Małe miasteczko….

biedronka

Ferie mam. Siedzę sobie w takim uzdrowiskowym miasteczku leżącym praktycznie w dużym mieście. To znaczy z trzech stron to miasteczko otoczone jest miastem. Taka duża ulica w pewnym miejscu dzieli się na część należącą do miasteczka i na drugą, która oczywiście się inaczej nazywa i należy do miasta. Na granicy między dwoma ośrodkami administracji miejskiej znajduje się „Biedronka”, w której zakupy robią mieszkańcy obu jednostek miejskich i kuracjusze.I powinna jednoczyć naród…

Bo tak sobie ten układ funkcjonuje od …. lat…. chyba dwustu, bo widziałam pamiątkową tablicę poświęconą założycielowi uzdrowiska. Czasami owszem, były jakieś animozje między małomiasteczkowymi a dużymi, ale życie toczyło się normalnie. Ostatnio jednak zaiskrzyło. I nawet owad nie pomaga. 

Otóż uzdrowisko jest zagrożone, bo powietrze ponoć coraz gorsze i nie jest to aż tak mocno związane z panującą w całej Polsce atmosferą smogową. Miejscowi twierdzą, że to z powodu jeżdżących i tam i z powrotem mieszkańców dużego miasta, którzy robią sobie skróty z pracy do domu przez teren miasteczka. Wybudowano nawet obwodnicę wokół niego, ale walą tamtędy tylko ciężarowe, a osobówki nie. Oczywiście wielkomiejscy mogą przyjeżdżać do uzdrowiska na spacer, napić się wody mineralnej, skorzystać z zabiegów w zakładzie przyrodoleczniczym na przykład z takiej kriokomory. Ale tylko przejazd – nie. Całkowicie zakazać. Pytanie tylko jedno – jak taki zakaz wyegzekwować? Zawsze mieszkaniec miasta może powiedzieć, że przyjechał do miasteczka właśnie do kriokomory i szuka miejsca do parkowania. I co wtedy? Może szlabany? Może barykady? Może mur? Ogrodzenie? Teraz wszelkie odgrodzenia w modzie. Są osiedla zamknięte, jeszcze gdzieś są granice międzypaństwami na szlaban. W USA mają jakiś mur budować…. może by tak miasteczko od miasta też odgrodzić?

Wielkomiejscy twierdzą co innego. Samochody mają ekologiczne i wcale tak nie dymią, by zadymiać miasteczko. Natomiast przejazd przez nie skraca im drogę do pracy o połowę. Obwodnica jak sama nazwa wskazuje, obejmuje obwód miasteczka i trasę wydłuża. Poza tym powietrze psują stare piece węglowe znajdujące się w starych, chociaż często z nową elewacją – domach. Wszak większość budowli to przedwojenne wille, które ogrzewano paląc w piecach czym popadnie.

Przyjrzałam się najpierw samochodom sunącym przepisowo po ulicach. Praktycznie żaden nie dymił. Przed moim oknem w pensjonacie jest parking. Też nie dymi, chociaż rejestracje z różnych stron Polski. W ogóle kierowcy są grzeczni. Na przejściach zawsze się zatrzymują i mnie przepuszczają. Bez względu na rejestrację auta.

Dymu z kominów też jakby mniej niż kilka lat temu, kiedy również tu byłam. Jeśli leci to z reguły biały, no może raz czy dwa czarny, ale to był wyjątek.

Słowem nie zauważyłam nic niestosownego w zachowaniu mieszkańców zarówno miasta jak i miasteczka.

Zastanawiam się dlaczego małomiasteczkowi mają zarzuty do wielokomiejskich…. czym im podpadli…. wszak z wielkiego miasta mają kanalizację, wodociągi, komunikację miejską, gaz, prąd i kilka marketów. A może trochę się w głowach poprzewracało? Oj, żeby tylko nie trzeba było cytować Andrzeja Bursy…. „Mam w du…. małe miasteczka”


http://www.eioba.pl/a/1rg4/mam-w-d-male-miasteczka-wiersz-andrzeja-b

 

 

 

W naturze

do blogu

Postanowiłam oderwać się od rzeczywistości. W przerwie między meczami mistrzostw Europy, odizolowałam się od świata na swojej działce rekreacyjnej. Zapowiadano wielkie, znaczy się pierwsze tego roku upały, zatem pobyt w plenerze uznałam za wskazany. Zamiast dusić się w bloku z wielkiej płyty, moje dziecię płci żeńskiej wywiozło mnie pod las do przyczepy campingowej. Rozciągnęłyśmy nad wiatą moskitierę ze starej firanki, rozbiłyśmy namiot plażowy, przyciągnęłyśmy dwie taczki chrustu z lasu na wieczorne ognisko, rozpaliłyśmy grilla, spożyłyśmy posiłek w porze obiadowej i dziecię odjechało.

Temperatura powietrza właśnie zatrzymała się na plus trzydziestu. W lodówce schłodziło się właśnie pierwsze piwo…

W czapeczce z daszkiem i napisem Euro 2004 klapnęłam pod namiotem. Jak mi dobrze, jak mi słodko… Lekki wiatr wieje, drzewa szumią, słońce nie praży, bo za namiotem… pies kopie kolejne nieplanowane dołki. … O, właśnie… Kulka, chodź do mnie, będę pieska czesać…. Tego akurat Kulka nie lubi. Musiałam trochę za nią pobiegać, chwycić, posadzić pod namiotem i wyczesywać gęstą sierść.

Dobrze, załatwione, oddajmy się odpoczynkowi intelektualnemu. Sięgnęłam po trzeci tom „Wojny i pokoju”. Dopiero na starość postanowiłam Tołstoja przeczytać. A skłonił mnie do tego film w reżyserii Sergieja Bondarczuka. Oglądałam go będąc nastolatką i nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, wprost przeciwnie – uznałam za wybitnie nudny. Potem długo, długo tego filmu w TV nie było. Cóż, pozbywając się propagandowej sztuki Związku Radzieckiego, pozbawiliśmy społeczeństwo dostępu do wielu wybitnych dzieł.  Na szczęście kiedyś, w jednej z mniej znanych telewizji, rzekłabym tajnych, film się pojawił. I zachwycił mnie do tego stopnia, że najpierw nagrałam go na kasetę VHS (była powtórka), a potem zainwestowałam w płytę DVD. Wreszcie postanowiłam książkę przeczytać.  Zaszłam do biblioteki na swoim osiedlu. Nie ma, w czytaniu. No to wzięłam Dostojewskiego, też literatura rosyjska. Druga wizyta. Nie ma, w czytaniu. Dobrze, niech będzie jeszcze raz ten Dostojewski. Trzeci raz – to samo, ale już bez Dostojewskiego. Czyżby był tylko jeden egzemplarz „Wojny…” – pytam panią. Tak, jeden, czyli raz po cztery tomy.  Zbliżał się Dzień Matki, więc wysłałam córce linka do aukcji na wiadomym portalu i kazałam, jako prezent kupić. Dziecię było zachwycone moim życzeniem, bo zapłaciło za książkę, w czterech tomach, z przesyłką jedyne 12 zł. 

Właśnie doszłam do tomu trzeciego i roku 1812. Zaczytałam się, zaczytałam i pewnie dalej leżąc pod plażowym namiotem czytałabym delektując się wielką literaturą, gdyby nie pożar. Nie, nie pod namiotem. W Smoleńsku. Tam też dotarł Napoleon …. znaczy się on dotarł wcześniej… ale miejsce to samo. Z całym szacunkiem dla wszystkich, co byli i zostali pod Smoleńskiem, politycy tak mnie do miasta i jego okolic zniechęcili, że sama nie pojadę…

Odechciało mi się czytania. Z lodówki wyjęłam drugie piwo. Może trochę muzyki… włączyłam radio. Jeden przebój, drugi…. a między nimi…nie, żeby to było Euro 1016 nie protestowałabym. W sumie sport lubię. Między przebojami – sprawa referendum w sprawie tego brexit w Wielkiej Brytanii. Opinie, komentarze, raporty, prognozy, sondaże, przepowiednie, wróżenie z fusów….

Zatem pora na ognisko. Pali się! Fajnie! Wszelkie wieczorne owady odgonione! Można kolejne piwo…

A na zakończenie dnia, kiedy niebo pokryło się gwiazdami, a psy we wsi zaczęły szczekać – oczywiście jakiś super lekki filmik. Włączam swego podróżnego laptopa. MacGyver czy „Teoria wielkiego podrywu”? Niech będzie ten pierwszy. Ojej, co się dzieje? Gdzie napisy? Angielskiego przecież nie znam!

Coś się popier… popieprzyło. Trudno, urządzenie ma swoje prawa. Pozostał mi film w wersji polskiej – „Tajemnica Westerplatte” lub „Stawka większa niż śmierć”… No nie… najpierw Napoleon pod Smoleńskiem, potem walka o Unię, teraz polski akcent wojenny… wybrałam wojenną fikcję, czyli Klossa w wersji Kota.  

Po przespanej całkiem nieźle nocy i śniadaniu, zerknęłam do telefonu. Zaniepokoiło mnie jego milczenie. Bateria się wyładowała. No to wklepuję ten pin… zły… zaczynam panikować… jeszcze raz …. zły…. Pozostał mi jedna próba. Zaraz, a może ja po prostu pomyliłam piny? Kiedy ostatni raz włączałam pin w telefonie? Jak on w ogóle jest? W domu w lewej szufladzie po prawej stronie jest zapisany… ale tu nie ma szuflady…  Nie, nie podejmę trzeciej próby… Ruszam na wieś, szukać telefonu, by zawiadomić dziecię płci żeńskiej, że kontaktu ze mną nie ma, niech przyjeżdża, kiedy może i weźmie ze sobą trochę piwa. Telefon znalazłam, a jego właściciel zapytał mnie, co o tym sądzę. O czym? O tym, że Brytyjczycy zadecydowali, że wychodzą z Unii…. nic nie wiem, nic nie sądzę.

Wróciłam pod wiatę. Popatrzyłam na martwy telefon. Na milczące radio. Na Smoleńsk w „Wojnie i pokoju”. Z szafki wyjęłam pistolet typu wiatrówka. Na ogrodzeniu powiesiłam kartkę z tablicą strzelecką. Trzeba doskonalić sztukę strzelania.  

Ścieżki wydeptane

Park k

Puszcza Kampinowska – foto moje 

Na swojej działce – rekreacyjnej nie uprawialnej – przypominam tym, którzy nie wiedzą, wysprzątałam przyczepę campingową, zutylizowałam, poprzez spalenie, śmieci, skosiłam trawę, wyrwałam zielsko ze skalniaka, pokryłam impregnatem wiatę. Zmęczona zległam na huśtawce z piwem w dłoni. Dobrze mi, oj, jak dobrze… I tak zaczęłam mieć różne skojarzenia…

Przypomniała mi się na przykład historia z pewnym parkiem. Rosła sobie taka ekologiczna, zielona łąka w środku osiedla z wielkiej płyty i pustaka. Chodzili to ludzie z psami i nawet do głowy im nie przyszło, żeby sprzątać, bo łąka korzystała z naturalnego nawozu. Ale nagle ktoś uznał, że trzeba teren ucywilizować, czyli zrobić park, znaczy się posadzić drzewka, zasiać wysokiej klasy trawę,  zaasfaltować alejki i postawić kosze na psie odchody. Jednym idea się podobała, innym nie. Prace rozpoczęto. Zerwano ekologiczna warstwę łąki, zaczęto zwozić nową ziemię, czystą, bez psich kup. Potem ruszono do wytyczania alejek. I tu powstał problem. Najprościej było zostawić te, które chodzący od trzydziestu lat na spacery ludzie już wytyczyli. Skoro tak chodzili, to znaczy, że taka trasa jest odpowiednia. Proste i logiczne. A wcale, że nie. Architekt kazał wytyczyć inne, bo poprzednie nie mieściły się w jego koncepcji. Były niezgodne z artystyczną wizją, ba, wręcz burzyły ją. Ludziom trzeba pokazać, którędy mają chodzić.

Za ogrodzeniem mojej działki jest ekologiczna łąka. A gdyby tak usunąć warstwę ziemi, bo każdego tygodnia jest inna i nie wypełnia żadnej wizji artystycznej? Wprost przeciwnie. Tworzy chaos w głowie człowieka. Dziś coś kwitnie na biało, a za tydzień – na niebiesko. Człowiek przyjeżdża i nie wie, czy dobrze trafił.

łąka

Dobra, niech sobie rośnie. Porządek mam za siatką.

Drugie skojarzenie przy piwie na huśtawce dotyczyło Biegu Rzeźnika, który to odbywał się w Bieszczadach i o który to wybuchła wielka awantura. Trzeba było zmienić trasy, bo biegacze niszczą turystyczne szlaki. Z jednej strony – totalna bzdura. Poruszając zawsze się coś niszczy, takie opony na przykład lub taki asfalt. A potem trzeba taką autostradę odbudowywać. Może lepiej, żeby nie jeździły nią samochody? Dłużej będzie ładna, gładka, czarna… Poruszając się pieszo marszem lub biegiem też się niszczy. Zawsze myślałam, że tylko buty. A tu proszę, niszczymy matkę naturę, znaczy się przyrodę. Przypomniałam sobie kładki w dolinie Biebrzy. Strefa ścisłego rezerwatu, którą można było podziwiać jedynie z wysokości owej kładki. Można zatem chodząc niszczyć. Dlaczego zatem w Bieszczadach, w miejscach rezerwatu roślin, nie ustawiono takich kładek? Ludziska by wiedzieli, że teren ścisły i nie pchaliby się w łodygi unikalnej roślinki…

Druga sprawa to tłumaczenie, że biegnący lub szybko maszerujący człowiek dekoncentruje innego, który porusza się wolno i kontempluje krajobraz.

Po naszym osiedlu biega coraz więcej osób. Kiedyś mogłam psa luzem puścić i zwierzątko biegało od drzewka do drzewka. Dziś już nie. Biegacze poruszają się po chodnikach zwłaszcza po zmroku i pies im wyraźnie przeszkadza. No, szczeka na nich, spokojna ma naturę i nie lubi, jak ludzie gdzieś pędzą. No, dobra, biegacze przeszkadzają. Ale się nie czepiam. Naród chce biegać, niech biega. Bieg po zdrowie, bieg po zawał czy bieg rzeźnika, obojętne mi. Zmieniłam trasę wieczornych spacerów z psem.

Jakich szkód jeszcze mogą narobić w Bieszczadach biegacze? Wydeptać nowe ścieżki niezgodne z wizją archit…tutaj przyrodnika? Raczej nie. Oni biegają po tych wytyczonych. O, chyba słyszałam, że taki co biegnie na podeszwach butów zabierze część ziemi bieszczadzkiej ze sobą. Aha, kumam… Gdyby tak cała Polska ruszyła na ten bieg, to z gór i połonin nie zostałoby nic. Równina by się nam zrobiła w Karpatach.

Spojrzałam na swoją ziemie w postaci działki rekreacyjnej. Gdyby tak ludzie zaczęli mnie tu odwiedzać, przyjeżdżać, przybiegać… I tak tłumy by szły i szły, i szły… No nic by z mojej działki nie pozostało. Najpierw wytyczyliby ścieżki nieplanowane, a potem na butach i oponach wynieśli całą ziemię VI klasy…

Słonce mocniej przygrzało. Piwo się skończyło. Zaraz będzie grill. I następne piwo. Może pobawić się z psem? Tak zwyczajnie, normalnie po polsku spędzić czas, a nie wytyczać nowe ścieżki na łąkach czy biegać po połoninach…? Iść taką wydeptaną ścieżką?

Krótka historia torebki foliowej

sprzedam-tanio-odpad-folia-hdpe-669605

Niedawno uczestniczyłam w ostrej dyskusji na temat foliowej torebki. Pewna miłośniczka ekologii przyznała, że przegrała walkę z polietylenem spożywczym, chociaż walczyła zawzięcie, zacięcie i z wiarą. Zwolennicy plastiku twierdzili, że jest on jednym z najmniejszych problemów Matki Ziemi. Wskazali na bomby atomowe, uchodźców i rządy wybranych partii politycznych. Normalni ludzie kiwali ze zrozumieniem głową to w jedną, to w drugą stronę. Ja natomiast oddałam się wspomnieniom… (bo powoli zbliżam się do wieku, w którym lepiej pamięta się wydarzenia sprzed trzydziestu laty niż te z wczoraj).

Pamiętam swoją pierwsza torbę typu reklamówka. Do rodziców przyjechali znajomi z Trójmiasta. Jedno pracowało w
„Baltonie”, które to wówczas przedsiębiorstwo kojarzyło się ze Zgniłym Zachodem. I właśnie taka reklamówka reklamująca „Baltonę” trafiła do moich rąk. Dostałam w prezencie. Była zapinana na małe plastikowe kuleczki, które „wchodziły” w równie małe otworki. Niezwykle kolorowa. Paradowałam z nią po ulicy, do szkoły też nosiłam. Aż pewnego dnia mój szkolny kolega szarpnął za nią i urwał rączki z kuleczkami. Wpadłam w szał. Kazałam mu naprawić bezcenną torebkę. I wyobraźcie sobie, że następnego dnia przyniósł naprawioną! Plastikowe rączki zostały przyszyte! Po wielu latach ów kolega bał się spotkania ze mną, ze względu na zniszczoną torbę…

Tak kiedyś, moi drodzy, szanowano folię! Rzadko pakowano coś w produkt sztuczny. Wszędzie królował papier. I to nie w formie torebki. W sklepach panie zawijały wszystko w arkusze szarego lub – ekskluzywnie – białego papieru. Ręka do góry, kto pamięta takie zwijane przez panią sklepową „rożki” z cukierkami? A kto pamięta, że zawinięte w ten sposób landrynki zlepiały się i czasami do ust trafiało kilka cukierków zamiast jednego? Mięso u rzeźnika też pakowano w papier. I ten papier potem w domu po prostu wyrzucano lub…. spalano. Mieszkałam w kamienicy ogrzewanej piecami na węgiel. Kuchnia też była węglowa.

Kiedy pojawiała się torebka foliowa, myto ją, suszono i wielokrotnie używano. Coraz częściej mówiono, że powinna zastąpić papier, bo papier to lasy, a lasy to tlen, a tlen potrzebny jest do życia. I tak coraz więcej plastikowych torebek zaczęło pojawiać się w naszych domach. Najpierw były owe reklamówki, które autentycznie coś reklamowały. W Peweksie pakowano towar w takie torby. Kto miał taką z Peweksu, uchodził za bogacza. Patrzcie, robi zakupy za dolary!

Potem do torebek trafiło mleko. Jaka to była radocha! Zamiast ciężkich butelek człek niósł do domu dwie torebki! Kiedy w słynnej mleczarni w Piątnicy zainstalowano taśmę „pakującą” mleko w owe torebki, szybko zorganizowałam wycieczkę dla swych uczniów. Pokazałam postęp. Ze swoimi małymi dziećmi spędzałam również wakacje u stryja. Codziennie kupowałam dwa litry specjału w folii. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu stryj każdą torebkę mył i suszył. W drugim przestał. W szufladzie zabrakło miejsca. I to był pierwszy znak, że folii robi się zbyt dużo…

Czy dziś potrafimy żyć bez jednorazówek? Czy potrafimy w jednej torbie umieścić wątróbkę wieprzową obok kiełbasy myśliwskiej i twarogu, zawiniętych w papier i na wierzch położyć bochenek chleba ( tego w papier nie zawijano)? Jasne, że nie. Wystraszeni wirusami, zarazkami i bakteriami wszystko musimy mieć zapakowane osobno. Nie uwolnimy się od torebek z polietylenu. Nie wszystkie również możemy wykorzystywać wielokrotnie. Ten plastik to nie tamten, z którego wykonano moją pierwszą reklamówkę z „Baltony”.

W uwielbianym ongiś przez moich uczniów filmie „Mów mi Rockefeller” nauczyciel chemii przerobił śmieci w plastik, z którego wytwarzano piłeczki pingpongowe. Po pewnym czasie z piłeczek robił się piasek, który z kolei bohaterowie filmu, wspólnie z Arabami, sprzedali Japończykom. I na piłeczkach i na piasku filmowe postacie dorobiły się wielkiego majątku. Takie cuda tylko w kinie na taśmie celuloidowej, znaczy się znowu jakiś plastik…Cóż więc robić?  

Przeciwnicy torebek oczywiście uważają, ze trzeba walczyć z folią na wszystkich frontach. Wszyscy mają bawełniane i lniane torby i pakują w nie zakupy.

Przeciwny bomby atomowej, uchodźców i rządów wybranej partii będą zawsze twierdzić, że problem foliowych torebek jest sztucznie wywołanym problemem, by przykryć inne problemy polityczno-społeczne.

A normalni ludzie machną na wszystko ręką, pójdą do sklepu z dużą torbą pochodzenia naturalnego lub sztucznego, w którą zapakują zafoliowane mięsko, chlebek i marchewką.