O lekturach słów kilka…

ter

I oto mamy kolejną narodową dyskusję na temat, na którym wszyscy się znają. Nie, nie o piłkę nożną chodzi. O szkołę chodzi. O reformę chodzi. Jako nauczyciel na zasłużonej emeryturze, dorabiający  w sytuacjach i miejscach, w których inni nie chcą, atakowana jestem ze wszystkich stron. Co myślę, o czym myślę i jak myślę. Dziś będzie o myśleniu na temat szklonych lektur.

Czy zauważyliście, że gorąca narodowa dyskusja edukacyjna skupia się na przedmiotach humanistycznych? Nikt nie toczy bojów o program z matmy, fizy czy chemii, natomiast podstawa programowa z histy to już sprawa sejmu, senatu i zgromadzenia stowarzyszeń wszelkiej maści. Iskrzy, gotuje się, gorączka na całego. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że takie nauki humanistyczne zysku nie przynoszą. Są oczywiście studia humanistyczne, po których cała rzesza absolwentów poszukuje pracy. Bo ilu można mieć nauczycieli polaka, ilu animatorów kultury, ilu pedagogów w szkołach, w których brak forsy na cokolwiek… Taki matematyk to co innego. Zawsze może zatrudnić się przy statystykach, w przeciwieństwie do biednego magistra filologii polskiej. Dobra koniec z narzekaniem. Czas na konkrety.

Jaki zatem powinien być zestaw lektur szkolnych?

Przede wszystkim wzięłabym się poważnie za weryfikację twórczości Mickiewicza. W swych tekstach wyraźnie promuje Litwę jako ojczyznę moją. Mój kraj to Polska właśnie i nie widzę sensu zmieniania obywatelstwa. Co, kiedyś jej część była w Polsce? Ale kiedy to było…. przed potopem chyba. W każdym razie Litwa jako ojczyzna dziś się nie przyjmuje. Może jedynie wzbudzać jakieś emocje rewizjonistyczne. Bezwarunkowo usunęłabym też Konrada Wallenroda. Nie dość, że Litwin, to jeszcze Niemiec i do tego szef zakonu, który nic dobrego dla Polski nie zrobił.

Z Mickiewicza pozostawiłabym jedynie wiersz „Polały się łzy rzęsiste…” z cytatem „Wiek męski, wiek klęski”.

Słowacki też mi się nie podoba. Jego Kordian dokonuje wewnętrznej przemiany na szczycie Mont Blanc, znaczy się na terenie UE, jakby u nas Rysów nie było. Do tego wzywa na patrona swych działań bohatera narodowego Szwajcarii. Słowem skandal. 

Podobnie z Wyspiańskim. W „Weselu” prezentuje niejakiego Wernyhorę –ukraińskiego Kozaka, który przynosi złoty róg mający zagrzewać Polaków do boju. Ludzie, obcy w naszym domu ma nam nakazywać kiedy i kogo mamy tłuc?

Weryfikacji powinien ulec Żeromski. Jego „Przedwiośnie” i wizja szklanych domów to wyraźna prowokacja, znaczy się jaja z wszelkich programów wyborczych. Nagadać, naobiecywać, zachęcić do powrotu z Wielkiej Brytanii (tak, wiem, wtedy o Rosję chodziło, stary Baryka wracał wraz z synem, ale co tam, zawsze to powrót do kraju), a potem pokazać zaniedbane polskie wsie i miasteczka. Na szkodę elit wpłynąć może opis majątku Nawłoć i wielkopańskie zabawy. Po co młodym ludziom pokazywać jak żyją ważni kosztem mniej ważnych? Koronnym argumentem za  usunięciem „Przedwiośnia” jest oczywiście marsz młodego Baryki na Belweder. Oj niebezpieczne, niebezpieczne działanie… wszak lektury powinny mieć wartość ponadczasową.

Ale „Siłaczkę” bym zostawiła. Idealna wizja pracy za darmo w polskich szkołach. Piękny sielski obrazek umierającej nauczycielki w objęciach wiedzy, nauki i tyfusu. W sam raz na propagowanie pracy u podstaw wśród młodych ludzi i przyzwyczajania do pracy za darmochę, na „śmieciówkach”. Wszak nie żarcie się liczy, tylko idea.  

Lećmy dalej. Rej też w odstawkę. Pleban może się obrazić. Kochanowski – do kąta za szerzenie pijaństwa we fraszkach oraz wątpienie w istnienie Najwyższego w trenie X „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest”. O poezji barokowej nie wspomnę. „Nagrobek ku…”, „Nagrobek kusiowi”…. jawna pornografia. Usuwamy całego Fredrę. Bez dyskusji i wskazywania tytułów, bo może jeszcze młodzież zechce przeczytać.

Do weryfikacji oczywiście Sienkiewicz i jego „W pustyni i w puszczy”. Przedstawia Mahdiego jako kidnapera i zabójcę, tymczasem walczył on o wolność swego kraju. A „Pies, który jeździł koleją” Pisarskiego? Bez biletu? Gdzie kontrolerzy?

Rety, została nam jeszcze literatura oświecenia, Młodej Polski, dwudziestolecia, współczesna… A wywalić wszystko!

Zostawić instrukcję głosowania w następnych wyborach. Obojętnie do czego.    

 

 

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Popęd pędzi pędem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedawno, na wiadomym portalu, uczestniczyłam w dyskusji na temat wczesnego rozpoczynania życia seksualnego. Punktem wyjście był „alarmujący raport” o tym, że „siedmiu na dziesięciu gimnazjalistów ma za sobą inicjację seksualną. (…) a co ósma gimnazjalistka prowadzi regularne życie seksualne”. Przypomniała mi się pewna para, która wieczorem siedziała na ukrytej wśród krzewów ławce. Spacerowałam z psem i ujrzałam dwoje małolatów patrzących sobie w oczy… szepczących coś do ucha… on delikatnie obejmował ją ramieniem…słowem… wyglądali cudownie… aż mnie żal du… ściskał, że mnie nikt tak nie obejmuje… I właśnie po przeczytaniu o alarmie w sprawie seksu, wyobraziłam sobie owa parę w sytuacji „łóżkowej”. Też pewnie byłoby pięknie…

W związku z tym pod artykułem zamieściłam notkę:” A co w tym złego?” (że ten seks w gimnazjum).

Pierwszy odzew: „Poza tym, że często odbywa się to z przypadkowym partnerem, bez zabezpieczenia i dla niektórych kończy się niechcianą ciążą to zupełnie nie ma w tym nic złego”.

Zaraz, zaraz, czy tylko nastolatkowie robią to  z przypadkowymi partnerami? Tyle tylko, że dorośli to się raczej nie przyznają lub uznają owe „uprawianie seksu” jako dyscyplinę sportową. A gimbaza chwali się! A ciąża? Pochodzę z czasów, kiedy ciąż było jak „mrówków”. Nastoletnie dziewczyny zachodziły nałogowo, potem szybko wychodziły za mąż i rodziły. Jednym słowem panien w ciąży nie było. A jeśli jakiejś się trafiło, to sprawę ukrywano, oj ukrywano. Albo co gorsza – ciążę usuwano.

Tyle tylko co złego jest w ciąży? W czasach minusowego przyrostu naturalnego każde poczęcie jest na wagę istnienia ludzkości na terenach między Bugiem a Odrą i Bałtykiem a Tatrami. Gimnazjalistka w ciąży otoczona jest ze wszystkich stron opieką. Nauczanie indywidualne, pomoc społeczna, wsparcie Rady Pedagogicznej… Dlaczego zatem panikować z powodu poczętego dziecka? Aha, bo dorośli są bardziej odpowiedzialni za swoje plemniki i komórki jajowe. Oczywiście. Do tego stopnia, że w ogóle nie zamieniają ich w dziecko lub właśnie narodzone przekazują dziadkom i babciom do wychowania.

Potem w dyskusji pojawiła się matczyna troska, o to, by dziecię poszło do łóżka świadomie i bez presji.

O i tu już mamy postęp. Za moich czasów pójście do wyra z osobą płci przeciwnej w ogóle nie wchodziło w rachubę. A z tą samą płcią? Sodoma i Gomora! Cnota aż do ślubu! Zamieszkanie razem przed ślubem? To skandal! No więc ciągał się człowiek po jakiś akademikach, wypytywał, kto ma wolną chatę, w tajemnicy wyjeżdżał pod namiot, ukrywał się na łąkach, o innych miejscach nie wspomnę… Ale za to jakie pozycje w tych trudnych warunkach opanował! Kamasutra to przy tym piskuś!  Wszystko oczywiście robił bardzo świadomie. I uwaga! Ma na starość co wspominać!

Lećmy dalej. Oczywiście w dyskusji wynikł problem edukacji. Kto ma gimbazę uświadamiać? Sorry, gimbusy są już uświadomione. Trza nam do podstawówki. Tu od lat uważam tak samo. Edukację seksualną powinni prowadzić rodzice. Jeśli nawet zostali nimi w bardzo młodym wieku, to chyba przez 10 lat dorośli i mogą dziecko uświadomić. Chyba, że rzeczywiście dziecię uświadomi się samo… jak to za moich czasów bywało.

Mówią, że teraz to wszystko przez internet. My też mieliśmy taki internet, tyle, że w wersji drukowanej. Zakazana lektura jakoś do nas trafiała.

 (Czasami mam  wrażenie, że ukrywane w domach książki pojawiały się w pewnym momencie na widoku… tak, żeby małolat sam po nie sięgnął. Czyżby rodzice sami wyciągali je z zakamarków i podsuwali?)

Do dziś pamiętam… biało-czerwona okładka, a na niej zakazany tytuł ”Życie płciowe człowieka”… tajne spotkania, czytanie…. dyskusja… Zajęcia praktyczne?

Spotykałyśmy się w babskim gronie. Kiedy już tematykę poczęcia utrwaliłyśmy, nadszedł czas na poród. Jedna koleżanka na kanapie z lalką we wiadomym miejscu, druga – w charakterze położnej, trzecia czyta. „Nie tak, wolniej…bo główkę urwiesz”. I tematyka położnicza została opanowana.

Moje pokolenie wiadomości o poczęciu miało na lekcjach biologii dopiero w ósmej klasie, takiej obecnej drugiej gimnazjum. I dzisiaj i wtedy wszyscy byli już dokładnie uświadomieni.

W dalszym ciągu portalowej dyskusji odezwał się głos męski: „Siedmiu ma inicjacje za sobą, a pozostałych trzech nosi rurki”.

Rety, o co chodzi z tymi rurkami – młode pokolenie wprawiło mnie w zakłopotanie. Szybko włączyłam wujka Google… kolejne rety… spodnie typu rurki to dopiero jest problem!  Dla jednych seksowne, dla innych pozbawione męskości, dziewczynom się podoba, jak chłopak ma wszystko ściśnięte, niektórym chłopakom też jest przyjemnie…tu wrzask, tu poparcie, tu obrażanie płci trzeciej… Rurki to spodnie kontrowersyjne. Kiedyś miałam takie, ale właśnie schudłam i rurki już rurkami nie są. Byłam kontrowersyjna, nie jestem…

W sumie to i dobrze, niech młodzi w rurkach sobie pędzą pędem ze swym popędem. Takie ich prawo.  

Powrót do przeszłości

 wchodzę do szkoły

Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu już nie ma… foto z 2008 roku

Jasne, że do mnie zwracają się młodsi stażem nauczyciele, by zapytać o tę nową reformę w szkolnictwie! Jasne – jestem przecież z pokolenia, co to nie jedne reformy, slipy i stringi widziały i w nich pracowały. Zatem, żeby tak nie każdemu z osobna, po ileś razy to samo, piszę!

Więc jest tak, no było kiedyś tak:

Pierwsza reforma, która osobiście mnie dotknęła, to był rok 1961 i wprowadzenie podstawowej szkoły ośmioklasowej. Parę z moich koleżanek w podobnym wieku (na starość wiek się wyrównuje) chodziło do Szkoły Podstawowej nr 4 przy ulicy Świerczewskiego 100 w Wałbrzychu tylko siedem lat. Ja – osiem, miałam być od nich mądrzejsza o ten rok. Dziś żadnej różnicy nie widzę. Skleroza ta sama.

Ale już w 1973 powstała nowa idea – szkoła podstawowa dziesięcioletnia. Mówiono o niej przez kilka lat. Zdążyłam zdać maturę, nie dostać się na studia i podjąć pracę na wsi, jako taka siłaczka (patrz – Żeromski). Na wsi zastałam kolejny etap reformy – zbiorcze szkoły gminne. W stolicy gminy była szkoła główna, we wsiach – jej filie. Był dyrektor gminny i dyrektorzy szkół. W gminnej były narady, rady i balangi z okazji Dnia Nauczyciela. Na takie balangi woził nas wyznaczony przez sołtysa rolnik ze wsi macierzystej. Fajnie było. I tak sobie przepracowałam kilka lat w tych gminnych, obserwując równocześnie, jak oddala się idea „dziesięciolatek”. A przecież już w rękach miałam program nauczania języka polskiego w takiej szkole! Nawet mnie się podobał. Dlaczego idea padła? Nie pamiętam.

W każdym razie pracowałam w zwykłej podstawówce. I też fajnie było. Gdy gruchnęła informacja o powstaniu gimnazjum, szybko zwiałam do szkoły średniej. Bo moi kochani, ja od zawsze byłam przeciwko gimnazjom… Dla mnie to nie były reformy, to były stringi.  I w ostateczności w gimnazjum wylądowałam, moje obawy sprawdziły się, a ja w tej szkole, mając dosyć nauczania, swą karierę nauczycielką zakończyłam.

Dzisiaj mówi się o kolejnej reformie… zaraz, zaraz, jakiej reformie? Przecież to klasyczny powrót do  roku 1961! Będziemy ponownie mieli klasyczną podstawówkę! Młodzi się boją. Czego – pytam się. Wszak większość taką szkołę kończyła. Ci z gimnazjum pewnie nie załapali się do szkoły jako nauczyciele, bo trafili na reformę emerytalną, w związku z którą, nauczyciele na wcześniejszą emeryturę nie mogą odejść i nadal uczą.

Nie, moi kochani przeciwnicy powrotu do szkoły w PRL-u, nikt nie wrzuca do jednego wora dzieci i młodzieży. Jak mnie skleroza nie myli, maluchy zawsze uczyły się na parterze. Ba, ja w klasach I – II uczyłam się w zupełnie innym budynku. Na parterze dzieciaki miały specjalnie dostosowana dla nich toaletę, czyli wszystko było mniejsze. Nikt ze starszych tu nie zaglądał, bo i po co? Czy ktoś z was pamięta, żeby łaził do smarkaterii? A jak się jakiś zabłąkany nastolatek trafił, to momentalnie go przeganiano. Za to maluchy były źródłem wiedzy wszelakiej! Ileż to razy korzystałam z ich detektywistycznych usług przy poszukiwaniu sprawcy szkolnego przestępstwa! Dzieciaki dokładnie świat obserwowały i donosiły.

nauczanie początkowe

budynek z klasami I-II Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu – obecnie przedszkole – foto z 2008

Przez osiem lat nauki w jednej szkole, w jednej klasie, człowiek zżył się ze sobą. Po latach bardziej pamiętam czas „podstawówki” niż liceum. Zwłaszcza ósmą klasę. Było się najstarszym w szkole i „rządziło”. Ale zanim się nastolatek rozkręcił, trafiał do szkoły średniej i jego zapędy w kierunku posiadania szkolnej władzy osłabły. Znowu był najmłodszy. I starsi wskazywali mu miejsce w szeregu.

Jako nauczyciel nieźle pamiętam uczniów z licznych klas „podstawówki”. Z reguły uczyłam ich pięć lat. Kochani gimnazjaliści, wybaczcie, mieszacie mi się, nie poznaję was na ulicy… to były tylko trzy lata…Niedawno spotkałam swą byłą gimnazjalistkę. Zapytałam o innych z jej klasy. Przyznała  się bez bicia – kontakt ma z ludźmi z „podstawówki” – sześć, a nawet siedem lat w jednej klasie. Trzyletnie gimnazjum i takie samo liceum mocnych więzi nie wytworzyło.

W gimnazjach rzeczywiście skupiono ludzi w wieku „burzy i naporu”. Wraz ze zmianą sposobu wychowywania dzieci, szkoły te stały się mieszanką wybuchową. Problemy, kłopoty, bunty nastolatków – cecha całej szkoły. W dawnej „podstawówce” nastolatków było mniej. Łatwiej można było nad nimi zapanować. Długo i namiętnie mogłabym wspominać czasy gimnazjalne od tej strony…

Przeżywając kolejne reformy w moim życiu, nie zmieniło się tylko jedno – ciągle uczyłam, że „pana Tadeusza” napisał Mickiewicz.

Zatem moi kochani młodzi nauczyciele…. Nie bójcie się kolejnej reformy, która reformą nie jest. To tylko powrót do starego porządku. Nie wszystko w „komunie” było złe, obecny rząd to docenia, tylko się jakoś nie chce do tego przyznać.

Jest jednak ważne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – czy nas, naród polski stać obecnie na kolejna reformę oświatową?

 

Wielkie nagrody

poeta

W pewnym zwykłym (ok. 60 tys. mieszkańców) mieście sportowa drużyna gimnazjalistów zdobyła tytuł „Drużyny Roku”. Za to wyróżnienie otrzymała nagrodę od władz miasta – 10 piłek do uprawianej przez nią dyscypliny sportu. Piłki widoczne na zdjęciu, umieszczonym w miejskim portalu, kosztują od 90 do 120 zł. Łatwo obliczyć, ile „miasto” zainwestowało, przepraszam, ile kosztowało je podziękowanie młodym sportowcom za sukcesy owe miasto promujące.

Kiedyś jedna z polskich pływaczek narobiła szumu w związku z nagroda za miejsce na podium w postaci 200 zł. Opowiadała potem, ile trudu kosztuje ją trening, ile forsy trzeba dać za sprzęt sportowy i co może kupić za nagrodę – okularki do wody.

Moja koleżanka otrzymała nagrodę w konkursie poetyckim – tablet. Identyczny widziała w „Biedronce” za 150 zł.

I właściwie, czego ja chcę się przyczepić?

Piłki z „miasta’ trafiły do szkoły, a jak wiadomo szkolnictwo jest bardzo niedoinwestowane, a taki zastrzyk ponadprogramowy od władz mocno i wyraźnie poprawi stan sprzętu sportowego w szkolnym magazynku. Skorzysta z niej również młodzież, która wcześniej zdobyła kilka znaczących medali na różnych imprezach. Dobrze, nie wszyscy… część już opuściła szkolne mury, bo gimbazę skończyła. Ale ogólnie wszystko gra. Młodzi sportowcy nagród indywidualnych nie dostali, wszak stanowią drużynę. Dla nich, jeszcze niezdeprawowanych komercją i materializmem, najważniejszą nagrodą były zwycięstwa i możliwość uprawiania sportu, stworzona oczywiście przez „miasto”. Gdyby nie sala gimnastyczna, szkolne boisko i zatrudnienie nauczycieli, nic z sukcesów sportowych by nie wyszło. A poza tym młodzież powinna biegać i skakać, to konieczne dla prawidłowego rozwoju. Zamiast siedzieć przy kompie, jak ja teraz, pobiegali trochę po boisku. Aha, szóstki z wuefu też każdy dostał.

I czego ja się czepiam?

Jeśli chodzi o pływaczkę, to ta już powinna znać prawa rynku. Żeby coś zdobyć, trzeba najpierw zainwestować. Ktoś wykłada duże pieniądze, żeby mogła bezpłatnie trenować na basenie. A ile normalnego człowieka kosztuje wejście na basen? Ktoś zatrudnia trenera, ktoś opłaca ową wodę w basenie, prąd w szatni… Ktoś już inwestuje w obiecującego sportowca, a ten marudzi, że kąpielówki nowe musi se kupić… Niech też zainwestuje w siebie, wykorzystuje stworzone mu warunki, walczy, wygrywa, a potem forsa sama mu będzie wpadać do kieszeni. Będą reklamy, będą wywiady, wizyty w zakładach pracy.

I czego ja się czepiam?

Poeci to podobny temat. Siedzi taki w domu, pisze długopisem, ołówkiem lub klika w klawiaturę. Za kołnierz mu nie pada, wysiłku żadnego. Czasami spojrzy w okno, by muza na niego spłynęła… Jaka praca, taka nagroda. Poza tym tablet taki zły nie był. Pożyczyłam od koleżanki w czasie choroby, kiedy laptop był za duży do klikania podczas leżenia w łóżku.

I czego ja się czepiam…

Niby niczego… tu 1000 zł, tu 200, tu 150… Nie widziałam, żeby takie sumy chodziły swobodnie po ulicy. Człek, jak znajdzie na chodniku złotówkę, to się cieszy. Ba, złotówkę… 50 gr też pieniądz!

I dochodzę do sedna sprawy…

Ostatnio zaproszono mnie na oficjalną imprezę z udziałem ważnych ludzi. Wśród wielu tematów pojawił się również wątek wartości pieniądza. Przy szwedzkim stole padały takie sumy, że mój emerytalny umysł nie ogarniał. Ktoś właśnie stwierdził, że jako szef firmy dał sobie podwyżkę i teraz zarabia ponad 10 tys. Prawnik poinformował, że dostał nowa pracę na pół etatu i skosi kolejne 5 patyków. Pani pochwaliła się innej pani, iż kupiła córce mieszkanie, bardzo tanio, bo za 130 tys. No pewnie, że tanio. W Warszawie przedpokój tyle kosztuje. Próbowałam przebić się z tematem wartości pieniądza w wydaniu zusowskim. Szybko mi uświadomiono, że przecież emeryci każdego roku dostają podwyżki i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ciągle narzekają. Jak się nie chce pracować, tylko siedzieć na emeryturze, to się nie ma forsy. I tyle.

I tak sobie przeanalizowałam nagrody. Drużyną już nie będę i nie dostanę piłek za całe 1000 zł. Pływaczką też nie. Może zatem skrobnę jakiś wiersz? Może wygram jakiś konkurs, dostanę tablet lub książkę… a potem sprzedam. A co, wolno mi będzie!  

 

Cegłą w mur

wall30th_big

 

Pod choinkę Mikołaj przyniósł mi winylową reedycję słynnego albumu grupy Pink Floyd „The wall”. Podczas słuchania odżyły wspomnienia. Zwłaszcza słynny kawałek „Another brick in the wall” – tylko cegła w murze… Klasyczny protest song przeciwko …. szkole.

“Hey, Teacher, leave us kids alone !” czyli “Hej nauczycielu, zostaw nas dzieci w spokoju!”

„My nie chcemy edukacji i kontroli naszych serc!” – krzyczało pokolenie lat 80-tych…

Ja też sobie kiedyś pokrzyczałam… Bunt przeciwko szkole wyraziłam, kiedy byłam już nauczycielem. Doświadczonym. Ze stażem. W gimnazjum. A było to tak:

W ramach uroczystości szkolnych przydzielono mi przygotowanie tzw. części artystycznej na uroczystość zakończenia roku szkolnego przez  uczniów klas trzecich.

Wymyśliłam kolejną z rzędu inscenizację. W oparciu o „Zemstę” Fredry. Nauczyciele to Cześnik, uczniowie Rejent, czy odwrotnie, nie pamiętam. Naczelne miejsce na scenie zajął mur graniczny. Wiadomo, taka barykada między uczniami a nauczycielami. Przerobiłam tekst fredrowski na uczniowski, wybrałam „aktorów” i rozpoczęliśmy próby.  W sumie inscenizacja nie wymagała oprawy muzycznej. Ale kiedy ujrzałam wykonany ze styropianowych cegieł mur – olśniło mnie. Mur, ściana, the wall, Pink Floyd… W głowie pojawił się iście diabelski pomysł. A gdyby tak zacząć przedstawienie słynnym protest songiem? Powiedziałam o tym uczniom. „Nie przejdzie ten numer. Cenzura zatrzyma. Pani zna tekst?” Oczywiście, że znam. Wszak płyta pochodzi z 1979 roku, a ja już wówczas na świecie byłam. Ale jest jedna szansa, żeby cenzura, znaczy się inni nauczyciele nie wstrzymali emisji przeboju na szkolnej imprezie.

Najpierw uczniowie musieli walnąć się w piersi i przyrzec, że wszystko, co powiem, zostanie utrzymane w największej tajemnicy. Otóż kochana gimbazo, oni mogą po prostu nie znać utworu, filmu z przerażająca wizją utworu lub tłumaczenia tekstu. Fanami Pink Floyd byli ongiś tacy ludzie jak ja, klasyczna rockwoman. Trzeba więc zaryzykować. Cenzura, czyli dyrekcja na rockową nie wygląda. Raczej taka klasyczna. A plan B, czyli jakiś inny utwór będziemy mieć w zapasie.

Dyrekcja scenariusz zatwierdziła. Nawet nie zapytała o utwór muzyczny, którego tytuł widniał na pierwszej stronie jako wstęp.

Nadszedł dzień występu. Najpierw przyjechała ekipa ze sprzętem nagłaśniającym. Wśród fachowców – były uczeń. Kiedy porozstawiano wszystkie głośniki i mikrofony, poprosiłam o przesłuchanie płyty z ową  cegłą w murze. Wytłumaczyłam, że chodzi o odpowiedni poziom głośności. Chłopak włączył, a ja spacerowałam po sali gimnastycznej udając przysłowiowego wariata, że niby tu za cicho, tu za głośno. W gruncie rzeczy chodziło mi o „puszczenie” utworu w obecności zbierających się na uroczystość nauczycieli. Zakumają czy nie zakumają? Żadnej reakcji. Z wyjątkiem byłego ucznia: „Pani to puści?” – zapytał z niedowierzaniem. „Jasne, to początek części artystycznej”. „I szkoła pozwoliła na taki utwór?” Uśmiechnęłam się.

I tak oto po nudnej części oficjalnej, w murach szacownego gimnazjum zabrzmiał rock w najlepszym wydaniu.

 

Uczniowie byli zachwyceni. Większość znała utwór. Zacne grono pedagogiczne też znało, ale chyba nie wiedziało, o co tak naprawdę biega w tym tekście. Jedynie pani od muzyki, młoda dziewczyna, pokiwała głową, a potem pogratulowała mi … odwagi.

I tak zrealizowałam swój bunt przeciwko szkole. Właśnie wówczas rozpoczynała się epoka „innej” szkoły. Od nauczycieli zaczęto wymagać setek programów, opisów, słynnych procedur. Pracowałam głównie w klasach integracyjnych. Tutaj papierologia sięgnęła szczytu. Na początku roku szkolnego dyrekcja zarządziła dostarczenie przez nauczycieli w wersji papierowej wszystkich w/w dokumentów plus kilku innych. Przyniosłam dyskietkę i oznajmiłam, że oczywiście mogę to wszystko wydrukować, ale to 170 stron… W owych stronach i programach zaczynał ginąć uczeń…

Zbuntowałam się również przeciwko swym kolegom – nauczycielom. Nieświadomi niczego wysłuchali szkolnego protest songu. Ot, taka zemsta polonistki, która słucha rocka i jest kibolem, zamiast wzdychać do poezji romantycznej…

I tak mi już zostało… Chłopak, który ustawiał mi wówczas „głośność” na sali gimnastycznej, jest dziś raperem. Bywam na koncertach PsG Kliki. Właśnie nagrali płytę. Premiera już wkrótce. Będę tam.

12371106_478105469066157_2445643663470029937_o



 

Kibel nasz codzienny…..

 

68569d212cdf97d0fe1287e86740ec51

Jakieś osiem czy dziewięć lat temu, podczas posiedzenia Rady Pedagogicznej w macierzystej szkole, z mozołem i uporem godnym lepszej sprawy, ustalaliśmy całą serię procedur. Mój organizm, będący wówczas w stanie aktywnego przekwitania, nie wytrzymał psychicznie i fizycznie. Z odciskami na tylnej części ciała i perspektywą odcisków na mózgu, zaproponowałam, żeby jeszcze ustalić procedurę, czyli przepisy prawne ustalające postępowanie, w przypadku wyjścia do ubikacji. Dyrektor pominął milczeniem wniosek, reszta koleżeństwa, również milcząco, przyznała mi rację.

Lata minęły. Sytuację z wyżej wymienioną procedurą przypomniałam w jednym ze swych tekstów na blogu. I oto jedna z czytelniczek napisała, że takowe przepisy są!

Nie uwierzyłam. Napisałam notkę na facebooku, prosząc o informację swych internetowych znajomych. Potwierdziło się. W szkołach istnieją opisane i zatwierdzone procedury wyjścia do kibla zarówno dzieci jak i nauczycieli. Koleżanka przedstawiła swoją procedurę: jeśli któremuś z dzieci w klasie drugiej zechce się na lekcji siusiu, piszczy i wrzeszczy, że nie wytrzyma, pani musi przerwać zajęcia, zebrać klasę i wspólnie maszerować do wiadomego przybytku. Dziecko bowiem nie ma prawa samemu iść do toalety, zaś nauczyciel nie ma prawa zostawić pozostałych uczniów samych w klasie, by przypilnować tego w ubikacji.

Idąc tym tropem zajrzałam do wyszukiwarki internetowej. Ilość informacji o zatwierdzonych procedurach wyjścia do, za przeproszeniem, sracza powaliła mnie.

Oto kilka.

1 (…)W przypadku, gdy uczeń chce wyjść do toalety w czasie lekcji, zwracamy uwagę na częstość (co to za słowo?) wychodzenia ucznia, obserwujemy wyjście ucznia przez uchylone drzwi, informujemy, że przerwa jest przeznaczona do tego celu.  

A co się stanie, jeśli nauczyciel nie uchyli drzwi lub nie poinformuje, że czas na pobyt w toalecie jest podczas przerwy? Jakie konsekwencje mu grożą? Dlaczego trzeba uczniowi za każdym razem o tej przerwie przypominać, uczeń taki tępy, że nie zakumał od razu?  Które drzwi ma uchylić belfer? Jak wypełniać podstawowy obowiązek, czyli prowadzenie zajęć patrząc na ucznia zmierzającego lub korzystającego z toalety? Nie patrzeć na pozostałych uczniów w klasie? Postarać się o zeza? Jasne, że się czepiam. Ale jak procedura ma uwzględniać wszystkie sytuacje, to trzeba wszystkie przedstawić.

2. Nauczycielowi nie wolno podczas pracy z dziećmi ani na chwilę zostawić ich samych. Gdy nauczyciel musi wyjść np. do telefonu, do toalety; grupą powinna zając się osoba z personelu pomocniczego (np. woźna). Nauczyciel powinien ograniczyć swoją nieobecność do minimum. Nauczyciel musi umieć przewidzieć ewentualne skutki swojej nieobecności.

W przypadku tej procedury zafascynowało mnie ostatnie zdanie. Nauczyciel odpowiedzialność ma zapisaną proceduralnie, bo nauczyciel to idiota, któremu trzeba odpowiedzialność zapisać. Jeśli tego w procedurze nie będzie, belfer już skutków nie przewidzi. Jak ja pracowałam ponad dwadzieścia lat bez takiego przepisu? Fatalnie, fatalnie, ale wiadomo …. komuna i postkomuna….

3. Ten punkt znalazł się w tekście pod tytułem „Procedury szkolne w sytuacjach zagrożeń”

Procedura 1. 2 W przypadku, gdy uczeń w czasie lekcji potrzebuje wyjść do toalety:

-  W sytuacjach koniecznych nauczyciel zezwala uczniowi na opuszczenie klasy.

-  W przypadkach złego samopoczucia uczniowi towarzyszy przewodniczący, zastępca lub inny  uczeń wskazany przez nauczyciela.   

Wyjście do kibla znalazło się w towarzystwie procedur związanych z agresją, narkotykami, chorobami, pożarem …. Podobnie jak w tym przypadku:

4. Procedury postępowania na wypadek wyjścia ucznia z lekcji

W czasie lekcji na korytarzu szkolnym przebywa pracownik szkoły, który w nagłych przypadkach odprowadza ucznia do toalety lub pani higienistki, według ustalonych zasad. Nauczyciel może zadzwonić do sekretariatu szkoły i poprosić o przysłanie pracownika na lekcję.

• Nauczyciel prosi do klasy pracownika szkoły.

• Pracownik szkoły zabiera ucznia do toalety lub higienistki szkolnej.

• Po udzieleniu pomocy uczniowi przez higienistkę szkolną lub skorzystaniu przez ucznia z toalety pracownik szkoły przyprowadza go do klasy.

• W razie konieczności higienistka szkolna lub wychowawca klasy telefonicznie kontaktuje się z rodzicami ucznia.

W przypadku zatwardzenia na przykład.

Trzydzieści siedem lat temu rozpoczynałam pracę nauczyciela w wiejskiej szkole ze „sławojką” za płotem. Były dwie „kabiny”: jedna dla uczniów, druga dla nauczycieli. Procedur nie było. Wszyscy przeżyli. 

narty

Na ciemno

foto na bloga 2

Dziś będzie coś o ubieraniu się….Nie, nie o modzie, bo na tym nie znam się w ogóle. A nawet jakbym się znała to i tak żadna moda wpływu na mnie nie ma. Ubieram się po swojemu, stylu swego nie mam. Chociaż… Kiedyś jedna z uczennic powiedziała, że mój styl ubierania się to właśnie brak określonego stylu. Jeśli bym przyszła do szkoły w koszuli nocnej, to i tak nikt by się nie zdziwił. Zatem ustalone – stylu nie mam, aktualna moda mi wisi i powiewa. Skoro nie zwracam uwagi na swój strój, to i nie zauważam, jak ubierają się inni. Zwracam uwagę na to, co człowiek mówi, a czy ma na sobie spodnie w kratkę, czy spódniczkę w paski jest dla mnie sprawą drugo, a nawet trzeciorzędną.

I tak jest u mnie od x lat. Ale niedawno coś mi się w głowie zatliło. Coś z ubiorem związanego…

Na zakończenie roku szkolnego postanowiłam pójść do kościoła na specjalną mszę dla uczniów i nauczycieli. Wszak dobrzy ludzie dali popracować, praca okazała się przyjemnością, trzeba szkołę w kościele wesprzeć. Msza odbywała się przed szkolna uroczystością.

Wchodzę zatem do kościoła. W środku są już uczniowie, a ksiądz wraz z ministrantami zmierza do ołtarza. Wsunęłam się do ławki na samym końcu kościoła, mając beznadziejną nadzieję, że nikt mnie nie zobaczy. Dlaczego?

Przede mną w ławkach siedzieli uczniowie. Wszyscy ubrani przepisowo, w tzw. strojach galowych czyli czarne lub ciemnogranatowe garnitury – chłopcy, dziewczęta – w większości w ciemnych garsonkach. Gdzieniegdzie przebijał się kolor białej koszuli lub bluzki. Nauczyciele też w dopasowanych do gali ciemnych kolorach.

A ja – na lila róż!

Zupełny brak wyczucia czasu i miejsca – pomyślałam o sobie. Ale zaraz przyszła gorsza refleksja. Wybaczcie kochani, ale poczułam się jak na mszy żałobnej. Pewnie dlatego, że przez pięć lat nie uczestniczyłam w uroczystościach szkolnych, natomiast przyszło mi brać udział w kilku pogrzebach. Na mszy żałobnej ludzie są właśnie tak ubrani, na ciemno. Zapomniałam, że tak samo wygląda uczniowski strój galowy, a kościół wypełniony tak ubranymi małolatami to ich wzorowe zachowanie norm szkolnych.

Kiedy msza dobiegła końca, szybko wyszłam z kościoła. Na ulicy wtopiłam się w tłum zwykłych przechodniów i poczułam się normalnie.

Następnego dnia udałam się na spotkanie poetów. Miałam czytać mój wiersz. Była piękna słoneczna pogoda. Ubrałam się stosownie do niej – na niebiesko, jak błękitne niebo nad głową i pogodnie, jak tekst mego wiersza. Wchodzę do sali i ponownie lekkie zaskoczenie. Nie, nie od razu na czarno – biało. Były też kolory inne, ale większość osób miała na sobie ubrania w stonowanych barwach. Jak drobne kwiatki, to ciemne, jak duże to szare. O, jest pani na pomarańczowo, jest na turkusowo, ale dlaczego ta na kolorowo ma białą marynarkę na sobie? Znowu wcisnęłam się w kąt. Tym razem jednak musiałam się wycisnąć, żeby wiersz przeczytać. Tak jak ja wyglądałam odmiennie, tak i mój tekst był inny. Wszyscy czytali poezję ambitną, zaangażowaną, o wielkich ideach i ważnych sprawach. Mój wiersz był o takich nieważnych sprawach ….

tarasy 2

Wracając do domu kupiłam dwa piwa. Jedno wrzuciłam do lodówki, drugie otworzyłam pytając samą siebie – co ze mną jest nie tak?

Oni na ciemno, ja na różowo, oni poważnie, ja wesoło…. Przy drugim piwie pytanie brzmiało już inaczej – czy ze mną jest coś nie tak? Efektem moich rozważań był przegląd garderoby. Usunęłam większość ciemnych bluzek (dwie zostawiłam, na pogrzeby niestety będę chodziła), dwie czarne spódnice też wystarczą. Spodnie niech sobie wiszą spokojnie. Do bielizny się nie przyczepiłam, wszak jest zakryta.

I niech się teraz ze mnie nabijają!

 palmy

foto – Łyse – palmy kurpiowskie

         Tarasy zamku Książ w Wałbrzychu

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl

Przereklamowana GIMBAZA

szkola 1

Właśnie zakończyłam rok szkolny. Dla mnie trwał on tylko cztery miesiące, ale był to czas niezwykle cennych obserwacji, przeżyć, refleksji, zadumy i czego tam jeszcze chcecie. Bo było to tak:

Pięć lat odpoczywałam spokojnie na komunistycznej, nauczycielskiej emeryturze ( takiej po 30 latach pracy). Tymczasem w mojej ostatniej szkole – gimnazjum – nastąpiło klasyczne tąpnięcie – dwie polonistki poważnie rozchorowały się. Na straży czystości języka narodowego stanęła jedna plus dyrektorka. Ta druga, jak wynika z funkcji, miała jeszcze na głowie całą szkołę i fizycznie nie była w stanie pomóc pierwszej.  Nauczanie przedmiotu stanęło pod znakiem zapytania. I wtedy zainterweniował historyk, przypominając historyczną szkolną postać, czyli mnie. Zostałam więc na cito wezwana na dywanik i otrzymałam propozycję nie do odrzucenia. Jako emeryt, przed sześćdziesiątką, wyzwanie podjęłam. Oczami wyobraźni najpierw ujrzałam stan swego konta. Spodobał mi się. A potem przyszła refleksja – czy podołam? Sprawdziłam w sieci program nauczania. Nic nowego. Głoska „a” nadal jest „a”, „góra’ nadal przez „ó”, a Mickiewicz niczego nowego nie napisał. Ale przy obiedzie dopadły mnie wątpliwości.

Jedząc ziemniaki z wody i schabowego z patelni, zerkałam na taki niby serial „Szkoła”, którego akcja rozgrywa się w gimbazie. Podstawowymi problemami uczniów jest seks, narkotyki, alkohol i wredni dorośli. Praktycznie w każdym odcinku jakiś uczeń ląduje w serialu „Szpital”, znaczy się niby to w prawdziwym szpitalu. Albo się naćpał, albo się napił, albo się pobił. W co drugim odcinku interwencja policji, szkolnej higienistki lub dyrektora (jakby ten nie miał nic innego do roboty…). 

Przypomniałam sobie również zestaw informacji, którym raczyła mnie sieć internetowa przez pięć lat emerytury – gimbaza to siedlisko zła, rozpusty, wrednych rodziców i niedouczonych nauczycieli.

Ale co tam, do odważnych świat, znaczy się gimnazjum, należy. Wizja stanu bankowego konta była zbyt silna, żeby z niej zrezygnować.

I tak oto po czterech miesiącach mogę z ręka na sercu i wiarą w duszy powiedzieć, że gimbaza to produkt całkowicie przereklamowany. W ciągu tego czasu nie przyłapałam nikogo na seksie, dopalaczach czy alkoholu w szkole. Ani razu nie podjechała pod budynek karetka pogotowia, nie potrzebna była interwencja policji. Higienistka nie interweniowała, bo takowa funkcja w szkole jest nieznana. Żaden z rodziców nie przyszedł do mnie z pretensjami. Uczeń nie założył mi kosza na głowę. Słowem – nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na newsa dnia.

Problemy były, oczywiście. Paru uczniów popalało w kiblu, znaczy się toalecie (tradycyjnie centrum szkolnego życia towarzyskiego). Dziewczyny – papierosy tradycyjne, chłopcy – elektroniczne. Od czasu do czasu trzeba było na czas lekcji skonfiskować telefon, a na przerwie zarządzić wyłączenie małych i krzykliwych głośników, włączanych do owych „komórek”.  Czasami uczeń zapyskował i trzeba mu było inteligentnie odpyskować (wyższa szkoła jazdy – słowa nauczyciela muszą „zajść w pięty”, ale równocześnie nie mogą naruszyć tzw. godności osobistej) . Fakt, uczniowie mają większe prawa niż nauczyciele, ale tak już było przed moim przejściem na emeryturę i żadna to dla mnie nowina.

Zdarzyło się też kilka ciekawostek. Moje gimnazjum było zamknięte, czyli jak uczeń wszedł do szkoły, tak mógł wyjść dopiero po skończeniu lekcji. Pilnowała tego pani woźna. W wyniku tego zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Kilku uczniów przychodziło do szkoły, ale było tylko na wybranych przez siebie lekcjach. Pozostałe spędzali zamknięci w kabinach szkolnych toalet lub za szkolnymi dekoracjami  w postaci parawanów. Pytałam, gdzie sens, gdzie logika takiego postępowania, jasnej odpowiedzi nie usłyszałam. Było coś o ograniczeniu wolności, więzieniu i wszechwładzy panujących. Zdarzało się również, że chłopcy dla „jaj” wchodzili do toalety dziewcząt i na odwrót. Kiedyś był to obciach, teraz zabawa.

1409_szkola-nieczynna

Ogólnie w szkole było znacznie ciszej niż kiedyś. Proste – mniej uczniów, mniej bieganiny po korytarzu, mniej kłótni między uczniami. Na przerwie większość siadywała pod ścianą z włączoną „komórką” lub tabletem. Czasami ktoś wyciągnął podręcznik.

No dobrze, byli uczniowie z problemami, utrudniający życie sobie, kolegom i nauczycielom. Ale pokażcie mi czasy, kiedy takich nie było…

Rodzice też byli normalni. Nikt mnie błotem nie obrzucił i nie wyzwał od starych sklerotycznych bab. Wprost przeciwnie. Mamy, z którymi rozmawiałam, były konkretne i wręcz prosiły o pomoc w wychowaniu niesfornego nastolatka.

No i była I B… ale to temat na inną opowieść… 

1340178024_przez_alicja_middle

Egzamin kodów

 W tym tygodniu w centrum zainteresowania większości normalnych ludzi nie byli bynajmniej politycy, ich kampanie, wpadki i wypadki. Tydzień należał do gimbazy, czyli – dla niewtajemniczonych – uczniów gimnazjum. Gimbaza zdawała egzaminy.

Egzaminy były od zawsze. Mój pierwszy nazywał się maturą. Egzaminy są wszędzie: komunia, bierzmowanie, podstawówka, gimnazjum, matura… Brak mi wiedzy o takowych w przedszkolu, ale kto wie… może i tam już są, albo wkrótce będą…. Kiedy powstały gimnazja, egzamin składał się z dwóch części przez dwa dni, obecnie z sześciu przez trzy dni. Uczniowie klas pierwszych i drugich – odpoczywają. Za to nauczyciele w czasie egzaminów tworzą komisje nadzorujące, czyli przeprowadzające egzamin. Taki belfer bez względu na staż pracy musi najpierw przejść specjalne przeszkolenie egzaminacyjne, które przeprowadza przeszkolony dyrektor szkoły, którego szkoliła okręgowa komisja egzaminacyjna. Ja też takie szkolenia przeszłam.

Usiadłam specjalnie blisko szkolącej dyrekcji, by zapamiętać. Miałam dwa długopisy, by zapisać w specjalnie powołanym do tego celu zeszycie, wiele chęci też było. W połowie szkolenia notować przestałam. Wątek urwał mi się w chwili, gdy dowiedziałam się, że przy arkuszu typu GH-H1-152 nie trzeba robić tego, co w przypadku GH-H2-152, zaś GH-H7-152 wymaga jeszcze innych czynności. Rozpoczęłam cichą modlitwę, by nie zostać przewodniczącym takiej komisji nadzorującej. Modły w połowie pomogły. Zostałam członkiem komisji w sali, gdzie znaleźli się dyslektycy.

W szkole zjawiłam się przed ósmą. Wysłuchałam obowiązkowego wystąpienia szefa szkolnej komisji egzaminacyjnej, który każdego dnia powtarzał ogólne procedury przeprowadzania egzaminu. Powtarzał, bo musiał. Taka procedura. Potem ważniejsi poszli po odbiór sławetnych arkuszy. Członkowie mogli pogadać. Oczywiście o egzaminach.

Gimbaza stawiła się przed salą piętnaście minut przed godziną zero. Każdy losował numer stolika, przy którym miał usiąść. Praktycznie przed każdą z części losował ten numer. Przed każdą otrzymywał też pasek z tajnymi danymi, czyli swoim imieniem, nazwiskiem, peselem, numerem w dzienniku i wpisanym odręcznie numerem stolika.

Potem następowało przypomnienie procedur egzaminacyjnych, kiedy podnieść rękę, kiedy prosić o wyjście, czego używać, czego nie, czym pisać, jak zakreślać, podkreślać, wykreślać, jak postępować w przypadku omdlenia, zaburzenia, wydarzenia…zaraz, zaraz tego chyba nie było. Pomieszało mi się.

Najważniejszym jednak wydrukiem wcale nie były arkusze egzaminacyjne typu G. Były to kody kreskowe. Te, jak wszystkim wiadomo, zrewolucjonizowały wszystko, na czym taki kod można umieścić. Dzięki kodom kasjerki w hipermarkecie mają lekką pracę, przesuwają tylko te mleka, masła i sery po taśmie, a taki kod sam sobie wpisuje cenę. W związku z powyższym wszelkie roszczenia kasjerek w sprawie płac zupełnie na mają racji bytu, no nie?

kod

Ale wróćmy do egzaminów.

No, więc taki gimnazjalista otrzymywał na egzamin kody z tajnymi danymi, czyli imieniem, nazwiskiem itd…. Taki pasek należało przykleić na arkuszu typu np. GM-P7-152. I co może myślicie, że był tylko jeden pasek, że tylko jeden pasek wystarczy, żeby zidentyfikować ucznia? Nic bardziej błędnego. Uczeń to nie jakiś tam ser czy masło w sklepie. Uczeń takich kodów musi mieć kilka. Na egzaminie z matematyki gimbaza miała ich cztery! To się nazywa szacun dla człowieka!

Okazało się również, że dyslektycy ( dla przypomnienia – ci, co to bezkarnie mogą walić byki ortograficzne) nie mogą sami wypełniać arkuszy swoimi tajnymi danymi, w miejscach, gdzie trzeba było (wyobraźcie sobie, jeszcze takowe były). Te dane, w postaci numeru pesel, wypełniał za nich członek. I oto na mnie padło. Musiałam wpisywać rząd cyfr. Chciałam się zbuntować. Jako to, uczeń z dysleksją nie może wpisywać, bo się może pomylić, a nauczyciel polonista z zaawansowaną dyskalkulią (zaburzenie zdolności matematycznych) musi? Musi. Belfer nie może mieć tych na d… , podobnie jak w d… mieć nie może.

I oto doszliśmy do sedna sprawy, czyli samego egzaminu. Uczniowie pisali, napisali i wyszli z sali. Komisja zaczęła opisywać, wypisywać i podpisywać. Ważniejsi zabrali kopertę z arkuszami typu jakiegoś tam, a członkowie mogli poplotkować na temat egzaminów oczywiście. Wnioski były różne. Ktoś chciał sobie walnąć dziarę w postaci kodów kreskowych na paru częściach ciała, żeby go łatwiej zidentyfikować. Ktoś roztoczył wizję przyszłości z wszczepianymi podskórnie chipami na czas egzaminu. Ktoś wyliczył, że produkcja kodów kreskowych kosztuje, na co inny oznajmił, że pracują przy tym ludzie (taki drukarz, taki leśniczy na przykład) i zarabiają na życie. Ktoś zatęsknił za starymi czasami, kiedy to liczył się człowiek, jego imię i nazwisko, twarz, uśmiech, dźwięk głosu, a nie kod kreskowy z tajnymi danymi…

 g_-_-x-_-_-_36634x20121008133722_00