Nauczanie historii

SONY DSC

foto: Biedny lud komunistyczny na meczu piłki nożnej w Wałbrzychu w latach 60-tych 

Ostatnio moją uwagę przykuwały wypowiedzi o czasach mego dzieciństwa i młodości czy PRL-u… Bo dziwne jakieś takie były…

Oto czytam jak to po ogłoszeniu stanu wojennego – 1981 – rolnicy, zwani czasami chłopami, woleli rozdawać swoje świnie rodzinie, zamiast dostarczać je do skupu świń, bo te ze skupu szły na rzeź w imię komuny.

Cóż, słowa te pisał młody chłopak, który poznaje historię z tzw. tekstów źródłowych. I w pewnym sensie ma rację…

Zapewne trafił na pismo, które w owym 1981 lub 82 roku moja rodzina samodzielnie napisała. Rzeczywiście, w piśmie tym była prośba o pozwolenia na zarżnięcie jednego świniaka w gospodarstwie rolnika X i nieodpłatne przekazanie owej zarżniętej świni bratu rolnika X, zamieszkałemu w mieście Y. Takie zezwolenie było niezbędne, gdyż wieprzowinę trzeba było przewieźć przez granicę gmin i powiatów. A na rogatkach wówczas stało wojsko i sprawdzało. Gdy człek miał odpowiednie papiery, problemu nie było. I tak świnia przekroczyła granice, dotarła do miasta, gdzie została podzielona na cztery części i dostarczona do czterech rodzin, które słono za nią zapłaciły. Kont bankowych wówczas w powszechnym użyciu nie było, pieniądze wędrowały z ręki do ręki.

Cóż, moja rodzina sfałszowała historię… I teraz mam za swoje… Współczesne pokolenie uczy się na podstawie owego dokumentu, że chłopi świnie za darmo oddawał…

Z przyjemnością oglądam program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami rozbawiają mnie panowie prowadzący, zwłaszcza kiedy w swych wypowiedziach nawiązują do czasów PRL-u, bo sporo prezentowanych w programie polskich piosenek właśnie wtedy powstało.

Kiedyś ktoś śpiewał przebój grupy Bajm „Józek nie daruję ci tej nocy”. Z wypowiedzi prowadzącego dowiedziałam się, że ten, przepojony seksem tekst, wcale o seksie nie jest. Nawiązuje on bezpośrednio do wprowadzenia stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego i w domyśle brzmi „Wojtek, nie daruję ci tej nocy”.

Zatkało mnie wówczas. Oto bowiem ów Wojtek rozgrzewał ciało, śpiewająca miała bzika na jego punkcie i prosiła, by z nią grzeszył. Siedem razy grzeszył. Przyjemny był ten stan wojenny, no nie? Równocześnie przypomniałam sobie czasy, w których piosenka powstała, wszak wówczas już solidnie grzeszyłam w wiadomy sposób. Nikt z moich znajomych nie utożsamiał piosenki z polityką! Dla nas wszystkich była utworem tak bardzo nieprzyzwoitym, że aż doskonałym w swej nieprzyzwoistości!

A teraz proszę, po latach dowiaduję się, że to piosenka o polityce.

Kolejny przykład z tego programu – „ W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, czyli Martyna Jakubowicz rok 1983. Oczywiście wprowadzenie do piosenki – prowadzący rozwodzi się nad mrocznym rokiem powstania utworu, jak to wówczas tragicznie było …

Wracam do wspomnień… studia zaoczne, III rok, praca w szkole we wsi daleko od szosy, wielka miłość zakończona małżeństwem… ani głodu, ani poniewierki, ani mroku, underworldu, znaczy się Lykanów i Wampirów, jeszcze nie było… no dobrze, przyznaję się. Małżeństwo się nie udało, ale chyba nie przez ten rok 1983… Słońce jeszcze wówczas świeciło…

A potem radośnie odzywa się drugi prowadzący i jest happy! Dziś nie ma już problemu z wolną miłością, którą podsłuchiwał sąsiad w domu z betonu! Hola, stop! Domy z betonu stoją nadal. Ludzie się w nich już nie pie.. znaczy się nie kochają w sensie fizycznym? Sąsiedzi nadal mają możliwość podsłuchiwania.

A wolna miłość? Ludzie kochani, co za niewiedza ze strony prowadzącego! Stosunki tylko w małżeństwie. Kto to słyszał, żeby wolno było każdemu z każdym? Ludzie teraz odmawiają różaniec, a nie stosunkują poza związkiem zatwierdzonym przez proboszcza.

I końcówka. Ostatnio pracując z młodzieżą dowiedziałam się, że w latach, na które przypada moje dzieciństwo i młodość, była partyzancka wojna z „ruskimi”, w sklepie sprzedawano jedynie ocet, a ludzie żyli w totalnej biedzie. Wszystko było pozamykane i kościoły, i kina, i stadiony, i restauracje, i szkoły wyższe… Kiedy zapytałam, czy pozwalano mówić wówczas po polsku, zdania młodych ludzi były podzielone. Jedni twierdzili, że tak. Inni, że nie…

Trudno było przekonać młodych, że jednak w latach 1945 – 1989 coś się działo. Wajda kręcił filmy, Szymborska pisała wiersze, a ludzie z głodu jakoś nie umierali, wprost przeciwnie – rodziło się ich znacznie więcej niż obecnie.

Opowiedziałam o młodych koleżance, która w latach osiemdziesiątych walczyła o wolność i demokrację. Załamała ręce. Uśmiechnęłam się i przypomniałam, jak sama po 1989 roku „zmieniała” historię z tej fałszywej na prawdziwą, jak negowała praktycznie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Fabryki były złe. Kino było złe. Wyższe uczelnie też były złe. Wszyscy byli ubekami, esbekami, komuchami.

Oj, nie tak wyglądało moje dzieciństwo….  

Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Będą legendą….

20061102134847_img_9712

Kłomino – foto internet

Kiedyś, dawno temu, prawie przed potopem, człowiek szedł rano do pracy, w kiosku Ruchu kupował gazetę. W pracy czytał tę gazetę w towarzystwie drugiego śniadania, znaczy się herbaty Ulung i kanapki z mielonym.

Teraz czasy się zmieniły, człowiek się zestarzał. Wstaje rano, wyprowadza psa, parzy kawę, włącza laptopa i czyta, popijając Jacobsa Kronunga.

I właśnie usiadłam do popijania i czytania. Oczywiście najpierw gazety, znaczy się portale informacyjne. Trzeba sprawdzić ilu generałów nie będzie miała polska armia, bo walka o tron w naszym kraju trwa nadal. Taki temat dnia. Normalka, zawsze być musi. Potem portal zwany społecznościowym. I tu dopiero prawdziwa rewelacja!

„Polska Akademia Nauk opublikowała listę 122 miast, którym grozi zapaść społeczna i gospodarcza. Analiza Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN powstała na potrzeby rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Oto na 255 miast średniej wielkości aż 122 padnie na zawał lub udar lub będzie w najbliższym czasie miało wylew. Sytuacja wręcz dramatyczna. Przecież to połowa, no dobrze, nie przeginajmy, ale duża część naszego państwa. Jeśli padnie, to co zostanie? Warszawa? Kraków? Wrocław? Czy te miasta pomieszczą mieszkańców 122 padniętych miast?

Masa pytań zaczęła mi w jednym momencie przychodzić do głowy. Czeka nas kataklizm narodowy? Które miasto mam wybrać do osiedlenia się, bo moje znajduje się na czarnej liście? Kto mnie przygarnie? Wszak nawet nie sprzedam swego M, bo kto zechce kupić M w padniętym mieście?

O, może wyprowadzę się do Jeleniej Góry… byłam tam kilka razy. Miasteczko ładne, blisko uzdrowisko, (o, nawet się rymnęło) góry, w koszykówkę grają… Nic z tego. Jelenia jest na liście na 41 miejscu w rubryce „silna utrata funkcji, niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”. Szukam dalej w myślach…. gdzie by tu…. Mam! Kłodzko! Moja rodzina tam mieszka, domek mają. Może dobudują oficynkę i pozwolą dożyć ostatnich dni… Też kicha. Małe, sympatyczne miasteczko jest na 59 miejscu w rubryce „ utrata funkcji, mocno niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”.

Nie tędy droga. Trzeba przejrzeć całą listę.

I proszę jakie miasta się tam znajdują:

  • Zambrów – wspaniały szpital, o którym pisałam;
  • Zakopane – oblegane przez turystów;
  • Augustów – jak wyżej;
  • Zabrze – dlaczego?

Zresztą, co ja Wam będę wymieniała… sami sprawdźcie


http://samorzad.pap.pl/depesze/redakcyjne.praca.akty/176437/122-miast-srednich-tracacych-funkcje-spoleczno-gospodarcze

Do Warszawy nie pojadę… ostatnio byłam 1 sierpnia, oddałam hołd powstańcom i zaszyłam się w mieszkaniu znajomych. Upał w stolicy był znacznie bardziej dokuczliwy niż w mieście tracącym funkcje społeczno – gospodarcze.

Jednym słowem kicha. Samemu można dostać zapaści.

Czy istnieje jakakolwiek korzyść z upadku tylu miast? Co się stanie z nimi, kiedy padną na zawał? Wizja apokaliptyczna? Chyba nie…. Kiedyś już widziałam upadłe miasteczko. To Kłomino, dziś zwane osadą leśną.


https://pl.wikipedia.org/wiki/K%C5%82omino

Byłam tam blisko dziesięć lat temu. Chodziłam po młodym lesie wyrosłym na miejskich uliczkach. Wśród drzew, krzewów i traw człowiek spacerował po starych asfalcie.  Przyroda zawładnęła wszystkim. Rozbijała asfalt, wypychała uliczną kostkę, wbijała się do bloków straszących pustymi oczodołami okien. Brrr…. wtedy byłam przerażona. Potem jeszcze obejrzałam film „Jestem legendą”, w którym przyroda zabiera Nowy Jork…

Tak więc, kiedy znaczna część miast średniej wielkości padnie, przyroda odzyska wszystko, co obecnie zabiera jej niejaki kornik drukarz w osobie wiadomego ministra. Aha, a w wielkich miastach powstaną legendy o naszych miasteczkach, tak jak o Warsie i Sawie. 

I tym pozytywnym akcentem dzisiejsze rozważania zakończmy.  

Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

Budżet obywatelski …. ściema?

12048503_877259995683185_1338722726_n

 Ostatnio ponownie otaczają mnie, w realu i wirtualu, reklamy budżetu obywatelskiego. Są projekty, są pomysły, „miasta” mają forsę. Według założeń trzeba taki pomysł zaprojektować, zgłosić, potem rozpromować, tak żeby ludzie na niego głosowali i jeśli pomysł załapie się na premiowane miejsce, będzie można go realizować. Tak być powinno. Ale bywa również inaczej.

Są sytuacje, w których budżet obywatelski to zwykła ściema. Z najbardziej znanym mi przykładem zetknęłam się osobiście.

W 2016 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w miejscu mego stałego zameldowania zrobić Psi Park, znaczy się taki wielkomiejski wybieg dla psów. Wyliczył, że według oficjalnych danych w mieście na stałe zameldowanych jest 1800 piesków (drugie tyle pewnie nie) , zatem mieszkańcy zwierzęta lubią.

Wskazano lokalizację miejsca, w którym pieski mogłyby spotykać się na plotkach i pogadać ze sobą – pusty, zarośnięty plac przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu: wylotówka z miasta i wjazd na osiedle wielkopłytowe. Wybudować tam nie można nawet parkingu, bo pod spodem są rury centralnego ogrzewania, kable, przewody i tego typu różne rzeczy, które łączę osiedle z cywilizacją. Opracowano zatem plan, zrobiono projekt Parku (ogrodzenia, drzewka, pojemniki na odchody, ba, nawet dwa place dla piesków: jeden do swobodnego biegania, drugi z ławeczkami piesków na smyczy). Projekt uzyskał akceptację odpowiednich władz i został poddany głosowaniu. Ósmego kwietnia 2016 roku po podliczeniu głosów – 1297 – Psi Park znalazł się na liście zwycięzców.

We wrześniu Wydział Inwestycji Miasta poinformował, że prace rozpoczną się w październiku. Tymczasem w połowie października dotarły wieści, że Park i Psy to podejrzana inwestycja i ludzie przeciwko temu protestują. Ustnie oczywiście. I się zaczęło.

Protestujący ustnie zabrali się za zbieranie podpisów. Stwierdzili, że nie chcą w pobliżu swego miejsca zamieszkania smrodu psich gówien, wrzasku psiej dyskusji, bo zjadą się tu psy z całego miasta (pewnie owe całe 1800 plus te niezameldowane) i w ogóle co to za pomysł, żeby psy trzymać w blokach. Miejsce psów jest przy stodole na łańcuchu. Dobra, tak nie powiedzieli, ale klimat wokół wybiegu tak właśnie wyglądał. Obraziłam się na nich. Sprzątam po swoim psie. Wraz z innymi spacerujemy pod blokami owych protestujących. Teraz chodzilibyśmy na wybieg znacznie dalej…

Odbyło się nawet spotkanie 16 listopada 2016, na którym ok. dwudziestu osób wykrzykiwało swoje racje. Nie chcieli podjąć żadnych rozmów o jakiejkolwiek modyfikacji projektu. Krzyczeli, wrzeszczeli. Na pytanie, dlaczego protestują dopiero pięć miesięcy po głosowaniu, odpowiadali, że ….. o niczym nie wiedzieli. Cóż, jak widać ich zainteresowanie budżetem obywatelskim było żadne…. Mało tego, niektórzy zaproponowali wykonanie w tym samym miejscu parku dla seniorów, aby mogli tu wypoczywać. Wiadomo, senior zawsze przygłuchy, jadące bez przerwy auta mu nie przeszkodzą. Gorzej ze spalinami…. mogą zaszkodzić, jeśli babcia będzie siedziała przez cały dzień w ich otoczeniu…. A może tę propozycję wysunął wysłannik ZUS w wiadomym celu?

I tak oto niewielka grupa storpedowała cały pomysł. Nieważne, że blisko 1300 osób chciało Park, ważne, że 20 nie chciało.

Próbowano zmienić lokalizację miejsca dla psów. Dyskusja trwała do …. siódmego marca 2017 roku. Najciekawszą propozycją było wyznaczenie jej na terenach, które każdego roku wiosną obficie zalewa miejscowa rzeka, a jesienią jest to teren bagienny. Do tego miejsce to znajduje się poza miastem, gdzie i tak latem można spokojnie wypuścić psa bez smyczy.

Potem Zespół Koordynujący po prostu odstąpił od wykonania zadania …. Było oprotestowane, wątpliwe i zasiało rozłam we wspólnocie. Budżet obywatelski okazał się w tym wypadku całkowitą ściemą.

I nieważne, czy chodziło tu o psi wybieg, o plac zabaw dla dzieci, czy o miejsce dla palaczy. Projekt wygrał i nie został zrealizowany, bo ktoś się sprzeciwił po głosowaniu. Tak może być z każdym projektem. Nawet najlepszym, mającym największe poparcie. Dlatego w ramach protestu nie głosuję na żaden projekt z budżetu.   

Faryzeusze

pierwsza-komunia_350882

Kiedy w mojej szkole powstały klasy integracyjne, byłam jedna z pierwszych osób, które ukończyły „podyplomówkę” uprawniająca do pracy z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Bardzo szybko przekonałam się, że był to jeden z najlepszych kroków w moim zawodowym życiu.

Rozmawiałam z rodzicami swych uczniów. Musieli pokonywać wiele barier, nie tylko architektonicznych. O tych drugich przekonałam się na własnej skórze. Kiedyś jedna ze znajomych powiedziała: „ I po tyle się uczyłaś, żeby przygłupów uczyć?” Cóż, przygłupów uczyć może tylko mądry człowiek.

W każdym razie ostatnie lata pracy zawodowej, poświęcone głównie na zajęciach z dziećmi „integracyjnymi”, wspominam bardzo dobrze. Minęło osiem lat, myślałam, że społeczeństwo już dorosło do obecności wokół siebie osób „innych”. Zaskoczenie przyszło z zupełnie niespodziewanej strony. Zacznę od początku…

Kolejne rządy w naszej Ojczyźnie walczą albo z przeciwnikami, albo ze zwolennikami aborcji. Obecny robi wszystko, aby każde poczęte dziecko zostało urodzone. Likwidacja swobodnej sprzedaży pigułki „dzień po”, zaostrzenie ustawy aborcyjnej, wypłata świadczeń pieniężnych kobietom rodzącym chore dzieci, program 500+…. wszystko po to, by rodzić, rodzić, rodzić. Bardzo dzielnie asystuje przy tym Kościół Katolicki. Namawia, popiera, potępia tych, co nie popierają. Jest bardzo aktywny w dziedzinie prokreacji. W sumie się nie dziwię. Muzułmanie mają po kilka żon, gdyż ich podstawowym zadaniem jest przysporzenie Allahowi jak największej ilości wiernych. Dlaczego więc Kościół Katolicki ma nie robić tego samego? Czepiam się Kościoła? Oj, czepiam. Bo właśnie ten Kościół przeraźliwie mnie zaskoczył. A właściwie jedna parafia….

Taka niewielka, praktycznie gminna, bo siedzibę ma w maleńkim miasteczku. Pośrodku niego skwer zwany parkiem, po bokach kamieniczki i centrum – kościół. Bardzo ładny zresztą. W miasteczku rządzi burmistrz wraz z proboszczem. Jak za starych czasów: władza świecka i czynnik odpowiedzialny za ideologię. Wszyscy się z każdą władzą liczą, szanują i boją się. Jeśli ludziom jest z tym dobrze, to niech sobie żyją. W końcu ich gmina, ich urzędy, ich samorządy. Nie wtrącam się. Ale…

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o przedziwnych poglądach księdza proboszcza, z którymi nawet moje tolerancyjne serce pogodzić się nie może.

Otóż w tym bogobojnym miasteczku, w którym nie wolno nie chodzić do kościoła, ksiądz proboszcz nie udziela sakramentu Pierwszej Komunii Świętej dzieciom upośledzonym w stopniu umiarkowanym, głębokim, czyli takimi, które są niezdolne do samodzielnej egzystencji. Rodzicom wyjaśnia, że dzieci te zupełnie nie rozumieją o co chodzi w tej komunii i nie mogą jej przyjąć. Jak zrozumieją, to będą mogły przystąpić.

No i w tej chwili nóż mi się w kieszeni sam otworzył.

Szanowny księże proboszczu, takie dzieci mają uszkodzony mózg, który jak wiadomo nie podlega transplantacji, ani się nie regeneruje! Dzieciaki nigdy nie dorosną, nigdy nie zrozumieją tego świata. Czyżby kapłan z XXI wieku nie posiadał podstawowej wiedzy na podstawowe tematy? Jak w dobie walki przeciwko aborcji, pigułkom, środkom antykoncepcyjnym, w czasach płacenia za urodzenie chorego dziecka, można jawnie je dyskryminować?

Czy ksiądz nie wie, że owe dzieci bardzo często rozumieją wszystko, co się wokół dzieje, nie potrafią jedynie przekazać światu swych uczuć, emocji, słów?

Czy ksiądz wie jak czuje się głęboko wierzący rodzic, którego dziecko nie może przystąpić do sakramentów, bo… według proboszcza jest na to po prostu za głupie?

Czy ksiądz zna słowa Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Bez komentarza…..

Ale jest pozytywne zakończenie tej historii. W oddalonym od naszego miasteczka nieco większym mieście znajduje się parafia, która przygarnia wszystkich. Raz w miesiącu odbywa się tu msza święta dla najmniejszych i najbardziej potrzebujących boskiego wsparcia dzieci. Tutaj też dzieciaczki przyjmują swą Pierwszą Komunię Świętą. Inny Bóg? Inna religia? Nie, ten sam Bóg, nawet ta sama diecezja. Tylko słudzy boży inni. Tu właśnie rodzice z przedstawianego miasteczka przywożą swoje pociechy, by przystąpiły do sakramentu. Można? Można!

Dla ludzi wierzących sakramenty są bardzo ważne. Słyszałam kiedyś historię właśnie o dziecku mającym utrudniony kontakt z otoczenie. Było już na skraju życia, rodzina pożegnała się z nim. Poproszono księdza o ostatnie namaszczenie. Ksiądz wypełnił wolę najbliższych i …. dziecko wróciło do świata żywych.

Nie należę do osób mocno praktykujących, ale przypadek z małego miasteczka przeraził mnie. Okazało się bowiem, iż większość mieszkańców wie o praktykach proboszcza i w milczeniu godzi się na nie… i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze…..

 

 

 

 

Małe miasteczko….

biedronka

Ferie mam. Siedzę sobie w takim uzdrowiskowym miasteczku leżącym praktycznie w dużym mieście. To znaczy z trzech stron to miasteczko otoczone jest miastem. Taka duża ulica w pewnym miejscu dzieli się na część należącą do miasteczka i na drugą, która oczywiście się inaczej nazywa i należy do miasta. Na granicy między dwoma ośrodkami administracji miejskiej znajduje się „Biedronka”, w której zakupy robią mieszkańcy obu jednostek miejskich i kuracjusze.I powinna jednoczyć naród…

Bo tak sobie ten układ funkcjonuje od …. lat…. chyba dwustu, bo widziałam pamiątkową tablicę poświęconą założycielowi uzdrowiska. Czasami owszem, były jakieś animozje między małomiasteczkowymi a dużymi, ale życie toczyło się normalnie. Ostatnio jednak zaiskrzyło. I nawet owad nie pomaga. 

Otóż uzdrowisko jest zagrożone, bo powietrze ponoć coraz gorsze i nie jest to aż tak mocno związane z panującą w całej Polsce atmosferą smogową. Miejscowi twierdzą, że to z powodu jeżdżących i tam i z powrotem mieszkańców dużego miasta, którzy robią sobie skróty z pracy do domu przez teren miasteczka. Wybudowano nawet obwodnicę wokół niego, ale walą tamtędy tylko ciężarowe, a osobówki nie. Oczywiście wielkomiejscy mogą przyjeżdżać do uzdrowiska na spacer, napić się wody mineralnej, skorzystać z zabiegów w zakładzie przyrodoleczniczym na przykład z takiej kriokomory. Ale tylko przejazd – nie. Całkowicie zakazać. Pytanie tylko jedno – jak taki zakaz wyegzekwować? Zawsze mieszkaniec miasta może powiedzieć, że przyjechał do miasteczka właśnie do kriokomory i szuka miejsca do parkowania. I co wtedy? Może szlabany? Może barykady? Może mur? Ogrodzenie? Teraz wszelkie odgrodzenia w modzie. Są osiedla zamknięte, jeszcze gdzieś są granice międzypaństwami na szlaban. W USA mają jakiś mur budować…. może by tak miasteczko od miasta też odgrodzić?

Wielkomiejscy twierdzą co innego. Samochody mają ekologiczne i wcale tak nie dymią, by zadymiać miasteczko. Natomiast przejazd przez nie skraca im drogę do pracy o połowę. Obwodnica jak sama nazwa wskazuje, obejmuje obwód miasteczka i trasę wydłuża. Poza tym powietrze psują stare piece węglowe znajdujące się w starych, chociaż często z nową elewacją – domach. Wszak większość budowli to przedwojenne wille, które ogrzewano paląc w piecach czym popadnie.

Przyjrzałam się najpierw samochodom sunącym przepisowo po ulicach. Praktycznie żaden nie dymił. Przed moim oknem w pensjonacie jest parking. Też nie dymi, chociaż rejestracje z różnych stron Polski. W ogóle kierowcy są grzeczni. Na przejściach zawsze się zatrzymują i mnie przepuszczają. Bez względu na rejestrację auta.

Dymu z kominów też jakby mniej niż kilka lat temu, kiedy również tu byłam. Jeśli leci to z reguły biały, no może raz czy dwa czarny, ale to był wyjątek.

Słowem nie zauważyłam nic niestosownego w zachowaniu mieszkańców zarówno miasta jak i miasteczka.

Zastanawiam się dlaczego małomiasteczkowi mają zarzuty do wielokomiejskich…. czym im podpadli…. wszak z wielkiego miasta mają kanalizację, wodociągi, komunikację miejską, gaz, prąd i kilka marketów. A może trochę się w głowach poprzewracało? Oj, żeby tylko nie trzeba było cytować Andrzeja Bursy…. „Mam w du…. małe miasteczka”


http://www.eioba.pl/a/1rg4/mam-w-d-male-miasteczka-wiersz-andrzeja-b

 

 

 

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…