zabrałyśmy ze sobą pozostałości procentów. Ledwo wyjechałyśmy, jedna z nas pochwaliła się, że ma w pobliżu domek letniskowy. Oczywiście, że tam wylądowałyśmy. Było wesoło i jeszcze po kieliszeczku. I chyba przegięłyśmy, bo nasz kierowca nie wytrzymał. Łyknął kielicha albo dwa i oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mamy teraz czekać, aż jemu procenty wyparują. Nie pozostało nic innego niż zadzwonić do domów i powiadomić bliskich, głównie dorastające dzieci, że mama na noc nie wróci. To był nasz błąd. Okazało się, że zegar wybił już drugą w nocy, dzieci grzecznie spały, a my po prostu je obudziłyśmy…co ja oberwałam od swego syna? córki? za obudzenie w środku nocy…lepiej nie mówić….

Ale były też chwile refleksyjne. Właśnie na wyżej opisanej imprezie dołączyło do nas kilku obcych panów. Jak się to to zalecało. Jak się to uśmiechało…Nawet do mnie jeden startował. W pewnym momencie mojego amanta odciągnął kumpel i powiedział, że tu są kobiety bez piersi… Męskie towarzystwo rozpłynęło się w wieczornej mgle…

Pewnego roku stałam przy wejściu na koncert na rzecz stowarzyszenia. Sprawdzałam bilety. Uśmiechałam się. Przyszła moja dawna znajoma. Widząc mnie w towarzystwie Amazonek jęknęła: „ O rety, jesteś chora! To teraz już żaden facet cię nie zechce!”. Nie protestowałam, nie wyjaśniałam. Poczułam się jak prawdziwa Amazonka.

I chyba od tamtej chwili powoli, systematycznie uczyłam się kochać życie…uczyłam się tego od ciężko chorych kobiet, którym życie zaczęło uciekać, a które potrafiły tak bardzo się nim cieszyć.

Kiedy w styczniu jako pacjentka zwiedzałam szpitale, odżyły moje wspomnienia o wspaniałych dniach spędzonych z Anią i jej koleżankami… Postanowiłam coś zrobić na rzecz dziewczyn z rakiem… Minęły cztery miesiące i już mogłam… mogłam iść do fryzjera. Moje włosy osiągnęły odpowiednią długość.

długie 1

W Salonie Fryzjerskim „Edyta” w Łomży przy ul. Małachowskiego

 
https://www.facebook.com/salonfryzjerskiEdytaModzelewska/

 byłam pierwszą siwowłosą kobietą, która postanowiła oddać swoje włosy z przeznaczeniem na peruki dla pań po chemioterapii.

Najpierw były warkoczyki….

warkoczyki na g‍łowie 2

Potem w ruch poszły nożyczki… i tak powstała nowa ciocia Grażynka…

nowy fryz 3

Akcję „Daj włos” prowadzi fundacja Rak’n’Roll

 
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/

 Uwierzcie dziewczyny, cięcie nic nie bolało! Żalu po utraconych włosach też nie ma. Włos nie ręka odrośnie! Macie długie włosy? Oddajcie je kobietom bez włosów! 

Cenne trzydziestolatki

2066962-w-niektorych-sytuacjach-rodzicom-900-600

foto – internet

Dziś będzie krótko i na temat. Co jaki czas, pojawiają się tu i ówdzie artykuły o trzydziestolatkach, co to nadal mieszkają z rodzicami. Teksty te przedstawiają poczętych w latach 80-tych w zdecydowanie negatywnym świetle. Czasami mam wrażenie, że powstają one na zlecenie banków i stanowią reklamę oferowanych przez nich kredytów mieszkaniowych.

Artykuł taki wygląda tak:

- portret psychologiczny 30 latka,

- protest song o życiu 30 latków,

- negatywny wpływ takiego 30 latka na rozwój planety Ziemia.

Pod artykułem pojawiają się komentarze krytykujące:

po pierwsze – wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych,

po drugie – lenistwo 30 latków,

po trzecie – nadopiekuńczość rodziców.

I tak trwa to do znudzenia od paru lat. 

Czas zatem na spojrzenie na problem innymi oczami.

Sytuację, w której dojrzałe dziecko jest całkowicie na utrzymaniu rodziców, a nie wynika to z przypadków losowych np. choroba, skreślam od razu. To patologia i tyle. Dorosłe zdrowe dziecko ma pasożytem nie być i tyle.

Ale w przypadku, kiedy wspólne zamieszkiwanie jest wynikiem chęci, zarówno rodziców jak i dziecka, sprawa nie jest aż tak prosta, jak opisują to portale internetowe.

Przede wszystkim wszelkie domowe opłaty typu czynsz, kablówka, internet… rozkładają się na wszystkie osoby pracujące i zamieszkujące pod wspólnym dachem. Jest to niezwykle cenne, jeśli rodzice (lub samotny rodzic) pobierają kiepską emeryturę. Jest ulga? Jest. Dotyczy to również zakupów. Moja koleżanka emerytka raz na dwa tygodnie jedzie z synem na zakupy. Kupują prawie wszystko, co trzeba i rachunek z kasy dzielą na dwa. Pieczywo kupuje codziennie koleżanka w zamian za korzystanie z auta syna, bo ten czasami robi za jej kierowcę i gdzieś podrzuca. Wszelkie inwestycje domowe typu malowanie ścian, nowe rolety czy odkurzacz też dzielone są na pół. Chodzi oczywiście o koszt. Koleżanka doskonale dogaduje się z synem w kwestiach finansowych, według zasady „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak żydzi. Biznes is biznes”. A każda rodzina to przecież takie małe przedsiębiorstwo.

Również obowiązki domowe wykonują wszyscy członkowie rodziny. Każdy według własnych możliwości. Mama na emeryturze oczywiście gotuje obiad, ale synek zmywa naczynia (jak u mojej koleżanki). Pracujący tatuś wyprowadza pieska. Ktoś odkurza, ktoś prasuje… Kwestia dogadania się. Oczywiście ciężkie prace domowe typu trzepanie dywanów wykonuje ten, co ma więcej siły.

Kolejny plus zamieszkiwania dorosłego dziecka z rodzicami, to pewność opieki w chorobie. Wzajemnej oczywiście. Grypa może powalić każdego. Do chorej mamusi synek nie musi dojeżdżać po pracy, chorym synkiem mama zajmie się na miejscu.  

Moja koleżanka w lutym przeszła skomplikowaną operację. Po powrocie do domu zajmował się nią właśnie synek. Domem oczywiście też. Do tego przyciągnął znajomą pielęgniarkę, która za synowski uśmiech zmieniała mamie opatrunki.   

Jeśli rodzice wyjeżdżają do sanatorium, jest ktoś, kto mieszka w M i nie trzeba angażować sąsiadów do jego pilnowania. Kwiatki też są podlane, a piesek wyprowadzony.

I tak byśmy mogli wymieniać wzajemne korzyści wynikające ze wspólnego zamieszkiwania rodziców i dzieci.

Nie mówcie, zatem, że 30-latkowie są nieodpowiedzialni i leniwi, w wyniku czego nie chcą się wyprowadzać z rodzinnego domu.

Jeśli zaś mamusi i tatusiowi trafia się leń i obibok, którego trzeba utrzymywać, to już wina tatusia i mamusi. Nigdzie bowiem nie jest napisane, że zdrowego trzydziestolatka muszą nadal utrzymywać rodzice.

„Dorosłemu dziecku trzeba pomóc?” – zdziwiła się ongiś moja znajoma z USA „A co, ono niepełnosprawne?” – dodała z jeszcze większym zdziwieniem.

Cóż, czas zmienić myślenie pokolenia. Coraz więcej jest długo żyjących emerytów i to młodzi powinni myśleć coraz poważniej o udzielaniu pomocy rodziców. 

Szpitalne żarcie

 

swiateczne-jedzenie 

 

Po swoich ostatnich doświadczeniach szpitalnych, wdaję się w ostre dyskusje na temat polskiej służby zdrowia. Wiem, że najlepiej nie jest, ale czy rzeczywiście wszystko jest aż tak złe, że tylko usiąść i płakać? Dziś będzie o posiłkach, bo temat ciągle nakręcany na jednym z portali internetowych wzbudza wielkie namiętności.

Oczywiście popieram wszelkie zło związane ze szpitalnym jedzeniem. Wiem, że publikowanie zdjęć z pseudo kolacją czy śniadaniem przyczynia się do poprawy jadłospisu w określonej placówce. Zgadzam się całkowicie, że patologię tępić trzeba. 

Ale…

Nie zawsze zgadzam się z potępianiem wszystkiego, co w postaci zdjęć ze szpitalnych posiłków trafia na strony internetowe.

Oczywiście zacznijmy od moich doświadczeń. Przebywałam na szpitalnych oddziałach łącznie dwanaście dni, z czego sześć – na czczo. Taka choroba i takie leczenie. I co z tego, że człowiek przyszedł na oddział przed kolacją, skoro i tak jej nie dostał, bo następnego dnia jak nie endoskopia to laparoskopia. I myślicie, że z powodu braku posiłku umierałam z głodu? Nic z tego. Moja choroba objawiała się miedzy innymi brakiem apetytu. I strachem przed zjedzeniem czegokolwiek, bo każdy posiłek groził mi atakiem. Po zabiegach też zakaz jedzenia przez blisko dobę. Potem następuje ów wstrętny kleik, którego nikt jeść nie chce. No właśnie, bo jeść się nadal nie chce. Człowiek, w asyście pielęgniarek, zmusza się do zjedzenia czegokolwiek i wypicia cienkiej herbaty. Układ pokarmowy musi pracować.

I wyobraźcie sobie, że w trakcie takiej choroby jak moja, dostarczono by mi super posiłek z folderu szpitala w Szwecji… Kolejna endoskopia, bez laparoskopii, bo pęcherzyka żółciowego już nie mam.

Kolejny dzień po zabiegach zaowocował w moim przypadku porcją diety niskotłuszczowej. Wszystko było na tej tacy: zupa na cienkim mleku, bułka, dwie kromki chleba, cztery plasterki chudej szynki. Wmusiłam w siebie zupę mleczną. I dalej stop. Organizm jeść nie chce. Ani szynki, ani świeżej bułki. Zrobiłam kanapki, które zjadło moje dziecko, kiedy przyszło z wizytą. Na obiad podobnie. Znowu wmusiłam zupę i ziemniaki, bo na chudą wołowinę wcale nie miałam ochoty. Dziecko ponownie się pożywiło. Drugie przyszło w porze kolacji. Dostało swoje. Jako diabetyk dostawałam dodatkowo dwa posiłki: kisiel, jabłko, dodatkowa sałatka, jogurt beztłuszczowy. Same rarytasy. I co myślicie, że jadłam aż mi się uszy trzęsły? Nic z tego. Apetyt nie wracał.

Podczas tzw. obchodu lekarz pytał co i ile zjadłam. Z reguły za mało, by przeżyć. Tragedii nie było. Podłączano mi kroplówkę z pierwiastkami życia. Leżałam sobie spokojnie, jako obłożnie chora i wracałam do zdrowia. Potomstwo prosto z pracy przychodziło w odwiedziny, pożywiało się i wracało do domu. Z mojej porcji nic się nie zmarnowało.

A szóstego dnia, kiedy apetyt wrócił, na śniadanie zjadłam i zupę i bułkę, konsylium lekarskie uznało, że czas do domu. No, bo leczenie szpitalne przyniosło efekt.

Z innymi osobami, które spotkałam w szpitalach było podobnie. Praktycznie każda z nich nie miała apetytu i jeść jej się nie chciało. Wiadomo, dlaczego – do szpitala zdrowi ludzie nie przychodzą. To nie agrowczasy. Choroba, jaka by nie była, jest chorobą.

Dobrze, wiem, że są szpitalne oddziały ze zdrowymi ludźmi. Takie położnictwo na przykład. Do dziś pamiętam głód, który poczułam po urodzeniu córki. O północy dzwoniłam do domu z krzykiem, że chce mi się jeść. Rano wałówę mi dostarczono. Kiedy poszłam rodzić syna, już wiedziałam, że muszę wziąć ze sobą żarcie. Było to ponad trzydzieści lat temu, ale ciągle czuję smak domowego sękacza, który zabrałam na porodówkę.

Ale wróćmy na inne oddziały i na zdjęcia posiłków godnych naśladowania. Taki obiad: żeberka, ziemniaki z sosem i sałata ze śmietaną wszyscy chwalą. Super żarcie. Zależy dla kogo. Typowa dieta wysokokaloryczna i wysokocholesterolowa dla zdrowych. Może rzeczywiście na położnictwo. Kolejny wychwalany posiłek: ciemny chleb, wygląda na pełnoziarnisty, mała bułka, pół kubka chyba jogurtu, herbata, trochę startej marchwi, żółty ser, odrobina dżemu, kawałek wędliny i dwie porcje masła. Ludzie są zachwyceni. I znowu to porcja nie dla mnie w czasie mojej choroby. Z tego zestawu mogę zjeść jedynie masło, bułkę i marchew. Jogurt? Oczywiście gdybym wiedziała, że jest beztłuszczowy.

I jeszcze jedna scena ze szpitalnych pokoi. W odwiedziny w porze obiadu przychodzi ciocia. Chora siostrzenica odsuwa talerz z zupą, na kopytka z masłem też nie może patrzeć… Ciocia rozpoczyna wrzask, że jedzenie nie nadaje się do niczego, bo w tych szpitalach, bo ta polska służba zdrowia… A  jutro nasmaży mielonych i dziecku przyniesie, żeby z głodu nie umarło. Pełnoletnie dziecko uspakaja ciocię mówić, że po prostu jest chore i nie ma apetytu na nic… A zwłaszcza na ociekające tłuszczem mielone.

Jeśli zatem kolejny raz będziemy krytykować szpitalne jedzenie, to najpierw pomyślmy… czy przez przypadek nie jest to posiłek człowieka bardzo chorego i czy w domu jadamy lepiej podczas choroby.

Moje dzisiejsze menu – dieta niskotłuszczowa cukrzycowa: 

śniadanie – kaszka manna na mleku

drugie śniadanie – bułka z masłem i plastrem pomidora bez skórki, kawa „Inka”

obiad – ziemniaki puree, parówka, sałata z oliwą z oliwek, sok truskawkowy własnej produkcji niskosłodzony

podwieczorek – ryżowy „styropian”

kolacja – jogurt beztłuszczowy, bułka

do picia na bieżąco: woda niegazowana, zielona herbata, mięta, rumianek, morwa biała

Prawda, że gorzej niż w szpitalu….  :mrgreen:

Faceci w szpitalu

canstock8114037

 Moi stali czytelnicy wiedzą, że ostatni miesiąc spędziłam zwiedzając szpitale. Szpitale były różne, oddziały też. Łączyło je jedno – FACECI. No dobrze, niech będzie mężczyźni, dobrze, jeszcze lepiej – pacjenci rodzaju drugiego, cytując klasyka z „Seksmisji”. Jak by ich nie zwał, wszędzie byli tacy sami.

Przede wszystkim stanowili większość. Zdecydowaną. Górowali nad płcią żeńską ilością, zarówno członków, znaczy się liczbą na oddziale, jaki i silniejszymi głosami i większą energią. Niby chorzy, ale na papierosa zjeżdżali windą aż do wyjście ze szpitala. Było dwóch takich z odmrożeniami ( zima sroga tego roku, oj sroga). Jeden miał załatwione dłonie, drugi stopy. I wyobraźcie sobie, że ten z dłońmi popychał wózek tego ze stopami, który oczywiście chodzić nie mógł, do windy, windą na dół, przez szpital i na papierosa. Dziwne, że tym razem nie odmrozili sobie …. Wiecie czego.

Kolejny pacjent nikotynowy miał bardzo wysoki poziom cukru. (Moja cukrzyca przy jego wyniku to przysłowiowy pikuś). Zgodnie z zaleceniami pacjent spożywał pięć posiłków dziennie. Ale jakie to były posiłki! Prawie jak te postne średniowieczne u Krzyżaków. Wieści głoszą, że w takim Malborku zakonnicy w czasie postu zasiadali tylko dwa razy do stołu: na śniadanie, które trwało do obiadu i na obiad, który trwał do kolacji. Podobnie było z naszym facetem. Rodzina dostarczała mu torby pełne żarcie, które ledwo mieściło się na parapecie. A on jadł, jadł, jadł. Po czym zjeżdżał winda w dół, żeby kalorie spalić. Przed szpitalem oczywiście w postaci papierosa. Ale uwaga, był na takie wycieczki przygotowany. Wychodząc z oddziału wkładał czapkę i ciepły polar. Po dwóch dniach lekarze nie wytrzymali i kazali zlikwidować spiżarnię na parapecie.

e7388917e987a35228494c51f19669e4,62,37

Był też erotoman z gatunku gawędziarzy. Upatrzył sobie naszą salę (trzy pacjentki poniżej 60-tki!) i zaglądał, i przyglądał się, i zaczepiał. Kiedyś wparował bez górnej części garderoby i świecąc gołym torsem puszył sią jak indor. Gdy wzajemnie pilnowałyśmy się w niezamykanych natryskach, musiał podejść i nastraszyć, że zaraz wejdzie i będzie mył każdej z nas plecy. Kolejny z jego dowcipów o charakterze seksualnym miał miejsce w momencie, kiedy odłączono jedną z nas od aparatu mierzącego ciśnienie i tętno. Aparat nadal pikał. „Może by go tak puknąć?” – zapytał z błyskiem w oku. Koleżanka nie wytrzymała: ”Sam się pan puknij!” .

Prawdziwym przebojem był przybyły w nocy mężczyzna pod wpływem, czyli totalnie zatruty alkoholem. Przez całą noc chodził po korytarzu i jęczał, wzywając Boga na pomoc. Rano, gdy mu od tyłka trochę odelżało, chwalił się każdemu napotkanemu pacjentowi, że sam wypił 3 x 0,7 litra. Pozostali panowie byli pełni podziwu. Patrzcie tyle wypił i jeszcze żyje! Wieczorem już założył kasyno gier karcianych. Miał pecha. Zrobił to w pokoju naprzeciwko naszego. Akurat przywieziono do niego młodego chłopaka z objawami… ja obstawiam, że narkotykowymi. Gdy panowie rżnęli w karty, chłopak wyrwał kroplówkę i wyszedł w kierunku do toalety, krew lała mu się z żyły. Zareagowałam  najszybciej, jak było to możliwe. Kiedy był już w rękach medycznych, obstawiłam karciarzy za brak uwagi. Efekt był taki sobie. Przenieśli się do innej sali.

Panowie górowali głosami. Już parę minut po szóstej okupowali stolik z czajnikiem. Dwóch chorych na wątrobę parzyło fusiastą kawę (rety, a mnie lekarz kategorycznie zabronił…), dwóch kolejnych – przyzwoicie – herbatkę. Oczywiście prowadzono ożywione dyskusje. Były dwa podstawowe tematy: druga wojna światowa i polityka. O ile pierwszy temat był chwilami ciekawy, o tyle drugi brzmiał nieustannie tak: „Bo ku… ci z PO to sku…, a ci z PIS to też ku… złodzieje, a pierd… ich wszystkich, bo ku… nie idzie wytrzymać”. I tak pół dnia przy stoliku, a echo niosło po korytarzu i salach, oj niosło.

Była też taka szczególna sala, a w niej piątka miłośników telewizji szpitalnej. Robili zrzutkę i telewizor wył u nich przez cały dzień. Żeby samemu obejrzeć cos innego niż oni, trzeba było po prostu zamykać drzwi.

Dobrze, nie wszyscy byli tacy. Trafił się przesymaptyczny dziadek z dowcipami, młody chłopak, który zaglądał do mnie, kiedy leżałam po laparoskopii i pytał o samopoczucie, dwóch pacjentów, którzy chcieli koniecznie naprawić instalację elektryczną…. I chyba to już koniec…

A my kobiety, znajdujące się w mniejszości, leżałyśmy sobie spokojnie obserwując teren zajęty przez samców. Oczywiście, że plotkowałyśmy, bo cóż robić w szpitalu opanowanym przez facetów?

Usuwanie laparoskopowe

e62fd13f742a47a9911fd499082e92a2 

Zambrów…. niewielkie, bo liczące zaledwie ok. 22 tys. mieszkańców miasteczko w województwie podlaskim… oczywiście wraz z okolicznymi gminami trochę ludzi więcej… Właśnie tu dokonano inwestycji nie w gospodarkę, nie w banki czy inne instytucje lub bliżej nieokreślone szkolnictwo. Tu zainwestowano bezpośrednio w człowieka. W szpital. Rozbudowa i modernizacja pochłonęła ponad 21 milionów, tyle ile obiecane przez kogoś rządzącego komuś za bliżej nieokreślone coś.


http://www.powiatzambrowski.com/1062-zakonczono-ii-etap-rozbudowy-szpitala-powiatowego-w-zambrowie

Miałam przyjemność poddania się w tym szpitalu usuwaniu laparoskopowemu. Tak, przyjemność.  

Do pachnących świeżością sal Oddziału Wieloprofilowego Zabiegowego trafiłam nie przez przypadek. Opowieści typu plotkarskiego oraz wieści internetowe skusiły. Porzuciłam wielkie budynki szpitala wojewódzkiego, które mam za oknem, na rzecz powiatowego szpitalika 20 km dalej… (ach te dwudziestki…).

Zjawiłam się po południu. Na izbie przyjęć jedynie wypełniono wszelkie druki, nałożono opaskę z kodem kreskowym  i odesłano na oddział. Jako przypadek poważny trafiłam do pojedynczej sali z własną łazienką, na elektryczne łóżko. Telewizja typu szpitalnego – za dwa zł. Ale za osiem złotych można ją mieć przez całą dobę. Hotel z pełną obsługą. Po chwili przyszła pielęgniarka. Wbiła wenflon, spuściła mi krew na wszelkie badania. Potem przyszła druga. Wykonała badanie EGK za pomocą przenośnego aparatu i pozostawiła tabliczkę z napisem „Na czczo”. No tak, jutro usuwanie. Wieczorem zjawiła się ekipa lekarzy. Anestezjolog porozmawiał ze mną, ordynator też. Pytania typu tradycyjnego czyli „I jak się pani czuje?” Ciekawe, jak mam się czuć przed operacją…

Potem poszłam na spacer po oddziale. Po jednej stronie – sale jedno lub dwuosobowe. Tu leżały ciężkie „przypadki” – panie po operacjach, panowie przed. Po drugiej – tradycyjne sześcioosobowe. Dla tych lżejszych „przypadków”, bo ludzie w nich leżący byli bardzo aktywni. Zwłaszcza panowie. Ale to temat na całkiem nowy tekst. Były też izolatki z tzw. śluzą czyli po prostu przedpokojem. Toalety ogólne – niewielkie, proste, funkcjonalne, uwzględniające potrzeby osób niepełnosprawnych. Spora ilość pomieszczeń dla personelu i wc, i łazienka, i kuchenka, i pokój zwany socjalnym…. Aż chce się pracować i być miłym dla pacjenta! No nie, przesadziłam – chce się po prostu dobrze wykonywać swoje obowiązki.  

Rano planowałam przyjrzeć się blokowi operacyjnemu. Nic z tego. Już na oddziale dostałam do połknięcia tabletkę typu „głupi Jaś” i zaczęłam powoli odpływać. Pamiętam tylko super windę do przewozu pacjentów i dwie sale niczym z najlepszych filmów science fiction. Słowem Europa, a może już Ameryka?

A potem zasnęłam i nie wiedziałam, że lekarze z Zambrowa walczyli o laparoskopię, zamiast tradycyjnego, znaczy się iście średniowiecznego cięcia. Mój przypadek okazał się bardziej poważny niż sądzono. Udało się! Mam co prawda cztery dziury zamiast dwóch, na stole operacyjnym leżałam dwie godziny zamiast 45 minut, ale cel został osiągnięty! Szacun ekipo operacyjna! Potem też był tylko pełny szacunek dla zambrowskiego personelu!

Na narkozę zareagowałam najgorzej jak mogłam. (Nie, nie opiszę…) Przez kolejną dobę pielęgniarki i salowe ciężko pracowały przy mnie. Mnie zaś stać było tylko na próbę uśmiechu…Nie, lekarzy przy mnie nie było. Po co? Pierwszym kontaktem była pielęgniarka i to zupełnie wystarczyło. Nie byłam tylko kodem kreskowym na opasce z ręki. Zwracano się do mnie po imieniu. Starano się uspokoić nie tylko kroplówką z ketanolem. Było dobre słowo, opowieści o takich, co to reagują gorzej niż ja. Przebierano mnie, zmieniano pościel, prowadzono do toalety.

Policzyłam dziewczyny z „dyżurki”. Na oddziale było 26 „łóżek”, na zmianie pracowały dwie salowe i trzy pielęgniarki. Tyle samo osób pracowało na oddziale wewnętrznym – ok. 45 „łóżek” – gdy usuwałam endoskopowo. Cóż się dziwić, że w Zambrowie opieka była lepsza… Dlaczego nie można zwiększyć ilości personelu na szpitalnych oddziałach?

Pewnie dlatego, że ktoś tam z władających władzą woli przeznaczyć dwadzieścia milionów na cel, którego sensu nie widzę. Tak się jakoś pomysł i suma proponowana ojcu dyrektorowi zbiegła z moją laparoskopią w powiatowym szpitaliku. Zobaczyłam, jak wiele dobrego można za nią uczynić. Na pewno w Polsce jest wiele powiatowych szpitali, które taką sumę spożytkowałyby ku dobru cierpiącego pacjenta.

Do niedawna Zambrów pozytywnie kojarzył mi się z organizowanymi przed laty turniejami koszykówki dziecięcej i młodzieżowej. Dziś do tych wspomnień dołączam pobyt w szpitalu. Porównania co prawda dużego nie mam, ale jeśli w szpitalu może być dobrze, to w tym zambrowskim tak mi było. Dzięki!

 SONY DSC

Nie mój pokój, ale łóżko takie same….

21 stycznia zostałam przyjęta na Oddział Wieloprofilowy Zabiegowy pod numerem 84/16. Była zatem w tym roku już 276-tą  pacjentką Szpitala Powiatowego w Zambrowie. Jak widać po tych liczbach, szpital służy ludziom. 

foto internet

 

Usuwanie endoskopowe

1732-d21

I wreszcie padło na mnie. Bo jak długo można być zdrowym? Nadszedł wreszcie czas na zwiedzanie szpitala z pozycji pacjenta. Trzeba było mi wykonać – jak w tytule. Trafiłam na oddział wewnętrzny. Bez znajomości. Jedynie z USG informujące, że trzeba szybko i sprawnie usunąć. Po sześciu dniach pobytu zwątpiłam w media i ludzi.

W szpitalu źle nie było….

Zacznijmy od posiłków, wszak to temat z pierwszych stron internetu. Praktycznie nie jadłam przez dwa dni. Najpierw z powodu braku apetytu, potem ze względu na usuwanie, a na koniec – głodówka po usuwaniu. Kiedyś ktoś zapomniał, że jestem niejedząca i przyniósł mi kolację. Odmówiłam. Myślicie, że kolacja wróciła do kuchni albo zeżarł ją głodny pracownik szpitala? Otrzymał ją pacjent, który przed chwilą znalazł się na oddziale i jeszcze nie został zameldowany w kuchni. Podczas kolejnych posiłków nie zjadałam całej porcji, bo takie były wskazanie lekarzy. Dopiero szóstego dnia, tuż przed wyjściem, gdy od przysłowiowej du… odelżało,  pochłonęłam cały obiad. I też smakował. Wraz z leżącymi na sąsiednich łóżkach chorymi doszłyśmy do wniosku, że żarcia nam wystarczy. Przez telefony informowałyśmy rodzinę, żeby nam wałówy nie przynosili. Ja byłam w najlepszej sytuacji – jako diabetyk otrzymywałam jeszcze dwa dodatkowe posiłki. Trafiał mi się kisielek, jogurcik, sałateczka, kanapeczka. Aha, na korytarzu stał czajnik. Można było zaparzyć sobie herbatę. Przed śniadaniem parzyłyśmy i opowiadałyśmy swoje szpitalne sny. Nie wyobrażacie sobie, jak smakuje taka poranna herbata w szpitalnej sali!  Niektórzy parzyli poranną kawę. Zdrowsi od nas byli? Zagadka iście detektywistyczna. 

Lekarze byli normalni. Raz dziennie rano zjawiał się tzw. wieloosobowy obchód, który przede wszystkim pytał, jak się czujemy. I nic więcej. Ani słowa o schorzeniu, o leczeniu, o perspektywach. Początkowo byłyśmy zszokowane. Jak to, tak nic pacjentowi  nie powiedzieć? Sprawę rozgryzłyśmy trzeciego dnia. Przecież lekarzy obowiązuje tajemnica lekarska i nie mogą przy obcych pacjentach informować o chorobach innych. Czasy, kiedy cały oddział wiedział co komu dolega, minęły. Jeśli pacjent miał wyjątkowo poważny problem zdrowotny – lekarz zapraszał go do gabinetu i mówił w cztery oczy. Inny też mogli udać się po informacje w swojej sprawie. Mną zajmował się sam ordynator. Po prostu – jedyny w okolicy specjalista od endoskopowego usuwania typu mojego. Zajął się dobrze. Nie wysłał do domu po zabiegu. Kazał leżeć przez kilka dni i zlecił dawanie mi w żyłę. Lekarstw oczywiście.

Z pielęgniarkami to już inna sprawa. Wszystko zależy od człowieka. Była taka jedna, co o szóstej rano energicznym ruchem otwierała drzwi, włączała światło, mierzyła temperaturę lub pobierała krew i wychodziła pozostawiając drzwi otwarte i jasno świecącą neonówkę na suficie. Po wyjściu takiej trzeba było oczywiście wstać, zamknąć drzwi i wyłączyć światło. Kto bowiem powiedział, że pacjent musi budzić się w środku nocy, skoro chce mu się spać? Zwłaszcza jeśli medycyna powoduje, że zdrowieje.

Ale były też inne pielęgniarki. Wchodziły do pokoju, włączały światło, robiły swoje, gasiły światło, zamykały drzwi i dały pospać. W przedostatni dzień kolejna z pań walczyła o „odetkanie” mi wenflonu. Miała to być moja ostatnia kroplówka i pożałowała mnie… po co kuć następną żyłę… tym bardziej, że w planach mam kolejne usuwanie. Tym razem laparoskopowe.

Bardzo miłym zjawiskiem na oddziale byli studenci z miejscowej uczelni – kierunek pielęgniarstwo. Nawet kilku chłopaków było. Wykonywali proste czynności medyczne i praktycznie wszystkie pielęgnacyjne. A uwierzcie, na oddziale wewnętrznym tych drugich jest bardzo dużo. Młodzieży było sporo i cieszyliśmy się, że garną się do zawodu, a telewizja oczywiście kłamie, mówiąc, że niedługo nie będzie miał się kto nami opiekować. I w tym momencie młodzież nas oświeciła. Na studiach jest ich sporo, ale etatów dla nich …. nie ma. Młodzi martwili się, gdzie będą pracować. Wszystko stało się jasne.

W dzień i w nocy na naszym oddziale były trzy pielęgniarki, w dzień dodatkowo dwie salowe i sanitariusz. Do „obsługi” chwilami blisko 40 osób. Część leżąca wymagająca częstych zmian bielizny. Nic dziwnego, że leżeli w „pampersach”… Sanitariusz przez cały dzień prowadził pacjentów na badania i zabierał ich z specjalistycznych gabinetów. Prowadził, pchał wózki, łóżka… Salowe dwa razy dziennie sprzątały sale, korytarz, toalety, przywoziły jedzenie. Kiedyś była tylko jedna. Po dwunastu godzinach dyżuru i wykonaniu wszystkiego, co przeznaczone dla dwóch, kobieta ledwo wyszła z oddziału. Jednego dnia na dyżurze były tylko dwie pielęgniarki… Nie wyrabiały się z podłączaniem i odłączaniem kroplówek.

Łomża_Szpital_Wojewódzki

miejsce mego pobytu – foto internet

I na razie tyle. Niedługo zwiedzę oddział chirurgiczny. Oczywiście napiszę. Życzcie mi, żeby laparoskopowe usuwanie przebiegło tak dobrze jak endoskopowe.

 

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje