Złoto dla wspomnień…

flixstercom

Każdy z nas ma swoje ulubione filmy… nie, nie ze względu na ich wartości ponadczasowe, artystyczne czy ideologiczne. Zwróćcie uwagę, że ulubione filmy to te, które kojarzą się nam z konkretnymi wydarzeniami i osobami… czasami są to pierwsze randki… czasami spotkania z ludźmi, których już nie ma wśród nas…

Mam też takie filmy w swoim życiorysie…

Pierwszy, najbardziej ukochany, znany na pamięć do tego stopnia, że każde nowe tłumaczenie wprowadza zamęt w głowie, to „Złoto dla zuchwałych”…


http://www.filmweb.pl/film/Z%C5%82oto+dla+zuchwa%C5%82ych-1970-6718

Był rok 1974 lub 1975 … w kinie wyświetlano film amerykański. Wojenny do tego. I tyle wówczas o nim wiedziano. Poszłam razem z Mamą, która cudem dała się namówić na ten seans. Nie lubiła filmów o tematyce wojennej. Siedziałyśmy na twardych, drewnianych krzesełkach. Nie było popcornu, super dźwięku i obrazu w 3D lub 4K. Film oczywiście był kolorowy i z napisami. Wraz z rozwojem akcji nasze skupione miny stawały się coraz bardziej …uśmiechnięte. Wychowane i przyzwyczajone do wojennych, tragicznych epopei, dostałyśmy dawkę humoru, zadumy oraz heroizmu w imię… prywatnego interesu. No cóż, Amerykanie… zawsze odwrotnie niż inni.

Z kina wyszłyśmy uśmiechnięte. Popołudnie mile spędzone. Dzisiaj, kiedy wspominam Mamę, od razu widzę stare kino i amerykański film. Mam nagrany na kasetę VHS, jeszcze w starej wersji, bez cyfrowej renowacji. Często go oglądam i uśmiechając się do „Świrusa” – Donalda Sutherlanda czy Dużego Joe – Telly’ego Savalasa, wspominam Mamę…

Innym filmem, który utkwił mi w pamięci był „Unkas, ostatni Mohikanin” z 1968 roku.


http://www.filmweb.pl/film/Unkas+ostatni+Mohikanin-1968-179562

Film został niestety zapomniany… tymczasem był to jeden z pierwszych, zapamiętanych przeze mnie filmów, który oglądałam wspólnie „ze szkołą”. Byłam uczennicą szkoły podstawowej nr 4 w Wałbrzychu przy ulicy Świerczewskiego 100 (obecnie Piłsudskiego). W naszej dzielnicy Nowe Miasto, jak w każdej wałbrzyskiej, było kino, nazywało się „Oaza”. Chodziło się tam również podczas lekcji. Tak jak to dzisiaj bywa. W latach sześćdziesiątych panowała moda na filmy indiańskie, w kinach królował dzielny wódz Apaczów Winnetou. Może dlatego Rada Pedagogiczna zdecydowała, że powinniśmy obejrzę ekranizację powieści autentycznego amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Cooper’a. Wszak Karol May nim nie był…

Czy ktoś rozrabiał w czasie seansu? Nie pamiętam. Filmu też nie bardzo. Pamiętam przede wszystkim moment zabicia głównego bohatera – Unkasa i swój płacz. Płakałam chyba przez całą drogę powrotną do domu. Nie mogłam darować łysemu Indianinowi o imieniu Magua, że zabił przystojnego Mohikanina. Kiedy w 1992 roku powstała druga wersja powieści Coopera, szybko pobiegłam do kina. Przeżyłam rozczarowanie. Byłam pewna, że głównym bohaterem będzie ponownie Unkas, tymczasem był to Sokole Oko.

Książkę przeczytałam dopiero niedawno i korzystając z nowoczesnej techniki w postaci laptopa, od razu obejrzałam ponownie film. Cóż, nadal to nie był obraz z dzieciństwa… nadal Unkas pozostał w cieniu innych…

A czy wybraliście się kiedyś do kina zupełnie nie mając pojęcia, jaki film będziecie oglądać? Za moich czasów chodziło się bowiem „do kina” oraz „na film”. Właśnie to pierwsze pojęcie oznaczało, że człowiek wchodził do kina, żeby zabić czas, spędzić go mile lub były to wyprawy na randkę. A ja kiedyś pojechałam do dużego miasta wojewódzkiego do lekarza, takiego półprywatnego, w dawnej spółdzielni lekarskiej. Ruszyłam rano, zarejestrowałam się i miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo lekarz przyjmował dopiero późnym popołudniem. Postanowiłam pójść do kina. Nie było to multipleks z siedmioma salami, bo takowego wówczas zjawiska nie znano. Nie spojrzałam nawet na afisz, kupiłam bilet. Widzów było niewielu, seans o dwunastej przyciągnął jedynie kilku wagarowiczów. No i zaczęło się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że oglądam film kultowy. Bałam się jak przysłowiowa cholera. Zamykałam oczy. Serce podchodziło mi do gardła. Dłonie zaciskałam na poręczach fotela. Najważniejsze, że przeżyłam, w przeciwieństwie do bohaterów filmu. Oto „Obcy – 8 pasażer Nostromo”.

 
http://www.filmweb.pl/Obcy

Od tamtej pory nie zdarzyło mi się już wejść do kina, nie obejrzawszy nawet plakatu.

I kolejny, bardzo wytęskniony i wyczekiwany, by obejrzeć go po raz następny – „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”


http://www.filmweb.pl/film/Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-1977-1219

Po raz pierwszy obejrzałam go w czarno-białym telewizorze. Fabuła jak fabuła, lubię tego typu filmy. Ale już wówczas marzyłam, żeby zobaczyć ten film w kolorze, bo lądowanie obcych na Wieży Diabła  wydawało mi się niesamowite. Doczekałam się kolorowego telewizora i obejrzałam.

Dzisiaj też. Nawet przestawiłam 2D w 3D i fajnie było. Obudziłam tym samym wspomnienia o filmach, które mocno tkwią w mej pamięci…

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

Gorąco w głowie

westerplatte 2

foto pomnika na Westerplatte wykonane przeze mnie w sierpniu 1973 r. aparatem marki „Ami”

Upał. Nie lubię. Nie chcę. Nic mi się nie chce. Wolę minus 20 niż powyżej plus 25. Okna zamknięte. Wiatrak, znaczy się wentylator włączony. Woda w lodówce. Piwo w lodówce. Jak się nie napiję piwa, to nic nie zjem. A mówią, że nawet w upały trzeba jeść…ale alkoholu pić nie można… Jak to pogodzić?  Mówią, że ludzie powinni siedzieć w domu i na upał nie wychodzić. Przed chwila wróciłam z „wyjścia” z psem (trudno to nazwać spacerem). Wszyscy siedzą w domach. Żadnego dzieciaka na podwórku. Żadnego człeka na balkonie. Okna pozamykane. Ludzie posłuszni nakazowi. Jednym słowem kataklizm. Klęska upału. Pozostaje oddać się we władanie myśli swobodnej. I tak jakoś przypomniało mi się kilka przedziwnych sytuacji związanych z historią i polityką.

Minęła rocznica wybuchu Powstanie Warszawskiego, przed nami Święto Wojska Polskiego. Po pierwszym i rzecz jasna przed drugim wydarzeniem tu i ówdzie zadawano dziwne pytania przedstawicielom starszego pokolenia, czyli takim jak ja. Pierwsze brzmiało: „ Czy w waszych czasach (czytaj PRL-u) mówiono o Powstaniu Warszawskim? Czy w ogóle wiedzieliście, że takie powstanie było?” – pytał wprost jeden z dociekliwych internautów. Ręka mi nieco zadrżała, kiedy przeczytałam to na jednym z portali.

No tak, za moich czasów po ulicach chodziły mamuty, a jedyną rzeczą, jakiej nas uczono to było łupanie kamieni…

Drugie pytanie wyjaśniło mi dokładnie przyczynę kiepskich wyników maturalnych z matematyki.

No dobrze, wiem, że pytania miały kontekst polityczny, ale wyjaśnienie młodym się należy.

Kochani, kiedy ja byłam w waszym wieku to żyło znacznie więcej osób, które wojnę przeżyło. Tak trudno to obliczyć? Jak widać trudno. I w związku z tym trudno byłoby nawet w czasach PRL-u ukryć, że powstanie było. Poza tym kochani, mimo że nie mieliśmy internetu, wiedzieliśmy o wielu różnych rzeczach. Nie musieliśmy czekać na szkolne lekcje, na zatwierdzony przez ministerstwo program nauczania, żeby znać historię. O powstaniu w Warszawie też sporo wiedzieliśmy. To przecież za naszych czasów powstał film „Kanał” (ręka w górę – kto oglądał?), a Bratny wydał powieść „Kolumbowie – rocznik dwudziesty” (rękaw w górę – kto czytał?). Na podstawie tej książki nakręcono serial (rękaw w górę – kto oglądał?) Oczywiście interpretacja wydarzeń, ich ocena mogła być inna, wszak inne czasy to były.



Przypomniała mi się jedna z sytuacji szkolnych z ostatnich lat ośmioklasowej podstawówki. Omawiałam właśnie na lekcji opowiadanie Iwaszkiewicza „Ikar” (jak nie znacie, to przeczytajcie). Po przeczytaniu tekstu zadałam standardowe pytanie: „Czy wszystko jasne? Może ktoś czegoś nie rozumie”. I się zaczęło. Co to było gestapo? Dlaczego tego chłopaka zabrano do szpitala? Dlaczego Niemcy mieli osobne miejsca w tramwajach? Jak wojna? Tu nikt nie strzela! Jaka okupacja? Zatkało mnie i nie chciało się odetkać. Podczas przerwy w pokoju nauczycielskim opowiedziałam koleżankom sytuację z lekcji. Odezwała się historyczka:” Nie wymagaj od nich takiej wiedzy. Tematyka II wojny jest dopiero w ósmej klasie w drugim półroczu.”

I to był pierwszy sygnał, że młode pokolenie uczy się historii w inny sposób niż moje.

Bo my moi drodzy słuchaliśmy opowieści starszych osób, bo my moi drodzy sami szukaliśmy w bibliotekach książek, bo my moi drodzy po prostu wiedzieliśmy…

westerplatte 1

Ja z najbliższymi pod pomnikiem na Westerplatte – sierpień 1973. 

Nie pamiętam zatem, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się o Powstaniu Warszawskim, o wydarzeniach w Katyniu, o walce na Westerplatte, o Hubalu… Skąd bierze się zatem wasze pytanie o to, czy mówiono w zamierzchłych czasach o historii Polski? Myślę, że są tacy, którym zależy, by wciskać wam kit, że moje pokolenie to było dno i wodorosty. I dziś w ten upalny sierpniowy dzień mówię NIE parówkowym skrytożercom ( jak powiedział klasyk w „Misiu”).

Teraz bardziej polityczne pytanie często zadawane mi przez młode pokolenie: „Jak była ciocia prześladowana za czasów komuny?”. I co mam odpowiedzieć? Poprawnie politycznie, czyli dopisać sobie kilka faktów w życiorysie? Czy niepoprawnie, ale zgodnie z prawdą – ani ciocia, ani jej rodzina nie była prześladowana. Z jednym wyjątkiem – daleki kuzyn został przeniesiony z Politechniki Wrocławskiej do jej filii w Wałbrzychu. Protestował w 1968 roku. Kara dotkliwa nie była, wszak kuzyn mieszkał w Wałbrzychu… Jeśli zatem nie byłam prześladowana, to pewnie byłam mocno związana z komuną. Tak, zwłaszcza z tą opisana w poemacie Broniewskiego „Komuna Paryska”.

 „Noc, rozświetlona łuną,

złowroga, ciężka.

Chmurami ponad Komuną

zawisła klęska.

 

Zostało już niewiele

barykad i nadziei.

„Na śmierć, obywatele,

pójdziemy po kolei.”

 Uwielbiałam ten poemat, jak i uwielbiałam Broniewskiego, poetę uznanego swego czasu za piewcę komuny. A co najciekawsze – jeden z zespołów zajmujących się tworzeniem utworów patriotycznych, sięgnął właśnie po Broniewskiego…



Zatem nie byłam prześladowana, moja rodzina nie była związana z władzami ani poprzednimi, ani następnymi. Dzięki temu mogę więc pisać co myślę!

 

Bogowie Idy

58934a8a42872ef8e9964d706019da18,641,0,0,0

Nie będę udawała, że „Ida” powaliła mnie na kolana, bo zrobiła to „Sala samobójców”. Nie będę wykrzykiwała, że to najlepszy polski film od czasów potopu, bo inne według mnie były lepsze, a „Ziemia obiecana” stoi u mnie ciągle na najwyższym stopniu podium. Nie będę wieszała na „Idzie” psów, bo mam swego pieska i uważam, że zwierzęta trzeba szanować. Nie poprę politycznych przeciwników filmu, bo nie zniżę się do ich poziomu.

Nie siedziałam w nocy przed kompem, by usłyszeć werdykt jury. Rano najpierw wyprowadziłam psa, potem poszłam na zakupy i dopiero przy drugiej kawie włączyłam telewizor. Mimo tego, cieszę się. Po prostu się cieszę.

Międzynarodową sławę filmu Pawlikowskiego przepowiedziała moja koleżanka, mieszkająca od blisko 20 lat w USA. Ją film powalił na kolana, wstrząsnął i na długo pozostał w pamięci, sercu i uczuciach. Czułam, że jeśli „Ida” wyjedzie z Polski w daleki świat, odniesie sukces. Jest bardziej jasna dla ludzi o innej mentalności, innej historii niż dla nas. My ciągle walczymy sami ze sobą, my ciągle zazdrościmy jeden drugiemu, my ciągle jesteśmy bardziej na „Nie”, lubimy cierpieć za miliony, podczas kiedy one mają nas w … gdzieś. Wśród wielu dzisiejszych opinii o oscarowych cechach  polskiego filmu, najbardziej przekonywującym było dla mnie stwierdzenie, że ma on wartości uniwersalne, trafiające do ludzi z innych stron świata. Dla nas jest to film o konkretnej rzeczywistości, konkretnych czasach, ba,  może nawet osobach. Dla widza z zewnątrz tak być wcale nie musi.

Będąc nauczycielem pokazałam uczniom szkoły średniej „Popiół i diament” (książka wyleciała z listy lektur). Pokazałam z marszu, bez wprowadzenia i opowiadania o słusznych i niesłusznych ideach Andrzejewskiego czy Wajdy. Potem była dyskusja. Młodzi ludzie nie zwrócili praktycznie żadnej uwagi na ideologię polityczną. Dla nich był to film o tragizmie wyboru, o młodym człowieku, którego rzeczywistość przygniotła. 

Myślę, że podobnie jest z „Idą”. Trzeba spojrzeć na ten film bez obciążenia dziejowego, bez emocji kto kogo i dlaczego zabijał w tej wojnie (jeśli nie był to faszysta), bez zerkania wrogim okiem na sąsiada.

„Idę” zapewne obejrzę jeszcze kilka razy. Warto znać dobrze film, który odniósł największy sukces w historii polskiej kinematografii. Nie będzie to jednak mój ulubiony film. Dlaczego? Nie jest „z mojej bajki”, jak mówi młodzież. Zapewne też nie będę biegała od kiosku do kiosku, kiedy ukaże się jako dodatek do którejś z gazet, by go koniecznie mieć na swojej półce. Ale uwierzcie – bardzo się cieszę, że Oscara dostał.

A za jakim filmem właśnie ostatnio biegałam o dziesiątej rano w piątek? Oczywiście za przebojem ostatniego roku, za „Bogami”, czyli rewelacyjnie opowiedzianej historii autentycznej. Opowieść o początkach polskich przeszczepów serca ( mięśnia) podbiła serca (dusze) polskich widzów. Mimo tytułu, w filmie bogów nie było. Byli zwykli lekarze i jeden antybohater. Ten ostatni palił, pił i walczył o życie innych ludzi. Był ateistą i uważał, że po śmierci nie ma już nic. Trzeba więc ratować życie, które jest jedno jedyne. Film nie gloryfikuje profesora Religi, nie czyni z niego bohatera godnego pomników, w przeciwieństwie do innych autentycznych postaci, o których nakręcono filmy. I dlatego ten film przyjmujemy jako swój, nasz. I dlatego znalazłam go dopiero w piątym punkcie sprzedaży prasy, kiedy ukazał się na DVD jako dodatek do gazety.  

O polskich filmach można by pisać i pisać… Miejmy nadzieję, że dzięki „Idzie” będą pisać więcej ci zza naszych granic. 

Stare kino

kino 1

I znów naszło mnie na wspomnienia… Ot, koniec  roku, taki czas…Wszystko przez kino, takie małe, ale jak mówi mój syn – z klimatem. Mieszkam bowiem w miejscowości, gdzie jest co prawda galeria handlowa, ale kina nowoczesnego, z iluś tam salami, po prostu niet. Nadal jednak działa stare kino, oczywiście unowocześnione. 3D można oglądać, dźwięk też jest odpowiedni. Nawet fotele wymieniono.

W święta obejrzeliśmy z synem dwie części „Hobbita”, zatem po świętach poszłam do kina na trzecią.  Wybrałam seans z wersją oryginalną. I nie chodziło tu tylko o to, że umiem czytać. W pierwszej części „Hobbita” zgromadzone w domu Bilba krasnoludy zaśpiewały swą pieśń. Usłyszałam ją w wersji oryginalnej i zrozumiałam ich tęsknotę za domem… A moi znajomi, którzy oglądali wersję z dubbingiem, prawie wcale nie zwrócili uwagi na ten fragment filmu. Utwór oczywiście znali, ale z wykonania Neila Finna  Od dwóch lat więc oglądam filmu w wersjach oryginalnych.

 

Do kina dotarłam dwadzieścia minut przed seansem. Jak zwykle zresztą. I co się okazało?

 

Nie było już biletów!

 

Najpierw zaczął mnie trafiać ten, co to wiecie. Ale po chwili roześmiałam się – rety, kiedy po raz ostatni nie dostałam  się na seans z powodu braku biletów? To musiało być chyba jeszcze przed potopem… Tak, to było jeszcze w moich wałbrzyskich czasach, czyli w „podstawówce” – tej dawniejszej ośmioklasowej.  A jaki to był film? Nie pamiętam… może któraś z części „Winnetou”? W którym kinie? W tym dużym, w centrum miasta czy w tym w mojej dzielnicy, kinie „Oaza” przy Staszica na Nowym Mieście w Wałbrzychu? Nie pamiętam…

 

W grudniu odwiedziłam swoje wałbrzyskie kino. Wejście to samo, sala też ta sama, w ścianie dwa otwory na projektory. Pamiętacie krótką przerwę w trakcie projekcji filmu, kiedy to kończyła się taśma pierwsza i zaczynała taśma druga? Przerwy czasami były dłuższe,  widownia wówczas tupała nogami, gwizdała, dając wyraz swemu niezadowoleniu. W kinie nie wolno było jeść i pić, nie mówiąc już o gadaniu. Do Oazy chodziliśmy często „ze szkołą”. W ten sposób obejrzałam „Gdzie jest generał” i „Polyannę” oraz wiele, wiele innych filmów. I nie wmawiajcie mi, że były to filmy propagandowo-komunistyczne!

 

Do kina chodziłam również ze znajomymi oraz indywidualnie. Na rogu – obecnie Piłsudskiego (dawniej Świerczewskiego) –  i Fredry znajdowała się gablota z repertuarem na cały miesiąc. Informowała o dniach, w których film będzie „grany” i od ilu jest lat. Najważniejsze dla nas ograniczenie wiekowe to „od 16 lat”. Dostać się na taki film bez sprawdzanie legitymacji szkolnej przez panie „bileterki”, to już był sukces. Na filmy „od 18 lat” nawet nie próbowaliśmy wejść. Nie mieliśmy żadnych szans.

 

Gdy rozpoczynał się miesiąc, biegłam na róg ulicy i sprawdzałam, czy jest już repertuar. Potem jeszcze szybko pod kino. Przed wejściem wysiały czarno-białe fotosy. W jednej części gabloty – po jednym z każdego filmu, w drugiej – z filmu akurat wyświetlanego. Jak wybierałam filmy, skoro reklam nie było? Ot, moi drodzy prasę się czytało. Był taki tygodnik „Magazyn Filmowy” i „Film” Człowiek kupował w kiosku, znaczy się zdobywał i czytał o nowościach w kinie.

 

Czasami film polecili koledzy, bo byli „na nim” w innym wałbrzyskim kinie. Ile tych kin było: Barbórka, Mieszko, Zorza, Apollo, Polonia, GDK, „Lalka”. „Victoria”… coś pominęłam? Tradycyjny film fabularny trwał półtorej godziny. Seanse z reguły zaczynały się więc o 16.00. 18.00. 20.00. Przed filmem obowiązkowo Polska Kronika Filmowa.  

 

W niedzielę o 12.00 były jeszcze tzw. poranki – tanie seanse dla małych dzieci. Czasami brałam młodszego brata i szłam z nim do „Oazy” na składankę filmów z Bolkiem i Lolkiem lub Reksiem.

 

Kino na Nowym Mieście padło jak większość kin w Polsce w epoce kaset video. Przez jakiś czas w sali kinowej mieścił się jakiś sklep ze starzyzną. W grudniu tego roku był tam magazyn dla materiałów budowlanych potrzebnych do elewacji budynku. Ktoś szepnął, że ocalały jeszcze projektory, ale kto to wie…

 

Na „Hobbita” wybrałam się następnego dnia. Weszłam do kina i uświadomiłam sobie, że sala jest bardzo podobna do tej w „Oazie”. Siedzę co prawda w fotelu z okularami na nosie, ale fajnie, że stare kina jeszcze żyją…

 

Źródła:

 


http://www.filmweb.pl/film/Pollyanna-1960-36614

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Film_(czasopismo)

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Kina_w_Wa%C5%82brzychu

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Kronika_Filmowa

 

 kino 2

Mój Mordor

Mój Mordor

    Najpierw moja ulica…Ogińskiego…niby ciągle taka sama. Stojące w pochylonym szeregu kamienice zmieniają kolory. Obok mojej pojawia się seledynowa. Jaki kolor chciałabym widzieć na swojej? Gdybym oczywiście tu nadal mieszkała…Brąz? Będzie pasował do seledynowej?

   Idę dalej, do góry. Tu stały butelki z mlekiem, które rano zjawiały się pod mieszkaniem. A tutaj mieszkała krawcowa. Ciocia mieszka nadal. Wujek właśnie odszedł…[*]

   Teraz wierzba płacząca – bohaterka mego wiersza, miejsce po odkrytym basenie, porośnięte trawą i perzem. Wejście na stadion. A może droga do miejsca, które nim było? Betonowe pozostałości po miejscach do siedzenia nie milczą. Wsłuchuję się w dźwięk grudniowych kropel deszczu uderzających w stare schody. Pamiętają czasy dumy, chwały, zwycięstw i honorowych porażek. Zaraz, zaraz po zielonej murawie biegają ludzie. Trwa trening. Gdzieś napisano, że stadion tu jeszcze będzie. Czekam.

   Szpital ciągle ten sam. Zadbany. Miejsce narodzenia przetrwało wielkie wałbrzyskie tąpnięcie.

   Teraz skręcam w Staszica. Starannie wtopione w starą „szeregówkę”  nowe komunalne kamienice podobają mi się.  Po lewej stronie kino Oaza. Nieśmiało wchodzę do środka. „Dzień dobry. Jak dziś film grają?”. Robotnicy wykonujący elewację budynku, jedzą drugie śniadanie. Uśmiechają się. Też jako dzieci przychodzili tutaj na „poranki”. Nam nie trzeba wyjaśniać, co to. W sali kinowej magazyn materiałów budowlanych. „Ta sala kiedyś wydawała się większa…” „..bo pani była mniejsza”. Z tyłu na górze dwa otwory. To stąd „leciały” filmy. Po prawej stronie drzwi. Tędy  wychodziło się po seansie. Napisy „wejście” i „wyjście” miały swój pierwotny sens.

   Piłsudskiego, dawniej Świerczewskiego. Zaraz będzie poczta. Już nie Urząd Pocztowy numer…, jedynie Filia Urzędu Pocztowego numer…Tuż obok najlepsza ciastkarnia w mieście, kiedyś. Ciastka  były po dwa złote. Jeszcze biblioteka, pierwsza w życiu. Zniknął szyld. Książki przetrwały. Po drugiej stronie sklep „u Lusi”. Nie, już nikt tak nie mówi. Dziś to „okrąglak”.

Przy Piłsudskiego 100 stoi „Polo Market”. Nie ma mojej szkoły. Boisko zmienione w parking. Ludzie są zadowoleni, że mają blisko sklep.

……………………………………………………………………..

Wieczorem spotkanie z poezją. Trochę bałaganu, bo poeci nie organizują imprez, gubią się w konwenansach i formach. Słucham wierszy o moim mieście. Odbieram nagrody za swój. Ktoś chwali, ktoś krytykuje. Nieważne. Mam swój pierścień, który rządzi moim życiem.

Mordor

                                               są tacy, którzy Wałbrzych nazywają Mordorem

Urodziłam się w Mordorze,

kiedy Żywy Ogień Koksowniczych Pieców

rozpalał Wnętrze Miasta.

 

Gimli z Ziomalami

dokopywał się do Jądra Ziemi.

 

Po Ciężkim Ulicznym Bruku

jeździły Czterokołowce przyczepione

do Pajęczej Siatki Szeloby.

 

Dziś gołe oko saurona nie świeci nad mordorem

elfy odpłynęły w głąb pełcznicy

belrog z gollumem  utopili się w ostatnim szybie kopalni

krasnoludy leczą pylicę

aragorn z arweną wyjechali w nieznane

 

Ściskam w dłoni

Pierścień.

Wykułam go w ogniu Góry Przeznaczenia

Z węgla i łez.

 

Zawładnął mą duszą,

poruszył serce,

wbił się w mózg

i trwa.

 

Nie wychodź Frodo z Shire.

Pal z Gandalfem fajkowe ziele.

Nie zabieraj Różyczce ukochanego Sama.

 

Dokończ historię Bilba.

 

Twojej nie będzie…..