Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Mioduszka

mio

zapraszam również na http://belfer59.piszecomysle.pl/

I trochę czasu znowu mnie nie było… Syn zarządził malowanie w moim mieszkaniu. Musiałam się zgodzić. Ściany same o to prosiły. Malowanie jak malowanie, trwało cztery dni, bo pomieszczeń mam cztery. Balkon darowaliśmy sobie. Na moim osiedlu trwa masowe ocieplanie bloków wraz z odnawianiem balustrad. Poczekam. Ocieplą, wymalują, odnowią i nawet płytki na balkonie położą. Wszystko z funduszu remontowego.

Wracajmy do tematu właściwego… malowanie jak malowanie. Też potrafię. Gorzej ze sprzątaniem. Malowanie cztery dni, sprzątanie…. no, jeszcze trwa. Bo zrobiłam sobie dzień wolnego. Dobrze, przesadzam, skorzystałam z wolnego ustawowo dnia czyli niedzieli. Pojechaliśmy na Kurpie, na miodobranie. Taki festyn, z miodem w tle.

W tym roku zorganizowano go w Kurpiowskiej Krainie, ośrodku wypoczynkowym w Puszczy Kurpiowskiej. Nie powiem, ośrodek robi wrażenie, jest jezioro, jest wyspa, jest hotel, jest knajpa, są korty tenisowe. Amfiteatr też jest i to nie byle jaka rozstawiana scena na potrzeby chwili – normalna zadaszona scena z drewna, ozdobiona kurpiowskimi motywami. Nawet miejsca siedzące są. Cóż, nie każdy koncert wymaga skakania pod sceną. A wszystko to na bardzo dużym terenie.

Słowem, miejsce miodobrania przypadło nam do gustu.

Stoisk z miodem tradycyjnie było multum, znaczy się „jak mrówków”. Cena mniej więcej zbliżona, miód podobny i różnorodny. Nawet dwukolorowy był. Taki biało-brązowy na przykład. Pytam się Kurpia, jak on to zrobił. Kurp się uśmiecha. Proste. Najpierw nalewa jeden miód jasny, by się skrystalizował, a potem drugi ciemny. I już można na stoisko. Był miód rzepakowy, malinowy, akacjowy, gryczany, spadziowy…. reszty nie pamiętam.

Były stoiska z badziewiem straganowym oczywiście. Zabawki, piszczałki. Były też z pieczywem. Chleb na liściu chrzanu, chleb na prawdziwym zakwasie. Ciemny. Jasny. Bułki. Bułeczki.

Słowem, czego dusza pragnęła.

Z dobrodziejstw Puszczy Kurpiowskiej korzystamy dwa razy do roku. Raz podczas miodobrania, drugi jadąc na najsłynniejszą Niedzielę Palmową i tak samo jak w przypadku Kurpiowskiej Krainy nie napiszę gdzie… zaraz się wyjaśni dlaczego. Mamy już swój wybrany zestaw smakołyków, którymi zapełniamy spiżarnię.

Tym razem podstawowym artykułem był oczywiście miód. Po spróbowaniu dużej ilości różnych rodzajów, zdecydowaliśmy który i w jakich ilościach zapewni nam zdrowie do Niedzieli Palmowej. Potem nabyliśmy jeszcze chleb. Uwierzcie, będzie świeży przez tydzień, a jeść go będzie można przez kolejny. Wyschnie, a nie spleśnieje. I w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że czegoś nam tu brakuje.

Na wielu stoiskach znajdowały się tradycyjne puszczańskie pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Od lat był to podstawowy znak, że w tym miejscu można kupić… Domowy, wysokoprocentowy napój oczywiście. Najsłynniejsza na Kurpiach zawsze była „Mioduszka”. Robiliśmy solidnie zapasy. Człowiek kupował taką pajdę i zamawiał coś mocniejszego. Kurp pytał, ile i jakie smaki. Kiedy konkurencja w sprzedaży duża, można była najpierw popróbować… Dobrze, nie będę pisała, jak kiedyś zabalowałam próbując… W każdym razie podczas tegorocznego miodobrania procentów zabrakło.

Zapytaliśmy dlaczego. Cóż, jakiś urząd wpadł i powiedział, że butelki nie mają akcyzy i sprzedawać nie wolno. Sprzedający wystraszyli się.

Zrobiło się smutno. Oczywiście byli tacy, co sobie poradzili. Kupili takie coś z akcyzą i popijali ukradkiem nad jeziorem lub w puszczy. Jak zwykle zresztą. Zawsze popijano na kurpiowskich imprezach, ale alkohol swojskiej produkcji. Wspierano tym lokalny biznes. Podczas tegorocznego miodobrania nie tylko my chodziliśmy ze spuszczoną głową… byli tacy, co przyjechali głównie po miód w alkoholu. Ten w słoikach, chleb na liściu kupowali przy okazji. 

Rumakowanie się skończyło. Ludzie się nie napiją. Wytwórcy nie zarobią. 

Dwa dni później w radio usłyszałam wiadomość, jak to na podobnym festynie odpowiednie służby zarekwirowały nalewką wytworzoną przez Koło Gospodyń Wiejskich. „Prawo jest prawem” – mówił dziennikarz z żalem w głosie. Oczywiście była potem dyskusja. Ktoś zastanawiał się jak będzie wyglądała utylizacja nalewki. Ktoś stwierdził, że jeśli nalewka na państwowym spirytusie, to już akcyza zapłacona, ktoś nakrzyczał, że odpowiednie służby tradycji nie szanują.

Ja też wam nie napiszę, czy mam zapas „Mioduszki” do Niedzieli Palmowej, czy nie… I nazw nie podam. Może uda się ocalić tradycję do owej niedzieli….

Jeśli  nie…. Alkohol robić już umiemy. O sposobie dystrybucji dowiemy się z kilku filmów fabularnych o czasach prohibicji w USA.

 

 

Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

O przywódcach przy wódce

4f7576b86a26f-p

 A miałam nie pisać, a miałam przemilczeć… nie udało się, nie udaje się i pewnie przez jakiś czas się nie uda. Nie przebiję się ze swymi tematami, dopóki dziennikarze i inni piszący nie wycisną ostatniej kropli tekstu, znaczy się nie zarobią ostatniego grosza na wiadomej wizycie wiadomego polityka zza oceanu.

Rozumiem, że facet przyleciał i odwiedził nasz kraj, bo to jedna z ról polityków. Nasi ważni też latają na koszt podatników, ci ze wschodu tak samo…. Każdy polityk lata, jeździ i mówi. Przez ponad pół wieku swego istnienia przyzwyczaiłam się. Ale na starość zaczęłam się wewnętrznie buntować przeciwko propagandzie związanej z wizytami owych panów w towarzystwie pań ubranych modnie lub niemodnie.

Obecny wrzask w zasadzie nie jest niczym nowym. Kiedyś w taki sam sposób fetowało przywódców ze znanej nam części Europy, z która ostatnio jesteśmy na bakier. Były transparenty, tłumy na ulicach, wiwaty, przemówienia i wspomnienia historii naszego kraju ( w tym ostatnim przypadku zmieniły się fakty). Było malowanie trawy na zielono. Teraz się już nie maluje. Teraz przywozi się ją w belach, rozkłada, a jak się podleje, to nawet rośnie. Najczęściej jednak rozkłada się dywany po to, żeby politycy czuli się jak na oscarowej gali, a ich żony wygodnie stąpały po miękkim.

Kiedyś kobiet podczas takich wizyt nie było. Żony albo siedziały w domu, albo udawano, że ich po prostu nie ma. Dawniejsi przywódcy chronili swe życie prywatne i dane osobowe, mimo braku przepisów na ten temat. Dziennikarze nie musieli o nich pisać i skupiali się głównie na politykach.

Wróćmy jednak do obecnej wizyty. A więc człowiek przyleciał. Przespał się. Pewnie z własną żoną, bo ją sobie przywiózł. Potem spotkał się i za szklaną ognio, kulo i jajkoodporną szybą wygłosił przemówienie. Po czym ponownie wsiadł do samolotu i odleciał.

Ludzie mają nieustanną podnietę. Orgazm za orgazmem. Specjaliści od mowy ciała analizują, specjaliści od mody dyskutują, specjaliści od języków tłumaczą z polskiego na partyjny, różny w zależności od partii, która ich wynajęła. Ważny polityk mówi „dom”, a już w świat leci wiadomość, że popiera program „mieszkanie dla młodych”. Ważny polityk mruga oczami, bo słońce świeci mu w twarz, a już w programach informacyjnych trwa analiza do koga i w jakim celu mrugnął. Jedni twierdzą, że do tych ze wschodu, inny, że do człowieka w pierwszym rzędzie. Ktoś odnajduje porażonego mrugnięciem obywatela. Ten twierdzi, że gest był do niego.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza żona. Babskie pisma, periodyki, kwartalniki, portale i pojedyncze strony mają używanie. Jak sukienka, od kogo, kto szył, kto produkował tkaninę, w ogóle z czego ta tkanina. Dlaczego taki kolor, a nie inny. Dlaczego kwiatki, a nie motylki. Dlaczego midi, a nie mini? A może ma brzydkie nogi? Dochodzenie. Śledztwo. Poszlaki. Dowody. Zaraz będzie proces.

A potem, kiedy ryk silników cichnie, radocha większa niż najwyższy pułap samolotu. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Znaczy się my jesteśmy wspaniali, cudowni, fantastyczni, bo ktoś nareszcie nas odwiedził, bo przyleciał, bo był, bo nie zapomniał o nas, wspaniałych, cudownych, fantastycznych…..bo powiedział dobre słowo, bo dziecko po główce pogłaskał, bo uśmiechał się… Jasne, mógł się nie uśmiechać.

Ów, dosyć, bo zaraz sama wpadnę w wir podniety. Jadę na działkę. Trawę trzeba kosić. Normalną. Chwasty powyrywać. Grilla jakiegoś rozpalić, najeść się, napić się, bo bez pół litra o przywódcach ani rusz.

 

 

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Kto ma moją teczkę?

5981135037

 

Zaczynam się bać. Ze wszystkich stron atakują mnie tajne i odtajnione dokumenty. Każdy portal internetowy, każda gazeta, każdy kanał telewizyjny tylko o tajnym świecie tajnych agentów. Tradycyjnie boję się otworzyć lodówkę. I nie chodzi tu o innych, chodzi o mnie. Jak wygląda moja teczka? W czyjej szafie się ukrywa? Kiedy ją ktoś udostępni?

Strach przed odebraniem nauczycielskiej emerytury powoli paraliżuje moje członki twarde i mięśnie miękkie.  

Bo ja jestem z takiego pokolenia, które na sumieniu może mieć wiele, samemu o tym nie wiedząc.

Był taki tygodnik „Na przełaj”, a w nim taka rubryka „Szukam przyjaciela” lub „Chcę korespondować…” , nie pamiętam…Były tam adresy różnych osób, do których można było napisać. Kiedyś opublikowałam swój. Dostałam sporo listów z całej Polski. Z wieloma osobami korespondencja trwała kilka lat. Z większością nie spotkałam się nigdy. Co za lekkomyślność… A wiadomo kim byli moi korespondenci? A wiadomo z kim się zadawali? A wiadomo jakie teczki mieli? A człowiek pisał, co myślał, co czuł, z kim się spotykał, o czym rozmawiał… no normalnie donosił na siebie i innych. I wyobraźmy sobie, że taki esbek czy ubek podszył się pod przystojnego chłopaka z Warszawy, nakłaniał do zwierzeń, a potem notował, że taka (w przyszłości) ciocia Grażynka doniosła na chłopaka z VIII b, bo nie chciał umówić się z nią na randkę. Co doniosła? Mogła wiele.

No więc boję się, bo nie pamiętam  na kogo donosiłam  i co donosiłam. A w takiej teczce tajnego współpracownika może to wszystko być! Masa fotokopii, masa odpisów, kilogramy kart wypełnionych zeznaniami… Zaraz, zaraz, jakimi zeznaniami? Byłam kiedyś na posterunku milicji? Bo policja to już przychodziła do mnie. Kiedy zajmowałam się dziennikarstwem, dzielnicowy uważał mnie za oficjalne źródło informacji o tym, co dzieje się na „dzielni”.

Nie pamiętam zatem, czy byłam kiedykolwiek na milicji, ale bywałam w wielu innych miejscach, niekiedy bardzo podejrzanych. Na meczach i dyskotekach zwłaszcza. Tak mi młodość upłynęła, a to właśnie były owe trudne czasy.

Czy podpisywałam coś? O rety, ile papierów przewinęło się przez moje ręce… Ostatnio zakładając nowe konto w banku od podpisywania zleceń, poleceń, zaświadczeń, oświadczeń rozbolała mnie ręka. Ile zatem takich pism podpisałam w swoim życiu? A jeśli ktoś podsunął mi zobowiązanie do współpracy i podpisałam?

I jak tu teraz spać spokojnie po nocach? Może jestem tajnym agentem? Wszak czasy, w których żyłam temu sprzyjały…

Do tego jeszcze ten apel, aby byli funkcjonariusze udostępnili dokumenty posiadane przez nich w prywatnych szafach… Jeśli byłam tajnym człowiekiem to może i u mnie znajdują się tajne dokumenty…

Stanęłam naprzeciwko szafy. Solidny mebel, zbudowany na zamówienie w 1983 roku. W tzw. „pawlaczu” przechowuję odziedziczoną po rodzicach tekturową walizkę, a w niej dokumenty. Do tej pory byłam pewna, że to pamiątki rodzinne, ale atmosfera wokół starych papierów skłoniła mnie do ponownego przyjrzenia się zawartości.

I już na początku ujrzałam dokument pisany cyrylicą! Zniszczyć! Spalić! Data, gdzie data?! Jest! 1914! Na szczęście wystawiony jeszcze przed rewolucją. Ale może mój prapradziadek był tajnym agentem Lenina, który wysłał go na ziemie polskie, by szerzył komunizm? W takim razie jestem obciążona dziedzicznie i genetycznie. Cyrylica musi być dokładnie sprawdzona.

Kolejna porcja papierów jest sprzed wojny. Też trzeba dokładnie przeanalizować. Dlaczego dziadek tuż przed wybuchem II wojny światowej zmienił miejsce pracy?

Ale najgorsze dopiero przede mną. Najwięcej w walizce jest papierów, zaświadczeń, legitymacji, świadectw z okresu PRL-u! Dotyczą mnie i moich rodziców. Na wszystkich paskudny orzeł bez korony. Można z tego zrobić niezłą teczkę. Moją i moich rodziców. Bo chodziliśmy do komunistycznych szkół, poddawani byliśmy ówczesnej inwigilacji. Na co dzień stykaliśmy się z setkami, a może tysiącami tajnych agentów i współpracowników. Każdy mógł nas opisać i wykorzystać jako osobowe źródło informacji! O, na takiej klasówce na przykład łatwo było uzyskać odręczny podpis. Nauczyciel mógł pod naszymi wypocinami, a zwłaszcza kiedy uczeń nic nie napisał, dopisać coś od siebie i już informacja o nawiązaniu współpracy znalazła się w tajnej teczce. Wszak były to czasy, kiedy każdy na każdego donosił, a agentów było więcej niż nie agentów… Tak przynajmniej niektórzy dziś sądzą…

Oczywiście zauważyłam, że w teczce brak dokumentów z lat późniejszych. Zupełnie tak, jakby współpraca została zakończona lub zawieszona lub agent przeszedł w stan uśpienia.

W sumie więc nie wiem, czy jestem genetycznie obciążona agenturą, czy może agentem uśpionym, czekającym na znak do ataku… I dlatego boję się, boję się…. 

 

Seks, seks, seks! Tylko dla dorosłych

 

Tyle się dzieje. Nie nadążam. Początek dnia jest spokojny i ustalony od dawna. Budzi się człowiek rano, wyprowadza psa, pije wodę z cytryną, czyta o przygodach pana Samochodzika. Potem je śniadanie i włącza laptopa. A tu … rety… ktoś kogoś za coś w celu bez celu dla zasady wbrew zasadom nocą w dzień … Gorąco. Duszno. Pot na całym ciele. Jak w okresie przekwitania. Trzeba chyba wrócić do hormonów.

A olać to wszystko! Pogadajmy o du…Maryni – ryknął mi wczoraj na czacie kumpel. No tak, kiedyś temat seksu i przysłowiowej du… Maryni był  najbezpieczniejszym tematem do rozmów. Zwłaszcza  o intymnym współżyciu mrówek i obcych, o rozmnażaniu poprzez kapustę i za pomocą bociana. Du… była tematem żartów mniej lub bardziej udanych. Nikogo nie obrażała. Nikomu krzywdy nie robiła, bo każdy ją ma. Czasami ktoś się oburzył, bo tematy związane z du… urażały jego uczucia. Dawała sobie jednak z tym radę.  

Ale nie teraz. Oto sprawa w/w części ciała i nawiązujący do niej seks ( a to słowo można pisać w całości?) poruszyła VIPowskie szczyty. Wiecie o co chodzi, o słynny wrocławski teatr i słynny spektakl…

12241404_542501385916821_6968793714121665933_n

Andrzej Pągowski – plakat z 1981 r.

Bywałam już na przedstawieniach, w których po scenie biegali nadzy aktorzy. Raz uznałam, że zupełnie niepotrzebnie, bo niczego istotnego do sensu spektaklu nie wnieśli. Raz – byli mi zupełnie obojętni. Ale dwa razy zdarzyło się, że nagość była w pełni uzasadniona. W tej wyliczance ważne jest jednak, że na widowni byli ludzie o zupełnie odmiennym zdaniu. Komuś się podobało, ktoś znalazł sens.

We wrocławskim teatrze nie byłam i pewnie nie będę. Nie po trasie, a forsy na eksperymentalne wyjazdy nie mam. Wiem jednak, że sztuka jest nieobliczalna, a seks stanowi jej nieodłączny element.

Bez wątpienia prym wiodła zawsze literatura. Kto z nas nie czytał ukradkiem słynnej trzynastej księgi Pana Tadeusza? A pełna niecenzuralnych wyrazów twórczość Fredry? A Leśmian i jego „Malinowy chruśniak”? Lektura obowiązkowa. Bardziej obeznani z poezją znają twórczość Jana Andrzeja Morsztyna, faceta z XVII wieku. A nasz Adaś Narodowy i jego „Świtezianka”? Jako były nauczyciel pamiętam do dziś pytania uczniów na temat tego, jak robił to strzelec z dziewczyną na środku jeziora. Przeca dopuścił się zdrady i został za to strącony w otchłań wodną. Malarstwo…tu można długo i namiętnie. Taki np. „Szał uniesień” Podkowińskiego to czysty s… i to jeszcze dodatkowo na koniu. Akty męskie i kobiece… Adam i Ewa w raju… ba, nagi Adaś w Kaplicy Sykstyńskiej…

szał

 

„Szał uniesień” Władysław Podkowiński

Bo seks to nie tylko jedna wiadoma sprawa…

„Samo słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika sexus, oznaczającego płeć biologiczną (…)W języku potocznym słowo to w dużym stopniu wyparło częściej dawniej używane w Europie słowo erotyka”.

A jeśli chodzi o erotykę to ludzie są bardziej pobłażliwi. Wydaje im się spokojniejsza i ładniejsza. I tu dochodzimy do sedna sprawy wrocławskiego teatru.

Gdyby na afiszu napisano, że będą „sceny erotyczne”, wrzasku by nie było. Nawet w teatrze elżbietańskim, kiedy scenę erotyczną odgrywało dwóch facetów, z którego jeden grał kobietę, nie uznawano tego za obsceniczne. Ale gdyby wrzasku nie było, nie byłoby reklamy. Spektakl byłyby jednym z wielu spektakli w polskich teatrach. Tymczasem jest jedyny w swym rodzaju. Stał się sławny jeszcze przed premierą. Skłonił ludzi do modlitwy. Poruszył najwyższych VIPów. Interweniowano, proszono, straszono. Niektórzy przypomnieli sobie, że w Polsce są teatry. Dziennikarze mieli pracę. Słowem, wszystko się udało. Oczami wyobraźni widzę ludzi wrocławskiego teatru zacierających z radości dłonie.

Ale do społeczeństwa został wysłany sygnał – o du… Maryni rozmawiać niebezpiecznie, bo jeszcze przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą…Mogą przyjść. Mogą pobić narzędziem do modlitwy. Mogą nasłać VIPów. Wszystko mogą. Ten blog też mogą usunąć.

Przerzućmy się zatem na inny temat. Właśnie w Wałbrzychu zakończono badanie terenu na słynnym 65 kilometrze. Coś tam w środku jest. Ma całe 150 metrów. Ciekawe, czy ma to związek z seksem?  

A dla tych, co chcą więcej seksu, polecam swoje „Sceny erotyczne z życia emerytów”

http://www.czarownice.kosz.pl/opis-3-Sceny_erotyczne_z_zycia_emerytow.php
 

Tylko dla VIP

16-vip

foto – internet

Kto to VIP, chyba wszyscy wiemy. Gdyby jednak ktoś nie wiedział, wyjaśniam VIP z angielskiego „Very Important Person – bardzo ważna osoba”. Początkowo były to rzeczywiście osoby publiczne, siedzące zwykle na wysokich stołkach w ważnych instytucjach lub gwiazdy filmu, estrady…. Ostatnio jednak skrót zmienił swe znaczenie.

Napis „Tylko dla VIP” lub sam „VIP” pojawia się praktycznie wszędzie, gdzie się coś dzieje. Zastąpił on rzeczowniki „rezerwacja” i „goście”.

Opiszę to zjawisko na przykładach związanych ze sportem, gdyż to środowisko jest mi najbardziej znane. Oczywiście na meczach w hali lub na stadionie była kiedyś „trybuna honorowa”, na której zasiadali zaproszeni goście. Dziś jest trybuna „Tylko dla VIPów”. Kiedyś gośćmi były nie tylko ważne figury w wiadomym komitecie na szczeblu np. powiatowym lub centralnym. Zapraszano innych, zwanych „zasłużonymi dla…” klubu, sportu, koszykówki. Taki gość dostawał z reguły zaproszenie imienne, wysyłane pocztą i okazując je w wejściu, był od razu kierowany był na trybunę honorową. Takowa wyraźnie różniła się od pozostałych miejsc. Czasami kolorem drewnianych ławek, czasami były tam pojedyncze krzesełka przymocowane do betonu. Inni pewnie pamiętają lepiej, jak to wyglądało, może podzielą się wiedzą. Na trybunę zwykli śmiertelnicy patrzyli z zazdrością. „Zasłużeni” mieli najlepszy widok, bo trybuna była umieszczana w najlepszym miejscu na stadionie. Oglądać stamtąd mecz… marzenie… W każdym razie ja będąc dzieckiem bardzo zazdrościłam siedzącym w tamtym miejscu.

Zatem do rzeczy…

Wiosną wybrałam się na mecz piłki nożnej. Idąc na stadion spotkałam kumpla. Zapytał, czy mam bilet. Jasne, że nie mam. Dał mi bezpłatną wejściówkę swego z kolei kumpla, który zrezygnował z przybycia. To była wejściówka „dla VIP”. Rety, wejście na miejsca vipowskie chyba mi się nie zdarzyło…

Klapnęłam na krzesełkach innego koloru. Pierwszą połowę meczu obejrzałam grzecznie, podziwiając wyczyny sportowców. W przerwie uświadomiłam sobie, że jeśli jestem w strefie dla ważnych, to przecież mogę skorzystać z…

Tajemnicze miejsce znajdowała się piętro wyżej. Był to obiekt, na środku stadionowych trybun, gdzie siedział komentator, było miejsce dla dziennikarzy i oczywiście wielka sala dla VIP. Od strony stadionu – oszklona. Stadion widoczny był jak na dłoni, można było go oglądać nie wychodząc z ciepłego pomieszczenia. A w nim… ludzie…już meczu nie chciało się oglądać… smakołyki, przekąski, zakąski, ciasta, ciasteczka, kanapki, kanapeczki, sałateczki, chlebki różnego rodzaju. I piwo. Nie, alkoholu wysokoprocentowego  nie było. Mimo tego braku powiało mi wielkim światem. Zaczęłam od piwa, żeby pobudzić organizm do wzbudzenia apetytu. W czasie drugiej połowy meczu postępowałam prawie jak zgromadzeni w sali vipowie – jadłam, piłam i zerkałam na tablicę z wynikiem meczu. Nie rozmawiałam jedynie, bo nie miałam z kim.  Wokół mnie toczyły się natomiast dyskusje z meczem niemające nic wspólnego. Tematykę przemilczę.

Do domu wróciłam w wesołym nastroju, bo kanapek w sali VIP zabrakło, ale piwo było w bród (chyba tak się pisze, bo laptop nie zareagował).

Pod koniec lata znalazłam się na turnieju koszykówki. Strefa VIP oczywiście była. Osobne wejście, krzesełka pomalowane na żółto, jak za dawnych czasów na trybunie honorowej. Pierwszego dnia można nawet było przejść obok tych krzesełek i skrytego za nimi tajnego wejścia do sali VIP. Drugiego dnia postawiono barierki, rozwinięto taśmę, postawiono dwóch ludzi i ni… ch… nie można było kroku zrobić za tę taśmę barwy biało-czerwonej. Ale mnie los pomógł. W czasie przerwy na środku boiska odbyło się wręczenie ważnych certyfikatów trenerskich. Wśród trenerów ujrzałam znajomego. Szybko przeanalizowałam sytuację: jestem starszą, dużą panią, której strach się bać, miedzy barierkami mego sektora a boiskiem jest spora szpara, przecisnę się, a jak nie – odsunę barierkę, stamtąd tylko kilka metrów do boiska, a potem strefy VIP… Wszystko trzeba zrobić szybko, żeby ochrona się nie zorientowała. Do boju emerytko! I tak znalazłam się najpierw na parkiecie, potem wraz ze znajomym trenerem na trybunie honorowej. Czy było stamtąd lepiej widać? Akurat nie… Może dlatego na żółtych krzesełkach było niewielu ludzi…J No dobrze, wiem, siedzieli w sali VIP-owskiej i być może oglądali mecz na „telebimie”…No dobrze, wiem, jeśli tam było piwo…

blog bydgoszcz

foto własne

A teraz najciekawsze… do takiej strefy VIP może dostać się każdy… każdy, kto ma pieniądze. Po prostu można kupić bilet. Cena – zwykle przekraczająca możliwości zwykłego kibica i wartość butelki, powiedzmy piwa, w owadowym dyskoncie. Tyle tylko, że kibic przychodzi na mecz, VIP na… ja już nie wiem, po co…

Dziennikarstwo i butelka wina

2084_kieliszek-do-wina

foto – internet

Poszłam na plotki do zaprzyjaźnionego małżeństwa. Głowa domu wyciągnęła wino i trzy kieliszki. W porządku. Wino lepsze, zagrychy nie trzeba szykować. Człowiek nie przytyje. Po trzech łykach białego wytrawnego temat rozmowy zszedł na dziennikarzy, telewizje, radia i internety, znaczy się portale internetowe. Tyle tego, że trudno ogarnąć. I z tego powodu trudno wszystkiemu i wszystkim wierzyć. Wspólnie z koleżanką zauważyłyśmy, że większość programów tzw. interwencyjnych to również tzw. przegięcie.

Kiedyś pokazywano szpital w miejscowości X. Pani Y miała problem w jeden z przychodni i zamiast zgłosić go do odpowiedniego organu w administracji szpitala, dała od razu znać do telewizji. Może i miała rację, nie oceniam. Telewizja od razu przyjechała i zaczęła kręcić. Dosłownie i w przenośni. Administracja szpitala obiecała, że zajmie się sprawą, wyjaśni ją  i jeśli wina leży po stronie  ośrodka medycznego – przeprosi i załatwi wszystko pozytywnie. I w tym momencie dziennikarz powinien czuć satysfakcję, że samo pojawienie się kamery, problem rozwiązało. Ale nie. Obecnie taki dziennikarz interwencyjny nadal temat rozwija. Tym razem udało się mu dostać do samego dyrektora. I się zaczęło. Nacierając na dyrektora w jego gabinecie człowiek w asyście kamery rzucał gromadą pytań w stylu: „Czy zna pan sprawę pani Y? Dlaczego nie zna pan sprawy pani Y? Nie?! To co pan tu robi?!”Dyrektor zachowała kamienną twarz, a dziennikarz nadal natarczywie upominał się o odpowiedź na postawione powyżej pytania. Na miejscu szefa szpitala wyrżnęłabym faceta w wiadomą część ciała. W ciągu dnia w podległych szpitalowi przychodniach i oddziałach przewija się ok. 1000 osób…Telepatii w przesyłaniu informacji jeszcze nikt w naszym kraju nie stosuje. Nawet politycy w kampanii przedwyborczej. 

No tak, jak telewizja ma np. trzy kanały, na każdym trzy programy interwencyjne każdego dnia, to skąd brać  w miarę sensowne interwencje, tym bardziej, że konkurencja nie śpi…

Teraz nagle wyskoczył ekstra temat – ubezpieczenia w szkole. Zasypywani jesteśmy wiadomościami jakoby to szkoły i ich dyrekcje oszukiwały biednych rodziców. Oferty firm ubezpieczeniowych są kiepskie, bo oprócz indywidualnych polis, takowe firmy oddają szkołom część składek w formie wspomagania np. remontu sali gimnastycznej czy zakupu nowego telewizora do biblioteki. Jak sięgam pamięcią do czasów swej pracy w szkole, od czasów transformacji gospodarczej zawsze tak było. Jeśli rodzic nie wiedział, to pewnie nie interesował się zagadnieniem lub nie bywał na zebraniach w szkole. Jeśli skleroza mnie nie myli, często podczas spotkań z rodzicami ten temat był poruszany. Mówiąc o składce na ubezpieczenie zawsze dodawałam, że zasady co i za ile są do wglądu w sekretariacie i można się z nimi zapoznać.   

A teraz proszę – nagle afera! Ale refleks! 

odszkodowanie

foto – internet

Jasne, trzeba na czymś zarobić, trzeba program zrobić. Kiedyś współpracowałam z lokalną gazetą i wiem, jak ten mechanizm działa. „Rety, mamy pół kolumny wolne! Siadać i pisać dwa listy do redakcji! Za dwie godziny pismo idzie do druku!”

Ale są i fajne tematy. Taki na dziś – złoty pociąg z Wałbrzycha. Zobaczcie, same pozytywne momenty. Jako wałbrzyszanka cieszę się. Świat dowiaduje się, gdzie jest Wałbrzych. Dobra  lekcja geografii. Dobra lekcja historii. Archeologia – wszak trzeba kopać. Geologia – budowa gór. Dochód – turyści i dziennikarze przyjeżdżają, nocują, zwiedzają, jedzą – wszystko w wałbrzyskich hotelach, restauracjach i na turystycznych trasach. Opowieść – jak z powieści lub sensacyjnego filmu. O, nareszcie dobra interwencja w fajnej, tak po prostu, sprawie.

Mąż koleżanki nie poparł naszego entuzjazmu dla  dziennikarstwa w stylu Indiany Jonesa. Rozlewając resztki wina do kieliszków, stwierdził, że wałbrzyskie złoto to większy spisek…

Rety, jaki?

Jest kilka wersji:

1. „Ktoś komuś” za to zapłacił…na pewno nie Wałbrzych, ale komu zależało na rozdmuchaniu tej sprawy? To się niedługo okaże.

2. „Ktoś” chce otumanić naród złotem, by ten nie szedł na wybory i zapomniał o polityce w czasie przedwyborczym. Choroba…antysystemowi?

3. „Coś” wisi w powietrzu, a pociąg to temat zastępczy. Kiedyś była nim aborcja. Ludzie dyskutowali, dyskutowali, a tymczasem banki podnosiły stopy procentowe, rząd wprowadzał niekorzystne dla przeciętnego obywatela ustawy… A teraz co będzie? To się zobaczy. W każdym razie o tym, kto komu nie podał ręki na Westerplatte telewizje, gazety i portale mówiły dzień, dobra, dwa dni, a historia złotego pociągu z Wałbrzycha póki co nie ma końca. Przypadek? 

kop.

Wałbrzych – dawna kopalnie im. Thoreza, obecnie Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia fot. własne

Wino było dobre.