Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Kwiaty we włosach…

warkoczyki

 Z ruchem Amazonek – kobiet po mastektomii – zetknęłam się blisko dwadzieścia lat temu… Spotkałam Anię, szkolną koleżankę, najładniejszą dziewczynę w klasie. Opowiedziała mi o swojej chorobie i stowarzyszeniu, które właśnie się „rozkręca”. Dołączały do niego również zdrowe kobiety. Zdziwiłam się – dlaczego? Odpowiedź nadeszła po pierwszym spotkaniu, a po pierwszej imprezie było już wszystko jasne.

Amazonki okazały się kobietami o wielkim poczuciu humoru, łapiącymi życie w każdej jego postaci. Cieszyły się wszystkim dookoła i przekazywały tę radość innym. Początkowo nie rozumiałam tego przedziwnego zjawiska – po każdym spotkaniu z dziewczynami wracałam do domu z uśmiechem na twarzy. Jak to, cieszyć się z rozmowami osób niekiedy stojącymi na skraju życia? Tak, radości trzeba się uczyć od ludzi, którzy życie potrafią docenić. Dziś, kiedy przypominam sobie, już niestety ś.p., Ankę i tamte czasy, też mam na twarzy uśmiech.

Spotkania, w których brałam udział, rozpoczynały się od przedstawienia siebie. Podawałyśmy imię i informację: „Amazonka” lub „przyjaciółka”, czyli zdrowa. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wiedziała, jak się przedstawić… „ Amazonką nie jestem, ale mam raka…” – wyznała. „Jasne, Amazonką być to nie taka prosta sprawa!” Po tych słowach oczywiście – salwa śmiechu.

Amazonki organizowały różne akcje na rzecz profilaktyki nowotworowej. Brałam udział w kweście. Wyległa rzesza Amazonek i ich przyjaciółek na ulice miasta i zbierała do puszek datki. Najlepiej zbierało się od … panów, zwłaszcza takich elegancko ubranych. „Czy pan wie, że mężczyzna ma wielki wkład w profilaktykę raka piersi?” – zaczepiałyśmy. „A w jaki sposób?” – dziwił się człowiek. „A od czego pan zaczyna grę wstępną? Od badania piersi!” I zaczerwieniony facet wrzucał!

Kiedyś dziewczyny urządziły imprezę plenerową za miastem. Nie ukrywam, procenty były. Znalazł się sponsor. Amazonka też człowiek. I tak wesoło nad rzeką Narwią bawiłyśmy się, grillowałyśmy… Nadszedł wieczór i zaczęły pojawiać się auta z panami. Przyjechali po nas. Razem z wraz z Anką i jej dwiema koleżankami wsiadłyśmy do  jednego. Zabrałyśmy ze sobą pozostałości procentów. Ledwo wyjechałyśmy, jedna z nas pochwaliła się, że ma w pobliżu domek letniskowy. Oczywiście, że tam wylądowałyśmy. Było wesoło i jeszcze po kieliszeczku. I chyba przegięłyśmy, bo nasz kierowca nie wytrzymał. Łyknął kielicha albo dwa i oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mamy teraz czekać, aż jemu procenty wyparują. Nie pozostało nic innego niż zadzwonić do domów i powiadomić bliskich, głównie dorastające dzieci, że mama na noc nie wróci. To był nasz błąd. Okazało się, że zegar wybił już drugą w nocy, dzieci grzecznie spały, a my po prostu je obudziłyśmy…co ja oberwałam od swego syna? córki? za obudzenie w środku nocy…lepiej nie mówić….

Ale były też chwile refleksyjne. Właśnie na wyżej opisanej imprezie dołączyło do nas kilku obcych panów. Jak się to to zalecało. Jak się to uśmiechało…Nawet do mnie jeden startował. W pewnym momencie mojego amanta odciągnął kumpel i powiedział, że tu są kobiety bez piersi… Męskie towarzystwo rozpłynęło się w wieczornej mgle…

Pewnego roku stałam przy wejściu na koncert na rzecz stowarzyszenia. Sprawdzałam bilety. Uśmiechałam się. Przyszła moja dawna znajoma. Widząc mnie w towarzystwie Amazonek jęknęła: „ O rety, jesteś chora! To teraz już żaden facet cię nie zechce!”. Nie protestowałam, nie wyjaśniałam. Poczułam się jak prawdziwa Amazonka.

I chyba od tamtej chwili powoli, systematycznie uczyłam się kochać życie…uczyłam się tego od ciężko chorych kobiet, którym życie zaczęło uciekać, a które potrafiły tak bardzo się nim cieszyć.

Kiedy w styczniu jako pacjentka zwiedzałam szpitale, odżyły moje wspomnienia o wspaniałych dniach spędzonych z Anią i jej koleżankami… Postanowiłam coś zrobić na rzecz dziewczyn z rakiem… Minęły cztery miesiące i już mogłam… mogłam iść do fryzjera. Moje włosy osiągnęły odpowiednią długość.

długie 1

W Salonie Fryzjerskim „Edyta” w Łomży przy ul. Małachowskiego

 
https://www.facebook.com/salonfryzjerskiEdytaModzelewska/

 byłam pierwszą siwowłosą kobietą, która postanowiła oddać swoje włosy z przeznaczeniem na peruki dla pań po chemioterapii.

Najpierw były warkoczyki….

warkoczyki na g‍łowie 2

Potem w ruch poszły nożyczki… i tak powstała nowa ciocia Grażynka…

nowy fryz 3

Akcję „Daj włos” prowadzi fundacja Rak’n’Roll

 
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/

 Uwierzcie dziewczyny, cięcie nic nie bolało! Żalu po utraconych włosach też nie ma. Włos nie ręka odrośnie! Macie długie włosy? Oddajcie je kobietom bez włosów! 

Szpitalne żarcie

 

swiateczne-jedzenie 


http://www.blogroku.pl/2015/zgloszenie/20,429,ciocia-grazynka-donosi

Po swoich ostatnich doświadczeniach szpitalnych, wdaję się w ostre dyskusje na temat polskiej służby zdrowia. Wiem, że najlepiej nie jest, ale czy rzeczywiście wszystko jest aż tak złe, że tylko usiąść i płakać? Dziś będzie o posiłkach, bo temat ciągle nakręcany na jednym z portali internetowych wzbudza wielkie namiętności.

Oczywiście popieram wszelkie zło związane ze szpitalnym jedzeniem. Wiem, że publikowanie zdjęć z pseudo kolacją czy śniadaniem przyczynia się do poprawy jadłospisu w określonej placówce. Zgadzam się całkowicie, że patologię tępić trzeba. 

Ale…

Nie zawsze zgadzam się z potępianiem wszystkiego, co w postaci zdjęć ze szpitalnych posiłków trafia na strony internetowe.

Oczywiście zacznijmy od moich doświadczeń. Przebywałam na szpitalnych oddziałach łącznie dwanaście dni, z czego sześć – na czczo. Taka choroba i takie leczenie. I co z tego, że człowiek przyszedł na oddział przed kolacją, skoro i tak jej nie dostał, bo następnego dnia jak nie endoskopia to laparoskopia. I myślicie, że z powodu braku posiłku umierałam z głodu? Nic z tego. Moja choroba objawiała się miedzy innymi brakiem apetytu. I strachem przed zjedzeniem czegokolwiek, bo każdy posiłek groził mi atakiem. Po zabiegach też zakaz jedzenia przez blisko dobę. Potem następuje ów wstrętny kleik, którego nikt jeść nie chce. No właśnie, bo jeść się nadal nie chce. Człowiek, w asyście pielęgniarek, zmusza się do zjedzenia czegokolwiek i wypicia cienkiej herbaty. Układ pokarmowy musi pracować.

I wyobraźcie sobie, że w trakcie takiej choroby jak moja, dostarczono by mi super posiłek z folderu szpitala w Szwecji… Kolejna endoskopia, bez laparoskopii, bo pęcherzyka żółciowego już nie mam.

Kolejny dzień po zabiegach zaowocował w moim przypadku porcją diety niskotłuszczowej. Wszystko było na tej tacy: zupa na cienkim mleku, bułka, dwie kromki chleba, cztery plasterki chudej szynki. Wmusiłam w siebie zupę mleczną. I dalej stop. Organizm jeść nie chce. Ani szynki, ani świeżej bułki. Zrobiłam kanapki, które zjadło moje dziecko, kiedy przyszło z wizytą. Na obiad podobnie. Znowu wmusiłam zupę i ziemniaki, bo na chudą wołowinę wcale nie miałam ochoty. Dziecko ponownie się pożywiło. Drugie przyszło w porze kolacji. Dostało swoje. Jako diabetyk dostawałam dodatkowo dwa posiłki: kisiel, jabłko, dodatkowa sałatka, jogurt beztłuszczowy. Same rarytasy. I co myślicie, że jadłam aż mi się uszy trzęsły? Nic z tego. Apetyt nie wracał.

Podczas tzw. obchodu lekarz pytał co i ile zjadłam. Z reguły za mało, by przeżyć. Tragedii nie było. Podłączano mi kroplówkę z pierwiastkami życia. Leżałam sobie spokojnie, jako obłożnie chora i wracałam do zdrowia. Potomstwo prosto z pracy przychodziło w odwiedziny, pożywiało się i wracało do domu. Z mojej porcji nic się nie zmarnowało.

A szóstego dnia, kiedy apetyt wrócił, na śniadanie zjadłam i zupę i bułkę, konsylium lekarskie uznało, że czas do domu. No, bo leczenie szpitalne przyniosło efekt.

Z innymi osobami, które spotkałam w szpitalach było podobnie. Praktycznie każda z nich nie miała apetytu i jeść jej się nie chciało. Wiadomo, dlaczego – do szpitala zdrowi ludzie nie przychodzą. To nie agrowczasy. Choroba, jaka by nie była, jest chorobą.

Dobrze, wiem, że są szpitalne oddziały ze zdrowymi ludźmi. Takie położnictwo na przykład. Do dziś pamiętam głód, który poczułam po urodzeniu córki. O północy dzwoniłam do domu z krzykiem, że chce mi się jeść. Rano wałówę mi dostarczono. Kiedy poszłam rodzić syna, już wiedziałam, że muszę wziąć ze sobą żarcie. Było to ponad trzydzieści lat temu, ale ciągle czuję smak domowego sękacza, który zabrałam na porodówkę.

Ale wróćmy na inne oddziały i na zdjęcia posiłków godnych naśladowania. Taki obiad: żeberka, ziemniaki z sosem i sałata ze śmietaną wszyscy chwalą. Super żarcie. Zależy dla kogo. Typowa dieta wysokokaloryczna i wysokocholesterolowa dla zdrowych. Może rzeczywiście na położnictwo. Kolejny wychwalany posiłek: ciemny chleb, wygląda na pełnoziarnisty, mała bułka, pół kubka chyba jogurtu, herbata, trochę startej marchwi, żółty ser, odrobina dżemu, kawałek wędliny i dwie porcje masła. Ludzie są zachwyceni. I znowu to porcja nie dla mnie w czasie mojej choroby. Z tego zestawu mogę zjeść jedynie masło, bułkę i marchew. Jogurt? Oczywiście gdybym wiedziała, że jest beztłuszczowy.

I jeszcze jedna scena ze szpitalnych pokoi. W odwiedziny w porze obiadu przychodzi ciocia. Chora siostrzenica odsuwa talerz z zupą, na kopytka z masłem też nie może patrzeć… Ciocia rozpoczyna wrzask, że jedzenie nie nadaje się do niczego, bo w tych szpitalach, bo ta polska służba zdrowia… A  jutro nasmaży mielonych i dziecku przyniesie, żeby z głodu nie umarło. Pełnoletnie dziecko uspakaja ciocię mówić, że po prostu jest chore i nie ma apetytu na nic… A zwłaszcza na ociekające tłuszczem mielone.

Jeśli zatem kolejny raz będziemy krytykować szpitalne jedzenie, to najpierw pomyślmy… czy przez przypadek nie jest to posiłek człowieka bardzo chorego i czy w domu jadamy lepiej podczas choroby.

Moje dzisiejsze menu – dieta niskotłuszczowa cukrzycowa: 

śniadanie – kaszka manna na mleku

drugie śniadanie – bułka z masłem i plastrem pomidora bez skórki, kawa „Inka”

obiad – ziemniaki puree, parówka, sałata z oliwą z oliwek, sok truskawkowy własnej produkcji niskosłodzony

podwieczorek – ryżowy „styropian”

kolacja – jogurt beztłuszczowy, bułka

do picia na bieżąco: woda niegazowana, zielona herbata, mięta, rumianek, morwa biała

Prawda, że gorzej niż w szpitalu….  :mrgreen:

Faceci w szpitalu

canstock8114037

 Moi stali czytelnicy wiedzą, że ostatni miesiąc spędziłam zwiedzając szpitale. Szpitale były różne, oddziały też. Łączyło je jedno – FACECI. No dobrze, niech będzie mężczyźni, dobrze, jeszcze lepiej – pacjenci rodzaju drugiego, cytując klasyka z „Seksmisji”. Jak by ich nie zwał, wszędzie byli tacy sami.

Przede wszystkim stanowili większość. Zdecydowaną. Górowali nad płcią żeńską ilością, zarówno członków, znaczy się liczbą na oddziale, jaki i silniejszymi głosami i większą energią. Niby chorzy, ale na papierosa zjeżdżali windą aż do wyjście ze szpitala. Było dwóch takich z odmrożeniami ( zima sroga tego roku, oj sroga). Jeden miał załatwione dłonie, drugi stopy. I wyobraźcie sobie, że ten z dłońmi popychał wózek tego ze stopami, który oczywiście chodzić nie mógł, do windy, windą na dół, przez szpital i na papierosa. Dziwne, że tym razem nie odmrozili sobie …. Wiecie czego.

Kolejny pacjent nikotynowy miał bardzo wysoki poziom cukru. (Moja cukrzyca przy jego wyniku to przysłowiowy pikuś). Zgodnie z zaleceniami pacjent spożywał pięć posiłków dziennie. Ale jakie to były posiłki! Prawie jak te postne średniowieczne u Krzyżaków. Wieści głoszą, że w takim Malborku zakonnicy w czasie postu zasiadali tylko dwa razy do stołu: na śniadanie, które trwało do obiadu i na obiad, który trwał do kolacji. Podobnie było z naszym facetem. Rodzina dostarczała mu torby pełne żarcie, które ledwo mieściło się na parapecie. A on jadł, jadł, jadł. Po czym zjeżdżał winda w dół, żeby kalorie spalić. Przed szpitalem oczywiście w postaci papierosa. Ale uwaga, był na takie wycieczki przygotowany. Wychodząc z oddziału wkładał czapkę i ciepły polar. Po dwóch dniach lekarze nie wytrzymali i kazali zlikwidować spiżarnię na parapecie.

e7388917e987a35228494c51f19669e4,62,37

Był też erotoman z gatunku gawędziarzy. Upatrzył sobie naszą salę (trzy pacjentki poniżej 60-tki!) i zaglądał, i przyglądał się, i zaczepiał. Kiedyś wparował bez górnej części garderoby i świecąc gołym torsem puszył sią jak indor. Gdy wzajemnie pilnowałyśmy się w niezamykanych natryskach, musiał podejść i nastraszyć, że zaraz wejdzie i będzie mył każdej z nas plecy. Kolejny z jego dowcipów o charakterze seksualnym miał miejsce w momencie, kiedy odłączono jedną z nas od aparatu mierzącego ciśnienie i tętno. Aparat nadal pikał. „Może by go tak puknąć?” – zapytał z błyskiem w oku. Koleżanka nie wytrzymała: ”Sam się pan puknij!” .

Prawdziwym przebojem był przybyły w nocy mężczyzna pod wpływem, czyli totalnie zatruty alkoholem. Przez całą noc chodził po korytarzu i jęczał, wzywając Boga na pomoc. Rano, gdy mu od tyłka trochę odelżało, chwalił się każdemu napotkanemu pacjentowi, że sam wypił 3 x 0,7 litra. Pozostali panowie byli pełni podziwu. Patrzcie tyle wypił i jeszcze żyje! Wieczorem już założył kasyno gier karcianych. Miał pecha. Zrobił to w pokoju naprzeciwko naszego. Akurat przywieziono do niego młodego chłopaka z objawami… ja obstawiam, że narkotykowymi. Gdy panowie rżnęli w karty, chłopak wyrwał kroplówkę i wyszedł w kierunku do toalety, krew lała mu się z żyły. Zareagowałam  najszybciej, jak było to możliwe. Kiedy był już w rękach medycznych, obstawiłam karciarzy za brak uwagi. Efekt był taki sobie. Przenieśli się do innej sali.

Panowie górowali głosami. Już parę minut po szóstej okupowali stolik z czajnikiem. Dwóch chorych na wątrobę parzyło fusiastą kawę (rety, a mnie lekarz kategorycznie zabronił…), dwóch kolejnych – przyzwoicie – herbatkę. Oczywiście prowadzono ożywione dyskusje. Były dwa podstawowe tematy: druga wojna światowa i polityka. O ile pierwszy temat był chwilami ciekawy, o tyle drugi brzmiał nieustannie tak: „Bo ku… ci z PO to sku…, a ci z PIS to też ku… złodzieje, a pierd… ich wszystkich, bo ku… nie idzie wytrzymać”. I tak pół dnia przy stoliku, a echo niosło po korytarzu i salach, oj niosło.

Była też taka szczególna sala, a w niej piątka miłośników telewizji szpitalnej. Robili zrzutkę i telewizor wył u nich przez cały dzień. Żeby samemu obejrzeć cos innego niż oni, trzeba było po prostu zamykać drzwi.

Dobrze, nie wszyscy byli tacy. Trafił się przesymaptyczny dziadek z dowcipami, młody chłopak, który zaglądał do mnie, kiedy leżałam po laparoskopii i pytał o samopoczucie, dwóch pacjentów, którzy chcieli koniecznie naprawić instalację elektryczną…. I chyba to już koniec…

A my kobiety, znajdujące się w mniejszości, leżałyśmy sobie spokojnie obserwując teren zajęty przez samców. Oczywiście, że plotkowałyśmy, bo cóż robić w szpitalu opanowanym przez facetów?

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje

 

 

 

Komplementy, komplementy….

 

Bydgoszcz – pomnik łuczniczki fot. własne

Nigdy pięknością nie byłam. Do zgrabnej sylwetki też było mi zawsze daleko. W związku z prezentowaną przeciętną urodą komplementy mnie skutecznie omijały. Jeśli już ktoś szepnął: „Ładna jesteś”, to miał do mnie jakiś interes. Jego słowa należało interpretować jako „Pomóż mi”. Sprawdzało się to w dziewięćdziesięciu przypadkach na sto. Owe dziesięć to z reguły pomyłki. Taka sytuacja początkowo mnie smuciła i wprowadzała w kompleksy, ale po pewnym czasie uznałam ją za  wyraźną i zupełnie czystą. Jak mogłam, to pomagałam w sytuacjach kryzysowych.

Im stawałam się starsza i miałam mniej możliwości pomagania, głównie finansowo-znajomościowego, komplementów było też coraz mniej. Wszystko zgodnie z naturą.

Ostatnio coś się jednak zmieniło. Nikt co prawda mi nie mówi, że jestem ładna, ale komplementy w innej formie słyszę i o dziwo, widzę.

Zaczęło się wszystko  od włosów. Jeszcze przed trzydziestką zauważyłam nie jeden, a kilka siwych włosów na głowie. Rozpaczy nie było. Jedna farba, druga… Byłam blondynką złocistą, ciemną, malowałam się na rudo, rubinowo, nawet czarno. Natomiast po rzuceniu palenia gęstość moich włosów zwiększyła się. Postanowiłam je na starość zapuszczać. A siwych przybywało, przybywało…W końcu powiedziałam – dosyć. I przestałam farbować. Włosy spokojnie siwiały i rosły.

Od ośmiu lat moje włosy farby nie widziały. Są, jakie są. Nie, nie… nikt mi nie mówi, że ładne. Jest inaczej. Czasami siedzę gdzieś sobie lub spotykam jakąś znajomą, której nie widziałam kilka lat i słyszę pytanie: ”Jaką  farbą malujesz włosy?” Informacja, że to mój naturalny siwy kolor przyjęta jest wówczas z pewnym takim niedowierzaniem. Natura wyposażyła mnie po prostu w ładną siwiznę.

włosy

fot. miroslaw@mirasio

Druga sprawa związana jest z moim wiekiem emerytalnym.  Sześć lat temu przysłowiowym rzutem na taśmę załapałam się na wcześniejszą emeryturę. Z racji obecnego wieku wiem, że na klasyczną emerytkę nie wyglądam. I nie dziwi mnie dokładne oglądanie mojej legitymacji emeryta (wraz z dowodem osobistym), porównywanie zdjęcia z rzeczywistością przez takiego na przykład „kanara” w komunikacji miejskiej, konduktora w pociągu lub pani bileterki w kinie.  

Ale ostatnio przydarzył mi się prawdziwy nieoczekiwany komplement.

W Bydgoszczy, podczas turnieju koszykówki z udziałem polskiej reprezentacji, grupa młodzieży z fundacji DKMS zajmował się namawianiem ludzi, do zostania dawcą komórek macierzystych i szpiku kości.

  tu więcej  
http://www.dkms.pl

Przez trzy turniejowe dni młodzież rozdawała ulotki, informowała, pobierała materiał genetyczny od chętnych do tej szlachetnej sprawy. Może kiedyś zechcę o dawcach napisać? – przemknęło mi przez myśl. Postanowiłam zrobić sobie zdjęcie przy stanowisku DKMS. Poprosiłam młodego chłopaka, by strzelił mi fotkę. Kiedy zrobił, od razu przystąpił do …swojej pracy. Kazał usiąść podstawiając krzesło, zaczął mocno i wytrwale namawiać mnie do zostanie dawcą. „Ja raczej już nie…choroby już mam” – szepnęłam cicho. „A jakie? Zaraz zobaczymy, niektóre nie eliminują możliwości bycia dawcą” – szybko odpowiedział i zaczął przerzucać pliki kartek. „Bo, oczywiście pięćdziesięciu pięciu lat pani jeszcze nie ma”. Tego właśnie nie chciałam mówić…która kobieta przyznaje się do takiego wieku…?

Spojrzałam na chłopaka i  skinęłam głową na tak. Przestał przerzucać kartki, zrobił wielkie oczy i patrząc nimi w moje powiedział: „Niemożliwe…Nie wygląda pani na tyle…”

Och, dziecko kochane, jaki niesamowity komplement! Wierzę, że prawdziwy, bo któż by namawiał do zostanie dawcą osobę, która staro wygląda… Zostać dawcę można przez ukończeniem owych dwóch piątek…

dkms

Bydgoszcz Hala Łuczniczka – DKMS wspólnie przeciw białaczce

Oczywiście podziękowałam młodzieńcowi i roześmiana, zadowolona poszłam oglądać mecz koszykówki.

Dawcą nie zostałam, ale …było miło!  

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl 

Blog otwarty w sprawie emerytów

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i Kandydatki!

Obserwując, śledząc, inwigilując Wasze poczynania w czasie kampanii wyborczej, w trakcie obrad na sali, przy różnych stołach, podczas wystąpień mniej lub bardziej ważnych, stwierdzam z przykrością, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę, (o sekundach nie wspomnę) robi mi się coraz bardziej smutno, przykro i w ogóle…

Bo jest tak: cała podzielona politycznie Polska prowadzi dyskusje na temat komórek jajowych i plemników, kłóci się o zapłodnienie in vitro, o życie poczęte, kredyty dla młodych i czas przejścia na emeryturę.

A co potem? A co z tymi, którzy już niczego nie poczną, ani się nie zapłodnią, na kredyty się nie łapią, ze względu na wiek i niskie dochody, a na emeryturę już przeszli?

Czy zauważyliście, że w Waszych wypowiedziach, przemówieniach, obietnicach i planach na przyszłość nas – emerytów po prostu najzwyczajniej nie ma?!

z10707396Q,Pomoc-spoleczna

Emeryt pojawia się głównie wtedy, kiedy mowa o jego emeryturze i obciążeniu nią budżetu państwa.

Emeryt pojawia się, gdy mowa o kiepskiej formie szpitali, też finansowej oczywiście.

Konieczność wypłacania emerytur, tych obecnych i tych przyszłych, to cios dla gospodarki, przyczyna jej zahamowania, a nawet możliwość doprowadzenia do bankructwa państwa. Przecież emeryt, obecny i przyszły, depresji może się nabawić słuchając i czytając takie teksty. Świadomość, że przez niego upadnie wszystko i nie będzie nic, doprowadzić może do samounicestwienia.  

Kandydaci i kandydatki!

Prezesi, szefowie i przewodniczący!

Laides and Gentelmen!

Nie potraficie nawet ustalić jednakowej dla wszystkich miast ulgi na przejazdy komunikacją miejską. Przebywając w mieście Z. byłam świadkiem przejmującej sceny. Oto autobusem miejskim jechała pani w wieku 74 lat, pochodząca z innego miasta. Dostała się w kleszcze tzw. „kanarów”. Pani nie miała biletu, gdyż w jej miejscowości ludzie w wieku powyżej siedemdziesiątki jeżdżą za darmo. Oczywiście wypisano jej mandat za jazdę bez biletu – 300 zł i pouczono, że powinna sprawdzić warunki jazdy bez biletu w … internecie!

Szukałam w swojej okolicy czegoś dla siebie jeszcze młodej i energicznej emerytki. Bo dla dzieci i młodzieży atrakcji sporo. Warsztaty teatralne, wokalne, zajęcia sportowe w różnych dyscyplinach sportu, w szkole różne kółka zainteresowań, byleby tylko młódź chciała korzystać… Za darmo. Dla seniorów znalazłam zajęcia plastyczne – malowanie na szkle, szydełkowanie, wykłady z historii miasta.  Część za odpłatnością. Do szydełkowania i malowania serca nie mam. Historię miasta znam na wylot, sama uczyłam jej  w szkole. Oczywiście była gimnastyka i pływanie dla takich jak ja, ale też wysoko pełnopłatna. Radocha. Oczywiście były ulgowe bilety na koncert, ale muzyki poważnej lub ludowej. A ja chętnie bym tak posłuchała dobrego rocka. Wszak moje pokolenie wychowało się nie tylko na Bachu. Za naszych czasów grali już Rolling Stonesi i AC DC. No niestety, jakoś hardrock z emerytami się nikomu nie kojarzy, a powinien… Bilety ulgowe w większości przysługują dzieciom i studentom. Wszak młode pokolenie musi się rozwijać. Stare – zwijać. Koleżanka powiedziała mi, że marudzę i mam się cieszyć, że w ogóle ktoś coś  dla seniorów robi. Nie będę się cieszyć. Foch i tyle!

Czyżby tylko Jurek Owsiak ze swą Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy pamiętał o ludziach wymagających troski ze względu na wiek? Coroczna zbiórka na oddziały geriatryczne jest jedyna akcją przypominającą społeczeństwu o seniorach.

Kościół Katolicki też ostatnio tylko o poczętych i nie poczętych …

Druga w tym roku kampania wyborcza, a tu o emerytach cisza. Wynika z tego, że najważniejsze, to wysłać człeka na tę emeryturę i mieć go z głowy.

Dobrze, nie będę już marudziła. Obracam się w kręgu jeszcze zdrowych i pełnych chęci do życia emerytów, takich na miarę XXI wieku. Zawsze coś się uda zorganizować, zrobić jakąś zrzutkę i wyjechać, niekoniecznie na pielgrzymkę. Bo jak emeryt sam sobie czegoś nie zorganizuje, to nikt mu nie pomoże, dobrze, za ostro – mało kto mu pomoże.

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i kandydatki!

Póki co, nie mam na kogo zagłosować w wyborach parlamentarnych. Wszystkie partie mnie olewają. Chyba ja też je oleję i pójdę sobie na spacer. Z kijami. W ramach relaksu i samoobrony przed skutkami emerytury. 

 moja twórczość literacka www.czarownice.kosz.pl

polecam zakładkę „Sceny erotyczne z życia emerytów”

Przereklamowana GIMBAZA

szkola 1

Właśnie zakończyłam rok szkolny. Dla mnie trwał on tylko cztery miesiące, ale był to czas niezwykle cennych obserwacji, przeżyć, refleksji, zadumy i czego tam jeszcze chcecie. Bo było to tak:

Pięć lat odpoczywałam spokojnie na komunistycznej, nauczycielskiej emeryturze ( takiej po 30 latach pracy). Tymczasem w mojej ostatniej szkole – gimnazjum – nastąpiło klasyczne tąpnięcie – dwie polonistki poważnie rozchorowały się. Na straży czystości języka narodowego stanęła jedna plus dyrektorka. Ta druga, jak wynika z funkcji, miała jeszcze na głowie całą szkołę i fizycznie nie była w stanie pomóc pierwszej.  Nauczanie przedmiotu stanęło pod znakiem zapytania. I wtedy zainterweniował historyk, przypominając historyczną szkolną postać, czyli mnie. Zostałam więc na cito wezwana na dywanik i otrzymałam propozycję nie do odrzucenia. Jako emeryt, przed sześćdziesiątką, wyzwanie podjęłam. Oczami wyobraźni najpierw ujrzałam stan swego konta. Spodobał mi się. A potem przyszła refleksja – czy podołam? Sprawdziłam w sieci program nauczania. Nic nowego. Głoska „a” nadal jest „a”, „góra’ nadal przez „ó”, a Mickiewicz niczego nowego nie napisał. Ale przy obiedzie dopadły mnie wątpliwości.

Jedząc ziemniaki z wody i schabowego z patelni, zerkałam na taki niby serial „Szkoła”, którego akcja rozgrywa się w gimbazie. Podstawowymi problemami uczniów jest seks, narkotyki, alkohol i wredni dorośli. Praktycznie w każdym odcinku jakiś uczeń ląduje w serialu „Szpital”, znaczy się niby to w prawdziwym szpitalu. Albo się naćpał, albo się napił, albo się pobił. W co drugim odcinku interwencja policji, szkolnej higienistki lub dyrektora (jakby ten nie miał nic innego do roboty…). 

Przypomniałam sobie również zestaw informacji, którym raczyła mnie sieć internetowa przez pięć lat emerytury – gimbaza to siedlisko zła, rozpusty, wrednych rodziców i niedouczonych nauczycieli.

Ale co tam, do odważnych świat, znaczy się gimnazjum, należy. Wizja stanu bankowego konta była zbyt silna, żeby z niej zrezygnować.

I tak oto po czterech miesiącach mogę z ręka na sercu i wiarą w duszy powiedzieć, że gimbaza to produkt całkowicie przereklamowany. W ciągu tego czasu nie przyłapałam nikogo na seksie, dopalaczach czy alkoholu w szkole. Ani razu nie podjechała pod budynek karetka pogotowia, nie potrzebna była interwencja policji. Higienistka nie interweniowała, bo takowa funkcja w szkole jest nieznana. Żaden z rodziców nie przyszedł do mnie z pretensjami. Uczeń nie założył mi kosza na głowę. Słowem – nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na newsa dnia.

Problemy były, oczywiście. Paru uczniów popalało w kiblu, znaczy się toalecie (tradycyjnie centrum szkolnego życia towarzyskiego). Dziewczyny – papierosy tradycyjne, chłopcy – elektroniczne. Od czasu do czasu trzeba było na czas lekcji skonfiskować telefon, a na przerwie zarządzić wyłączenie małych i krzykliwych głośników, włączanych do owych „komórek”.  Czasami uczeń zapyskował i trzeba mu było inteligentnie odpyskować (wyższa szkoła jazdy – słowa nauczyciela muszą „zajść w pięty”, ale równocześnie nie mogą naruszyć tzw. godności osobistej) . Fakt, uczniowie mają większe prawa niż nauczyciele, ale tak już było przed moim przejściem na emeryturę i żadna to dla mnie nowina.

Zdarzyło się też kilka ciekawostek. Moje gimnazjum było zamknięte, czyli jak uczeń wszedł do szkoły, tak mógł wyjść dopiero po skończeniu lekcji. Pilnowała tego pani woźna. W wyniku tego zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Kilku uczniów przychodziło do szkoły, ale było tylko na wybranych przez siebie lekcjach. Pozostałe spędzali zamknięci w kabinach szkolnych toalet lub za szkolnymi dekoracjami  w postaci parawanów. Pytałam, gdzie sens, gdzie logika takiego postępowania, jasnej odpowiedzi nie usłyszałam. Było coś o ograniczeniu wolności, więzieniu i wszechwładzy panujących. Zdarzało się również, że chłopcy dla „jaj” wchodzili do toalety dziewcząt i na odwrót. Kiedyś był to obciach, teraz zabawa.

1409_szkola-nieczynna

Ogólnie w szkole było znacznie ciszej niż kiedyś. Proste – mniej uczniów, mniej bieganiny po korytarzu, mniej kłótni między uczniami. Na przerwie większość siadywała pod ścianą z włączoną „komórką” lub tabletem. Czasami ktoś wyciągnął podręcznik.

No dobrze, byli uczniowie z problemami, utrudniający życie sobie, kolegom i nauczycielom. Ale pokażcie mi czasy, kiedy takich nie było…

Rodzice też byli normalni. Nikt mnie błotem nie obrzucił i nie wyzwał od starych sklerotycznych bab. Wprost przeciwnie. Mamy, z którymi rozmawiałam, były konkretne i wręcz prosiły o pomoc w wychowaniu niesfornego nastolatka.

No i była I B… ale to temat na inną opowieść… 

1340178024_przez_alicja_middle

Medycyna w Pracy