Małe miasteczko….

biedronka

Ferie mam. Siedzę sobie w takim uzdrowiskowym miasteczku leżącym praktycznie w dużym mieście. To znaczy z trzech stron to miasteczko otoczone jest miastem. Taka duża ulica w pewnym miejscu dzieli się na część należącą do miasteczka i na drugą, która oczywiście się inaczej nazywa i należy do miasta. Na granicy między dwoma ośrodkami administracji miejskiej znajduje się „Biedronka”, w której zakupy robią mieszkańcy obu jednostek miejskich i kuracjusze.I powinna jednoczyć naród…

Bo tak sobie ten układ funkcjonuje od …. lat…. chyba dwustu, bo widziałam pamiątkową tablicę poświęconą założycielowi uzdrowiska. Czasami owszem, były jakieś animozje między małomiasteczkowymi a dużymi, ale życie toczyło się normalnie. Ostatnio jednak zaiskrzyło. I nawet owad nie pomaga. 

Otóż uzdrowisko jest zagrożone, bo powietrze ponoć coraz gorsze i nie jest to aż tak mocno związane z panującą w całej Polsce atmosferą smogową. Miejscowi twierdzą, że to z powodu jeżdżących i tam i z powrotem mieszkańców dużego miasta, którzy robią sobie skróty z pracy do domu przez teren miasteczka. Wybudowano nawet obwodnicę wokół niego, ale walą tamtędy tylko ciężarowe, a osobówki nie. Oczywiście wielkomiejscy mogą przyjeżdżać do uzdrowiska na spacer, napić się wody mineralnej, skorzystać z zabiegów w zakładzie przyrodoleczniczym na przykład z takiej kriokomory. Ale tylko przejazd – nie. Całkowicie zakazać. Pytanie tylko jedno – jak taki zakaz wyegzekwować? Zawsze mieszkaniec miasta może powiedzieć, że przyjechał do miasteczka właśnie do kriokomory i szuka miejsca do parkowania. I co wtedy? Może szlabany? Może barykady? Może mur? Ogrodzenie? Teraz wszelkie odgrodzenia w modzie. Są osiedla zamknięte, jeszcze gdzieś są granice międzypaństwami na szlaban. W USA mają jakiś mur budować…. może by tak miasteczko od miasta też odgrodzić?

Wielkomiejscy twierdzą co innego. Samochody mają ekologiczne i wcale tak nie dymią, by zadymiać miasteczko. Natomiast przejazd przez nie skraca im drogę do pracy o połowę. Obwodnica jak sama nazwa wskazuje, obejmuje obwód miasteczka i trasę wydłuża. Poza tym powietrze psują stare piece węglowe znajdujące się w starych, chociaż często z nową elewacją – domach. Wszak większość budowli to przedwojenne wille, które ogrzewano paląc w piecach czym popadnie.

Przyjrzałam się najpierw samochodom sunącym przepisowo po ulicach. Praktycznie żaden nie dymił. Przed moim oknem w pensjonacie jest parking. Też nie dymi, chociaż rejestracje z różnych stron Polski. W ogóle kierowcy są grzeczni. Na przejściach zawsze się zatrzymują i mnie przepuszczają. Bez względu na rejestrację auta.

Dymu z kominów też jakby mniej niż kilka lat temu, kiedy również tu byłam. Jeśli leci to z reguły biały, no może raz czy dwa czarny, ale to był wyjątek.

Słowem nie zauważyłam nic niestosownego w zachowaniu mieszkańców zarówno miasta jak i miasteczka.

Zastanawiam się dlaczego małomiasteczkowi mają zarzuty do wielokomiejskich…. czym im podpadli…. wszak z wielkiego miasta mają kanalizację, wodociągi, komunikację miejską, gaz, prąd i kilka marketów. A może trochę się w głowach poprzewracało? Oj, żeby tylko nie trzeba było cytować Andrzeja Bursy…. „Mam w du…. małe miasteczka”


http://www.eioba.pl/a/1rg4/mam-w-d-male-miasteczka-wiersz-andrzeja-b

 

 

 

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Ścieżki wydeptane

Park k

Puszcza Kampinowska – foto moje 

Na swojej działce – rekreacyjnej nie uprawialnej – przypominam tym, którzy nie wiedzą, wysprzątałam przyczepę campingową, zutylizowałam, poprzez spalenie, śmieci, skosiłam trawę, wyrwałam zielsko ze skalniaka, pokryłam impregnatem wiatę. Zmęczona zległam na huśtawce z piwem w dłoni. Dobrze mi, oj, jak dobrze… I tak zaczęłam mieć różne skojarzenia…

Przypomniała mi się na przykład historia z pewnym parkiem. Rosła sobie taka ekologiczna, zielona łąka w środku osiedla z wielkiej płyty i pustaka. Chodzili to ludzie z psami i nawet do głowy im nie przyszło, żeby sprzątać, bo łąka korzystała z naturalnego nawozu. Ale nagle ktoś uznał, że trzeba teren ucywilizować, czyli zrobić park, znaczy się posadzić drzewka, zasiać wysokiej klasy trawę,  zaasfaltować alejki i postawić kosze na psie odchody. Jednym idea się podobała, innym nie. Prace rozpoczęto. Zerwano ekologiczna warstwę łąki, zaczęto zwozić nową ziemię, czystą, bez psich kup. Potem ruszono do wytyczania alejek. I tu powstał problem. Najprościej było zostawić te, które chodzący od trzydziestu lat na spacery ludzie już wytyczyli. Skoro tak chodzili, to znaczy, że taka trasa jest odpowiednia. Proste i logiczne. A wcale, że nie. Architekt kazał wytyczyć inne, bo poprzednie nie mieściły się w jego koncepcji. Były niezgodne z artystyczną wizją, ba, wręcz burzyły ją. Ludziom trzeba pokazać, którędy mają chodzić.

Za ogrodzeniem mojej działki jest ekologiczna łąka. A gdyby tak usunąć warstwę ziemi, bo każdego tygodnia jest inna i nie wypełnia żadnej wizji artystycznej? Wprost przeciwnie. Tworzy chaos w głowie człowieka. Dziś coś kwitnie na biało, a za tydzień – na niebiesko. Człowiek przyjeżdża i nie wie, czy dobrze trafił.

łąka

Dobra, niech sobie rośnie. Porządek mam za siatką.

Drugie skojarzenie przy piwie na huśtawce dotyczyło Biegu Rzeźnika, który to odbywał się w Bieszczadach i o który to wybuchła wielka awantura. Trzeba było zmienić trasy, bo biegacze niszczą turystyczne szlaki. Z jednej strony – totalna bzdura. Poruszając zawsze się coś niszczy, takie opony na przykład lub taki asfalt. A potem trzeba taką autostradę odbudowywać. Może lepiej, żeby nie jeździły nią samochody? Dłużej będzie ładna, gładka, czarna… Poruszając się pieszo marszem lub biegiem też się niszczy. Zawsze myślałam, że tylko buty. A tu proszę, niszczymy matkę naturę, znaczy się przyrodę. Przypomniałam sobie kładki w dolinie Biebrzy. Strefa ścisłego rezerwatu, którą można było podziwiać jedynie z wysokości owej kładki. Można zatem chodząc niszczyć. Dlaczego zatem w Bieszczadach, w miejscach rezerwatu roślin, nie ustawiono takich kładek? Ludziska by wiedzieli, że teren ścisły i nie pchaliby się w łodygi unikalnej roślinki…

Druga sprawa to tłumaczenie, że biegnący lub szybko maszerujący człowiek dekoncentruje innego, który porusza się wolno i kontempluje krajobraz.

Po naszym osiedlu biega coraz więcej osób. Kiedyś mogłam psa luzem puścić i zwierzątko biegało od drzewka do drzewka. Dziś już nie. Biegacze poruszają się po chodnikach zwłaszcza po zmroku i pies im wyraźnie przeszkadza. No, szczeka na nich, spokojna ma naturę i nie lubi, jak ludzie gdzieś pędzą. No, dobra, biegacze przeszkadzają. Ale się nie czepiam. Naród chce biegać, niech biega. Bieg po zdrowie, bieg po zawał czy bieg rzeźnika, obojętne mi. Zmieniłam trasę wieczornych spacerów z psem.

Jakich szkód jeszcze mogą narobić w Bieszczadach biegacze? Wydeptać nowe ścieżki niezgodne z wizją archit…tutaj przyrodnika? Raczej nie. Oni biegają po tych wytyczonych. O, chyba słyszałam, że taki co biegnie na podeszwach butów zabierze część ziemi bieszczadzkiej ze sobą. Aha, kumam… Gdyby tak cała Polska ruszyła na ten bieg, to z gór i połonin nie zostałoby nic. Równina by się nam zrobiła w Karpatach.

Spojrzałam na swoją ziemie w postaci działki rekreacyjnej. Gdyby tak ludzie zaczęli mnie tu odwiedzać, przyjeżdżać, przybiegać… I tak tłumy by szły i szły, i szły… No nic by z mojej działki nie pozostało. Najpierw wytyczyliby ścieżki nieplanowane, a potem na butach i oponach wynieśli całą ziemię VI klasy…

Słonce mocniej przygrzało. Piwo się skończyło. Zaraz będzie grill. I następne piwo. Może pobawić się z psem? Tak zwyczajnie, normalnie po polsku spędzić czas, a nie wytyczać nowe ścieżki na łąkach czy biegać po połoninach…? Iść taką wydeptaną ścieżką?

Oberwało mi się….

nuda1

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

Wielkie nagrody

poeta

W pewnym zwykłym (ok. 60 tys. mieszkańców) mieście sportowa drużyna gimnazjalistów zdobyła tytuł „Drużyny Roku”. Za to wyróżnienie otrzymała nagrodę od władz miasta – 10 piłek do uprawianej przez nią dyscypliny sportu. Piłki widoczne na zdjęciu, umieszczonym w miejskim portalu, kosztują od 90 do 120 zł. Łatwo obliczyć, ile „miasto” zainwestowało, przepraszam, ile kosztowało je podziękowanie młodym sportowcom za sukcesy owe miasto promujące.

Kiedyś jedna z polskich pływaczek narobiła szumu w związku z nagroda za miejsce na podium w postaci 200 zł. Opowiadała potem, ile trudu kosztuje ją trening, ile forsy trzeba dać za sprzęt sportowy i co może kupić za nagrodę – okularki do wody.

Moja koleżanka otrzymała nagrodę w konkursie poetyckim – tablet. Identyczny widziała w „Biedronce” za 150 zł.

I właściwie, czego ja chcę się przyczepić?

Piłki z „miasta’ trafiły do szkoły, a jak wiadomo szkolnictwo jest bardzo niedoinwestowane, a taki zastrzyk ponadprogramowy od władz mocno i wyraźnie poprawi stan sprzętu sportowego w szkolnym magazynku. Skorzysta z niej również młodzież, która wcześniej zdobyła kilka znaczących medali na różnych imprezach. Dobrze, nie wszyscy… część już opuściła szkolne mury, bo gimbazę skończyła. Ale ogólnie wszystko gra. Młodzi sportowcy nagród indywidualnych nie dostali, wszak stanowią drużynę. Dla nich, jeszcze niezdeprawowanych komercją i materializmem, najważniejszą nagrodą były zwycięstwa i możliwość uprawiania sportu, stworzona oczywiście przez „miasto”. Gdyby nie sala gimnastyczna, szkolne boisko i zatrudnienie nauczycieli, nic z sukcesów sportowych by nie wyszło. A poza tym młodzież powinna biegać i skakać, to konieczne dla prawidłowego rozwoju. Zamiast siedzieć przy kompie, jak ja teraz, pobiegali trochę po boisku. Aha, szóstki z wuefu też każdy dostał.

I czego ja się czepiam?

Jeśli chodzi o pływaczkę, to ta już powinna znać prawa rynku. Żeby coś zdobyć, trzeba najpierw zainwestować. Ktoś wykłada duże pieniądze, żeby mogła bezpłatnie trenować na basenie. A ile normalnego człowieka kosztuje wejście na basen? Ktoś zatrudnia trenera, ktoś opłaca ową wodę w basenie, prąd w szatni… Ktoś już inwestuje w obiecującego sportowca, a ten marudzi, że kąpielówki nowe musi se kupić… Niech też zainwestuje w siebie, wykorzystuje stworzone mu warunki, walczy, wygrywa, a potem forsa sama mu będzie wpadać do kieszeni. Będą reklamy, będą wywiady, wizyty w zakładach pracy.

I czego ja się czepiam?

Poeci to podobny temat. Siedzi taki w domu, pisze długopisem, ołówkiem lub klika w klawiaturę. Za kołnierz mu nie pada, wysiłku żadnego. Czasami spojrzy w okno, by muza na niego spłynęła… Jaka praca, taka nagroda. Poza tym tablet taki zły nie był. Pożyczyłam od koleżanki w czasie choroby, kiedy laptop był za duży do klikania podczas leżenia w łóżku.

I czego ja się czepiam…

Niby niczego… tu 1000 zł, tu 200, tu 150… Nie widziałam, żeby takie sumy chodziły swobodnie po ulicy. Człek, jak znajdzie na chodniku złotówkę, to się cieszy. Ba, złotówkę… 50 gr też pieniądz!

I dochodzę do sedna sprawy…

Ostatnio zaproszono mnie na oficjalną imprezę z udziałem ważnych ludzi. Wśród wielu tematów pojawił się również wątek wartości pieniądza. Przy szwedzkim stole padały takie sumy, że mój emerytalny umysł nie ogarniał. Ktoś właśnie stwierdził, że jako szef firmy dał sobie podwyżkę i teraz zarabia ponad 10 tys. Prawnik poinformował, że dostał nowa pracę na pół etatu i skosi kolejne 5 patyków. Pani pochwaliła się innej pani, iż kupiła córce mieszkanie, bardzo tanio, bo za 130 tys. No pewnie, że tanio. W Warszawie przedpokój tyle kosztuje. Próbowałam przebić się z tematem wartości pieniądza w wydaniu zusowskim. Szybko mi uświadomiono, że przecież emeryci każdego roku dostają podwyżki i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ciągle narzekają. Jak się nie chce pracować, tylko siedzieć na emeryturze, to się nie ma forsy. I tyle.

I tak sobie przeanalizowałam nagrody. Drużyną już nie będę i nie dostanę piłek za całe 1000 zł. Pływaczką też nie. Może zatem skrobnę jakiś wiersz? Może wygram jakiś konkurs, dostanę tablet lub książkę… a potem sprzedam. A co, wolno mi będzie!  

 

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica

Dziennikarstwo i butelka wina

2084_kieliszek-do-wina

foto – internet

Poszłam na plotki do zaprzyjaźnionego małżeństwa. Głowa domu wyciągnęła wino i trzy kieliszki. W porządku. Wino lepsze, zagrychy nie trzeba szykować. Człowiek nie przytyje. Po trzech łykach białego wytrawnego temat rozmowy zszedł na dziennikarzy, telewizje, radia i internety, znaczy się portale internetowe. Tyle tego, że trudno ogarnąć. I z tego powodu trudno wszystkiemu i wszystkim wierzyć. Wspólnie z koleżanką zauważyłyśmy, że większość programów tzw. interwencyjnych to również tzw. przegięcie.

Kiedyś pokazywano szpital w miejscowości X. Pani Y miała problem w jeden z przychodni i zamiast zgłosić go do odpowiedniego organu w administracji szpitala, dała od razu znać do telewizji. Może i miała rację, nie oceniam. Telewizja od razu przyjechała i zaczęła kręcić. Dosłownie i w przenośni. Administracja szpitala obiecała, że zajmie się sprawą, wyjaśni ją  i jeśli wina leży po stronie  ośrodka medycznego – przeprosi i załatwi wszystko pozytywnie. I w tym momencie dziennikarz powinien czuć satysfakcję, że samo pojawienie się kamery, problem rozwiązało. Ale nie. Obecnie taki dziennikarz interwencyjny nadal temat rozwija. Tym razem udało się mu dostać do samego dyrektora. I się zaczęło. Nacierając na dyrektora w jego gabinecie człowiek w asyście kamery rzucał gromadą pytań w stylu: „Czy zna pan sprawę pani Y? Dlaczego nie zna pan sprawy pani Y? Nie?! To co pan tu robi?!”Dyrektor zachowała kamienną twarz, a dziennikarz nadal natarczywie upominał się o odpowiedź na postawione powyżej pytania. Na miejscu szefa szpitala wyrżnęłabym faceta w wiadomą część ciała. W ciągu dnia w podległych szpitalowi przychodniach i oddziałach przewija się ok. 1000 osób…Telepatii w przesyłaniu informacji jeszcze nikt w naszym kraju nie stosuje. Nawet politycy w kampanii przedwyborczej. 

No tak, jak telewizja ma np. trzy kanały, na każdym trzy programy interwencyjne każdego dnia, to skąd brać  w miarę sensowne interwencje, tym bardziej, że konkurencja nie śpi…

Teraz nagle wyskoczył ekstra temat – ubezpieczenia w szkole. Zasypywani jesteśmy wiadomościami jakoby to szkoły i ich dyrekcje oszukiwały biednych rodziców. Oferty firm ubezpieczeniowych są kiepskie, bo oprócz indywidualnych polis, takowe firmy oddają szkołom część składek w formie wspomagania np. remontu sali gimnastycznej czy zakupu nowego telewizora do biblioteki. Jak sięgam pamięcią do czasów swej pracy w szkole, od czasów transformacji gospodarczej zawsze tak było. Jeśli rodzic nie wiedział, to pewnie nie interesował się zagadnieniem lub nie bywał na zebraniach w szkole. Jeśli skleroza mnie nie myli, często podczas spotkań z rodzicami ten temat był poruszany. Mówiąc o składce na ubezpieczenie zawsze dodawałam, że zasady co i za ile są do wglądu w sekretariacie i można się z nimi zapoznać.   

A teraz proszę – nagle afera! Ale refleks! 

odszkodowanie

foto – internet

Jasne, trzeba na czymś zarobić, trzeba program zrobić. Kiedyś współpracowałam z lokalną gazetą i wiem, jak ten mechanizm działa. „Rety, mamy pół kolumny wolne! Siadać i pisać dwa listy do redakcji! Za dwie godziny pismo idzie do druku!”

Ale są i fajne tematy. Taki na dziś – złoty pociąg z Wałbrzycha. Zobaczcie, same pozytywne momenty. Jako wałbrzyszanka cieszę się. Świat dowiaduje się, gdzie jest Wałbrzych. Dobra  lekcja geografii. Dobra lekcja historii. Archeologia – wszak trzeba kopać. Geologia – budowa gór. Dochód – turyści i dziennikarze przyjeżdżają, nocują, zwiedzają, jedzą – wszystko w wałbrzyskich hotelach, restauracjach i na turystycznych trasach. Opowieść – jak z powieści lub sensacyjnego filmu. O, nareszcie dobra interwencja w fajnej, tak po prostu, sprawie.

Mąż koleżanki nie poparł naszego entuzjazmu dla  dziennikarstwa w stylu Indiany Jonesa. Rozlewając resztki wina do kieliszków, stwierdził, że wałbrzyskie złoto to większy spisek…

Rety, jaki?

Jest kilka wersji:

1. „Ktoś komuś” za to zapłacił…na pewno nie Wałbrzych, ale komu zależało na rozdmuchaniu tej sprawy? To się niedługo okaże.

2. „Ktoś” chce otumanić naród złotem, by ten nie szedł na wybory i zapomniał o polityce w czasie przedwyborczym. Choroba…antysystemowi?

3. „Coś” wisi w powietrzu, a pociąg to temat zastępczy. Kiedyś była nim aborcja. Ludzie dyskutowali, dyskutowali, a tymczasem banki podnosiły stopy procentowe, rząd wprowadzał niekorzystne dla przeciętnego obywatela ustawy… A teraz co będzie? To się zobaczy. W każdym razie o tym, kto komu nie podał ręki na Westerplatte telewizje, gazety i portale mówiły dzień, dobra, dwa dni, a historia złotego pociągu z Wałbrzycha póki co nie ma końca. Przypadek? 

kop.

Wałbrzych – dawna kopalnie im. Thoreza, obecnie Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia fot. własne

Wino było dobre.  

Psy, rowery i ludzie

 

Na moim osiedlu, praktycznie w samym jego środku, znajduje się teren rekreacyjny zwany „Skate Parkiem”. Trudniej powiedzieć, czego tu nie ma, niż wymienić szybko to, co jest. Tu spotykają się dzieci, młodzież, dorośli. Od pięciu lat jestem regularnym bywalcem „skejtu”. Tu najczęściej spaceruję z psem. Alejek spacerowych dużo, pojemniki na psie odchody też są, ławki parkowe, a latem nawet „toy toy” przy kortach tenisowych. Ba, kochani – jeśli spadnie śnieg, zima jest gdzie zjeżdżać na sankach. Wszystko czyste, zadbane. Ot, akurat to mieszkańcy osiedla w miarę szanują, bo wszystkim służy.

Są też atrakcje dla rowerzystów i desko rolkarzy: ścieżka rowerowa, rampa, spory teren do rowerowych skoków, a dla najmłodszych – miasteczko ruchu drogowego.

Od razu zapowiadam – nie mam nic przeciwko rowerzystom. Sama na rowerze nie jeżdżę, ale mam znajomych, którzy czynią to w sposób nałogowy. I dobrze. Ja nałogowo oglądam mecze koszykówki. Takie nałogi są cenne. Wspieram budowę ścieżek rowerowych we własnym interesie. Jeśli rower będzie miał wyznaczone miejsce do jazdy, nie będzie mi przeszkadzał na chodniku dla pieszych lub moim dzieciom na jezdni.

Ale na skateparku mam czasami problem z rowerzystami. Rowerowe atrakcje nie służą tu głównie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Są przeznaczone przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Jedni zatem rekreacyjnie mają jeździć, inni – np. ja – rekreacyjnie chodzą z pieskami. I tu zaczyna się problem.

Idę sobie z pieskiem na smyczy alejką spacerową. I nagle słyszę za sobą dzwonek rowerowy. Oto cała rodzinka typu 2+2 jedzie za mną całą szerokością alejki spacerowej. No tak, na ścieżce rowerowej mieści się góra dwóch rowerzystów, a rodzinka chce wspólnie, pełną szerokością, a nie wężykiem pokonać wyznaczony przez siebie dystans. Muszę im ustąpić miejsca, bo inaczej staranują mnie i psa. Zdarza mi się nie ustępować, zwłaszcza, kiedy jeźdźcy pojawiają się z naprzeciwka. Wszystko odbywa się jak w dobrym filmie pościgowym. Kto ustąpi? Kiedyś pewien małolat wyłożył się na rowerze tuż za mną. Nie ustąpiłam. Miał do mnie pretensje, że to moja wina. Wskazałam mu ścieżkę rowerową. I wtedy usłyszałam, że się źle prowadzę i powinnam … no powiedzmy w miarę normalnie – spi…ać stąd. Żadna to nowość dla mnie. Młodzież przyjeżdżająca na rampę często trasę do niej pokonuje alejkami spacerowymi nie patrząc, kto się nimi porusza, a jeśli ktoś staje im na przeszkodzie to … jak powyżej.

Kiedyś rodzinie dzwoniącej mi za plecami zwróciłam uwagę, że od jazdy jest ścieżka. „Ale drzewa nad ścieżką za nisko rosną i trudno jechać…” – usłyszałam tłumaczenie. Rzeczywiście głowa rodziny była słusznego wzrostu i wyprostowana dotykała niebezpiecznie gałęzi. „ To proszę zgłosić ten problem do administracji osiedla. Myślę, że „zieloni” nie będą mieli nic przeciwko wycięciu kilku gałęzi” – zaproponowałam. Ludzie wzruszyli ramionami i pojechali alejką spacerową.

tytus02s

Inni zwrócili mi uwagę, że ścieżką rowerową chodzą… starsze panie z pieskami. Nie da się ukryć – ja nie chodzą, ale inne chodzą. Wtedy mówię, żeby właśnie trąbili, dzwonili i przeklinali. Psom i ludziom bez roweru na ścieżkę wstęp wzbroniony!

W czasie jednego ze ostatnich upalnych i wieczornych spacerów spotkałam policyjny patrol. Legitymował przedstawicieli średniego pokolenia, którzy ośmielili się pić piwo na ławce na skateparku, po 22.00, kiedy ciemno i przyjemno (w czasie upałów oczywiście). Nie wytrzymałam. Zwróciłam uwagę patrolowi, że od pięciu lat spacerując tu o różnych porach dnia, nigdy żadne z pijących tu piwo przedstawicieli jakiegokolwiek pokolenia nie używał wobec mnie słów uznawanych za wulgarne, żaden nie próbował wyrządzić mi krzywdy butelką, czasami owszem zdarzały się sytuacje zaczepiania. Tacy samotni starsi panowie czasami proponowali mi „dziaba”. Może więc lepiej, żeby patrol zainteresował się rowerzystami na alejkach spacerowych i pieszymi na ścieżce rowerowej. Większa szansa na mandat!