Rzadko na moich wargach…

x

Przez dwa dni w roku – 10 oraz 11 listopada – słowo patriotyzm odmieniane jest we wszystkich deklinacjach, koniugacjach w wyniku stosowania wszelkich wyrazów pokrewnych i bliskoznacznych z wiadomym słowem połączonych. Znakomity materiał do przeprowadzenia super lekcji polskiego uwzględniającej gramatykę, ortografię, literaturę, wychowanie w rodzinie, religię… słowem zajęcia zintegrowane. I takie też lekcje przeprowadzałam, kiedy nauczycielem byłam.  

Dziś będzie inaczej. Dziś podejmę próbę odpowiedzi na pytanie czym jest patriotyzm i kto patriotą jest. W listopadzie praktycznie wszyscy próbują na te pytania odpowiedzieć. Nie będę gorsza.

Słowniki tłumaczą prosto i zwięźle – patriotyzm to „szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją.”

W praktyce tak prosto nie jest.

My, Polacy, przede wszystkim kochamy walkę o wolność Ojczyzny. Najlepiej jeśli wrogowie przychodzą z zewnątrz, nocą „kolbami w drzwi załomocą”. Wtedy „stań u drzwi, bagnet na broń”. Oj, Broniewski, Broniewski, napisałeś i tak już zostało. A sprawa wroga wcale nie jest taka prosta.

Oto II wojna światowa zakończona w 1945 roku przez trzech facetów, co to zaczęli rozmawiać ze sobą w Jałcie, a skończyli w Poczdamie. Do roku ok. 1989 uważano za patriotów tych, co weszli na teren okupowanej Polski od wschodu wraz z wybranymi osobami z formacji zachodnich, za jakie uważano Armię Krajową. Po 1989 wszystko się zmieniło. Bijący hitlerowców członkowie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wcale patriotami nie byli, bo przyciągnęli za sobą „ruskich”. Patriotami stali się wszyscy ci, co z „ruskimi” walczyli. Tacy członkowie armii Andersa, co to walczyli za wolność waszą i naszą u stóp Monte Cassino.

Obecnie sporo jest osób, które uważają, iż pojęcie „żołnierz wyklęty” należy się właśnie tym od Kościuszki, bo dziś nikt o nich już nie pamięta, a wielu wyklina.

Zatem walka z wrogiem nie jest jednoznacznym wykładnikiem patriotyzmu. Do końca nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel.

Po 1945 roku nastał w Polsce ustrój zwany socjalistycznym, dziś uważanym za podporządkowany „ruskim”. I tu dopiero zaczynają się schody w definicji patriotyzmu!

Na pewnej lekcji polskiego, w czasach zaawansowanego Gierka, pani w „ogólniaku” rzuciła temat do dyskusji: „ Jak być patriotą w dzisiejszych czasach?” . „Praktycznie się nie da. Wojny brak” – ryknęliśmy na początku. Okazało się, że można. Trzeba się uczyć i pracować ku chwale Polski Ludowej, bo jest to zgodne z założeniami…. pozytywizmu, epoki sprzed, wówczas, stu lat. Znaczy się pracować, pracować i jeszcze raz pracować. W przypadku uczniów oczywiście uczyć się i budować drugą Polskę – hasło z epoki gierkowskiej.

Po latach okazało się, że ci co tę druga Polskę budowali wcale patriotami nie byli, bo budując wspierali reżimowy system.

Czyżby byli nimi ci, co kradli wszystko ci się dało, ze swych zakładów pracy? W końcu kradnąc z państwowej fabryki reżim osłabiali…

Mam wątpliwości. Ostatnio często korzystam z Centralnej Magistrali Kolejowej wybudowanej w latach 1971-1977 oraz tzw. „gierkówki”- drogi szybkiego ruchu zbudowanej w latach 1972-1976. Do dziś wspieram reżim?

Dobra, zostawmy kolej i drogi, zajmijmy się takim na przykład sportem. Wszak sportowcy to patrioci. Reprezentują Ojczyznę. Szanuję barwy narodowe. Ale … Zapewne wiecie, że ustawa dezubekizacyjna objęła również sportowców, którzy reprezentowali ongiś klubu typu „Gwardia” będące klubami milicyjnymi? Jeśli tylko taki mistrz miał w aktach napisane, że pracował w milicji, choćby nie wiem ile medali zdobył, emeryturę mu zmniejszono. I zupełnie nieważne, że człek tylko kopał piłkę… Kto wie, co będzie z kolejne pięćdziesiąt lat… Może okaże się, że taki piłkarz zostanie patriotą?

Podobnie z aktorami, piosenkarzami… grali w filmach powstających za czasów wstrętnej komuny? Grali. Śpiewali na akademiach ku czci? Śpiewali Są zatem patriotami czy nie?

No i moi drodzy zrobiło mi się gorąco.

Kto dzisiaj jest zatem patriotą?

Ten, co wywiesza flagę na balkonie w Święto Niepodległości?

Ten, co uczestniczy w otaczaniu granic Polski różańcem?

Ten, co krzyczy „Polska dla Polaków”?

Ten, co każdego dnia staje na swoim stanowisku pracy w firmie kapitalisty?

Nie wiem… Ale znam jeden wiersz, kiedyś, za czasów socjalizmu, znajdował się w podręczniku do języka polskiego… napisał go Jan Kasprowicz… dawno temu… w okresie I wojny światowej… Wytrzymacie jeszcze trochę i przeczytajcie… wszak Polska jest tylko jedna….



 

polecam inne swoje blogi:

http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

http://belfer59.piszecomysle.pl/
 

 

 

Czas patriotów

14202709_953370414808876_5902896530807472948_n

Hala Mistrzów – Włocławek 

Niedawno kibicowałam polskiej reprezentacji w koszykówce. Nasi grali z Portugalią. Do Włocławka, na zaproszenie kibiców tamtejszego Anwilu,  zjechali kibice z całej Polski. Spotkałam ludzi z Wałbrzycha, Pruszkowa, Starogardu Gdańskiego, Rudy Śląskiej, Koszalina… pewnie nie wszystkich wymieniłam…. Był wielki doping. Było zwycięstwo. I są refleksje. Patriotyczne.

Bo dzisiejszy patriotyzm najmocniej widoczny jest podczas sportowych zmagań. To na meczach reprezentacji narodowej jest zawsze biało – czerwono, to na lekkoatletycznej bieżni zwycięzca biegnie z biało – czerwoną, to podczas wciągania polskiej flagi na olimpijski maszt zwycięzców, łza kręci się w oku – sportowcom i kibicom.    

Biję się w piersi – moja pierwsza flaga biało-czerwona pojawiła się w momencie wyjazdu na mecz Eurobasketu w 2009 do Łodzi. Pamiętam, że szukaliśmy jej dość długo w wielu sklepach. Kupiliśmy w sklepie z odzieżą robotniczą. Dziś wywieszam ją również na balkonie podczas narodowych świąt.

W Łodzi po raz pierwszy poczułam dreszcz na ciele podczas śpiewania polskiego hymnu przez dziesięciotysięczny tłum. Nie, nie słuchania, jak to bywało na poważnych rocznicowych wydarzeniach, w których brałam udział. Bo na meczach kibice śpiewają. We Włocławku odśpiewali całe cztery zwrotki. Na początku i na końcu meczu. Stojąc na baczność z szalikami uniesionymi ku górze. Żeby zrozumieć, jaka siłą tkwi w śpiewie kibiców, okrzykach dopingujących do walki o zwycięstwo, trzeba choć raz znaleźć się wśród nich. Są szczerzy i spontaniczni w swych reakcjach. Kochają narodowe barwy. Nikt nie nakazuje im przynoszenia flag na stadiony i do hal. Wprowadzają je tam sami, w ilościach, jakich nie ujrzy się na żadnej poważnej uroczystości. Przypomnijmy sobie polskie okna i balkony  w czasie piłkarskich mistrzostw Europy w 2012. Porównajmy to z widokiem podczas narodowych świąt… Może lepiej nie…. 

O kibicach napisałam kiedyś wiersz. Został wyróżniony na jednym z konkursów poezji patriotycznej…


http://www.czarownice.kosz.pl/news-8393-Kibice.php

Młodzi mają swych bohaterów narodowych. Rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uczynili swoim świętem. Czczą po swojemu. Organizują koncerty. Rapują. Odpalają race. Stają na skrzyżowaniach podczas minuty ciszy. Wznoszą okrzyki. Tworzą transparenty. Pamiętają.

Niektórzy zarzucają im, że wykorzystują narodowe elementy w celach komercyjnych i z hołdem dla poległych nie ma to nic wspólnego. Nie, to nie tak. To po prostu znak czasu, inne pokolenie, inna forma okazywania miłości do Ojczyzny. Niech noszą koszulki ze białym orłem, wizerunkami bohaterów, symbolami narodowymi.

„Są ludźmi ulicy – mówi mój warszawski kumpel, który ze sportem nie  ma nic wspólnego – w pozytywnym znaczeniu oczywiście. We wrześniu 1939 wielcy opuścili Warszawę, bronili jej przeciętni mieszkańcy, zwykli żołnierze. W sierpniu 1944 też lud warszawski chwycił za broń…. dlatego młodzi tak cenią sobie powstańczą walkę. Gdyby dziś przyszło zagrożenie, to właśnie ludzie kibicom podobni obroniliby nas” – kontynuuje kumpel. 

Na szczęście nie muszą walczyć. Chcą jednak pokazać, jak wielką wartość ma dla nich Polska.

Oto młoda raperka Sara Konert – „5tka” –  nagrywa utwór o bohaterce wojennej „córce tej samej ziemi, co ona”. Organizuje uroczystą premierę teledysku, podczas której jest też poważny wykład poświęcony młodej Jadzi. „5tka” ma dziś tyle lat, co Jadzia, kiedy oddala życie za Ojczyznę…



To jedna z tysięcy, dziesiątków tysięcy młodych osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Dla młodych ludzi Ziemi Łomżyńskiej właśnie ona staje się symbolem patriotyzmu. Odkrywając jej losy, młodzi uczą się historii swej małej Ojczyzny. W innej części Polski inni robią to samo. Tam jest inny bohater. Dobrze, że szukają ich blisko siebie. Razem uczą się historii narodu. W innej formie niż robiło to moje pokolenie i poprzednie, i jeszcze wcześniejsze. To jest ich forma. Nie zabierajmy im tego. Nie krytykujmy. Cieszmy się, że coś zdołaliśmy im przekazać, a oni to coś ubrali we własny kształt, we własna muzykę, we własną koszulkę.

„Rety, wy znacie wszystkie zwrotki hymnu… myślałam, że dzisiejsza młodzież to już nie taka patriotyczna” – mówię podczas meczu do stojącego obok mnie kibica. „ Ciociu – uśmiechną się bratanek „po szalu”, czyli też kibic Górnika Wałbrzych – teraz właśnie jest czas patriotów!”

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Po prostu – FLAGA

kolonie przytok

uczestnicy kolonii letnich KWK „Wałbrzych” – Przytok k/ Zielonej Góry – 1969 r.

Wśród symboli narodowych najważniejszym jest flaga. Najważniejszym i najprostszym. Wystarczy tkanina w odpowiednich barwach, igła, nitka, kilka ruchów ręką i mamy narodowy symbol. Do flagi należy odnosić się z szacunkiem. I tak w zasadzie jest… nie będę się czepiała.  

 

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie blogerka Ewa pisząc swój.

 
http://mojeroznepodroze.blogspot.com/2016/03/ceremonia.html#more

 Odżyły we mnie wspomnienia dzieciństwa związane z podobnym ceremoniałem.

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Pewnie jeszcze będę do nich wracała…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami 8-)  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii (chyba, bo znowu skleroza). Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….

folder 5

Eurobasket 2009 – Łódź

Ale to już temat na nowy tekst…