Mioduszka

mio

zapraszam również na http://belfer59.piszecomysle.pl/

I trochę czasu znowu mnie nie było… Syn zarządził malowanie w moim mieszkaniu. Musiałam się zgodzić. Ściany same o to prosiły. Malowanie jak malowanie, trwało cztery dni, bo pomieszczeń mam cztery. Balkon darowaliśmy sobie. Na moim osiedlu trwa masowe ocieplanie bloków wraz z odnawianiem balustrad. Poczekam. Ocieplą, wymalują, odnowią i nawet płytki na balkonie położą. Wszystko z funduszu remontowego.

Wracajmy do tematu właściwego… malowanie jak malowanie. Też potrafię. Gorzej ze sprzątaniem. Malowanie cztery dni, sprzątanie…. no, jeszcze trwa. Bo zrobiłam sobie dzień wolnego. Dobrze, przesadzam, skorzystałam z wolnego ustawowo dnia czyli niedzieli. Pojechaliśmy na Kurpie, na miodobranie. Taki festyn, z miodem w tle.

W tym roku zorganizowano go w Kurpiowskiej Krainie, ośrodku wypoczynkowym w Puszczy Kurpiowskiej. Nie powiem, ośrodek robi wrażenie, jest jezioro, jest wyspa, jest hotel, jest knajpa, są korty tenisowe. Amfiteatr też jest i to nie byle jaka rozstawiana scena na potrzeby chwili – normalna zadaszona scena z drewna, ozdobiona kurpiowskimi motywami. Nawet miejsca siedzące są. Cóż, nie każdy koncert wymaga skakania pod sceną. A wszystko to na bardzo dużym terenie.

Słowem, miejsce miodobrania przypadło nam do gustu.

Stoisk z miodem tradycyjnie było multum, znaczy się „jak mrówków”. Cena mniej więcej zbliżona, miód podobny i różnorodny. Nawet dwukolorowy był. Taki biało-brązowy na przykład. Pytam się Kurpia, jak on to zrobił. Kurp się uśmiecha. Proste. Najpierw nalewa jeden miód jasny, by się skrystalizował, a potem drugi ciemny. I już można na stoisko. Był miód rzepakowy, malinowy, akacjowy, gryczany, spadziowy…. reszty nie pamiętam.

Były stoiska z badziewiem straganowym oczywiście. Zabawki, piszczałki. Były też z pieczywem. Chleb na liściu chrzanu, chleb na prawdziwym zakwasie. Ciemny. Jasny. Bułki. Bułeczki.

Słowem, czego dusza pragnęła.

Z dobrodziejstw Puszczy Kurpiowskiej korzystamy dwa razy do roku. Raz podczas miodobrania, drugi jadąc na najsłynniejszą Niedzielę Palmową i tak samo jak w przypadku Kurpiowskiej Krainy nie napiszę gdzie… zaraz się wyjaśni dlaczego. Mamy już swój wybrany zestaw smakołyków, którymi zapełniamy spiżarnię.

Tym razem podstawowym artykułem był oczywiście miód. Po spróbowaniu dużej ilości różnych rodzajów, zdecydowaliśmy który i w jakich ilościach zapewni nam zdrowie do Niedzieli Palmowej. Potem nabyliśmy jeszcze chleb. Uwierzcie, będzie świeży przez tydzień, a jeść go będzie można przez kolejny. Wyschnie, a nie spleśnieje. I w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że czegoś nam tu brakuje.

Na wielu stoiskach znajdowały się tradycyjne puszczańskie pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Od lat był to podstawowy znak, że w tym miejscu można kupić… Domowy, wysokoprocentowy napój oczywiście. Najsłynniejsza na Kurpiach zawsze była „Mioduszka”. Robiliśmy solidnie zapasy. Człowiek kupował taką pajdę i zamawiał coś mocniejszego. Kurp pytał, ile i jakie smaki. Kiedy konkurencja w sprzedaży duża, można była najpierw popróbować… Dobrze, nie będę pisała, jak kiedyś zabalowałam próbując… W każdym razie podczas tegorocznego miodobrania procentów zabrakło.

Zapytaliśmy dlaczego. Cóż, jakiś urząd wpadł i powiedział, że butelki nie mają akcyzy i sprzedawać nie wolno. Sprzedający wystraszyli się.

Zrobiło się smutno. Oczywiście byli tacy, co sobie poradzili. Kupili takie coś z akcyzą i popijali ukradkiem nad jeziorem lub w puszczy. Jak zwykle zresztą. Zawsze popijano na kurpiowskich imprezach, ale alkohol swojskiej produkcji. Wspierano tym lokalny biznes. Podczas tegorocznego miodobrania nie tylko my chodziliśmy ze spuszczoną głową… byli tacy, co przyjechali głównie po miód w alkoholu. Ten w słoikach, chleb na liściu kupowali przy okazji. 

Rumakowanie się skończyło. Ludzie się nie napiją. Wytwórcy nie zarobią. 

Dwa dni później w radio usłyszałam wiadomość, jak to na podobnym festynie odpowiednie służby zarekwirowały nalewką wytworzoną przez Koło Gospodyń Wiejskich. „Prawo jest prawem” – mówił dziennikarz z żalem w głosie. Oczywiście była potem dyskusja. Ktoś zastanawiał się jak będzie wyglądała utylizacja nalewki. Ktoś stwierdził, że jeśli nalewka na państwowym spirytusie, to już akcyza zapłacona, ktoś nakrzyczał, że odpowiednie służby tradycji nie szanują.

Ja też wam nie napiszę, czy mam zapas „Mioduszki” do Niedzieli Palmowej, czy nie… I nazw nie podam. Może uda się ocalić tradycję do owej niedzieli….

Jeśli  nie…. Alkohol robić już umiemy. O sposobie dystrybucji dowiemy się z kilku filmów fabularnych o czasach prohibicji w USA.

 

 

O przywódcach przy wódce

4f7576b86a26f-p

 A miałam nie pisać, a miałam przemilczeć… nie udało się, nie udaje się i pewnie przez jakiś czas się nie uda. Nie przebiję się ze swymi tematami, dopóki dziennikarze i inni piszący nie wycisną ostatniej kropli tekstu, znaczy się nie zarobią ostatniego grosza na wiadomej wizycie wiadomego polityka zza oceanu.

Rozumiem, że facet przyleciał i odwiedził nasz kraj, bo to jedna z ról polityków. Nasi ważni też latają na koszt podatników, ci ze wschodu tak samo…. Każdy polityk lata, jeździ i mówi. Przez ponad pół wieku swego istnienia przyzwyczaiłam się. Ale na starość zaczęłam się wewnętrznie buntować przeciwko propagandzie związanej z wizytami owych panów w towarzystwie pań ubranych modnie lub niemodnie.

Obecny wrzask w zasadzie nie jest niczym nowym. Kiedyś w taki sam sposób fetowało przywódców ze znanej nam części Europy, z która ostatnio jesteśmy na bakier. Były transparenty, tłumy na ulicach, wiwaty, przemówienia i wspomnienia historii naszego kraju ( w tym ostatnim przypadku zmieniły się fakty). Było malowanie trawy na zielono. Teraz się już nie maluje. Teraz przywozi się ją w belach, rozkłada, a jak się podleje, to nawet rośnie. Najczęściej jednak rozkłada się dywany po to, żeby politycy czuli się jak na oscarowej gali, a ich żony wygodnie stąpały po miękkim.

Kiedyś kobiet podczas takich wizyt nie było. Żony albo siedziały w domu, albo udawano, że ich po prostu nie ma. Dawniejsi przywódcy chronili swe życie prywatne i dane osobowe, mimo braku przepisów na ten temat. Dziennikarze nie musieli o nich pisać i skupiali się głównie na politykach.

Wróćmy jednak do obecnej wizyty. A więc człowiek przyleciał. Przespał się. Pewnie z własną żoną, bo ją sobie przywiózł. Potem spotkał się i za szklaną ognio, kulo i jajkoodporną szybą wygłosił przemówienie. Po czym ponownie wsiadł do samolotu i odleciał.

Ludzie mają nieustanną podnietę. Orgazm za orgazmem. Specjaliści od mowy ciała analizują, specjaliści od mody dyskutują, specjaliści od języków tłumaczą z polskiego na partyjny, różny w zależności od partii, która ich wynajęła. Ważny polityk mówi „dom”, a już w świat leci wiadomość, że popiera program „mieszkanie dla młodych”. Ważny polityk mruga oczami, bo słońce świeci mu w twarz, a już w programach informacyjnych trwa analiza do koga i w jakim celu mrugnął. Jedni twierdzą, że do tych ze wschodu, inny, że do człowieka w pierwszym rzędzie. Ktoś odnajduje porażonego mrugnięciem obywatela. Ten twierdzi, że gest był do niego.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza żona. Babskie pisma, periodyki, kwartalniki, portale i pojedyncze strony mają używanie. Jak sukienka, od kogo, kto szył, kto produkował tkaninę, w ogóle z czego ta tkanina. Dlaczego taki kolor, a nie inny. Dlaczego kwiatki, a nie motylki. Dlaczego midi, a nie mini? A może ma brzydkie nogi? Dochodzenie. Śledztwo. Poszlaki. Dowody. Zaraz będzie proces.

A potem, kiedy ryk silników cichnie, radocha większa niż najwyższy pułap samolotu. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Znaczy się my jesteśmy wspaniali, cudowni, fantastyczni, bo ktoś nareszcie nas odwiedził, bo przyleciał, bo był, bo nie zapomniał o nas, wspaniałych, cudownych, fantastycznych…..bo powiedział dobre słowo, bo dziecko po główce pogłaskał, bo uśmiechał się… Jasne, mógł się nie uśmiechać.

Ów, dosyć, bo zaraz sama wpadnę w wir podniety. Jadę na działkę. Trawę trzeba kosić. Normalną. Chwasty powyrywać. Grilla jakiegoś rozpalić, najeść się, napić się, bo bez pół litra o przywódcach ani rusz.

 

 

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rap na ludowo, czyli w rytmie disco

11144972-playing-rock-music-Stock-Photo-metal

Dziś będzie o gustach muzycznych, o których rzecz jasna się nie dyskutuje, ale swoje zdanie można mieć. W przeciwieństwie do polityki, w której albo się rządzi, albo jest się tym złym.

Na moim przystanku zawieszono ogłoszenie o majówce dla seniorów. Blisko, coraz bliżej mi do tego wieku, zatem przeczytałam z zainteresowaniem. Program, nie powiem, zacny. Jest grill, jest zwiedzanie, jest przewidziana zabawa taneczna w godzinach 12-20.00. Godziny się nie czepiam, chociaż ciągle wolę tańce wieczorem i nocą. Czepnę się czegoś innego. „Do tańca przygrywa kapela ludowa”.

No właśnie… zauważyłam, że jeśli coś dla starszych, to albo muzyka ludowa, albo poważna. Proszę mi nie mówić, że wraz z wkroczeniem w wiek senioralny 60+ zmienię swe gusta muzyczne na ludowe lub poważne.  Taka zaczarowana granica? Jak ulgi w zakupie biletu, to na koncert kapel śpiewających „Krakowiaczek jeden” lub na spotkanie z Bachem. Nie, nie mam nic przeciwko tej muzyce, ale dlaczego od niepamiętnych czasów emerytów utożsamia się z tym?

Przecież to właśnie moje pokolenie rozsławiło rocka. „Rolling Stones” – mówi wam to coś? Panowie są zdecydowanie ode mnie starsi. I dają czadu do dziś. Cała wielka fala polskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Lombard, IRA, TSA…. Co ja mówię… Czesław Niemen… Mówi wam to coś? Jeśli za młodu słuchało się czegoś takiego, to oznacza, że na starość trzeba się od swej młodości odciąć?

Bo co? Seniorowi nie wypada słuchać Pink Floydów? (Też starsi ode mnie, a dwóch nawet nie żyje).

Właśnie niedawno poszłam do zacnej filharmonii po bilet na koncert coverów liderów progresywnego rocka, bo tam koncert miał być. Wchodzę do budynku i pytam pana ( mniej więcej w moim wieku albo życie go zniszczyło) w dyżurce lub recepcji ( jak kto woli) ,którędy po bilet. Wskazał drogę po schodach. Wchodzę do pokoju, mówię, a pani na to, że bilety na tych Floydów to na dyżurce. Wracam do pana. Mówię, po co przyszłam i dziwię się, że odesłał mnie tam, po schodach. A pan zdziwiony, że ja na rocka „Myślałem, że pani na koncert muzyki poważnej…” Niby dlaczego? – pytam. „Bo pani poważnie (pewnie chciał powiedzieć za staro na rocka) wygląda”. No to mu dałam popalić wymieniając kilka dat sprzed potopu. „Ciemna strona Księżyca” – 1973, „The Wall” – 1979, Gilmur urodzony w 1946 roku, Waters – 1943… Moje dzieciństwo i młodość. Dlaczego mam nie wyglądać na miłośniczkę rocka?

Z młodymi łatwiej porozumieć się w sprawie muzyki. Oni teraz nie śpiewają, oni rapują. Nie moja branża, nie moja bajka, ale warto wiedzieć, co w młodych piszczy. Zwłaszcza, że to moi uczniowie. Kiedy poszłam po raz pierwszy na koncert rapowy, miałam przysłowiową duszę na ramieniu. Jak nic, wywalą mnie na zbity pysk. Niektórym nieźle dałam w szkole popalić… Nic z tego. Hymnów na moją cześć co prawda nie rapowano, ale przyjęcie było super. Nawet drinka do stolika mi przyniesiono! Młodzi zarzucili mnie masą informacji o lokalnym rapie, pierwszych składach, historii. Tak jak ja przed laty, oni mają swoją muzę, swój przekaz, swoje protest songi. Wierzą w to, co robią, rapują o swoich sprawach, oceniają rzeczywistość. Są tacy jak ja, tyle tylko, że przy innym rytmie.



I jeszcze jedna historia. Ustka, wrzesień, czyli czas geriatrii nad morzem. Pogoda wspaniała. Wieczorem na promenadzie dyskoteka. Młodzian (coś ponad trzydziestka) puszcza stare dobre disco. Boney M., ABBA, Bee Gees… radocha na betonie. Ludzie tańczą, śpiewają. W pewnym momencie DJ włącza

 

I pyta, kto wie, co oznacza tytuł? Tyknij kogoś? Dotknij? – bawi się z nami udając, że nie wie. Chórem odpowiadają seniorzy i nieco młodsi 50+ – „Bilet w jedną stronę”! I chcemy „Rasputina”, „Angie”, Stayin’ Alive”! Dwie młode dziewczyny, które przyjechały nad morze, by spacerować przy zachodzie słońca, patrzą z niedowierzaniem. Wreszcie wydobywają z siebie szczerą wypowiedź: „Nie wiedziałyśmy, że starsi ludzie mogą tak się bawić…”

Jasne, bo starsi to tylko tańczą oberka lub siedząc w miękkich fotelach, słuchają Mozarta…

I tak na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Jak muzyka ma towarzyszyć mi w ostatniej drodze? Może „Bema pamięci żałobny rapsod” Niemena, albo „Wszystko ma swój czas” w wykonaniu Markowskiego… W każdym razie nie chcę „Marszu żałobnego” Chopina.    

Przy pisaniu tego tekstu towarzyszył mi Mick Jagger.  

 

„Seta” i galareta

 

file.alkohol-wodka

Widmo krąży po Polsce. Widmo bezwódkowizmu. Widmo zamkniętych nocą sklepów z napisem „monopol”. Bo nasz kraj jest w czołówce – jeden „monopol” na trzystu mieszkańców. Bo porozumienie dotyczące zakazu sprzedaży % ma odbyć się poza podziałami. Bo Polacy za dużo spożywają. Zwłaszcza nocą, kiedy normalni ludzie śpią po zażyciu reklamowanych tabletek na uspokojenie. No i ma być zakaz, najpierw kupna, potem spożycia. Pomysł stary jak świat.

Prześledźmy historycznie jak to ongiś z % bywało.

Jak pamiętamy, Pawlak, za przywiezienie go pod dom naprzeciwko Kargula, zapłacił żołnierzom bratniej armii alkoholem własnej produkcji. Kiedy spostrzegł, że w pojemniku widać dno, mruknął niezadowolony: „Ot i grosz nam się kończy”. Wtedy syn dziarsko odpowiedział: „Zrobim tatko drugi lepszy”. W czasach, kiedy Pawlak produkował alkohol, znaczy się pędził bimber, w jego wsi nie było żadnego monopolowego. Bez uchwał, bez zakazów i nakazów, Polak od wódy był teoretycznie odcięty. Teoretycznie. Bo jak wiemy, na chrzcinach Pawełka % były. Niejaki Kokeszko pił prosto z beczki.

Za czasów podstępnej komuny, alkohol w niewielkiej ilości sklepów, zwanych monopolowymi, sprzedawano od trzynastej, chyba do dwudziestej. Teoretycznie Polak nocą powinien już trzeźwieć. Teoretycznie. Bo jak wiemy i pamiętamy, Polak na ograniczenie sprzedaży % też sposoby miał.

Pierwszym były restauracje. Tu można było kupić bez problemu. Oczywiście do stolika i do zakąski, by wypić, zagryźć i wrócić do domu. Oczywiście popularna „seta” i galareta kosztowała znacznie drożej, bo z marżą. Zdarzało się też, że w lokalach konsumpcyjnych nie podawano wódki w butelkach, tylko na owe „sety” lub „pięćdziesiątki” (ponoć kelnerzy rozliczani byli z butelek….). Cóż robił Polak, który wódę musiał zabrać do domu, bo czekali tam nieproszeni i spragnieni goście? Polak zamawiał pięć „set” i jedną golonkę. Płyn wlewał do butelki po mleku (najłatwiej dostępny pojemnik szklany w tamtych czasach), golonkę zawijał w szary papier i wracał do domu.

Metodą drugą była niezastąpiona „meta”, zwana również „meliną”, prowadzona przez rodzaj żeński, czyli „babkę” lub „ciotkę”. Tu, podobnie jak w przypadku knajpy, obowiązywała marża. Trafiała do kieszeni prowadzącej. Wybór marek alkoholu na „mecie” zwiększył się wraz z rozpowszechnieniem sklepów typu „Pewex”. „Babcie” kupowały najpierw bony PKO (zamienniki waluty obcej), a potem w ekskluzywnych sklepach nabywały chodliwy towar.

I teraz wtręt osobisty. Kiedyś na imprezie w niedzielę, nam małolatom, zabrakło. Źle wyliczyliśmy, za dużo ludzi było? Wytypowano mnie, jako idącą na „metę” po zaopatrzenie. Znałam tylko jedno miejsce – u znajomej moich rodziców. Kiedy otworzyła drzwi i dowiedziała się, po co przyszłam, było wręcz zszokowana. Uchodziłam za grzeczną dziewczynkę. Oczywiście sprzedała i obiecała, że rodzicom słowa nie piśnie… Bo moi kochani, na „mecie” nie było ograniczeń wiekowych.

Sposób trzeci został utrwalony w „Misiu”. Polegał na spożywaniu zamienników. Obejrzyjcie sobie sami (początek filmu)



Największe ograniczenia alkoholu za moich czasów było w latach „kartkowych”. Pełnoletni otrzymywali miesięcznie przydział na pół litra. My rodzinnie mieliśmy dwa litry.  Na urodziny i święta % lały się strumieniem. Jeśli komuś zabrakło, szedł po prostu do sąsiada i pożyczał. Każdy wtedy w domu gorzałę po prostu miał. I każdy pił. Szkło nie miało prawa się zmęczyć.

Od czasów Pawlaka minęło ponad siedemdziesiąt lat, od obalenia komunistów ponad ćwierć wieku, a problem z alkoholem nie został rozwiązany. Oczywiście można by tak wprowadzić całkowitą prohibicję, ale jak wiadomo od niedawna: „W stosunkach polsko-amerykańskich odeszliśmy od murzyńskości”( to nie ja, to minister) i wzorować się na Ameryce, tej z północy, nie będziemy.

Mnie osobiście to dynda, czy będą czynne te monopolowe w nocy, czy nie. Póki co nie piję, bo jestem na rekonwalescencji, a potem to wszystko może się dziesięć razy zmienić.

barman 2008

Wałbrzych – „U Barmana” 2008…. 

A tak w ogóle do napisania tego tekstu skłoniła mnie gorzka wiadomość. Otóż w moim Wałbrzychu, w rodzinnej dzielnicy Nowe Miasto nie ma już żadnego pubu, żadnej restauracji, żadnej pizzerii, o normalnej knajpie nie wspomnę, gdzie można by było normalnie usiąść i wypić normalne piwo po normalnej cenie. A była taka „Nowomiejska”, taki „West”, „Barman” vel „Sobieski”… Fajne wspomnienia… Nie, moi drodzy, nie zamknięto ich wyprzedzając zakazy i uchwały. Po prostu padły z powodu braku klientów… I tego właśnie nie rozumiem… Rząd męczy się nad uchwałą poza podziałami, a knajpy bankrutują z powodu nierentowności… 

  

Był Dzień Nauczyciela….

nauczyciel 2

 Polonistą się było… foto własne

Właśnie …. był Dzień Nauczyciela…Znajomi wytknęli mi, że niczego o nauczycielach nie napisałam, wszak ze mnie był nauczyciel… właśnie, też był… Ale napisać coś wypada. Zaczniemy od moich nauczycieli. Którzy wywarli największy wpływ na moje życie? Szukam w pamięci, szukam… Są!

Pierwszym była pani polonistka Anna Dymurska w piątej klasie podstawówki. Zauważyła, że dużo i różnorodnie czytam, pięknie recytuję, mam swoje zdanie w dyskusji i nieźle piszę. Moje wypracowania wyróżniały się nie tylko zawartością, ale i ilością napisanego tekstu. Pani od polaka pozwalała mi na „wypisanie” i „wygadanie” się, mimo iż moje wypowiedzi były często rozbieżne z tym, co nazywamy programem nauczania. Przekorna byłam zawsze i taka pozostałam do dziś. Dzięki pani od polskiego nie boję się wypowiadania własnego zdania, nadal piszę to i owo, i dobrze mi z tym.

Drugim belfrem był już opisany przeze mnie nauczyciel historii – Bartłomiej Ranowicz, który olał program nauczania i podczas lekcji zapoznawał nas z historią rodzinnej ziemi wałbrzyskiej. Przypomnę – historia złotego pociągu i ukrytej w Górach Sowich bursztynowej komnaty jest mi dokładnie znana od 1974.  Człowiek zaszczepił mi miłość do małej ojczyzny, która trwa, mimo iż od czterdziestu lat w Wałbrzychu nie mieszkam.

Kto jeszcze… który jeszcze z nauczycieli wpłynął na moje życie?…

Szukam w zakamarkach pamięci i dalej nic… jest paru normalnych nauczycieli, a potem gromada nawiedzonych. Takich, co to wypruwali sobie żyły, poświęcali swoje życie i życie własnych dzieci (znaczy się czas prywatny), podawali serce na dłoni, przychodzili chorzy do szkoły, by tylko mnie czegoś nauczyć.  A ja oczywiście byłam niewdzięczna i oczywiście nie doceniłam ich pracy i tego, no jak tam – poświęcenia. Mało tego, brakowało, bym w ogóle przestała się uczyć!  I co? No tak! Ci mieli największy wpływ na moje życie!

Pewnego dnia, wściekła na któregoś z tych, co to pozbawiali się tych żył w imię edukacji, postanowiłam, że belfrem zostanę i to ze wszystkimi żyłami.

Przeżyłam w szkole trzydzieści lat. Jako przedstawiciel pokolenia komuny po tym czasie przeszłam na emeryturę. Żył sobie nie wyprułam, chora do szkoły też nie przychodziłam, bo zbyt zależało mi na własnym zdrowiu i zdrowiu uczniów, własnych dzieci nie poświęcałam. Po prostu – zabierałam je na szkolne imprezy oraz wycieczki. A jakim byłam belfrem? O to trzeba by uczniów zapytać… Sporo grupa mówi, że byłam inna niż pozostali nauczyciele. Kontrowersyjna. Kiedyś mój syn powiedział, że póki co, spotykając moich byłych uczniów, od żadnego po pysku za przewinienia matki nie dostał. Zachwytów typu „wspaniały człowiek” też nie słyszał. Ale na wspomnienie o mnie uśmiech na twarzy był. Mówią o mnie, że miałam (i chyba nadal mam…) dystans do samej siebie. Uczniowie robili mi numery, ja nie pozostawałam im dłużna. Różnie bywało. Jak to w życiu. Swych uczniów spotykam obecnie na koncertach rapowych, w halach sportowych, na wernisażach. Większość poznaje. To mnie czasami głupio, bo nie poznaję. Czasami wypijemy piwo, czasami coś więcej…

Słowem, praca nauczyciela była dla mnie pracą, jak każda inna. Jak każdą inną trzeba było ją solidnie wykonywać. Fajna była, bo to zawsze kontakt z żywym człowiekiem. Ciekawa była, bo ciągle coś się działo, człowiek na nudę nie narzekał. I te wakacje były, i te ferie, i te święta… dla samotnej matki Polki był to prawdziwy rarytas.

nauczyciel 1

 

… w pokoju nauczycielskim nad dziennikiem… foto własne

Dwa lata temu zorganizowaliśmy spotkanie – trzydzieści pięć lat po maturze. Oj, działo się, działo! Wspominaliśmy kolegów, którzy już niestety odeszli, plotkowaliśmy o tych, którzy na spotkanie nie przyszli, wspominaliśmy stare szkolne uczniowskie numery. O uczących nas nauczycielach… mówiliśmy niewiele, żeby nie powiedzieć – wcale.

Po paru dniach od tamtego wydarzenia uczestniczyłam jako emerytka w uroczystościach związanych z Dniem Nauczyciela. Usłyszałam ponownie o tych żyłach, sercu i poświęceniu. Opowiedziałam o klasowym spotkaniu i braku nauczycielskiego tematu… Wprowadziłam atmosferę niepokoju… jak to, nie będą pamiętać?

Normalnie. Zwyczajnie. Praca jak każda inna.  

 

Tylko dla VIP

16-vip

foto – internet

Kto to VIP, chyba wszyscy wiemy. Gdyby jednak ktoś nie wiedział, wyjaśniam VIP z angielskiego „Very Important Person – bardzo ważna osoba”. Początkowo były to rzeczywiście osoby publiczne, siedzące zwykle na wysokich stołkach w ważnych instytucjach lub gwiazdy filmu, estrady…. Ostatnio jednak skrót zmienił swe znaczenie.

Napis „Tylko dla VIP” lub sam „VIP” pojawia się praktycznie wszędzie, gdzie się coś dzieje. Zastąpił on rzeczowniki „rezerwacja” i „goście”.

Opiszę to zjawisko na przykładach związanych ze sportem, gdyż to środowisko jest mi najbardziej znane. Oczywiście na meczach w hali lub na stadionie była kiedyś „trybuna honorowa”, na której zasiadali zaproszeni goście. Dziś jest trybuna „Tylko dla VIPów”. Kiedyś gośćmi były nie tylko ważne figury w wiadomym komitecie na szczeblu np. powiatowym lub centralnym. Zapraszano innych, zwanych „zasłużonymi dla…” klubu, sportu, koszykówki. Taki gość dostawał z reguły zaproszenie imienne, wysyłane pocztą i okazując je w wejściu, był od razu kierowany był na trybunę honorową. Takowa wyraźnie różniła się od pozostałych miejsc. Czasami kolorem drewnianych ławek, czasami były tam pojedyncze krzesełka przymocowane do betonu. Inni pewnie pamiętają lepiej, jak to wyglądało, może podzielą się wiedzą. Na trybunę zwykli śmiertelnicy patrzyli z zazdrością. „Zasłużeni” mieli najlepszy widok, bo trybuna była umieszczana w najlepszym miejscu na stadionie. Oglądać stamtąd mecz… marzenie… W każdym razie ja będąc dzieckiem bardzo zazdrościłam siedzącym w tamtym miejscu.

Zatem do rzeczy…

Wiosną wybrałam się na mecz piłki nożnej. Idąc na stadion spotkałam kumpla. Zapytał, czy mam bilet. Jasne, że nie mam. Dał mi bezpłatną wejściówkę swego z kolei kumpla, który zrezygnował z przybycia. To była wejściówka „dla VIP”. Rety, wejście na miejsca vipowskie chyba mi się nie zdarzyło…

Klapnęłam na krzesełkach innego koloru. Pierwszą połowę meczu obejrzałam grzecznie, podziwiając wyczyny sportowców. W przerwie uświadomiłam sobie, że jeśli jestem w strefie dla ważnych, to przecież mogę skorzystać z…

Tajemnicze miejsce znajdowała się piętro wyżej. Był to obiekt, na środku stadionowych trybun, gdzie siedział komentator, było miejsce dla dziennikarzy i oczywiście wielka sala dla VIP. Od strony stadionu – oszklona. Stadion widoczny był jak na dłoni, można było go oglądać nie wychodząc z ciepłego pomieszczenia. A w nim… ludzie…już meczu nie chciało się oglądać… smakołyki, przekąski, zakąski, ciasta, ciasteczka, kanapki, kanapeczki, sałateczki, chlebki różnego rodzaju. I piwo. Nie, alkoholu wysokoprocentowego  nie było. Mimo tego braku powiało mi wielkim światem. Zaczęłam od piwa, żeby pobudzić organizm do wzbudzenia apetytu. W czasie drugiej połowy meczu postępowałam prawie jak zgromadzeni w sali vipowie – jadłam, piłam i zerkałam na tablicę z wynikiem meczu. Nie rozmawiałam jedynie, bo nie miałam z kim.  Wokół mnie toczyły się natomiast dyskusje z meczem niemające nic wspólnego. Tematykę przemilczę.

Do domu wróciłam w wesołym nastroju, bo kanapek w sali VIP zabrakło, ale piwo było w bród (chyba tak się pisze, bo laptop nie zareagował).

Pod koniec lata znalazłam się na turnieju koszykówki. Strefa VIP oczywiście była. Osobne wejście, krzesełka pomalowane na żółto, jak za dawnych czasów na trybunie honorowej. Pierwszego dnia można nawet było przejść obok tych krzesełek i skrytego za nimi tajnego wejścia do sali VIP. Drugiego dnia postawiono barierki, rozwinięto taśmę, postawiono dwóch ludzi i ni… ch… nie można było kroku zrobić za tę taśmę barwy biało-czerwonej. Ale mnie los pomógł. W czasie przerwy na środku boiska odbyło się wręczenie ważnych certyfikatów trenerskich. Wśród trenerów ujrzałam znajomego. Szybko przeanalizowałam sytuację: jestem starszą, dużą panią, której strach się bać, miedzy barierkami mego sektora a boiskiem jest spora szpara, przecisnę się, a jak nie – odsunę barierkę, stamtąd tylko kilka metrów do boiska, a potem strefy VIP… Wszystko trzeba zrobić szybko, żeby ochrona się nie zorientowała. Do boju emerytko! I tak znalazłam się najpierw na parkiecie, potem wraz ze znajomym trenerem na trybunie honorowej. Czy było stamtąd lepiej widać? Akurat nie… Może dlatego na żółtych krzesełkach było niewielu ludzi…J No dobrze, wiem, siedzieli w sali VIP-owskiej i być może oglądali mecz na „telebimie”…No dobrze, wiem, jeśli tam było piwo…

blog bydgoszcz

foto własne

A teraz najciekawsze… do takiej strefy VIP może dostać się każdy… każdy, kto ma pieniądze. Po prostu można kupić bilet. Cena – zwykle przekraczająca możliwości zwykłego kibica i wartość butelki, powiedzmy piwa, w owadowym dyskoncie. Tyle tylko, że kibic przychodzi na mecz, VIP na… ja już nie wiem, po co…

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

Porady rodzinne

Nie wiem, czy zauważyliście, że spotykając dawno niewidzianą osobę, od razu ma ona dla was dobre rady? Jeśli człowiek przytył, z mety otrzymuje sposoby na odchudzanie, bo znajomy uważa, że cierpi się z tego powodu. Gdy zwierzamy się, że jakoś w portfelu pusto – masa sposobów na podjęcie pracy za pieniądze, bo forsa to najważniejsza sprawa w życiu. Samotność – rety, ile to metod na poderwanie faceta lub facetki! Trzeba przecież kogoś mieć. I tak dalej…

Właśnie dostałam zaproszenie do rodziny, której nie widziałam ….lat. Ale waham się, czy jechać. Kilka lat temu taka wizyta była totalną klapą.

Już od przekroczenia progu kuzyn zlustrował mój wygląd i zauważył, że znacznie się powiększyłam od poprzedniego widzenia się. Wyjaśniłam, że co prawda jest mnie więcej, ale za to nie palę. Coś za coś.

I kuzyn mnie zaskoczył. Szybko włączył komputer, znalazł odpowiednią stronę, wydrukował kilka kartek z… kuracjami odchudzającymi, adresami poradni odchudzających, stron internetowych z wczasami. Oczywiście przekazał mi to z troską o moje zdrowie psychiczne i fizyczne, wszak cierpię z powodu swych nadmiernych kilogramów. Próbowałam wyjaśnić, że gdyby zrzucenie ponikotynowych kilogramów było tak proste, jak mówi internet, dawno bym to zrobiła. Sprawa jest znacznie trudniejsza… Nic z tego. Kuzyn przytoczył liczne przykłady znajomych, którzy łatwo i przyjemnie pozbyli się tłuszczu, bo ćwiczyli, nie jedli kolacji itd. W końcu przerwałam. Ja się sobie podobam. „A jak się komuś nie podobam, to niech nie patrzy” dopowiedziałam we wnętrzu.

gorn

fot. miroslaw@mirasio

Na zewnątrz z uśmiechem rzekłam, że zawsze zadziwia mnie fakt, iż wczasy odchudzające są drogie, chociaż obowiązuje na nich ścisła dieta. W wyniku tego kuzynostwo zaczęło ubolewać nad stanem mego emeryckiego portfela. Westchnęli ciężko stwierdzając, że za takie pieniądze to ani żyć, ani umrzeć. Co zatem powinnam robić? Oczywiście, że znaleźć sobie pracę. Jako była nauczycielka – korepetycje. Nic z tego, brak chętnych do pobierania nauki z języka polskiego. „To zacznij uczyć matematyki! Młodzież ma kłopoty na maturze z tego przedmiotu” – dokonała kopernikańskiego przewrotu  kuzynka. Oczywiście, nic trudnego, zwłaszcza dla człowieka, który myli się nawet na kalkulatorze, bo ma tzw. dyskalkulię. Było jeszcze kilka innych porad, co jedna to lepsza. Wyjazd do Anglii na zmywak też był, a jak!

Gdyby to było takie proste… gdybym mogła nauczyć się matematyki, myć przez kilka godzin naczynia, zabawiać niemowlęta, których kręgosłup nie pozwala mi nosić na rękach, gdyby…

Przypomniała mi się historia pewnego małżeństwa. Najpierw w tragicznym wypadku zginęła im córka. Po latach pożegnali swoich rodziców. W pół roku po śmierci ostatniego, zmarł im jedyny syn. W wyniku różnych zawiłości losu i procedur, chcąc w ramach spadku otrzymać mieszkanie, zajmowane przez dziadka i syna, musieli sprawę skierować do sądu. Zrezygnowali. Ludzie nie mogli zrozumieć takiego podejścia do sprawy. Jak można nie chcieć mieszkania? Majątku? Można. Jeśli straciło się wszystko, co najcenniejsze, można.

Nie opowiadałam tej historii kuzynom. Nie zrozumieją. Tak jak nie zrozumieją mnie, że owszem, forsa by się przydała, ale nie za każdą cenę.

No i sprawa, do której przywykłam: „Nadal nie masz nikogo?”. Nie mam i co z tego? Kuzyn znowu wylądował przy kompie. Teraz szukał portali randkowych. Wydrukował. Koniecznie mam tam zajrzeć, zarejestrować się i szukać, a nie siedzieć w domu.

W domu jak widać nie siedzę -  wyjaśniłam – Jestem przecież u was. Chodzę na spacery z psem, na wernisaże i otwarcie wystaw w muzeum, bywam w kinie, chodzę na koncerty i to wcale nie muzyki poważnej. No dobrze, do pubu nie chodzę.

Ale kto wie, może po wyjściu od rodziny skoczę na „jednego”, bo zaczyna mnie trafiać… Podane przez kuzyna portale randkowe znam. Jakoś nikt sensowny na moje anonse nie zareagował. Takie życie, taki klimat.

Po opuszczeniu rodziny odwiedziłam pub, posłuchałam rapu, trzasnęłam nie „jednego” ale „dwa”. Teraz się obawiam, że sytuacja może się powtórzyć, a to może zagrozić alkoholizmem…

drink