A to Polska właśnie….

748260558-cicha-noc-plakat

recenzja filmu ukazała się w „jednodniówce”, która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach… Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia…? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu… Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.

Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Wróżby w cichą noc…..

 

24176953_1719328864764626_7835954061933859448_nPierwszego grudnia Łomżę odwiedził oficjalnie Piotr Domalewski, reżyser rodem z …. Łomży. Jego film „Cicha noc” zdobył Złote Lwy podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestniczyłam w przygotowaniu specjalnego wydawnictwa z tej okazji. A oprócz tego postanowiłam powróżyć….

co było….

Urodził się w mieście, gdzie byli i żyli kardynał Wyszyński, Witold Lutosławski i Hanka Bielicka. To dziedzictwo wpłynęło wyjątkowo na jego życie. Śladami kardynała podążał, ucząc się w tej samej szkole. Był również ministrantem.

I bardzo dobrze, że na tym naśladownictwo się skończyło, bo gdyby tę łomżyńską tradycję kontynuował, znaczy się wstąpił do seminarium, nie byłby dzisiaj tym, kim jest.

Co do jego związków z Lutosławskim i Bielicką sprawa jest oczywista – wszyscy to artyści, czyli ci, co to nie sieją, nie orzą, a talent sam ich żywi, dlatego też są wiecznie żywi i inni żywi o nich ciągle pamiętają.

Tak więc żył sobie spokojnie w mieście, wokół którego trawa czysta i woda zielona… znaczy się odwrotnie. Jego życiorys płynął spokojnie jak Narew.

Któregoś dnia stwierdził, że ma za słaby jak na faceta głos i postanowił go fachowo poćwiczyć. Trafił najpierw do piosenkarzy, a potem do aktorów. Nauczył się śpiewać i grać. Mamusia polonista nauczyła go pisać, to znaczy tworzyć teksty samodzielnie, bez pomocy internetu.

W wieku jak najbardziej odpowiednim wyrwał się spod wysoce fachowej pedagogicznej opieki rodziców i ruszył w Polskę. Zwiedził Wrocław, Białystok, Kraków, Gdańsk i Katowice. I tu właśnie przeżył największą traumę swego życia. Mimo iż miejscowość w granicach państwa polskiego nijak nie mógł się porozumieć z tamtejszym ludem wydobywającym węgiel.

co jest…. czyli dzień dzisiejszy

W Gdańsku spotkała go przygoda. Onegdaj spacerując po Długim Targu, ulica taka jakby kto nie wiedział, spotkał dwa bezdomne lwy. Włóczyły się bidne po ulicach, bo niby są symbolem miasta, niby to mieszkają w ratuszu, ale ich podobizny wręczane są ludziom w Gdyni. Lwy straciły zatem orientację, czy są z Gdańska, czy z Gdyni, czy są ze złota, tombaku czy z krwi i kości. Już ruszyły w stronę Motławy, żeby w akcie rozpaczy rzucić się do rzeki, kiedy nasz człowiek pogłaskał je po grzywach, podzielił się hot-dogiem, obdarzył dobrym słowem. Lwy obiecały, że jeszcze kiedyś się wszyscy razem spotkają i

Będzie, będzie zabawa!

Będzie się działo!

I znowu nocy będzie mało.

Będzie głośno, będzie radośnie.

Myśląc o ponownym spotkaniu z wielkimi i potężnymi zwierzętami zaczął pisać scenariusze i kręcić filmy. Jego trud został doceniony. Dostał zaproszenie do Gdyni. A Gdynia to port potężny. Tu zawijają statki z całego świata. Tu ludzie kręcący filmy spotykają się co roku w teatrze z olbrzymim foyer i nie mówią po śląsku. W nocy spacerując nerwowo, w oczekiwaniu na pokaz swego filmu, po ulicy Świętojańskiej, spotkał starych znajomych. Oj radowały się lwy, radowały! Machały ogonami, machały! A następnego dnia ich podobizna trafiła do potomka Wyszyńskiego, Lutosławskiego, Bielickiej i oczywiście rodu Domalewskich. Wielki to był dzień dla dzielnego chłopca znad Narwi. Tak się cieszył, że nie wiedział co powiedzieć, komu dziękować, komu się pokłonić, kogo op…. znaczy się objechać, bo byli tacy, co w niego nie wierzyli.

co będzie…

Już niedługo będziesz sławny, sławniejszy niż dzisiaj. Ale zanim ten czas nadejdzie, czeka cię praca w trudzie i znoju. Po nocach spać nie będziesz myśląc, co by tu jeszcze skręcić, wykręcić, nakręcić. W poszukiwaniu tematów do scenariuszy pieszo będziesz przemierzał bory i pola, gdzie nawet Jeep z napędem na cztery koła nie dojedzie. W swych poszukiwaniach odwiedzisz szeptunki, które nie powiedzą co nic poza tym, co ja tu mówię. W wielkich miastach na dworcach spać będziesz, by poczuć atmosferę kolejnego pomysłu na film. Wymienisz kilka laptopów, zapiszesz tonę papieru, wypijesz hektolitry kawy.

Uważaj tylko na energetyki. Co za dużo to nie zdrowo.

Wkroczysz w wielki świat finansjery, polityki i facebooka.

Wykorzystaj pierwszych, odsuń się od drugich, a na facebooka machnij ręką.

Spotkasz wielu ludzi, wśród nich tłumy wielbicielek, które zrobią wszystko, by dostać się do twego filmu. Będą ci kadzić, będą komplementować, zasypywać słodkimi słowami, obiecywać gwiazdki z nieba i gruszki na wierzbie.

Wystrzegaj się ich! Gwiazdka z nieba może okazać się czarną dziurą, w którą wpadniesz i już z niej nie wrócisz.

Będziesz zapraszany na bankiety i spotkania. Wielkie pokusy będą tam na ciebie czekały, zastawione stoły i pełne kielichy, ludzie o sztucznych uśmiechach, co to będą chcieli się ogrzać w cieniu twojej sławy…

Pamiętaj, jedzenie na bankietach jest niewiadomego pochodzenia, może ci zaszkodzić, a wtedy laparoskopia pęcherzyka żółciowego i refluks żołądka. Jeśli do tego dodamy płyny w kielichach to może okazać się po pewnym czasie, że cały układ trawienny do wymiany.

 Ale nie zapomnisz nigdy o swym rodzinnym mieście. Będziesz tu przyjeżdżał wiedząc, że kiedyś postawią ci tu ławeczkę. Tak jak Bielickiej.

 

 

 

 

Plac Czerwony

270962_572096106157697_546559506_n

Wszystko zaczęło się oczywiście od wiadomego miejsca największych internetowych dyskusji. Oto mój znajomy zamieścił zdjęcia dawnego tzw. Starego Rynku lub Starówki, jak kto woli. Fotka była czarno – biała, znaczy się szara, ale czuć było na niej iście wiosenno-letnią barwę. Na Starówce, pośród trawy rosły drzewa i krzewy, stały ławeczki i była fontanna. Taka starego typu, okrągła, nie to co dzisiejsze wypryski lub wytryski z betonu.

Okazało się, że owe czasy pamiętam, znaczy się stara jestem. Nawet gdzieś jakieś foto przy tej fontannie mam z czasów, kiedy było się młodym. Zaczęłam zatem obserwować dyskusję, która rozpoczęła się na temat Starówki. Bo dziś… nie dość, że fontanny nie ma, to nie ma właściwie niczego. W latach dziewięćdziesiątych nieliczne drzewa zostały uwięzione w betonowych kwadratach i coraz bardziej zaczynają przypominać takie większe bonsai, trawniki pokryto kostką brukową w kolorze czerwonym i postkomuna ma radochę, bo mówi, że mamy własny Plac Czerwony, a ławki ustawiono bliżej…. jezdni. Całość przypomina bardziej parking niż miejsce do jakiegokolwiek odpoczynku po zakupach w okolicznych sklepach.

Już w 2006 roku rozpoczęto akcję promującą przywrócenie dawnego porządku pod hasłem „Fontanna jest nasza!!!!(…) „Plac Czerwony” do Moskwy!”. Większość mieszkańców uważała, że koniecznie trzeba zmienić wygląd Starówki. Nic to jednak nie dało. Czerwony bruk pozostał.

Obecna dyskusja rozpoczęła się tradycyjnie – od nostalgii za zielenią, oazą wytchnienia w samym środku miasta. Ale oto pojawili się przeciwnicy drzew, krzewów i fontanny. Opozycję ministra od wyrębu drzew wysłali nad rzekę, do lasu i jedynego w mieście miejsca zwanego parkiem. ( Do drugiego lepiej nie chodzić, wrony, kruki i wszelkie ptactwo ma tam gniazda i człowiek wychodzi z białymi plamami na głowie).

Miasto jest miasto i nie ma w nim miejsca na przyrodę! W mieście ma się dziać! Na Starówce ma być ruch! Kultura! Sport! Turystyka! No dobra, przegięłam… Ale dlaczego nic się nie dzieje? To już jest temat na inne rozważania. Oznajmiam jedynie, że omawiane miejsce jest zamieszkałe, a ilość punktów konsumpcji piwa w mieście – ograniczona. Nawet na festynach już się go nie sprzedaje. Dlatego też zdziwił mnie trochę argument, że kiedyś wokół fontanny, wśród krzaków siedzieli pijani żule i ponownie nie można do tego dopuścić. Tymczasem „i tak plączą się pijaczki tylko dzisiaj ich dobrze widać” – pisze znajomy. Skąd biorą alkohol, skoro na Starówce ogródków piwnych brak? Ot i zagwostka dla zwolenników czerwonego placu….

Ktoś też zauważył, że ongiś, za czasów komuny wokół tej fontanny kręciły się Cyganki i chciały wróżyć… Miało być zjawisko negatywne… tymczasem ktoś zatęsknił za paniami w barwnych strojach…. dziś Cyganów, zwłaszcza tych prawdziwych, już nie ma… Ach, szalone lata siedemdziesiąte…

Ale na łopatki rozłożył mnie inny internauta… „(…) nie tak wyglądały rynki w miastach i nie do (wypoczynku) były przeznaczone. Było to, jak sama nazwa wskazuje, miejsce handlu. Komuniści chcąc skupić cały handel w swoich rękach, zamieniali miejskie rynki na skwery z zielenią. Wystarczy przejść się po Starym Rynku w Warszawie…”. „Popieram – krzyknął kolejny internauta, tym razem sarkastycznie – Jestem nawet za tym, żeby na złość komunistom przywrócić wygląd tych miejsc do stanu zaraz po wojnie. Po co mieszali się te komuchy!”

Zrobiło się gorąco. Porównanie Starego Rynku w mieście ok. 60-tysięcznym do czegoś o podobnej nazwie w stolicy mogło być powodem do dumy. Jednak powrót do średniowieczno – odrodzeniowych korzeni, czyli handlu, oznaczałby konieczność wyburzenia nie tylko bruku, ale i okolicznych domów… Pojawiłby się problem – wpuszczamy tylko furmanki dwukonne, czy dajemy wolny wjazd jednokonnym?

Kolejna sprawa to oczywiście owe komuchy, co to zagarnęły wszystko i zamiast już w 1945 budować galerie handlowe w miejscu rynków, sadziły tam zieleń. Tyle tego nasadziły, że dziś trzeba to wycinać, karczować, likwidować, bo człowiek nie może się spokojnie po asfalcie w lesie poruszać. Pewnie w wycince lasów równikowych i w topieniu lodowców też potomkowie Lenina palce maczali. Cóż przy tym znaczy likwidacja małego skweru w niewielkim mieście…

Zbliża się okrągła rocznica nadania praw miejskich w mieście z Placem Czerwonym. Jest jeszcze czas, by przynajmniej część kostki wykopać, wyłożyć nią tereny nad rzeką, a w jej miejscu zrobić zwykły, normalny, zwyczajny klomb, taki sam jakie są na wszystkich rondach, uwolnić drzewa z betonowych kwadratów, posadzić kilka krzewów… Marzenia, marzenia, marzenia starszego pokolenia….

zapraszam na blog http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

 

 

Zbuntowany gabaryt.

śmieci

 

Odsapnijmy od polityki i zajmijmy się sprawami przyziemnymi, takimi, które na co dzień zakłócają nam życie. A jest ich sporo, oj sporo. Człowiek na przykład spaceruje z psem po osiedlu z wielkiej płyty, wielkich pustaków, śmietników i wącha. Bo one nadal śmierdzą. Mimo segregacji odpadów śmieć śmieciem pozostanie i cuchnąć będzie. Na moim osiedlu tzw. odpady „niesegregowalne” – najbardziej cuchnące – wywożone są co dwa dni, czyli w normie. A śmietnik nadal śmierdzi. Taki to los śmietnika. 

Ostatnio jednak sporo szumu zrobiło się wokół śmietników z innego powodu. Chodzi o odpady nieśmierdzące czyli tzw. wielkogabarytowe.

Z nimi jest tak: można je oczywiście usuwać z mieszkań, tego nikt nikomu nie zabroni żadną ustawą, ale nie wolno ich zostawiać przy śmietnikach. To znaczy można je ustawiać, ale tylko dwa razy do roku, bowiem dwa razy do roku na trasę wyruszają pojazdy, które te wersalki, fotele, meblościanki, zwane również segmentami, zabierają spod śmietników. (Bezpłatnie wówczas, o płatności będzie zaraz.)

Tak więc dwa razy do roku według grafiku ustalonego przez wywoźnika i zgodnie z ustaleniami z „miastem” mieszkańcy mają prawo …. właśnie… do czego…. tylko do wywalania gratów…. nie. Nie. Wprowadźmy trochę logiki. Jeśli wywalę stare, muszę kupić nowe. Jeśli trzeciego kwietnia usunę stare wyro, to również tego dnia muszę kupić nowe, żeby mieć na czym spać. No dobrze, jedną, dwie noce mogę przekimać na materacu plażowym, ale dłużej się nie da. Usuwając starą szafę mogę oczywiście majtki, spodnie i garsonki przechowywać w kartonach , ale jak długo? Logicznie rzecz biorąc mam prawo do zakupu nowych mebli dwa razy do roku i to w terminie wyznaczonym przez wywoźnika.

Praktyki wywożenia wielkich gabarytów dwa razy w ciągu dwunastu miesięcy stosowane są w wielu miastach i to wcale nie tych najmniejszych. Mam przecieki, że i w 120-tysięcznym tak jest, i w 60-tysięcznym też, o 5-tysięcznym nie wspomnę.

Wyobraźmy zatem sobie takie duże miasto robiące wymianę mebli dwa razy do roku. Ba, wyobraźmy sobie takie miasto robiące remonty dwa razy do roku, bo nie da się ukryć. Wymianie umeblowania towarzyszą z reguły malowania, przestawiania ścian itd. I ile zimą remontów w domach jest mniej, o tyle latem – bardzo dużo. W moim bloku – 32 mieszkania – obecnie prowadzone są dwa, ja dołączam za trzy tygodnie (na szczęście bez wymiany mebli).

Tak więc w mieście robota wre, byleby tylko wyrobić się w terminie wywózki. A tu jak na złość, latem wywózki nie ma, bo ktoś zaplanował ją na jesień. Co zrobić ze zużytymi wersalkami?

Niektórzy mówią, że przechować do owej jesieni. Gdzie kochani, gdzie? Na 48 metrach w towarzystwie nowej? W bloku nie ma żadnej możliwości przechowywania starych mebli.

Można co prawda tak jak moja znajoma – wywieźć na działkę i rozpalić ognisko. Dziewczyna często wspomaga biednych remontowiczów i utylizuje ich meble.

Kiedyś widziałam człowieka, który do pojemników z cuchnącymi śmieciami, wywalał pociętą na części wersalkę. Najgorzej miał ze sprężynami… Też tak można.

I oczywiście można wystawić przy śmietniku, zadzwonić, zapłacić i wywoźnik w ramach usług dla ludności meblościankę wywiezie.

I tu zaczyna się bunt społeczeństwa. Kiedy wprowadzono przepisy o segregacji odpadów, dużo mówiono oczywiście o ekologii, ale również o oszczędnościach. Obiecywano, że będzie lepiej i dla Matki Ziemi i dla jej mieszkańców z …. choroba, której to Rzeczpospolitej? Nieważne.

W sumie źle nie jest. Ludność stara się segregować. Też to robię. I płacę. Regularnie płacę za segregowane śmieci, za trzy pojemniki we własnym domu, za każdą spacer z butelkę wyrzucaną do pojemnika z napisem „szkło”, za kartony umieszczane w takim z napisem „papier”.  Nie magazynuję niczego w domu, bo nie ma gdzie. I płacę. Regularnie płacę. Inni ludzie też płacą.

Dlaczego więc mają płacić dodatkowo za wywóz szafy, jeśli chcą ją usunąć z domu w innym terminie niż wywoźnik nakazuje?

Właśnie zaobserwowałam bunt przeciwko płatnej wywózce wielkich gabarytów. Nie tylko ja. Miejscowe media też. Nawet zdjęcia w sieci były. Ludzie pod osłoną nocy, wystawiają stare meble pod śmietnik. Niektóre mają wzięcie i są zabierane, ale najgorsze pozostają i dekorują osiedle. Oczywiście wzbudziło to wielkie kontrowersje. Są ludzie oburzeni, twierdzą, że połamane krzesła przy śmietniku to wstyd i obciach. Przypominają o płatnej wywózce. Inni uparcie twierdzą, że postępują zgodnie z ustawą, śmieci segregują i płacą za wywózkę. A to, że przy śmietniku nie ma pojemnika z napisem „meble”, to już nie ich problem.

No ale problem jest. Stoją takie wersalki, szafki, szafeczki i nie ma komu się za nie zabrać. A wystarczyłoby po prostu zgłoszenie potrzeby wywózki przez właściciela starej szafy, a raz w tygodniu wywoźnik wysyłałby pod wskazane adresy ciężarówkę i zabierał wielkie gabaryty. Nie, nie będzie drożej niż dwa razy do roku wysyłanie aut pod każdy śmietnik.  

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Usuwanie laparoskopowe

e62fd13f742a47a9911fd499082e92a2 

Zambrów…. niewielkie, bo liczące zaledwie ok. 22 tys. mieszkańców miasteczko w województwie podlaskim… oczywiście wraz z okolicznymi gminami trochę ludzi więcej… Właśnie tu dokonano inwestycji nie w gospodarkę, nie w banki czy inne instytucje lub bliżej nieokreślone szkolnictwo. Tu zainwestowano bezpośrednio w człowieka. W szpital. Rozbudowa i modernizacja pochłonęła ponad 21 milionów, tyle ile obiecane przez kogoś rządzącego komuś za bliżej nieokreślone coś.


http://www.powiatzambrowski.com/1062-zakonczono-ii-etap-rozbudowy-szpitala-powiatowego-w-zambrowie

Miałam przyjemność poddania się w tym szpitalu usuwaniu laparoskopowemu. Tak, przyjemność.  

Do pachnących świeżością sal Oddziału Wieloprofilowego Zabiegowego trafiłam nie przez przypadek. Opowieści typu plotkarskiego oraz wieści internetowe skusiły. Porzuciłam wielkie budynki szpitala wojewódzkiego, które mam za oknem, na rzecz powiatowego szpitalika 20 km dalej… (ach te dwudziestki…).

Zjawiłam się po południu. Na izbie przyjęć jedynie wypełniono wszelkie druki, nałożono opaskę z kodem kreskowym  i odesłano na oddział. Jako przypadek poważny trafiłam do pojedynczej sali z własną łazienką, na elektryczne łóżko. Telewizja typu szpitalnego – za dwa zł. Ale za osiem złotych można ją mieć przez całą dobę. Hotel z pełną obsługą. Po chwili przyszła pielęgniarka. Wbiła wenflon, spuściła mi krew na wszelkie badania. Potem przyszła druga. Wykonała badanie EGK za pomocą przenośnego aparatu i pozostawiła tabliczkę z napisem „Na czczo”. No tak, jutro usuwanie. Wieczorem zjawiła się ekipa lekarzy. Anestezjolog porozmawiał ze mną, ordynator też. Pytania typu tradycyjnego czyli „I jak się pani czuje?” Ciekawe, jak mam się czuć przed operacją…

Potem poszłam na spacer po oddziale. Po jednej stronie – sale jedno lub dwuosobowe. Tu leżały ciężkie „przypadki” – panie po operacjach, panowie przed. Po drugiej – tradycyjne sześcioosobowe. Dla tych lżejszych „przypadków”, bo ludzie w nich leżący byli bardzo aktywni. Zwłaszcza panowie. Ale to temat na całkiem nowy tekst. Były też izolatki z tzw. śluzą czyli po prostu przedpokojem. Toalety ogólne – niewielkie, proste, funkcjonalne, uwzględniające potrzeby osób niepełnosprawnych. Spora ilość pomieszczeń dla personelu i wc, i łazienka, i kuchenka, i pokój zwany socjalnym…. Aż chce się pracować i być miłym dla pacjenta! No nie, przesadziłam – chce się po prostu dobrze wykonywać swoje obowiązki.  

Rano planowałam przyjrzeć się blokowi operacyjnemu. Nic z tego. Już na oddziale dostałam do połknięcia tabletkę typu „głupi Jaś” i zaczęłam powoli odpływać. Pamiętam tylko super windę do przewozu pacjentów i dwie sale niczym z najlepszych filmów science fiction. Słowem Europa, a może już Ameryka?

A potem zasnęłam i nie wiedziałam, że lekarze z Zambrowa walczyli o laparoskopię, zamiast tradycyjnego, znaczy się iście średniowiecznego cięcia. Mój przypadek okazał się bardziej poważny niż sądzono. Udało się! Mam co prawda cztery dziury zamiast dwóch, na stole operacyjnym leżałam dwie godziny zamiast 45 minut, ale cel został osiągnięty! Szacun ekipo operacyjna! Potem też był tylko pełny szacunek dla zambrowskiego personelu!

Na narkozę zareagowałam najgorzej jak mogłam. (Nie, nie opiszę…) Przez kolejną dobę pielęgniarki i salowe ciężko pracowały przy mnie. Mnie zaś stać było tylko na próbę uśmiechu…Nie, lekarzy przy mnie nie było. Po co? Pierwszym kontaktem była pielęgniarka i to zupełnie wystarczyło. Nie byłam tylko kodem kreskowym na opasce z ręki. Zwracano się do mnie po imieniu. Starano się uspokoić nie tylko kroplówką z ketanolem. Było dobre słowo, opowieści o takich, co to reagują gorzej niż ja. Przebierano mnie, zmieniano pościel, prowadzono do toalety.

Policzyłam dziewczyny z „dyżurki”. Na oddziale było 26 „łóżek”, na zmianie pracowały dwie salowe i trzy pielęgniarki. Tyle samo osób pracowało na oddziale wewnętrznym – ok. 45 „łóżek” – gdy usuwałam endoskopowo. Cóż się dziwić, że w Zambrowie opieka była lepsza… Dlaczego nie można zwiększyć ilości personelu na szpitalnych oddziałach?

Pewnie dlatego, że ktoś tam z władających władzą woli przeznaczyć dwadzieścia milionów na cel, którego sensu nie widzę. Tak się jakoś pomysł i suma proponowana ojcu dyrektorowi zbiegła z moją laparoskopią w powiatowym szpitaliku. Zobaczyłam, jak wiele dobrego można za nią uczynić. Na pewno w Polsce jest wiele powiatowych szpitali, które taką sumę spożytkowałyby ku dobru cierpiącego pacjenta.

Do niedawna Zambrów pozytywnie kojarzył mi się z organizowanymi przed laty turniejami koszykówki dziecięcej i młodzieżowej. Dziś do tych wspomnień dołączam pobyt w szpitalu. Porównania co prawda dużego nie mam, ale jeśli w szpitalu może być dobrze, to w tym zambrowskim tak mi było. Dzięki!

 SONY DSC

Nie mój pokój, ale łóżko takie same….

21 stycznia zostałam przyjęta na Oddział Wieloprofilowy Zabiegowy pod numerem 84/16. Była zatem w tym roku już 276-tą  pacjentką Szpitala Powiatowego w Zambrowie. Jak widać po tych liczbach, szpital służy ludziom. 

foto internet

 

Usuwanie endoskopowe

1732-d21

I wreszcie padło na mnie. Bo jak długo można być zdrowym? Nadszedł wreszcie czas na zwiedzanie szpitala z pozycji pacjenta. Trzeba było mi wykonać – jak w tytule. Trafiłam na oddział wewnętrzny. Bez znajomości. Jedynie z USG informujące, że trzeba szybko i sprawnie usunąć. Po sześciu dniach pobytu zwątpiłam w media i ludzi.

W szpitalu źle nie było….

Zacznijmy od posiłków, wszak to temat z pierwszych stron internetu. Praktycznie nie jadłam przez dwa dni. Najpierw z powodu braku apetytu, potem ze względu na usuwanie, a na koniec – głodówka po usuwaniu. Kiedyś ktoś zapomniał, że jestem niejedząca i przyniósł mi kolację. Odmówiłam. Myślicie, że kolacja wróciła do kuchni albo zeżarł ją głodny pracownik szpitala? Otrzymał ją pacjent, który przed chwilą znalazł się na oddziale i jeszcze nie został zameldowany w kuchni. Podczas kolejnych posiłków nie zjadałam całej porcji, bo takie były wskazanie lekarzy. Dopiero szóstego dnia, tuż przed wyjściem, gdy od przysłowiowej du… odelżało,  pochłonęłam cały obiad. I też smakował. Wraz z leżącymi na sąsiednich łóżkach chorymi doszłyśmy do wniosku, że żarcia nam wystarczy. Przez telefony informowałyśmy rodzinę, żeby nam wałówy nie przynosili. Ja byłam w najlepszej sytuacji – jako diabetyk otrzymywałam jeszcze dwa dodatkowe posiłki. Trafiał mi się kisielek, jogurcik, sałateczka, kanapeczka. Aha, na korytarzu stał czajnik. Można było zaparzyć sobie herbatę. Przed śniadaniem parzyłyśmy i opowiadałyśmy swoje szpitalne sny. Nie wyobrażacie sobie, jak smakuje taka poranna herbata w szpitalnej sali!  Niektórzy parzyli poranną kawę. Zdrowsi od nas byli? Zagadka iście detektywistyczna. 

Lekarze byli normalni. Raz dziennie rano zjawiał się tzw. wieloosobowy obchód, który przede wszystkim pytał, jak się czujemy. I nic więcej. Ani słowa o schorzeniu, o leczeniu, o perspektywach. Początkowo byłyśmy zszokowane. Jak to, tak nic pacjentowi  nie powiedzieć? Sprawę rozgryzłyśmy trzeciego dnia. Przecież lekarzy obowiązuje tajemnica lekarska i nie mogą przy obcych pacjentach informować o chorobach innych. Czasy, kiedy cały oddział wiedział co komu dolega, minęły. Jeśli pacjent miał wyjątkowo poważny problem zdrowotny – lekarz zapraszał go do gabinetu i mówił w cztery oczy. Inny też mogli udać się po informacje w swojej sprawie. Mną zajmował się sam ordynator. Po prostu – jedyny w okolicy specjalista od endoskopowego usuwania typu mojego. Zajął się dobrze. Nie wysłał do domu po zabiegu. Kazał leżeć przez kilka dni i zlecił dawanie mi w żyłę. Lekarstw oczywiście.

Z pielęgniarkami to już inna sprawa. Wszystko zależy od człowieka. Była taka jedna, co o szóstej rano energicznym ruchem otwierała drzwi, włączała światło, mierzyła temperaturę lub pobierała krew i wychodziła pozostawiając drzwi otwarte i jasno świecącą neonówkę na suficie. Po wyjściu takiej trzeba było oczywiście wstać, zamknąć drzwi i wyłączyć światło. Kto bowiem powiedział, że pacjent musi budzić się w środku nocy, skoro chce mu się spać? Zwłaszcza jeśli medycyna powoduje, że zdrowieje.

Ale były też inne pielęgniarki. Wchodziły do pokoju, włączały światło, robiły swoje, gasiły światło, zamykały drzwi i dały pospać. W przedostatni dzień kolejna z pań walczyła o „odetkanie” mi wenflonu. Miała to być moja ostatnia kroplówka i pożałowała mnie… po co kuć następną żyłę… tym bardziej, że w planach mam kolejne usuwanie. Tym razem laparoskopowe.

Bardzo miłym zjawiskiem na oddziale byli studenci z miejscowej uczelni – kierunek pielęgniarstwo. Nawet kilku chłopaków było. Wykonywali proste czynności medyczne i praktycznie wszystkie pielęgnacyjne. A uwierzcie, na oddziale wewnętrznym tych drugich jest bardzo dużo. Młodzieży było sporo i cieszyliśmy się, że garną się do zawodu, a telewizja oczywiście kłamie, mówiąc, że niedługo nie będzie miał się kto nami opiekować. I w tym momencie młodzież nas oświeciła. Na studiach jest ich sporo, ale etatów dla nich …. nie ma. Młodzi martwili się, gdzie będą pracować. Wszystko stało się jasne.

W dzień i w nocy na naszym oddziale były trzy pielęgniarki, w dzień dodatkowo dwie salowe i sanitariusz. Do „obsługi” chwilami blisko 40 osób. Część leżąca wymagająca częstych zmian bielizny. Nic dziwnego, że leżeli w „pampersach”… Sanitariusz przez cały dzień prowadził pacjentów na badania i zabierał ich z specjalistycznych gabinetów. Prowadził, pchał wózki, łóżka… Salowe dwa razy dziennie sprzątały sale, korytarz, toalety, przywoziły jedzenie. Kiedyś była tylko jedna. Po dwunastu godzinach dyżuru i wykonaniu wszystkiego, co przeznaczone dla dwóch, kobieta ledwo wyszła z oddziału. Jednego dnia na dyżurze były tylko dwie pielęgniarki… Nie wyrabiały się z podłączaniem i odłączaniem kroplówek.

Łomża_Szpital_Wojewódzki

miejsce mego pobytu – foto internet

I na razie tyle. Niedługo zwiedzę oddział chirurgiczny. Oczywiście napiszę. Życzcie mi, żeby laparoskopowe usuwanie przebiegło tak dobrze jak endoskopowe.

 

Psy, rowery i ludzie

 

Na moim osiedlu, praktycznie w samym jego środku, znajduje się teren rekreacyjny zwany „Skate Parkiem”. Trudniej powiedzieć, czego tu nie ma, niż wymienić szybko to, co jest. Tu spotykają się dzieci, młodzież, dorośli. Od pięciu lat jestem regularnym bywalcem „skejtu”. Tu najczęściej spaceruję z psem. Alejek spacerowych dużo, pojemniki na psie odchody też są, ławki parkowe, a latem nawet „toy toy” przy kortach tenisowych. Ba, kochani – jeśli spadnie śnieg, zima jest gdzie zjeżdżać na sankach. Wszystko czyste, zadbane. Ot, akurat to mieszkańcy osiedla w miarę szanują, bo wszystkim służy.

Są też atrakcje dla rowerzystów i desko rolkarzy: ścieżka rowerowa, rampa, spory teren do rowerowych skoków, a dla najmłodszych – miasteczko ruchu drogowego.

Od razu zapowiadam – nie mam nic przeciwko rowerzystom. Sama na rowerze nie jeżdżę, ale mam znajomych, którzy czynią to w sposób nałogowy. I dobrze. Ja nałogowo oglądam mecze koszykówki. Takie nałogi są cenne. Wspieram budowę ścieżek rowerowych we własnym interesie. Jeśli rower będzie miał wyznaczone miejsce do jazdy, nie będzie mi przeszkadzał na chodniku dla pieszych lub moim dzieciom na jezdni.

Ale na skateparku mam czasami problem z rowerzystami. Rowerowe atrakcje nie służą tu głównie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Są przeznaczone przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Jedni zatem rekreacyjnie mają jeździć, inni – np. ja – rekreacyjnie chodzą z pieskami. I tu zaczyna się problem.

Idę sobie z pieskiem na smyczy alejką spacerową. I nagle słyszę za sobą dzwonek rowerowy. Oto cała rodzinka typu 2+2 jedzie za mną całą szerokością alejki spacerowej. No tak, na ścieżce rowerowej mieści się góra dwóch rowerzystów, a rodzinka chce wspólnie, pełną szerokością, a nie wężykiem pokonać wyznaczony przez siebie dystans. Muszę im ustąpić miejsca, bo inaczej staranują mnie i psa. Zdarza mi się nie ustępować, zwłaszcza, kiedy jeźdźcy pojawiają się z naprzeciwka. Wszystko odbywa się jak w dobrym filmie pościgowym. Kto ustąpi? Kiedyś pewien małolat wyłożył się na rowerze tuż za mną. Nie ustąpiłam. Miał do mnie pretensje, że to moja wina. Wskazałam mu ścieżkę rowerową. I wtedy usłyszałam, że się źle prowadzę i powinnam … no powiedzmy w miarę normalnie – spi…ać stąd. Żadna to nowość dla mnie. Młodzież przyjeżdżająca na rampę często trasę do niej pokonuje alejkami spacerowymi nie patrząc, kto się nimi porusza, a jeśli ktoś staje im na przeszkodzie to … jak powyżej.

Kiedyś rodzinie dzwoniącej mi za plecami zwróciłam uwagę, że od jazdy jest ścieżka. „Ale drzewa nad ścieżką za nisko rosną i trudno jechać…” – usłyszałam tłumaczenie. Rzeczywiście głowa rodziny była słusznego wzrostu i wyprostowana dotykała niebezpiecznie gałęzi. „ To proszę zgłosić ten problem do administracji osiedla. Myślę, że „zieloni” nie będą mieli nic przeciwko wycięciu kilku gałęzi” – zaproponowałam. Ludzie wzruszyli ramionami i pojechali alejką spacerową.

tytus02s

Inni zwrócili mi uwagę, że ścieżką rowerową chodzą… starsze panie z pieskami. Nie da się ukryć – ja nie chodzą, ale inne chodzą. Wtedy mówię, żeby właśnie trąbili, dzwonili i przeklinali. Psom i ludziom bez roweru na ścieżkę wstęp wzbroniony!

W czasie jednego ze ostatnich upalnych i wieczornych spacerów spotkałam policyjny patrol. Legitymował przedstawicieli średniego pokolenia, którzy ośmielili się pić piwo na ławce na skateparku, po 22.00, kiedy ciemno i przyjemno (w czasie upałów oczywiście). Nie wytrzymałam. Zwróciłam uwagę patrolowi, że od pięciu lat spacerując tu o różnych porach dnia, nigdy żadne z pijących tu piwo przedstawicieli jakiegokolwiek pokolenia nie używał wobec mnie słów uznawanych za wulgarne, żaden nie próbował wyrządzić mi krzywdy butelką, czasami owszem zdarzały się sytuacje zaczepiania. Tacy samotni starsi panowie czasami proponowali mi „dziaba”. Może więc lepiej, żeby patrol zainteresował się rowerzystami na alejkach spacerowych i pieszymi na ścieżce rowerowej. Większa szansa na mandat! 

Idziemy na włam!

Noc Muzeów już za nami. Właśnie spływają do mnie zdjęcia, które wykonali mi znajomi licznie spotkani podczas zwiedzania i odwiedzania. Patrzę, uśmiecham się, wspominam. Oto obraz Teresy Adamowskiej.

trzy

Matka Teresa, Maria Skłodowska i Marlin Monroe siedzą sobie grzecznie na starej otomanie, haftują, wyszywają i dziergają. Przypomniałam sobie oburzone starsze panie, które głośno wyrażały swą dezaprobatę w stosunku do obrazu. Ktoś inny był zachwycony. Ja zaczęłam się zastanawiać, co autor miał na myśli… Oznacza to, że obraz jest dobry, bo „nic tak nie nakręca koniunktury jak ostre kontrowersje” (to nie ja, to scenarzyści „Rancza”). Na wernisażu spotkałam kolegę, który obraz w aparacie cyfrowym na moja prośbę utrwalił. Pewnie jeszcze coś o nim napiszę….

Ruszyliśmy dalej, wszak noc w atrakcje obfitowała. Jeszcze jedna galeria, potem druga, wernisaż w restauracji, (a jak!), kościół, opactwo, pierwsze muzeum, drugie…

No właśnie, do tego drugiego wszystko nam grało. Delektowaliśmy się sztuką, a w opactwie – wbrew zaleceniom lekarzy, na przekór cukrzycy, miażdżycy i nadwadze – ciastkami z kremem. Pełni nowych artystycznych wrażeń wkroczyliśmy do Muzeum Diecezjalnego, mieszczącego się w budynkach należących oczywiście do miejscowego biskupa. Przed siedzibą muzeum stała scena, a na niej dzieci śpiewały i tańczyły. Na parterze uczniowie szkoły o charakterze gastronomicznym częstowali napojem owocowym i kruchymi ciasteczkami. W sali wystawowej ktoś grał na fortepianie. Nastrój pogodny, przyjemny, sprzyjający kontemplacji i podziwianiu. Windą (hura – obiekt przystosowany do potrzeb emerytów) wjechaliśmy na piętro, szukając nowej muzealnej ekspozycji. I tu nas lekko przytkało…

Nową ekspozycją w katolickim muzeum diecezjalnym była wystawa broni… karabinów ręcznych, maszynowych, pistoletów, pistolecików i wszelkiego innego uzbrojenia do ręki. Oczywiście obejrzeliśmy. Zdjęcia też zostały wykonane, ale … no właśnie ale… jak to ująć…jak to napisać… żeby tak uczuć religijnych nie naruszyć, za co można iść do więzienia ….

Coś się we mnie zagotowało. Szykujemy się na wojnę? No nie, w Lublinie, w muzeum na zamku też oglądałam kolekcję broni. Ale tu, w miejscu poświęconym kultowi religijnemu, w miejscu, w którym za ścianą znajdują się przedmioty z tym kultem związane, „Beretta”i RKM? Tu karabin, tam monstrancja, tu rewolwer, tam kielich mszalny… Broń była używana. Ciekawe ile osób z niej zabito? W imię jakich idei? I co ja wam dalej będę mówić… Szlag o mało mnie nie trafił. Ale zachowałam stoicki spokój i wyszłam wraz z kolegą z budynku. Poszliśmy zwiedzać dalej. Tuż przed skrzyżowanie usłyszeliśmy dziwny sygnał dźwiękowy. Pogotowie? Nie. Policja? Nie. To wojskowy gazik z kogutem na górze. Pilotował dwa auta transportujące czołgi. Kolega napomknął coś o Putinie, że niby to na niego. Mnie przez myśl przemknęło, że to do muzeum diecezjalnego, jako kolejne eksponaty.

Na szczęście kolejne miejsce zwiedzanie zdecydowanie poprawiło nam humor. Okazało się, że uczniowie liceum plastycznego militariów nie fotografują i nie malują. Ja oczywiście wzdychałam do wspaniałej kopii „Babiego lata” Chełmońskiego, kolega zachwycił się ikoną. Rozpoczęliśmy wstępną obserwację terenu w celu opracowania planu włamania do budynku szkoły, by stać się właścicielami wspomnianych powyżej dzieł sztuki. Włamu dokonamy oczywiście przy pomocy eksponatów z poprzedniego muzeum. I tyle na dziś.   

foto – H. B.

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl 

Następcy barona de Coubertin

Gdyby Nagrodą Nobla nagradzano ludzi związanych ze sportem, kogo nagrodzilibyście? Oczywiście pierwsza odpowiedź to – barona Pierre de Coubertin, co to odkurzył igrzyska olimpijskie, był propagatorem zasady fair play w sporcie, uważał, że liczy się sam udział w zawodach, zwłaszcza igrzyskach olimpijskich, wynik zaś jest sprawa drugorzędną. I tu mamy ciekawostkę. MKOl wystąpił z kandydaturą Coubertina, kiedy ten jeszcze żył, do Pokojowej Nagrody Nobla. Złożony wniosek nie znalazł jednak uznania. Cóż, sport nie był przedmiotem medytacji ludzi przyznających ową nagrodę. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu uznano, że medale olimpijskie sportowcom wystarczą…

A co z ludźmi, którzy nie zdobywają medali, a jednak tworzą widowiska sportowe? Trenerzy? Działacze? Sędziowie? Kibice? Tym jak widać „Nobel” się nie należy. I nie roszczę sobie żadnych pretensji do owego „Nobla”. Jestem kibicem, bo kocham swoją drużynę i już. Nagrodą są dla mnie sukcesy zawodników i towarzystwo innych kibiców.

Ale „Nobla” bym przyznała. I wiem komu. Temu, co wymyślił rozgrywki amatorskich lig. Pytanie pierwsze – gdzie ON jest? Pytanie drugie – kto był PIERWSZY? Czuję, że to są pytania retoryczne, bo w większości miast funkcjonują ligi piłki nożnej, koszykówki, siatkówki … i odnalezienie pierwszego i jedynego człowieka chyba nie jest możliwe. Jeśli ktoś zna, proszę o kontakt.  

Od pięciu lat obserwuję Miejską Ligę Koszykówki w Łomży. Zgłasza się do niej zwykle osiem drużyn (jedna z Ostrołęki!) . Każda z nich to grupa znajomych, kolegów, którzy chcą pograć w basket. Organizator – Miejski Ośrodek Sportu i Turystyki – zapewnia miejsce, sędziów, przygotowuje terminarz rozgrywek. Reszta należy do zawodników. Ustalają nazwę swego zespołu, kupują stroje sportowe, zrzucają się na „wpisowe” i  wynajęcie sali do treningów. I niczym przysłowiowy „samograj” rozgrywki toczą się od jesieni do wiosny. Niektórzy zawodnicy po rozegraniu meczu w barwach swojej drużyny, stają się sędziami, na boisku i przy stoliku, organizatorami, administratorami strony internetowej, fotografami…. 

Łomżyńska liga jest młoda. Już dawno temu, tuż przed potopem – jak zwykłam złośliwie mówić – związani z koszykówką ludzie twierdzili, iż amatorska liga powinna powstać. Pogadali, pomówili, podyskutowali, a ligi jak nie było, tak nie było. Do jej powołania przyczynił się rocznik 1980 i młodszy. Pokolenie wychowane na  meczach Wielkiej NBA z Michaelem Jordanem, Magicem Johnsonem, Karlem Malone i innymi, pokolenie, któremu zaszczepiono miłość do basketu, które grało na asfaltowych osiedlowych boiskach dorosło, założyło rodziny i wzięło sprawy w swoje ręce. Dziś stanowią trzon swych drużyn, organizują, sędziują, grają. Na mecze przyprowadzają swoje dzieci, liczą, że może i one  „zarażą” się koszykówką. Jest fajnie. W czasie przerwy, pod czujnym okiem mamy lub dziadka, maluchy biegają po boisku dźwigając brązową piłkę. Starsze próbują rzucić, na razie przed siebie, do kosza zbyt wysoko. A ich tatusiowie pokazują, że są w dobrej formie, potrafią trafić do kosza, zablokować rzut przeciwnika, zebrać piłkę, rozegrać ciekawą akcję. Wygrać lub przegrać. Bo tu udział jest najważniejszy. Niczym za czasów barona de  Coubertina.

medale

Każda amatorska liga to czysta idea sportu. Tu się gra, bo się chce. Tu się wygrywa, szanując rywala. Ten rywal to często dawny kolega ze szkoły lub kumpel z podwórka. Jeśli przez przypadek sfauluje się przyjaciela, trzeba podać mu rękę, przeprosić. A po meczu podziękować za grę, za możliwość wspólnego spotkania się na parkiecie. W łomżyńskiej lidze podczas jednego treningu spotykają się członkowie różnych drużyn. Trening to też spotkanie ludzi, którzy chcą po prostu – pograć, uprawiać sport, pogadać o sporcie.

Następcy pierwszych olimpijczyków? Moim zdaniem – tak. Ligi amatorskie wyrastają z pierwotnych idei sportowych. Nie czczą bogów, jak starożytni Grecy, ale zachowują pierwotne zasady sportowe, w których fair play przoduje.

Dominik Hołda, związany od lat z Wałbrzyską Amatorską Ligą Koszykówki chętnie mówi o rozgrywkach, którym towarzyszy: „W naszej amatorce nie brakuje spięć pomiędzy graczami w ferworze walki. Chłopaki reprezentują przeróżne zawody od ucznia przez pracownika „linki”, po inżynierów i kardiologów czy dentystów. To kapitalne, że koszykówka może połączyć tych wszystkich ludzi i  różne charaktery. Wielu graczy gra w lidze od kilkunastu lat. Ich miłość do kosza pewnie ma związek z dawniejszymi sukcesami Górnika Wałbrzych w ekstraklasie. Napływu świeżej krwi nie brakuje, są to głównie byli gracze młodzieżowych grup Górnika”.

Miejmy nadzieję, że zawodników do lig amatorskich w żadnym mieście nie zabraknie. 

ja

na foto W. Bollin – Miejska Liga Koszykówki w Łomży