Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Wiara czy przyzwyczajenie?

d944d06b1a7ceadbecf0b08f725696c1

Temat trudny. Złożony. Kontrowersyjny. Ale może czas go poruszyć…

Oto umiera ktoś znany, taki na przykład ksiądz, który przez wiele lat dawał się mocno we znaki swym barankom. Baranki były grzeczne, posłuszne i w obawie przed wykrzyczeniem ich nazwisk z ambony, dawały na tacę, nie sprzeciwiały się. Uznawały, że władza proboszcza z samej góry pochodzi i zgodnie z założeniami religii trzeba ją szanować. Po cichu każdy mówił co innego. Większość miała pretensje. Część potępiała. Ale nikt nie odważył się sprzeciwić. Strach. Nie ma to nic wspólnego z szacunkiem.

Ludzie mają prawo tak myśleć i postępować. Wolny kraj.

Tak więc nowa plebania została wybudowana, nowy kościół też. Wszystko to oczywiście zasługa nikogo innego, tylko owego księdza.

Wierni wiernie w to wierzą, zapominając, że nowe budynki zostały wybudowane za ich pieniądze.

Kiedy kapłan umiera również podkreśla się jego zasługi w budowaniu miejsc kultu. I przede wszystkim jego. Zmarły staje się zasłużony dla całego regionu. Jego postawa staje się godna naśladowania. O forsie ściąganej z parafian już nikt nie pamięta.

Rodzina od dawna nie chodzi do kościoła. Dziadek stał się ateistą, babcia kilka lat temu pozbyła się różańca i dostaje drgawek na hasło „Radio Maryja”. Córka jak córka. Zięć jak zięć. Ślub kościelny wzięli, oczywiście. Bo jest uroczysty. Ładny. Kościół kwiatkami przybrany. I dużo światła. I taka magia. I panna młoda mogła się pięknie ubrać. Do cywilnego to nie wypada w długiej białej sukni i z wiankiem na głowie. O ślubie i małżeństwie jako o sakramencie pewnie nie mieli pojęcia.

Na kilka lat zapomnieli o kościele.

Urodziło im się dziecko. Oczywiście, że będzie chrzest. Tak wypada. Tak trzeba. W środowisku wszyscy chrzczą. A do tego kolejna rodzinne impreza! Aha, ksiądz każe iść do spowiedzi… Spoko, w porzo. Mama i tata pogadają sobie przez kratę z kapłanem. Wyznanie grzechów? Jakich grzechów? To tylko formalność. Jest więc chrzest, jest impreza, są prezenty. Wszyscy są happy. Łącznie z parafią, bo chrzest został opłacony i forsa wpłynęła na konta… nie, nie na konto… do kieszeni księdza.

W której parafii wpłaca się opłatę za sakramenty na konto? Chyba zapytam o to na facebooku…

Dziecko w naszej rodzinie rośnie. Niedługo pójdzie do przedszkola. A tam – zajęcia z religii. Młoda mama w internecie odszukuje kilka modlitw i przygotowuje maleństwo do przedszkola. Uczy na pamięć tekstów religijnych. Oczywiście mogłaby nie posyłać dziecięcia na owe zajęcia, ale wówczas będzie problem. Pani wychowawczyni zamiast mieć „wolne”, bo zajęcia religijne prowadzi odpowiednio do tego przygotowana osoba, będzie musiała zająć się ateistycznym dzieckiem. Po co pani życie utrudniać? Po co ma krzywo patrzeć na całą rodzinę? A tak w ogóle dlaczego dziecko ma być inne niż wszyscy?

Księdza po kolędzie też trzeba przyjąć. Dla dziecka. Dawno go w tym domu nie była, trzeba zatem pilnować, żeby, tradycyjnie jak co roku, nie ominął drzwi. Dziadek ateista i babcia bez różańca nie wiedzą – śmiać się czy płakać?

Z wychowywania dziecka w duchu religii najbardziej zadowolony jest ojciec. Nie musi tłumaczyć maleństwu dlaczego nie wolno robić tego czy tamtego. Wystarczy, że oznajmi: „Bozia nie pozwala” i koniec dyskusji. Zanim dziecko zrozumie, o co tak naprawdę chodzi, rodzice będą mieli kilka lat spokoju.

Parę lat temu mój znajomy opowiedział historię pewnego ślubu. Otóż niewierzący postanowił wziąć ślub kościelny z wierzącą i praktykującą. To oczywiście jest możliwe i dozwolone. Siła miłości jest tak wielka, że nigdy nie wiadomo, kto kiedy kogo przekona. Kościół nieustannie wierzy, że wierzący da radę niewierzącemu. Młodzi stanęli przed ołtarzem. Wszystko odbywało się zgodnie z protokołem. Doszło do momentu komunii świętej. Kapłan podszedł z opłatkiem do młodych. Panna przyjęła, a pan po cichu przypomniał, że nie wierzy. Wiedział, iż dla wierzących komunia jest wielkim symbolem. Chciał wiarę uszanować i nie przyjmować tego, co mu się nie należy. Przecież to profanacja, żeby ateista przyjmował komunię świętą… Usłyszał od księdza: „ Bierz, bo ludzie patrzą”. I wziął.

Bycie człowiekiem praktykującym niewiarę jest bardzo trudne.

Faryzeusze

pierwsza-komunia_350882

Kiedy w mojej szkole powstały klasy integracyjne, byłam jedna z pierwszych osób, które ukończyły „podyplomówkę” uprawniająca do pracy z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Bardzo szybko przekonałam się, że był to jeden z najlepszych kroków w moim zawodowym życiu.

Rozmawiałam z rodzicami swych uczniów. Musieli pokonywać wiele barier, nie tylko architektonicznych. O tych drugich przekonałam się na własnej skórze. Kiedyś jedna ze znajomych powiedziała: „ I po tyle się uczyłaś, żeby przygłupów uczyć?” Cóż, przygłupów uczyć może tylko mądry człowiek.

W każdym razie ostatnie lata pracy zawodowej, poświęcone głównie na zajęciach z dziećmi „integracyjnymi”, wspominam bardzo dobrze. Minęło osiem lat, myślałam, że społeczeństwo już dorosło do obecności wokół siebie osób „innych”. Zaskoczenie przyszło z zupełnie niespodziewanej strony. Zacznę od początku…

Kolejne rządy w naszej Ojczyźnie walczą albo z przeciwnikami, albo ze zwolennikami aborcji. Obecny robi wszystko, aby każde poczęte dziecko zostało urodzone. Likwidacja swobodnej sprzedaży pigułki „dzień po”, zaostrzenie ustawy aborcyjnej, wypłata świadczeń pieniężnych kobietom rodzącym chore dzieci, program 500+…. wszystko po to, by rodzić, rodzić, rodzić. Bardzo dzielnie asystuje przy tym Kościół Katolicki. Namawia, popiera, potępia tych, co nie popierają. Jest bardzo aktywny w dziedzinie prokreacji. W sumie się nie dziwię. Muzułmanie mają po kilka żon, gdyż ich podstawowym zadaniem jest przysporzenie Allahowi jak największej ilości wiernych. Dlaczego więc Kościół Katolicki ma nie robić tego samego? Czepiam się Kościoła? Oj, czepiam. Bo właśnie ten Kościół przeraźliwie mnie zaskoczył. A właściwie jedna parafia….

Taka niewielka, praktycznie gminna, bo siedzibę ma w maleńkim miasteczku. Pośrodku niego skwer zwany parkiem, po bokach kamieniczki i centrum – kościół. Bardzo ładny zresztą. W miasteczku rządzi burmistrz wraz z proboszczem. Jak za starych czasów: władza świecka i czynnik odpowiedzialny za ideologię. Wszyscy się z każdą władzą liczą, szanują i boją się. Jeśli ludziom jest z tym dobrze, to niech sobie żyją. W końcu ich gmina, ich urzędy, ich samorządy. Nie wtrącam się. Ale…

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o przedziwnych poglądach księdza proboszcza, z którymi nawet moje tolerancyjne serce pogodzić się nie może.

Otóż w tym bogobojnym miasteczku, w którym nie wolno nie chodzić do kościoła, ksiądz proboszcz nie udziela sakramentu Pierwszej Komunii Świętej dzieciom upośledzonym w stopniu umiarkowanym, głębokim, czyli takimi, które są niezdolne do samodzielnej egzystencji. Rodzicom wyjaśnia, że dzieci te zupełnie nie rozumieją o co chodzi w tej komunii i nie mogą jej przyjąć. Jak zrozumieją, to będą mogły przystąpić.

No i w tej chwili nóż mi się w kieszeni sam otworzył.

Szanowny księże proboszczu, takie dzieci mają uszkodzony mózg, który jak wiadomo nie podlega transplantacji, ani się nie regeneruje! Dzieciaki nigdy nie dorosną, nigdy nie zrozumieją tego świata. Czyżby kapłan z XXI wieku nie posiadał podstawowej wiedzy na podstawowe tematy? Jak w dobie walki przeciwko aborcji, pigułkom, środkom antykoncepcyjnym, w czasach płacenia za urodzenie chorego dziecka, można jawnie je dyskryminować?

Czy ksiądz nie wie, że owe dzieci bardzo często rozumieją wszystko, co się wokół dzieje, nie potrafią jedynie przekazać światu swych uczuć, emocji, słów?

Czy ksiądz wie jak czuje się głęboko wierzący rodzic, którego dziecko nie może przystąpić do sakramentów, bo… według proboszcza jest na to po prostu za głupie?

Czy ksiądz zna słowa Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Bez komentarza…..

Ale jest pozytywne zakończenie tej historii. W oddalonym od naszego miasteczka nieco większym mieście znajduje się parafia, która przygarnia wszystkich. Raz w miesiącu odbywa się tu msza święta dla najmniejszych i najbardziej potrzebujących boskiego wsparcia dzieci. Tutaj też dzieciaczki przyjmują swą Pierwszą Komunię Świętą. Inny Bóg? Inna religia? Nie, ten sam Bóg, nawet ta sama diecezja. Tylko słudzy boży inni. Tu właśnie rodzice z przedstawianego miasteczka przywożą swoje pociechy, by przystąpiły do sakramentu. Można? Można!

Dla ludzi wierzących sakramenty są bardzo ważne. Słyszałam kiedyś historię właśnie o dziecku mającym utrudniony kontakt z otoczenie. Było już na skraju życia, rodzina pożegnała się z nim. Poproszono księdza o ostatnie namaszczenie. Ksiądz wypełnił wolę najbliższych i …. dziecko wróciło do świata żywych.

Nie należę do osób mocno praktykujących, ale przypadek z małego miasteczka przeraził mnie. Okazało się bowiem, iż większość mieszkańców wie o praktykach proboszcza i w milczeniu godzi się na nie… i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze…..

 

 

 

 

Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Jak to ze zjednoczeniem Europy bywało…

Unia_Europejska_przyciaga_6803420

 

Siedzę sobie w domu, za oknem wiatr o charakterze afrykańskim, czyli upalny, będzie burza, piję sobie wodę gazowaną (na złość wszystkim zalecającym niegazowaną) i tak myślę o tej naszej Unii… Europa zawsze chciała się zjednoczyć. Od dawien dawna byli ludzie, co to chcieli pod jednym sztandarem integrować wszystko i wszystkich. Poczytałam trochę, porobiłam notatki metodą „kopiuj, wklej” i pomyślałam sobie, że Wam je przedstawię.

Zacznijmy od takiego Aleksandra Wielkiego, zwanego Macedońskim. W 334 roku p.n.e pokonał Persów, następnie podbił Tyr w Fenicji, a później Egipt, gdzie kapłani ogłosili go faraonem. Marzył on o stworzeniu wielonarodowościowego grecko-perskiego imperium. W ramach integracji zachęcał swych żołnierzy, aby poślubiali perskie kobiety. Sam pojął za żonę księżniczkę perską – Roksanę. Marzył o zjednoczeniu całego ówczesnego, znanego mu świata. Ale w wieku zaledwie 33 lat zmarł w Babilonie i ze zjednoczenia nic nie wyszło…

Potem był drugi facet, zwał się Juliusz Cezar. Zjednoczenie rozpoczął od połączenia ludów półwyspu apenińskiego. A potem to już wiemy, był nawet Egipt i Kleopatra. Julek życie stracił w Rzymie, a jego imperium nadal trwało, ale wreszcie, w wyniku picia z naczyń z brązu i przedostawania się trujących związków do organizmów oraz rozwiązłości seksualnej poszczególnych cezarów, cesarstwo padło.

Nadeszło chrześcijaństwo, które też miało ambicje połączenia ludów Europy. Bo religia ta narodziła się, jak wiemy, w Azji graniczącej z Afryką, ale do potęgi doszła dopiero w Europie. Dążenia duchownych wyższego szczebla nawet miały szanse powodzenia, ale najpierw jedna schizma, potem druga, Marcin Luter i z jednego pnia wyrosło wiele gałęzi, znaczy się religii. A te jakoś nie dały się ponownie zjednoczyć.

W międzyczasie zjednoczenia Europy próbowali Karol Wielki i Otton III.

Teoretykiem – prekursorem naszej UNII był Pierre Dubois (ok.1250-ok.1312). Swe poglądy zawarł w dziele „O odzyskaniu Ziemi Świętej”. Przedstawił w nim koncepcję ustanowienia respublicae christianae (republiki chrześcijańskiej), federacji suwerennych państw europejskich pod przywództwem Francji. Ta ponadnarodowa organizacja rozstrzygałaby spory wewnętrzne w Europie oraz stanowiła obronę przed wrogami z zewnątrz (pewnie Arabami i Azjatami). Konflikty miał rozstrzygać międzynarodowy trybunał rozjemczy składający się z sędziów duchownych i świeckich. W ideologii połączonej Europy grzebał się też król Czech Jerzy z Podiebradu (1420-1471). Opracował projekt utworzenia Ligi Pokoju, związku chrześcijańskich państw Europy. Na początek w Lidze miały znaleźć się Burgundia, Bawaria, Czechy, Francja, Polska, Wenecja i Węgry.  

Można również wspomnieć o Stanisławie Leszczyński (1677-1766), który postulował utworzenie Ligi Narodów, związku państw europejskich, stojącego na straży pokoju i współpracy na kontynencie.

Wreszcie docieramy do prawdziwego asa europejskiego – Napoleona.  Opanował praktycznie całą Europę. Nawet dał Polsce jakąś namiastkę państwowości – Księstwo Warszawskie. I gdyby na tej mini Polsce się zatrzymał, może dziś wszyscy bylibyśmy mieszkańcami państwa warszawskiego, zarządzanego z Paryża. Ale zachciało mu się Rosji. I to był błąd. Tego błędu nie popełniają dzisiejsi zarządzający UNIĄ. Oni Rosji nie chcą, bo boją się, że wszystko może skończyć się jak w XIX wieku.

Potem była idea komunistyczna – „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” przeciwko wyzyskowi. Koniec znamy. Nie ma komuny, nie ma zjednoczenia Europy przeciwko wyzyskowi.

Ciekawą postacią w teoretycznych wizjach jednoczenia starego kontynentu jest  Richard Coudenhove-Kalergi (1894-1972). Ten urodzony w Tokio syn austriackiego dyplomaty (matką była Japonka) miał swoje polskie korzenie. Jego prababką była Polka Maria Kalergis, ukochana Norwida, ulubiona uczennica Chopina. Coudenhove-Kalergi był zwolennikiem XIX-wiecznej koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy. Widział on Europę zjednoczoną „od Polski po Portugalię” Również nie było tu miejsca dla Rosji oraz uwaga! dla Wielkiej Brytanii.

A w XX idee jednoczenia rozwinęły się tak szybko, jak ówczesna technika. Najpierw była Liga Narodów – powstała 28 czerwca 1919 roku.  Celem Ligi Narodów było utrzymanie pokoju i współpracy na świecie. Wszyscy mieli się jednoczyć, pokojowo rozmawiać, nawiązywać wszelaką współpracę. Tacy wysocy urzędnicy tej Ligi mieli pilnować na przykład takiego Gdańska, żeby ani Polacy, ani Niemcy nie ograbili. Nie udało się.

Potem było ONZ, choroba jeszcze jest…

Aha, w Europie powstały dwie rady: w 1958 Europejska Wspólnota Gospodarcza – skupiała państwa bloku zachodnio-kapitalistycznego oraz od 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej blok wschodni-komunistyczny. I te też się skończyły, bo nadeszły inne czasy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiaj mamy UE… Ciekawe, jak to się skończy… Jak na upalny wieczór – wystarczy. Zaczyna grzmieć…

 

 

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Seks, seks, seks! Tylko dla dorosłych

 

Tyle się dzieje. Nie nadążam. Początek dnia jest spokojny i ustalony od dawna. Budzi się człowiek rano, wyprowadza psa, pije wodę z cytryną, czyta o przygodach pana Samochodzika. Potem je śniadanie i włącza laptopa. A tu … rety… ktoś kogoś za coś w celu bez celu dla zasady wbrew zasadom nocą w dzień … Gorąco. Duszno. Pot na całym ciele. Jak w okresie przekwitania. Trzeba chyba wrócić do hormonów.

A olać to wszystko! Pogadajmy o du…Maryni – ryknął mi wczoraj na czacie kumpel. No tak, kiedyś temat seksu i przysłowiowej du… Maryni był  najbezpieczniejszym tematem do rozmów. Zwłaszcza  o intymnym współżyciu mrówek i obcych, o rozmnażaniu poprzez kapustę i za pomocą bociana. Du… była tematem żartów mniej lub bardziej udanych. Nikogo nie obrażała. Nikomu krzywdy nie robiła, bo każdy ją ma. Czasami ktoś się oburzył, bo tematy związane z du… urażały jego uczucia. Dawała sobie jednak z tym radę.  

Ale nie teraz. Oto sprawa w/w części ciała i nawiązujący do niej seks ( a to słowo można pisać w całości?) poruszyła VIPowskie szczyty. Wiecie o co chodzi, o słynny wrocławski teatr i słynny spektakl…

12241404_542501385916821_6968793714121665933_n

Andrzej Pągowski – plakat z 1981 r.

Bywałam już na przedstawieniach, w których po scenie biegali nadzy aktorzy. Raz uznałam, że zupełnie niepotrzebnie, bo niczego istotnego do sensu spektaklu nie wnieśli. Raz – byli mi zupełnie obojętni. Ale dwa razy zdarzyło się, że nagość była w pełni uzasadniona. W tej wyliczance ważne jest jednak, że na widowni byli ludzie o zupełnie odmiennym zdaniu. Komuś się podobało, ktoś znalazł sens.

We wrocławskim teatrze nie byłam i pewnie nie będę. Nie po trasie, a forsy na eksperymentalne wyjazdy nie mam. Wiem jednak, że sztuka jest nieobliczalna, a seks stanowi jej nieodłączny element.

Bez wątpienia prym wiodła zawsze literatura. Kto z nas nie czytał ukradkiem słynnej trzynastej księgi Pana Tadeusza? A pełna niecenzuralnych wyrazów twórczość Fredry? A Leśmian i jego „Malinowy chruśniak”? Lektura obowiązkowa. Bardziej obeznani z poezją znają twórczość Jana Andrzeja Morsztyna, faceta z XVII wieku. A nasz Adaś Narodowy i jego „Świtezianka”? Jako były nauczyciel pamiętam do dziś pytania uczniów na temat tego, jak robił to strzelec z dziewczyną na środku jeziora. Przeca dopuścił się zdrady i został za to strącony w otchłań wodną. Malarstwo…tu można długo i namiętnie. Taki np. „Szał uniesień” Podkowińskiego to czysty s… i to jeszcze dodatkowo na koniu. Akty męskie i kobiece… Adam i Ewa w raju… ba, nagi Adaś w Kaplicy Sykstyńskiej…

szał

 

„Szał uniesień” Władysław Podkowiński

Bo seks to nie tylko jedna wiadoma sprawa…

„Samo słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika sexus, oznaczającego płeć biologiczną (…)W języku potocznym słowo to w dużym stopniu wyparło częściej dawniej używane w Europie słowo erotyka”.

A jeśli chodzi o erotykę to ludzie są bardziej pobłażliwi. Wydaje im się spokojniejsza i ładniejsza. I tu dochodzimy do sedna sprawy wrocławskiego teatru.

Gdyby na afiszu napisano, że będą „sceny erotyczne”, wrzasku by nie było. Nawet w teatrze elżbietańskim, kiedy scenę erotyczną odgrywało dwóch facetów, z którego jeden grał kobietę, nie uznawano tego za obsceniczne. Ale gdyby wrzasku nie było, nie byłoby reklamy. Spektakl byłyby jednym z wielu spektakli w polskich teatrach. Tymczasem jest jedyny w swym rodzaju. Stał się sławny jeszcze przed premierą. Skłonił ludzi do modlitwy. Poruszył najwyższych VIPów. Interweniowano, proszono, straszono. Niektórzy przypomnieli sobie, że w Polsce są teatry. Dziennikarze mieli pracę. Słowem, wszystko się udało. Oczami wyobraźni widzę ludzi wrocławskiego teatru zacierających z radości dłonie.

Ale do społeczeństwa został wysłany sygnał – o du… Maryni rozmawiać niebezpiecznie, bo jeszcze przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą…Mogą przyjść. Mogą pobić narzędziem do modlitwy. Mogą nasłać VIPów. Wszystko mogą. Ten blog też mogą usunąć.

Przerzućmy się zatem na inny temat. Właśnie w Wałbrzychu zakończono badanie terenu na słynnym 65 kilometrze. Coś tam w środku jest. Ma całe 150 metrów. Ciekawe, czy ma to związek z seksem?  

A dla tych, co chcą więcej seksu, polecam swoje „Sceny erotyczne z życia emerytów”

http://www.czarownice.kosz.pl/opis-3-Sceny_erotyczne_z_zycia_emerytow.php
 

Blog otwarty w sprawie emerytów

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i Kandydatki!

Obserwując, śledząc, inwigilując Wasze poczynania w czasie kampanii wyborczej, w trakcie obrad na sali, przy różnych stołach, podczas wystąpień mniej lub bardziej ważnych, stwierdzam z przykrością, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę, (o sekundach nie wspomnę) robi mi się coraz bardziej smutno, przykro i w ogóle…

Bo jest tak: cała podzielona politycznie Polska prowadzi dyskusje na temat komórek jajowych i plemników, kłóci się o zapłodnienie in vitro, o życie poczęte, kredyty dla młodych i czas przejścia na emeryturę.

A co potem? A co z tymi, którzy już niczego nie poczną, ani się nie zapłodnią, na kredyty się nie łapią, ze względu na wiek i niskie dochody, a na emeryturę już przeszli?

Czy zauważyliście, że w Waszych wypowiedziach, przemówieniach, obietnicach i planach na przyszłość nas – emerytów po prostu najzwyczajniej nie ma?!

z10707396Q,Pomoc-spoleczna

Emeryt pojawia się głównie wtedy, kiedy mowa o jego emeryturze i obciążeniu nią budżetu państwa.

Emeryt pojawia się, gdy mowa o kiepskiej formie szpitali, też finansowej oczywiście.

Konieczność wypłacania emerytur, tych obecnych i tych przyszłych, to cios dla gospodarki, przyczyna jej zahamowania, a nawet możliwość doprowadzenia do bankructwa państwa. Przecież emeryt, obecny i przyszły, depresji może się nabawić słuchając i czytając takie teksty. Świadomość, że przez niego upadnie wszystko i nie będzie nic, doprowadzić może do samounicestwienia.  

Kandydaci i kandydatki!

Prezesi, szefowie i przewodniczący!

Laides and Gentelmen!

Nie potraficie nawet ustalić jednakowej dla wszystkich miast ulgi na przejazdy komunikacją miejską. Przebywając w mieście Z. byłam świadkiem przejmującej sceny. Oto autobusem miejskim jechała pani w wieku 74 lat, pochodząca z innego miasta. Dostała się w kleszcze tzw. „kanarów”. Pani nie miała biletu, gdyż w jej miejscowości ludzie w wieku powyżej siedemdziesiątki jeżdżą za darmo. Oczywiście wypisano jej mandat za jazdę bez biletu – 300 zł i pouczono, że powinna sprawdzić warunki jazdy bez biletu w … internecie!

Szukałam w swojej okolicy czegoś dla siebie jeszcze młodej i energicznej emerytki. Bo dla dzieci i młodzieży atrakcji sporo. Warsztaty teatralne, wokalne, zajęcia sportowe w różnych dyscyplinach sportu, w szkole różne kółka zainteresowań, byleby tylko młódź chciała korzystać… Za darmo. Dla seniorów znalazłam zajęcia plastyczne – malowanie na szkle, szydełkowanie, wykłady z historii miasta.  Część za odpłatnością. Do szydełkowania i malowania serca nie mam. Historię miasta znam na wylot, sama uczyłam jej  w szkole. Oczywiście była gimnastyka i pływanie dla takich jak ja, ale też wysoko pełnopłatna. Radocha. Oczywiście były ulgowe bilety na koncert, ale muzyki poważnej lub ludowej. A ja chętnie bym tak posłuchała dobrego rocka. Wszak moje pokolenie wychowało się nie tylko na Bachu. Za naszych czasów grali już Rolling Stonesi i AC DC. No niestety, jakoś hardrock z emerytami się nikomu nie kojarzy, a powinien… Bilety ulgowe w większości przysługują dzieciom i studentom. Wszak młode pokolenie musi się rozwijać. Stare – zwijać. Koleżanka powiedziała mi, że marudzę i mam się cieszyć, że w ogóle ktoś coś  dla seniorów robi. Nie będę się cieszyć. Foch i tyle!

Czyżby tylko Jurek Owsiak ze swą Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy pamiętał o ludziach wymagających troski ze względu na wiek? Coroczna zbiórka na oddziały geriatryczne jest jedyna akcją przypominającą społeczeństwu o seniorach.

Kościół Katolicki też ostatnio tylko o poczętych i nie poczętych …

Druga w tym roku kampania wyborcza, a tu o emerytach cisza. Wynika z tego, że najważniejsze, to wysłać człeka na tę emeryturę i mieć go z głowy.

Dobrze, nie będę już marudziła. Obracam się w kręgu jeszcze zdrowych i pełnych chęci do życia emerytów, takich na miarę XXI wieku. Zawsze coś się uda zorganizować, zrobić jakąś zrzutkę i wyjechać, niekoniecznie na pielgrzymkę. Bo jak emeryt sam sobie czegoś nie zorganizuje, to nikt mu nie pomoże, dobrze, za ostro – mało kto mu pomoże.

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i kandydatki!

Póki co, nie mam na kogo zagłosować w wyborach parlamentarnych. Wszystkie partie mnie olewają. Chyba ja też je oleję i pójdę sobie na spacer. Z kijami. W ramach relaksu i samoobrony przed skutkami emerytury. 

 moja twórczość literacka www.czarownice.kosz.pl

polecam zakładkę „Sceny erotyczne z życia emerytów”