A to Polska właśnie….

748260558-cicha-noc-plakat

recenzja filmu ukazała się w „jednodniówce”, która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach… Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia…? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu… Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.

Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Wróżby w cichą noc…..

 

24176953_1719328864764626_7835954061933859448_nPierwszego grudnia Łomżę odwiedził oficjalnie Piotr Domalewski, reżyser rodem z …. Łomży. Jego film „Cicha noc” zdobył Złote Lwy podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestniczyłam w przygotowaniu specjalnego wydawnictwa z tej okazji. A oprócz tego postanowiłam powróżyć….

co było….

Urodził się w mieście, gdzie byli i żyli kardynał Wyszyński, Witold Lutosławski i Hanka Bielicka. To dziedzictwo wpłynęło wyjątkowo na jego życie. Śladami kardynała podążał, ucząc się w tej samej szkole. Był również ministrantem.

I bardzo dobrze, że na tym naśladownictwo się skończyło, bo gdyby tę łomżyńską tradycję kontynuował, znaczy się wstąpił do seminarium, nie byłby dzisiaj tym, kim jest.

Co do jego związków z Lutosławskim i Bielicką sprawa jest oczywista – wszyscy to artyści, czyli ci, co to nie sieją, nie orzą, a talent sam ich żywi, dlatego też są wiecznie żywi i inni żywi o nich ciągle pamiętają.

Tak więc żył sobie spokojnie w mieście, wokół którego trawa czysta i woda zielona… znaczy się odwrotnie. Jego życiorys płynął spokojnie jak Narew.

Któregoś dnia stwierdził, że ma za słaby jak na faceta głos i postanowił go fachowo poćwiczyć. Trafił najpierw do piosenkarzy, a potem do aktorów. Nauczył się śpiewać i grać. Mamusia polonista nauczyła go pisać, to znaczy tworzyć teksty samodzielnie, bez pomocy internetu.

W wieku jak najbardziej odpowiednim wyrwał się spod wysoce fachowej pedagogicznej opieki rodziców i ruszył w Polskę. Zwiedził Wrocław, Białystok, Kraków, Gdańsk i Katowice. I tu właśnie przeżył największą traumę swego życia. Mimo iż miejscowość w granicach państwa polskiego nijak nie mógł się porozumieć z tamtejszym ludem wydobywającym węgiel.

co jest…. czyli dzień dzisiejszy

W Gdańsku spotkała go przygoda. Onegdaj spacerując po Długim Targu, ulica taka jakby kto nie wiedział, spotkał dwa bezdomne lwy. Włóczyły się bidne po ulicach, bo niby są symbolem miasta, niby to mieszkają w ratuszu, ale ich podobizny wręczane są ludziom w Gdyni. Lwy straciły zatem orientację, czy są z Gdańska, czy z Gdyni, czy są ze złota, tombaku czy z krwi i kości. Już ruszyły w stronę Motławy, żeby w akcie rozpaczy rzucić się do rzeki, kiedy nasz człowiek pogłaskał je po grzywach, podzielił się hot-dogiem, obdarzył dobrym słowem. Lwy obiecały, że jeszcze kiedyś się wszyscy razem spotkają i

Będzie, będzie zabawa!

Będzie się działo!

I znowu nocy będzie mało.

Będzie głośno, będzie radośnie.

Myśląc o ponownym spotkaniu z wielkimi i potężnymi zwierzętami zaczął pisać scenariusze i kręcić filmy. Jego trud został doceniony. Dostał zaproszenie do Gdyni. A Gdynia to port potężny. Tu zawijają statki z całego świata. Tu ludzie kręcący filmy spotykają się co roku w teatrze z olbrzymim foyer i nie mówią po śląsku. W nocy spacerując nerwowo, w oczekiwaniu na pokaz swego filmu, po ulicy Świętojańskiej, spotkał starych znajomych. Oj radowały się lwy, radowały! Machały ogonami, machały! A następnego dnia ich podobizna trafiła do potomka Wyszyńskiego, Lutosławskiego, Bielickiej i oczywiście rodu Domalewskich. Wielki to był dzień dla dzielnego chłopca znad Narwi. Tak się cieszył, że nie wiedział co powiedzieć, komu dziękować, komu się pokłonić, kogo op…. znaczy się objechać, bo byli tacy, co w niego nie wierzyli.

co będzie…

Już niedługo będziesz sławny, sławniejszy niż dzisiaj. Ale zanim ten czas nadejdzie, czeka cię praca w trudzie i znoju. Po nocach spać nie będziesz myśląc, co by tu jeszcze skręcić, wykręcić, nakręcić. W poszukiwaniu tematów do scenariuszy pieszo będziesz przemierzał bory i pola, gdzie nawet Jeep z napędem na cztery koła nie dojedzie. W swych poszukiwaniach odwiedzisz szeptunki, które nie powiedzą co nic poza tym, co ja tu mówię. W wielkich miastach na dworcach spać będziesz, by poczuć atmosferę kolejnego pomysłu na film. Wymienisz kilka laptopów, zapiszesz tonę papieru, wypijesz hektolitry kawy.

Uważaj tylko na energetyki. Co za dużo to nie zdrowo.

Wkroczysz w wielki świat finansjery, polityki i facebooka.

Wykorzystaj pierwszych, odsuń się od drugich, a na facebooka machnij ręką.

Spotkasz wielu ludzi, wśród nich tłumy wielbicielek, które zrobią wszystko, by dostać się do twego filmu. Będą ci kadzić, będą komplementować, zasypywać słodkimi słowami, obiecywać gwiazdki z nieba i gruszki na wierzbie.

Wystrzegaj się ich! Gwiazdka z nieba może okazać się czarną dziurą, w którą wpadniesz i już z niej nie wrócisz.

Będziesz zapraszany na bankiety i spotkania. Wielkie pokusy będą tam na ciebie czekały, zastawione stoły i pełne kielichy, ludzie o sztucznych uśmiechach, co to będą chcieli się ogrzać w cieniu twojej sławy…

Pamiętaj, jedzenie na bankietach jest niewiadomego pochodzenia, może ci zaszkodzić, a wtedy laparoskopia pęcherzyka żółciowego i refluks żołądka. Jeśli do tego dodamy płyny w kielichach to może okazać się po pewnym czasie, że cały układ trawienny do wymiany.

 Ale nie zapomnisz nigdy o swym rodzinnym mieście. Będziesz tu przyjeżdżał wiedząc, że kiedyś postawią ci tu ławeczkę. Tak jak Bielickiej.

 

 

 

 

Jak żyć – cz. I – na poważnie

Walbrzyskie_Trolejbusy_Walbrzych_397906

 

Galeria Handlowa mojego dzieciństwa – Powszechny Dom Towarowy Wałbrzych 

W związku z licznymi zmianami w naszym kraju, odbywającymi się pod hasłem „dobra zmiana”, wielu młodych ludzi pyta mnie „Jak żyć?”. Okazuje się bowiem, że to, co dla nich jest nowością, dla mnie, dziecka komuny, było kiedyś normalne.

O powrocie ośmioklasowej podstawówki już kiedyś pisałam. Dziś dodam jedynie, że w szkole, w której pracowałam, rozebrano ściany dzielące gimnazjum od podstawówki, w wyniku czego nastąpił powrót do szkoły z końca XX wieku. Znaczy się jak szkołę wybudowano, taka obecnie jest.

Czas zająć się kolejnym powrotem – zamknięciem sklepów w niedzielę. Młodzi nie wiedzą, jak sobie z tym zjawiskiem poradzić. Rozhulało się to towarzystwo, nacieszyło wolnym handlem, a teraz zupełnie nie wie, kiedy zrobi zakupy lub pójdzie na wycieczkę do galerii handlowej.

A więc moi drodzy, za moich czasów, kiedy w niedzielę wszystkie sklepy były zamknięte i nikt sobie nie wyobrażał, żeby robić zakupy lub siedzieć na kasie w supersamie, życie rzeczywiście toczyło się inaczej.

Zakupy robiło się w piątek lub sobotę. Należy przypomnieć, że w sobotę sklepy były czynne krócej. Przed epoką wolnych sobót pracowano tego dnia nie osiem, ale sześć godzin. Kupowano jedzenie na dwa, trzy dni, a nie na cały tydzień. Często trzeba było postać w kolejce.

W mojej wałbrzyskiej dzielnicy – Nowe Miasto – były sklepy wszelkiego rodzaju. Ceny – regulowane odgórnie i wszędzie wszystko kosztowało tyle samo. Nie było więc sensu szukania sklepów w innych częściach miasta.

Młodzi, może warto ten pomysł obecnie rządzącym przypomnieć? Ciągle powracają do starych, dobrych czasów…. a wy mielibyście zakupy z głowy, bo wszystko można by kupić w osiedlowym sklepiku zamiast biegać i szukać, gdzie taniej?

Ale swój hipermarket mieliśmy. Nazywał się Powszechny Dom Towarowy, zwany potocznie „pedeciakiem”. Na trzech piętrach potężnego budynku mieściły się stoiska dosłownie ze wszystkim od zabawek po mięso. A, chodziło się do „pedeciaka” jak do dzisiejszej galerii handlowej, chodziło. Z koleżankami najlepiej lubiłyśmy stoisko z butami. Można było je przymierzać nie pytając nikogo o zgodę. Oczywiście przymierzałyśmy jeden but…

Ale nie w niedzielę. W niedzielę wszystko było zamknięte, a w domach były wszystkie produkty do zrobienia posiłku. Łącznie z chlebem.

Co zatem robiliśmy w niedzielę…. Niektórzy, tak jak dzisiaj, leczyli kaca, bo sobotni wieczór był rozrywkowy. Byli tacy, co chodzili rano do kościoła. Nie wmawiajcie mi, że zakaz handlu w niedzielę jest po to, żeby zacząć chodzić na mszę. Jak ktoś chce to pójdzie, jak nie to nie. Rodzice dawali zawsze jakąś monetę, żeby księdzu rzucić na tacę. Nie zawsze się wrzucało. Czasami moneta wędrowała do kieszeni. Jak ktoś chce to wrzuca, jak nie chce to nie. Bez względu na to, czy sklep w niedzielę otwarty czy nie.

Za mojej młodości był jeden fajny kościół z fajnym księdzem. Po mszy sporo czasu spędzaliśmy przed kościołem na skwerze. Ławki stały, można było przysiąść i pogadać.

Cóż młodzi, dziś pewnie przed waszym kościołem jest parking… na to już nic nie poradzę.

W dawną komunistyczną niedzielę człowiek był ładnie ubrany. Zbyt wiele ciuchów w szafie nie miał, ale te niedzielne wisiały na honorowym miejscu. Dzieci w ten jeden dzień w tygodniu nie mogły bawić się na podwórku w tradycyjne zabawy, bo miały na sobie niedzielne ubrania. Podobnie jak dorośli, spacerowaliśmy, siadaliśmy na ławkach, rozmawialiśmy.

Podstawowym posiłkiem był oczywiście obiad. Cała rodzina w komplecie siadała do stołu i jadła. No tak, ja już z czasów telewizyjnych, więc telewizor w niedzielę, jak mówił mój ojciec „rąbał” cały dzień, bo i cały dzień był program w tv.

Czym jeszcze zajmowaliśmy się w niedzielę? Byliśmy rodziną sportowych kibiców, zatem chodziliśmy na mecze piłki nożnej i koszykówki. A po meczu kupowaliśmy …. ciastka. Bo oto w naszej dzielnicy znajdowała się prywatna cukiernia, otwarta w niedzielę. Przez cały tydzień właściwie słodyczy nie jedliśmy, natomiast w niedzielę była super wyżerka.

Chodziliśmy na długie spacery i do kina. Sami. Bez rodziców. Najpierw na tzw. poranki dla dzieci, potem całą „bandą”. Film nie był aż tak ważny. Ważne było, żeby usiąść w ostatnim rzędzie. Po „kinie” ponownie stawaliśmy na skwerze lub siadaliśmy na ławkach i po prostu rozmawialiśmy. Obgadywaliśmy nauczycieli, kolegów, których nie było z nami. Ustalaliśmy taktykę na najbliższa klasówkę…

A co robili nasi rodzice?

Być może, korzystając z nieobecności dzieci w domu, oddawali się uciechom ciała, bo czasami wcale nie byli zadowoleni, kiedy zbyt wcześnie wracałam do domu…

Kochani, macie dziś samochody… w taką niedzielę można wybrać się na przejażdżkę… jak dzień pochmurny – wspólnie obejrzeć w domu film, potem pogadać na jego temat… odwiedzić znajomych i pogadać…. nawet pokłócić się na tematy bieżące….

Uwierzcie, zamknięty w niedzielę sklep to nie problem…

Złoto dla wspomnień…

flixstercom

Każdy z nas ma swoje ulubione filmy… nie, nie ze względu na ich wartości ponadczasowe, artystyczne czy ideologiczne. Zwróćcie uwagę, że ulubione filmy to te, które kojarzą się nam z konkretnymi wydarzeniami i osobami… czasami są to pierwsze randki… czasami spotkania z ludźmi, których już nie ma wśród nas…

Mam też takie filmy w swoim życiorysie…

Pierwszy, najbardziej ukochany, znany na pamięć do tego stopnia, że każde nowe tłumaczenie wprowadza zamęt w głowie, to „Złoto dla zuchwałych”…


http://www.filmweb.pl/film/Z%C5%82oto+dla+zuchwa%C5%82ych-1970-6718

Był rok 1974 lub 1975 … w kinie wyświetlano film amerykański. Wojenny do tego. I tyle wówczas o nim wiedziano. Poszłam razem z Mamą, która cudem dała się namówić na ten seans. Nie lubiła filmów o tematyce wojennej. Siedziałyśmy na twardych, drewnianych krzesełkach. Nie było popcornu, super dźwięku i obrazu w 3D lub 4K. Film oczywiście był kolorowy i z napisami. Wraz z rozwojem akcji nasze skupione miny stawały się coraz bardziej …uśmiechnięte. Wychowane i przyzwyczajone do wojennych, tragicznych epopei, dostałyśmy dawkę humoru, zadumy oraz heroizmu w imię… prywatnego interesu. No cóż, Amerykanie… zawsze odwrotnie niż inni.

Z kina wyszłyśmy uśmiechnięte. Popołudnie mile spędzone. Dzisiaj, kiedy wspominam Mamę, od razu widzę stare kino i amerykański film. Mam nagrany na kasetę VHS, jeszcze w starej wersji, bez cyfrowej renowacji. Często go oglądam i uśmiechając się do „Świrusa” – Donalda Sutherlanda czy Dużego Joe – Telly’ego Savalasa, wspominam Mamę…

Innym filmem, który utkwił mi w pamięci był „Unkas, ostatni Mohikanin” z 1968 roku.


http://www.filmweb.pl/film/Unkas+ostatni+Mohikanin-1968-179562

Film został niestety zapomniany… tymczasem był to jeden z pierwszych, zapamiętanych przeze mnie filmów, który oglądałam wspólnie „ze szkołą”. Byłam uczennicą szkoły podstawowej nr 4 w Wałbrzychu przy ulicy Świerczewskiego 100 (obecnie Piłsudskiego). W naszej dzielnicy Nowe Miasto, jak w każdej wałbrzyskiej, było kino, nazywało się „Oaza”. Chodziło się tam również podczas lekcji. Tak jak to dzisiaj bywa. W latach sześćdziesiątych panowała moda na filmy indiańskie, w kinach królował dzielny wódz Apaczów Winnetou. Może dlatego Rada Pedagogiczna zdecydowała, że powinniśmy obejrzę ekranizację powieści autentycznego amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Cooper’a. Wszak Karol May nim nie był…

Czy ktoś rozrabiał w czasie seansu? Nie pamiętam. Filmu też nie bardzo. Pamiętam przede wszystkim moment zabicia głównego bohatera – Unkasa i swój płacz. Płakałam chyba przez całą drogę powrotną do domu. Nie mogłam darować łysemu Indianinowi o imieniu Magua, że zabił przystojnego Mohikanina. Kiedy w 1992 roku powstała druga wersja powieści Coopera, szybko pobiegłam do kina. Przeżyłam rozczarowanie. Byłam pewna, że głównym bohaterem będzie ponownie Unkas, tymczasem był to Sokole Oko.

Książkę przeczytałam dopiero niedawno i korzystając z nowoczesnej techniki w postaci laptopa, od razu obejrzałam ponownie film. Cóż, nadal to nie był obraz z dzieciństwa… nadal Unkas pozostał w cieniu innych…

A czy wybraliście się kiedyś do kina zupełnie nie mając pojęcia, jaki film będziecie oglądać? Za moich czasów chodziło się bowiem „do kina” oraz „na film”. Właśnie to pierwsze pojęcie oznaczało, że człowiek wchodził do kina, żeby zabić czas, spędzić go mile lub były to wyprawy na randkę. A ja kiedyś pojechałam do dużego miasta wojewódzkiego do lekarza, takiego półprywatnego, w dawnej spółdzielni lekarskiej. Ruszyłam rano, zarejestrowałam się i miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo lekarz przyjmował dopiero późnym popołudniem. Postanowiłam pójść do kina. Nie było to multipleks z siedmioma salami, bo takowego wówczas zjawiska nie znano. Nie spojrzałam nawet na afisz, kupiłam bilet. Widzów było niewielu, seans o dwunastej przyciągnął jedynie kilku wagarowiczów. No i zaczęło się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że oglądam film kultowy. Bałam się jak przysłowiowa cholera. Zamykałam oczy. Serce podchodziło mi do gardła. Dłonie zaciskałam na poręczach fotela. Najważniejsze, że przeżyłam, w przeciwieństwie do bohaterów filmu. Oto „Obcy – 8 pasażer Nostromo”.

 
http://www.filmweb.pl/Obcy

Od tamtej pory nie zdarzyło mi się już wejść do kina, nie obejrzawszy nawet plakatu.

I kolejny, bardzo wytęskniony i wyczekiwany, by obejrzeć go po raz następny – „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”


http://www.filmweb.pl/film/Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-1977-1219

Po raz pierwszy obejrzałam go w czarno-białym telewizorze. Fabuła jak fabuła, lubię tego typu filmy. Ale już wówczas marzyłam, żeby zobaczyć ten film w kolorze, bo lądowanie obcych na Wieży Diabła  wydawało mi się niesamowite. Doczekałam się kolorowego telewizora i obejrzałam.

Dzisiaj też. Nawet przestawiłam 2D w 3D i fajnie było. Obudziłam tym samym wspomnienia o filmach, które mocno tkwią w mej pamięci…

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś.