Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

Eksperyment pedagogiczny

den

I ponownie mamy Dzień Nauczyciela… Mimo że emeryt ze mnie, w uroczystościach udział biorę. Zwłaszcza w tych nieoficjalnych. Właśnie dziś nabyłam towar, którego nie może być na fakturach funduszu socjalnego i Komitetu Rodzicielskiego. Wyjeżdżamy całą Radą Pedagogiczną poza miasto. Będzie balanga.

Ach, gdzie te czasy, kiedy imprezowało się w szkole…Starsi nauczyciele pamiętają, oj pamiętają swoje niepedagogiczne zachowania… Tymczasem weszła w życie ustawa o trzeźwości i nawet po lekcjach szkolne mury nie mają prawa widzieć wiadomego towaru.  

Ale nie o tym dziś będzie… W moim wieku święto belfrów sprzyja wspomnieniom. Obudziły się one również z powodu śmierci Andrzeja Wajdy… bo było to tak….

Nie wiem kto i w jakich okolicznościach na początku lat dziewięćdziesiątych w mojej szkole – dawna ośmioklasowa podstawówka – przeprowadził eksperyment pedagogiczny. Z najlepszych uczniów utworzono najlepszą klasę, najgorsi trafili do najgorszej. Praktycznie była to dzieciarnia z rodzin patologicznych, drugoroczni, niedostosowani społecznie, z kuratorem oraz – dzieci upośledzone umysłowo. Jak każda klasa, ta miała przypisaną literę – ostatnia klasa w tym roczniku czyli „F”. Tak powstałą klasa „afu”. W czwartej klasie z najlepszymi pracowali najlepsi nauczyciele, z najgorszymi pozostali. Nauczyciele twierdzili, że w tej klasie nie da się normalnie pracować. Wracali z lekcji w stanie skrajnej depresji. Przyznaję się, należałam do grupy, która nie rozumiała swych kolegów. Jak to nie można do nich dotrzeć? Po dwóch latach dyrekcja wymieniła nauczycieli i po cichu dała nam wolną rękę w prowadzeniu klasy F.

Przepracowałam z tymi ludźmi trzy lata.

Zaczęłam od … olewania uczniów. Przychodziłam do klasy, sprawdzałam obecność i prowadziłam lekcję sama ze sobą i z tablicą. Kilka razy w ciągu zajęć powtarzałam, że „płacą mi za przeprowadzoną lekcję, a nie za to, czy ktoś będzie to umiał, czy nie, czy ktoś zda do następnej klasy, czy nie, czy ktoś wyląduje za kratami, czy nie…”.

Po kilku tygodniach coś zaczęło do nich docierać. Byli zdziwieni, że nie nawołuję ich do nauki, nie przekonuję, że powinni się uczyć. Oddałam im ich los we własne ręce. Wreszcie zaczęli mnie zauważać.

Potem nasze zajęcia rzadko przypominały normalne lekcje. Czasami siadałam na krześle i komunikowałam, że nie chce mi się dziś pracować i możemy sobie pogadać. I gadaliśmy. O życiu, o problemach, o polityce, o filmach, o książkach… Biedacy, nie wiedzieli, że przemycam treści szkolnego programu…Oczywiście nie obyło się bez konfliktów. Ktoś mi kiedyś podpadł. Wrzasnęłam. Trzasnął drzwiami. Zapisałam w dzienniku fakt opuszczenie zajęć przez ucznia.

- I pani za nim nie pobiegnie? Nie będzie pani prosiła, żeby wrócił na lekcje? – ktoś mnie zapytał.

- Nie. Niech sobie idzie. Spokojniej będzie.   

Wrócił po kilku dniach. Już więcej mi nie podpadał.

Kiedyś ja im podpadłam. Powiedzieli, ze zniszczą mi auto. Zgodziłam się.

- Nie ma sprawy. Zróbcie porządek.

Dlaczego? Może chodzi o odszkodowanie?

- Ale pani to w ogóle dojeżdża do pracy?

- Oczywiście.

- A czym? – padło wreszcie zasadnicze pytanie.

- Autobusem.

To starcie wygrałam.

Jednego roku rozchorowałam się. Po dwóch tygodniach nieobecności w szkole, zadzwonili do mnie (skąd mieli numer?). Oznajmili, żebym jak najszybciej wracała, bo „ta co do nas przychodzi to lekcje normalne chce prowadzić”, a oni wcale jej nie będą się słuchać, bo …. Tu nastąpiła niecenzuralna wypowiedź. Nie powiem, miło mi się zrobiło.  

I tym właśnie ludziom, kiedy byli w ósmej klasie (mieli od 15 do 17 lat) pokazałam w ramach lekcji polskiego „Kanał” Andrzeja Wajdy. W pracowni znajdował się kineskopowy telewizor oraz szczyt ówczesnej techniki – odtwarzacz video. Przyniosłam kasetę z nagranym przeze mnie z telewizji filmem.

Najpierw było wprowadzenie – krótka historia powstania warszawskiego. Potem wyjaśnienie, że film jest czarno-biały, bo stary, starszy ode mnie. I niech oglądają, bo pan od historii będzie z tego filmu pytał.

Patrzyli na mnie podejrzanie. Rozłożyli się na ławkach. Niektórzy podstawili pod nogi krzesła. Włączyłam projekcję. Początkowo nie byli zachwyceni. Nawet śmiali się z niektórych scen. Jednak powoli wciągali się w fabułę. Czasami czegoś nie rozumieli. Pytali. Odpowiadałam.

Kiedy filmowy oddział zszedł do kanałów, zamilkli. Dyskretnie zerkałam na wpatrzone w telewizor oczy.

- Którędy oni idą? – ktoś zapytał.

- Kanałami.

- Jakimi kanałami?

- Kanalizacyjnymi.

- Tam gdzie są gówna?

- Tak.

- I oni idą wśród tego gówna?

- Tak.

- O, kur…. Ja pierd… Jeb… faszyści! – rozległo się w klasie. Niektórzy uderzyli pięścią w pulpit ławki.

Pamiętam jak przez mgłę zakończenie roku szkolnego. Najlepsza klasa rozbiła bank z nagrodami. Zarozumiali, pewni siebie, dumni stawali przed dyrekcją. Klasa F stała z boku i uśmiechała się drwiąco…Nie wiem, jak potoczyły się losy uczniów z tej klasy… Zatarły mi się w pamięci ich twarze… Kiedy kończyłam pracę w szkole, uświadomiłam sobie, że uczniowie z „afu” nie byli wcale tacy źli…Po nich spotkałam gorszych…

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Małe mieszkanko w blokowisku

64339

Niedawno przerzucałam w internecie stylizacje, aranżacje (tak to się nazywa?) mieszkań. Tu styl skandynawski, tu styl norweski, tu rosyjski… polskiego oczywiście nie ma, no pewnie w ogóle go nie ma. Ale co tam, nie o to chodzi. Zaskoczyły mnie inne informacje… oto „Jak urządzić małe mieszkanko 48 m…”, „Jak zagospodarować niewielki salon – 23 m…”, oczywiście wszystko w metrach kwadratowych. A kiedy już natknęłam się na „Jak urządzić małe 72 m w starym (uwaga! trzydziestoletnim!) bloku dla rodziny z dzieckiem”… zwątpiłam, czy aby ja i twórcy takich info żyjemy w tym samym kraju…

Zatrzymajmy się na małych 48 metrach, takie bowiem lokum posiadam. W projekcie rozwalono praktycznie wszystkie ściany. Mam nadzieję, że tylko działowe. Powstała otwarta przestrzeń bez przedpokoju. Oczywiście urządzono ją po nowemu, czyli w jednym wielkim pomieszczeniu był aneks kuchenny, jadalnia – znaczy się stół z krzesłami, część wypoczynkowa – znaczy się sofa z fotelami. Miejsce do spania wydzielono w części bez okna. Oddzielono je od reszty ścianką (pewnie karton-gips) i częścią szklaną u góry. Słowem, normalnie powiedziane – zrobiono ciemną sypialnię. Gdzieś tam pewnie jeszcze była łazienka, której nie pokazano. Typowe mieszkanie dla singla. Czemu nie, niech sobie śpi jak chce. Jednak coś mnie tak palce swędziały, że w komentarzach zapytałam, gdzie tu miejsce na 500+, jak ma tu zamieszkać rodzina z dwójką dzieci…

I to był mój błąd! Otóż zachwyceni stylizacją internauci przypuścili na mnie atak. Ktoś napisał, że jak się ma dzieci, to się nie robi stylizacji, bo nie stać. Dzieci trzeba wychowywać. Inny dodał, że jeśli ktoś ma dzieci w tak małym mieszkaniu, to jest życiowym nieudacznikiem. Kolejny, że dzieci w dzisiejszych czasach to przeżytek…no dobra, przesadziłam, tak ostro nie napisał, ale taki sens był.

W nawale hejtu na mnie pojawił się jeden wpis solidaryzujący się z moim. Pani prosiła architekta o projekt stylizacji owych metrów właśnie dla rodziny 2+2. Szybko ją poparłam pisząc, że takie zadanie przekracza możliwości architekta XXI wieku.  I o dziwo, dyskusja zamilkła.

Przejrzałam jeszcze kilka podejrzanych aranżacji i głośno westchnęłam. Albo miałam pecha, albo współczesna architektura wnętrz uwzględnia jedynie wielkie powierzchnie i maksymalnie jedno dziecko w rodzinie, które mieści się i to ledwo, dopiero na 72 metrach.

Cóż, bycie architektem na takim metrażu, to nic wielkiego. Też bym potrafiła. Za moich czasów normalna rodzina 2+2 mieściła się na znacznie mniejszym. Nie lada sztuką było urządzić własne spółdzielcze M, tak by było w nim można równie normalnie funkcjonować. Zaraz, zaraz, tylko za moich czasów? Rozejrzałam się wokół siebie. Fakt, moja klatka blokowa zrobiła się już geriatryczna, młodzież wybyła. Ja też mam metry dla siebie i mogę zrobić ciemną sypialnię z widokiem na zlewozmywak. Sąsiadka na dole to samo. Single na starość jesteśmy. W moim starym, bo trzydziestoletnim (!) bloku są tylko mieszkania 48 i 60 m. Praktycznie wszystkie własnościowe. I kto na tych małych powierzchniach mieszka? Większość to rodziny z dziećmi! Sąsiedzi z naprzeciwka mają trójkę, na czwartym piętrze – dwójkę. Czy są to sami nieudacznicy, których nie stać na większe metraże? Jakoś nie zauważyłam głodu i nędzy.

Delikatnie zdenerwowana na internetowe projekty i komentarze pod nimi, wyszłam na spacer z psem. Spotkałam koleżankę też z psem. Rzuciłam temat aranżacji mieszkań. „Nie, nie mylisz się, większość ludzi mieszka na takich powierzchniach jak my. I są całkiem normalni, i mają normalną pracę, i 500+ dostają. Cieszą się, że w ogóle mają gdzie mieszkać.” – poparła moją tezę o braku kontaktu z rzeczywistością co niektórych internautów. Właśnie, tacy młodzi, normalni, co to chcieliby mieć rodzinę i nie mają finansowego wsparcia rodziców, marzą o 48 m…

Ale… – koleżanka westchnęła, – ale oprócz normalnych, są jeszcze bogaci. Właśnie przechodziłyśmy obok młodego bloku – jednoroczny. Cały już zasiedlony. W oknach rolety, na balkonach kwiatki. Spojrzałyśmy na jedno z pięter. Tak, wiemy, tu są tylko dwa mieszkania, podczas kiedy pod nimi i nad nimi – chyba cztery, albo pięć. Po prostu dwóch bogatych wykupiło piętro, powierzchnia ponad 100 m i może sobie stylizować, aranżować.

Ale… – westchnęłyśmy dwie – ale większość bogatych, znaczy się bogatszych od nas, buduje własne domy pod miastem, gdzie grunt i podatki tańsze. I wtedy też mogą urządzać salony i nawet pokoje dziecięce.

Wróciłam do swoich salonów. Aranżować, stylizować? Oczywiście! Zaczęłam od podłóg. Kupiłam dwa dywaniki w swoim stylu!     

dywaniki

Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….  

Popęd pędzi pędem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedawno, na wiadomym portalu, uczestniczyłam w dyskusji na temat wczesnego rozpoczynania życia seksualnego. Punktem wyjście był „alarmujący raport” o tym, że „siedmiu na dziesięciu gimnazjalistów ma za sobą inicjację seksualną. (…) a co ósma gimnazjalistka prowadzi regularne życie seksualne”. Przypomniała mi się pewna para, która wieczorem siedziała na ukrytej wśród krzewów ławce. Spacerowałam z psem i ujrzałam dwoje małolatów patrzących sobie w oczy… szepczących coś do ucha… on delikatnie obejmował ją ramieniem…słowem… wyglądali cudownie… aż mnie żal du… ściskał, że mnie nikt tak nie obejmuje… I właśnie po przeczytaniu o alarmie w sprawie seksu, wyobraziłam sobie owa parę w sytuacji „łóżkowej”. Też pewnie byłoby pięknie…

W związku z tym pod artykułem zamieściłam notkę:” A co w tym złego?” (że ten seks w gimnazjum).

Pierwszy odzew: „Poza tym, że często odbywa się to z przypadkowym partnerem, bez zabezpieczenia i dla niektórych kończy się niechcianą ciążą to zupełnie nie ma w tym nic złego”.

Zaraz, zaraz, czy tylko nastolatkowie robią to  z przypadkowymi partnerami? Tyle tylko, że dorośli to się raczej nie przyznają lub uznają owe „uprawianie seksu” jako dyscyplinę sportową. A gimbaza chwali się! A ciąża? Pochodzę z czasów, kiedy ciąż było jak „mrówków”. Nastoletnie dziewczyny zachodziły nałogowo, potem szybko wychodziły za mąż i rodziły. Jednym słowem panien w ciąży nie było. A jeśli jakiejś się trafiło, to sprawę ukrywano, oj ukrywano. Albo co gorsza – ciążę usuwano.

Tyle tylko co złego jest w ciąży? W czasach minusowego przyrostu naturalnego każde poczęcie jest na wagę istnienia ludzkości na terenach między Bugiem a Odrą i Bałtykiem a Tatrami. Gimnazjalistka w ciąży otoczona jest ze wszystkich stron opieką. Nauczanie indywidualne, pomoc społeczna, wsparcie Rady Pedagogicznej… Dlaczego zatem panikować z powodu poczętego dziecka? Aha, bo dorośli są bardziej odpowiedzialni za swoje plemniki i komórki jajowe. Oczywiście. Do tego stopnia, że w ogóle nie zamieniają ich w dziecko lub właśnie narodzone przekazują dziadkom i babciom do wychowania.

Potem w dyskusji pojawiła się matczyna troska, o to, by dziecię poszło do łóżka świadomie i bez presji.

O i tu już mamy postęp. Za moich czasów pójście do wyra z osobą płci przeciwnej w ogóle nie wchodziło w rachubę. A z tą samą płcią? Sodoma i Gomora! Cnota aż do ślubu! Zamieszkanie razem przed ślubem? To skandal! No więc ciągał się człowiek po jakiś akademikach, wypytywał, kto ma wolną chatę, w tajemnicy wyjeżdżał pod namiot, ukrywał się na łąkach, o innych miejscach nie wspomnę… Ale za to jakie pozycje w tych trudnych warunkach opanował! Kamasutra to przy tym piskuś!  Wszystko oczywiście robił bardzo świadomie. I uwaga! Ma na starość co wspominać!

Lećmy dalej. Oczywiście w dyskusji wynikł problem edukacji. Kto ma gimbazę uświadamiać? Sorry, gimbusy są już uświadomione. Trza nam do podstawówki. Tu od lat uważam tak samo. Edukację seksualną powinni prowadzić rodzice. Jeśli nawet zostali nimi w bardzo młodym wieku, to chyba przez 10 lat dorośli i mogą dziecko uświadomić. Chyba, że rzeczywiście dziecię uświadomi się samo… jak to za moich czasów bywało.

Mówią, że teraz to wszystko przez internet. My też mieliśmy taki internet, tyle, że w wersji drukowanej. Zakazana lektura jakoś do nas trafiała.

 (Czasami mam  wrażenie, że ukrywane w domach książki pojawiały się w pewnym momencie na widoku… tak, żeby małolat sam po nie sięgnął. Czyżby rodzice sami wyciągali je z zakamarków i podsuwali?)

Do dziś pamiętam… biało-czerwona okładka, a na niej zakazany tytuł ”Życie płciowe człowieka”… tajne spotkania, czytanie…. dyskusja… Zajęcia praktyczne?

Spotykałyśmy się w babskim gronie. Kiedy już tematykę poczęcia utrwaliłyśmy, nadszedł czas na poród. Jedna koleżanka na kanapie z lalką we wiadomym miejscu, druga – w charakterze położnej, trzecia czyta. „Nie tak, wolniej…bo główkę urwiesz”. I tematyka położnicza została opanowana.

Moje pokolenie wiadomości o poczęciu miało na lekcjach biologii dopiero w ósmej klasie, takiej obecnej drugiej gimnazjum. I dzisiaj i wtedy wszyscy byli już dokładnie uświadomieni.

W dalszym ciągu portalowej dyskusji odezwał się głos męski: „Siedmiu ma inicjacje za sobą, a pozostałych trzech nosi rurki”.

Rety, o co chodzi z tymi rurkami – młode pokolenie wprawiło mnie w zakłopotanie. Szybko włączyłam wujka Google… kolejne rety… spodnie typu rurki to dopiero jest problem!  Dla jednych seksowne, dla innych pozbawione męskości, dziewczynom się podoba, jak chłopak ma wszystko ściśnięte, niektórym chłopakom też jest przyjemnie…tu wrzask, tu poparcie, tu obrażanie płci trzeciej… Rurki to spodnie kontrowersyjne. Kiedyś miałam takie, ale właśnie schudłam i rurki już rurkami nie są. Byłam kontrowersyjna, nie jestem…

W sumie to i dobrze, niech młodzi w rurkach sobie pędzą pędem ze swym popędem. Takie ich prawo.  

To nie jest kraj dla starych ludzi….

starość

Dziś będzie poważnie. Dziś będzie o starych, przepraszam – wiekowych –  ludziach. Ostatnio wiele się mówi na temat tych, co już nie produkują, a jedynie  wyciągają z budżetu forsę na emerytury, lekarstwa i pobyty w szpitalach. Sama jestem już w tym gronie i doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo obciążam państwową kasę. Ale wiem, że może być jeszcze gorzej, bo i stan mego zdrowia może się pogorszyć. Tym bardziej, że ostatnio posłowie dokonali bliżej nieokreślonych zmian w bliżej nieznanej mi ustawie i zakazali łączenia placówek typu dom dziecka z domami pomocy, opieki społecznej. Nie może ich łączyć nawet podwórko. W uzasadnieniu posłowie napisali: „(…) dzieci, wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny. Funkcjonowanie w takim otoczeniu jest bardzo trudne dla osób dorosłych. Tym bardziej trudno je uznać za odpowiednie dla prawidłowego kształtowania postaw i rozwoju emocjonalnego dzieci”. 

Skopiowałam, wkleiłam, mam nadzieję, że ”Gazeta Wyborcza” kłamie, bo mi, osobie w wieku emerytalnym, w głowie nie może się pomieścić, że człowiek wymagający pomocy jest złym wzorcem dla młodego pokolenia, że poprzez kontakt z osobą samotną, do tego chorą, dziecko będzie miało skrzywioną psyche. 

Wracam zatem do swego tekstu.  Nie opiekowałam się osobami starszymi i schorowanymi.  Po prostu – los tak chciał, że moi dziadkowie i rodzice odeszli wcześnie, zbyt wcześnie. Ale robiły to moje koleżanki.

Zośce powodzi się całkiem nieźle. Dużo pracuje, ale również dużo zarabia. Ma własny, duży dom. Kiedy rodzice przestali sobie samodzielnie radzić, zajęli w jej domu cały parter, a Zośka wynajęła całodobowe opiekunki. Stać ją było na to. Rodzice odeszli do wieczności godnie, w otoczeniu najbliższych. 

Teściowa Steni zachorowała na chorobę Alzheimera. Wymagała też całodobowej opieki. Stenię stać było jedynie na wynajęcie opiekunki na kilka godzin dziennie. W pozostały czas przebywała z chorą synowa lub syn. Wspólne zamieszkanie z przyczyn formalnych nie wchodziło w rachubę, Trwało to kilka miesięcy. Stenia i jej mąż praktycznie nie widywali się, małżeństwo praktycznie przestało istnieć… Zapadła decyzja umieszczenia starszej pani w domu opieki. Na pobyt zrzuciła się również dalsza rodzina. Kiedy odwiedzali ją, zauważyli, że jest przede wszystkim zadbana, ale również zadowolona. Odeszła po roku.

Podobnie było z mamą Kaśki. Tym razem była to osoba leżąca. Również mieszkała sama w niewielkim, komunalnym mieszkanku. Również Kaśka nie miała warunków, żeby wziąć ją do siebie. Zarówno ona jak i jej mąż pracowali na „zmiany” i nie byli w stanie spędzać całej doby z chorą. Też znalazła się w domu opieki. Tym razem emerytura chorej wystarczyła na pokrycie kosztów pobytu. Odeszła po pół roku.

Z Baśką i jej mamą było trudniej. Obie schorowane, obie z niskimi dochodami. Ubogie mieszkanie. Ubogie życie. Przysługiwały im wszelkie dodatki. Nawet opiekunka przychodziła dwa razy w tygodniu na dwie godziny, by zrobić zakupy i posprzątać mieszkanie. Mama niestety zapadła na Alzheimera… Praktycznie całą opiekę nad nią sprawowała poruszająca się o kulach Baśka. Co przeżyła…. trudno opisywać. Trwało to latami. I kiedy mama odeszła, wydawało się, że Baśka wreszcie odetchnie. Stało się inaczej. Baśka straciła sens życia. Stałą się zrzędliwa i uciążliwa dla otoczenia. Dziś ma utrudniony kontakt z ludźmi. Nikt i nic jej się nie podoba. Nie ma przyjaciół ani żadnej rodziny. Na pobyt w domu opieki nigdy nie będzie jej stać. 

Renia wraz z siostrą opiekowała się chorą matką. Przez kilka lat pełniły dyżury po dwanaście godzin na dobę. Nie, nie myślały o domu opieki. Wytrwały. Państwowa opieka? Oczywiście zasiłek opiekuńczy. Ile on teraz wynosi? Czy wystarczy, aby wynająć opiekunkę na kilka godzin dziennie płacąc jej po 12 zł za godzinę?

Moje koleżanki nie utajniały opieki nad starymi schorowanymi ludźmi przed swoimi dziećmi. Wprost przeciwnie. Dzieci w różnym wieku, wnuki chorych, po prostu pomagały. Nikomu do głowy nie przyszło, by izolować je od babć i dziadków. Również staruszków nie izolowano od świata.

Od paru lat obserwuję rodzinę, która odpoczywa na terenie mojego skate parku. Jedna, a czasami dwie kobiety przywożą trzecią na specjalnym wózku i ustawiają twarzą do słońca lub w cieniu, jeśli jest upał. Siadają na kocu przy wózku, czytają, rozmawiają. Towarzyszy im mały, wesoły kundelek. Czasami widzę wśród nich nastolatkę. Nikt nikogo się nie wstydzi. Wystawiają się na widok publiczny, są wzorcem do naśladowania, wzbudzają radosne uczucia, że można, że tak trzeba, że w sumie nic złego się nie dzieje… Normalne.

A więc jest to kraj dla starych ludzi?  Dzieci mogą wychowywać się w sąsiedztwie chorych i kalekich osób?  

     

Powrót do przeszłości

 wchodzę do szkoły

Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu już nie ma… foto z 2008 roku

Jasne, że do mnie zwracają się młodsi stażem nauczyciele, by zapytać o tę nową reformę w szkolnictwie! Jasne – jestem przecież z pokolenia, co to nie jedne reformy, slipy i stringi widziały i w nich pracowały. Zatem, żeby tak nie każdemu z osobna, po ileś razy to samo, piszę!

Więc jest tak, no było kiedyś tak:

Pierwsza reforma, która osobiście mnie dotknęła, to był rok 1961 i wprowadzenie podstawowej szkoły ośmioklasowej. Parę z moich koleżanek w podobnym wieku (na starość wiek się wyrównuje) chodziło do Szkoły Podstawowej nr 4 przy ulicy Świerczewskiego 100 w Wałbrzychu tylko siedem lat. Ja – osiem, miałam być od nich mądrzejsza o ten rok. Dziś żadnej różnicy nie widzę. Skleroza ta sama.

Ale już w 1973 powstała nowa idea – szkoła podstawowa dziesięcioletnia. Mówiono o niej przez kilka lat. Zdążyłam zdać maturę, nie dostać się na studia i podjąć pracę na wsi, jako taka siłaczka (patrz – Żeromski). Na wsi zastałam kolejny etap reformy – zbiorcze szkoły gminne. W stolicy gminy była szkoła główna, we wsiach – jej filie. Był dyrektor gminny i dyrektorzy szkół. W gminnej były narady, rady i balangi z okazji Dnia Nauczyciela. Na takie balangi woził nas wyznaczony przez sołtysa rolnik ze wsi macierzystej. Fajnie było. I tak sobie przepracowałam kilka lat w tych gminnych, obserwując równocześnie, jak oddala się idea „dziesięciolatek”. A przecież już w rękach miałam program nauczania języka polskiego w takiej szkole! Nawet mnie się podobał. Dlaczego idea padła? Nie pamiętam.

W każdym razie pracowałam w zwykłej podstawówce. I też fajnie było. Gdy gruchnęła informacja o powstaniu gimnazjum, szybko zwiałam do szkoły średniej. Bo moi kochani, ja od zawsze byłam przeciwko gimnazjom… Dla mnie to nie były reformy, to były stringi.  I w ostateczności w gimnazjum wylądowałam, moje obawy sprawdziły się, a ja w tej szkole, mając dosyć nauczania, swą karierę nauczycielką zakończyłam.

Dzisiaj mówi się o kolejnej reformie… zaraz, zaraz, jakiej reformie? Przecież to klasyczny powrót do  roku 1961! Będziemy ponownie mieli klasyczną podstawówkę! Młodzi się boją. Czego – pytam się. Wszak większość taką szkołę kończyła. Ci z gimnazjum pewnie nie załapali się do szkoły jako nauczyciele, bo trafili na reformę emerytalną, w związku z którą, nauczyciele na wcześniejszą emeryturę nie mogą odejść i nadal uczą.

Nie, moi kochani przeciwnicy powrotu do szkoły w PRL-u, nikt nie wrzuca do jednego wora dzieci i młodzieży. Jak mnie skleroza nie myli, maluchy zawsze uczyły się na parterze. Ba, ja w klasach I – II uczyłam się w zupełnie innym budynku. Na parterze dzieciaki miały specjalnie dostosowana dla nich toaletę, czyli wszystko było mniejsze. Nikt ze starszych tu nie zaglądał, bo i po co? Czy ktoś z was pamięta, żeby łaził do smarkaterii? A jak się jakiś zabłąkany nastolatek trafił, to momentalnie go przeganiano. Za to maluchy były źródłem wiedzy wszelakiej! Ileż to razy korzystałam z ich detektywistycznych usług przy poszukiwaniu sprawcy szkolnego przestępstwa! Dzieciaki dokładnie świat obserwowały i donosiły.

nauczanie początkowe

budynek z klasami I-II Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu – obecnie przedszkole – foto z 2008

Przez osiem lat nauki w jednej szkole, w jednej klasie, człowiek zżył się ze sobą. Po latach bardziej pamiętam czas „podstawówki” niż liceum. Zwłaszcza ósmą klasę. Było się najstarszym w szkole i „rządziło”. Ale zanim się nastolatek rozkręcił, trafiał do szkoły średniej i jego zapędy w kierunku posiadania szkolnej władzy osłabły. Znowu był najmłodszy. I starsi wskazywali mu miejsce w szeregu.

Jako nauczyciel nieźle pamiętam uczniów z licznych klas „podstawówki”. Z reguły uczyłam ich pięć lat. Kochani gimnazjaliści, wybaczcie, mieszacie mi się, nie poznaję was na ulicy… to były tylko trzy lata…Niedawno spotkałam swą byłą gimnazjalistkę. Zapytałam o innych z jej klasy. Przyznała  się bez bicia – kontakt ma z ludźmi z „podstawówki” – sześć, a nawet siedem lat w jednej klasie. Trzyletnie gimnazjum i takie samo liceum mocnych więzi nie wytworzyło.

W gimnazjach rzeczywiście skupiono ludzi w wieku „burzy i naporu”. Wraz ze zmianą sposobu wychowywania dzieci, szkoły te stały się mieszanką wybuchową. Problemy, kłopoty, bunty nastolatków – cecha całej szkoły. W dawnej „podstawówce” nastolatków było mniej. Łatwiej można było nad nimi zapanować. Długo i namiętnie mogłabym wspominać czasy gimnazjalne od tej strony…

Przeżywając kolejne reformy w moim życiu, nie zmieniło się tylko jedno – ciągle uczyłam, że „pana Tadeusza” napisał Mickiewicz.

Zatem moi kochani młodzi nauczyciele…. Nie bójcie się kolejnej reformy, która reformą nie jest. To tylko powrót do starego porządku. Nie wszystko w „komunie” było złe, obecny rząd to docenia, tylko się jakoś nie chce do tego przyznać.

Jest jednak ważne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – czy nas, naród polski stać obecnie na kolejna reformę oświatową?