Wróżby w cichą noc…..

 

24176953_1719328864764626_7835954061933859448_nPierwszego grudnia Łomżę odwiedził oficjalnie Piotr Domalewski, reżyser rodem z …. Łomży. Jego film „Cicha noc” zdobył Złote Lwy podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestniczyłam w przygotowaniu specjalnego wydawnictwa z tej okazji. A oprócz tego postanowiłam powróżyć….

co było….

Urodził się w mieście, gdzie byli i żyli kardynał Wyszyński, Witold Lutosławski i Hanka Bielicka. To dziedzictwo wpłynęło wyjątkowo na jego życie. Śladami kardynała podążał, ucząc się w tej samej szkole. Był również ministrantem.

I bardzo dobrze, że na tym naśladownictwo się skończyło, bo gdyby tę łomżyńską tradycję kontynuował, znaczy się wstąpił do seminarium, nie byłby dzisiaj tym, kim jest.

Co do jego związków z Lutosławskim i Bielicką sprawa jest oczywista – wszyscy to artyści, czyli ci, co to nie sieją, nie orzą, a talent sam ich żywi, dlatego też są wiecznie żywi i inni żywi o nich ciągle pamiętają.

Tak więc żył sobie spokojnie w mieście, wokół którego trawa czysta i woda zielona… znaczy się odwrotnie. Jego życiorys płynął spokojnie jak Narew.

Któregoś dnia stwierdził, że ma za słaby jak na faceta głos i postanowił go fachowo poćwiczyć. Trafił najpierw do piosenkarzy, a potem do aktorów. Nauczył się śpiewać i grać. Mamusia polonista nauczyła go pisać, to znaczy tworzyć teksty samodzielnie, bez pomocy internetu.

W wieku jak najbardziej odpowiednim wyrwał się spod wysoce fachowej pedagogicznej opieki rodziców i ruszył w Polskę. Zwiedził Wrocław, Białystok, Kraków, Gdańsk i Katowice. I tu właśnie przeżył największą traumę swego życia. Mimo iż miejscowość w granicach państwa polskiego nijak nie mógł się porozumieć z tamtejszym ludem wydobywającym węgiel.

co jest…. czyli dzień dzisiejszy

W Gdańsku spotkała go przygoda. Onegdaj spacerując po Długim Targu, ulica taka jakby kto nie wiedział, spotkał dwa bezdomne lwy. Włóczyły się bidne po ulicach, bo niby są symbolem miasta, niby to mieszkają w ratuszu, ale ich podobizny wręczane są ludziom w Gdyni. Lwy straciły zatem orientację, czy są z Gdańska, czy z Gdyni, czy są ze złota, tombaku czy z krwi i kości. Już ruszyły w stronę Motławy, żeby w akcie rozpaczy rzucić się do rzeki, kiedy nasz człowiek pogłaskał je po grzywach, podzielił się hot-dogiem, obdarzył dobrym słowem. Lwy obiecały, że jeszcze kiedyś się wszyscy razem spotkają i

Będzie, będzie zabawa!

Będzie się działo!

I znowu nocy będzie mało.

Będzie głośno, będzie radośnie.

Myśląc o ponownym spotkaniu z wielkimi i potężnymi zwierzętami zaczął pisać scenariusze i kręcić filmy. Jego trud został doceniony. Dostał zaproszenie do Gdyni. A Gdynia to port potężny. Tu zawijają statki z całego świata. Tu ludzie kręcący filmy spotykają się co roku w teatrze z olbrzymim foyer i nie mówią po śląsku. W nocy spacerując nerwowo, w oczekiwaniu na pokaz swego filmu, po ulicy Świętojańskiej, spotkał starych znajomych. Oj radowały się lwy, radowały! Machały ogonami, machały! A następnego dnia ich podobizna trafiła do potomka Wyszyńskiego, Lutosławskiego, Bielickiej i oczywiście rodu Domalewskich. Wielki to był dzień dla dzielnego chłopca znad Narwi. Tak się cieszył, że nie wiedział co powiedzieć, komu dziękować, komu się pokłonić, kogo op…. znaczy się objechać, bo byli tacy, co w niego nie wierzyli.

co będzie…

Już niedługo będziesz sławny, sławniejszy niż dzisiaj. Ale zanim ten czas nadejdzie, czeka cię praca w trudzie i znoju. Po nocach spać nie będziesz myśląc, co by tu jeszcze skręcić, wykręcić, nakręcić. W poszukiwaniu tematów do scenariuszy pieszo będziesz przemierzał bory i pola, gdzie nawet Jeep z napędem na cztery koła nie dojedzie. W swych poszukiwaniach odwiedzisz szeptunki, które nie powiedzą co nic poza tym, co ja tu mówię. W wielkich miastach na dworcach spać będziesz, by poczuć atmosferę kolejnego pomysłu na film. Wymienisz kilka laptopów, zapiszesz tonę papieru, wypijesz hektolitry kawy.

Uważaj tylko na energetyki. Co za dużo to nie zdrowo.

Wkroczysz w wielki świat finansjery, polityki i facebooka.

Wykorzystaj pierwszych, odsuń się od drugich, a na facebooka machnij ręką.

Spotkasz wielu ludzi, wśród nich tłumy wielbicielek, które zrobią wszystko, by dostać się do twego filmu. Będą ci kadzić, będą komplementować, zasypywać słodkimi słowami, obiecywać gwiazdki z nieba i gruszki na wierzbie.

Wystrzegaj się ich! Gwiazdka z nieba może okazać się czarną dziurą, w którą wpadniesz i już z niej nie wrócisz.

Będziesz zapraszany na bankiety i spotkania. Wielkie pokusy będą tam na ciebie czekały, zastawione stoły i pełne kielichy, ludzie o sztucznych uśmiechach, co to będą chcieli się ogrzać w cieniu twojej sławy…

Pamiętaj, jedzenie na bankietach jest niewiadomego pochodzenia, może ci zaszkodzić, a wtedy laparoskopia pęcherzyka żółciowego i refluks żołądka. Jeśli do tego dodamy płyny w kielichach to może okazać się po pewnym czasie, że cały układ trawienny do wymiany.

 Ale nie zapomnisz nigdy o swym rodzinnym mieście. Będziesz tu przyjeżdżał wiedząc, że kiedyś postawią ci tu ławeczkę. Tak jak Bielickiej.

 

 

 

 

Ludzie bywają dziwni…

288wcom

Ludzie bywają dziwni. Czasami ich nie rozumiem. Oto na przykład jadę sobie autobusem nocnym relacji Podlasie – Wybrzeże. Ludzie wsiadają i wysiadają. Tych pierwszych jest więcej. Każdy chce oczywiście siedzieć sam na dwuosobowym miejscu, bo droga daleka, a autobus wąski. Na jego końcu miejsce marzenie uczestników szkolnych wycieczek – rząd siedzeń. I ktoś sobie śpi. Aż chrapie. Zajmuje oczywiście cały rząd. Ktoś chce tam usiąść, będzie miał miejsce przy oknie, ale boi się ruszyć chrapiącego. Bo… co będzie jak zbudzony zacznie krzyczeć? „Nic” – odpowiadam – Usiądzie normalnie, tak jak większość w autobusie. Chętny na miejsce przy oknie nadal się waha. Budzić, nie budzić? Nie wytrzymuję. Podnoszę głos tłumacząc, że nie może jeden spać na pięciu siedzeniach, podczas kiedy ktoś stoi. Dalej obawy. Dalej cykor. Dyskusja się rozwija. Wreszcie leżący człowiek budzi się. Bez problemu siada normalnie. Można usiąść w drugim końcu długiego siedzenia. Nikt nikogo nie zabił. Nie zakrzyczał. Wystarczyło go po prostu grzecznie obudzić.

Rencistka Zofia miała pecha. Sąsiad zalał jej łazienkę. Przeprosił. Zofia zawiadomiła ubezpieczenie, że ma zaciek na suficie. Przyszedł przedstawiciel, znaczy się agent, zrobił zdjęcia, stwierdził szkodę. Zofia dostała całe 500 zł na odnowienie sufitu i ścian w łazience. Zachłysnęła się sumą, bo symboliczna już jest. Minął rok. Ponownie awaria na górze. Tym razem szkoda w łazience rencistki niewielka. Ale wzywa ona ubezpieczenie. Agent przychodzi, kiwa głową, robi fotki. Zofia dostaje … 100 zł.  „Dlaczego tak mało?” – pyta zdziwiona. „Bo za poprzednie odszkodowanie nie wymalowała pani sufitu. Ma pani poprzednie 500, teraz 100. Można wymalować.” – informuje ubezpieczenie i pokazuje zdjęcia. Są dowodem. Rencistka krzyczy: „Mogłam z tym 500+ zrobić, co mi się podoba!”. Nic z tego. „Pieniądze z ubezpieczenia trzeba było przeznaczyć na naprawienie szkody”. Po co więc potem opowiadać, że ubezpieczenie jest złe?

Mieszkam sobie w pensjonacie nad morzem. W samo południe wyjeżdżam na spotkanie ze znajomymi. Wracam w okolicach dwudziestej drugiej. Czuję w pokoju chłód. Dotykam grzejnika. Zimny. Wody ciepłej też nie ma. Trudno, do rana wytrzymam. W sumie aż tak zimno nie jest. Budzę się o wpół do ósmej. Sytuacja nie uległa zmianie. Wysyłam SMS-a do właścicieli. Za pół godziny otrzymuję odpowiedź, że zaraz ktoś się zjawi i awarię usunie.

Przychodzi młody chłopak. Słyszę jak sprawdza grzejniki w korytarzu, odkręca wodę w ogólnodostępnej łazience. Otwieram drzwi. Witam się. Informuję. Chłopak przytakuje, obiecuje, że zaraz sprawdzi. Z innych pokojów też wyłaniają się postacie.

I zaczyna się awantura. Ludzie mają pretensje do młodego, że jest awaria, że cały dzień i całą noc pozbawieni byli ciepła, że tak późno nadeszła pomoc, że to skandal, że … no i dużo było tych „że”.

Młody słucha i nie wie, co ma robić. Stara się uśmiechać i coś mamrocze pod nosem. Wkraczam do akcji. Odsyłam młodego do piwnicy, gdzie znajduje się uszkodzone urządzenie, które nie dostarcza ciepła. Dzieciak posłusznie udaje się do miejsca, w którym ma zrobić to, po co przyszedł. Zajmuję się ludźmi. „To do kiedy jest ta awaria?” – pytam zebranych na korytarzu ludzi z pretensjami.

„Od wczoraj, od trzynastej” – słyszę i włos jeży mi się na głowie. „To od trzynastej nikt nie zawiadomił właściciela, że zimno?” – pytam dalej. „A jak zawiadomić?” – ryczy ze złością w głosie facet spod „siódemki”.

Normalnie. Przy wejściu wisi kartka formatu A4 z numerem telefonu i informacją „Dzwonić w przypadku awarii”. Okazuje się, że nikt  nie zauważył kartki i oczywiście, nie zawiadomił.

„No tak, gdyby nie ja, to dalej byście marzli i czekali na cud. Właściciel telepatycznie miał widzieć, że coś nawaliło?” – podsumowałam sytuację. Myślałam, że ludzie  załapali w czym rzecz. Nic z tego. Kobieta spod „piątki” spojrzała na mnie spod byka i rzuciła obelgę prosto w twarz: „A dlaczego pani tak późno interweniowała?”. „ A dlaczego pani w ogóle nie interweniowała?” – westchnęłam głośno i zamknęłam się w swoim pokoju.

Młody chłopak długo walczył z awarią. W końcu usunął, naprawił. Popłynęła ponownie gorąca woda i grzejniki zrobiły się ciepłe. Posiedział jeszcze trochę w moim pokoju, by upewnić się, ze wszystko gra. Powiedział, ze gdyby wczoraj, przed dwudziestą  wiedział o awarii, przyszedłby i naprawił. „No właśnie, dlaczego pani nie poinformowała…”… „Bo mnie moje dziecko po prostu nie było… a inni… jak widać oczekiwali na cud lub wierzyli w telepatię…”

Ludzie bywają dziwni…