Ludzie bywają dziwni…

288wcom

Ludzie bywają dziwni. Czasami ich nie rozumiem. Oto na przykład jadę sobie autobusem nocnym relacji Podlasie – Wybrzeże. Ludzie wsiadają i wysiadają. Tych pierwszych jest więcej. Każdy chce oczywiście siedzieć sam na dwuosobowym miejscu, bo droga daleka, a autobus wąski. Na jego końcu miejsce marzenie uczestników szkolnych wycieczek – rząd siedzeń. I ktoś sobie śpi. Aż chrapie. Zajmuje oczywiście cały rząd. Ktoś chce tam usiąść, będzie miał miejsce przy oknie, ale boi się ruszyć chrapiącego. Bo… co będzie jak zbudzony zacznie krzyczeć? „Nic” – odpowiadam – Usiądzie normalnie, tak jak większość w autobusie. Chętny na miejsce przy oknie nadal się waha. Budzić, nie budzić? Nie wytrzymuję. Podnoszę głos tłumacząc, że nie może jeden spać na pięciu siedzeniach, podczas kiedy ktoś stoi. Dalej obawy. Dalej cykor. Dyskusja się rozwija. Wreszcie leżący człowiek budzi się. Bez problemu siada normalnie. Można usiąść w drugim końcu długiego siedzenia. Nikt nikogo nie zabił. Nie zakrzyczał. Wystarczyło go po prostu grzecznie obudzić.

Rencistka Zofia miała pecha. Sąsiad zalał jej łazienkę. Przeprosił. Zofia zawiadomiła ubezpieczenie, że ma zaciek na suficie. Przyszedł przedstawiciel, znaczy się agent, zrobił zdjęcia, stwierdził szkodę. Zofia dostała całe 500 zł na odnowienie sufitu i ścian w łazience. Zachłysnęła się sumą, bo symboliczna już jest. Minął rok. Ponownie awaria na górze. Tym razem szkoda w łazience rencistki niewielka. Ale wzywa ona ubezpieczenie. Agent przychodzi, kiwa głową, robi fotki. Zofia dostaje … 100 zł.  „Dlaczego tak mało?” – pyta zdziwiona. „Bo za poprzednie odszkodowanie nie wymalowała pani sufitu. Ma pani poprzednie 500, teraz 100. Można wymalować.” – informuje ubezpieczenie i pokazuje zdjęcia. Są dowodem. Rencistka krzyczy: „Mogłam z tym 500+ zrobić, co mi się podoba!”. Nic z tego. „Pieniądze z ubezpieczenia trzeba było przeznaczyć na naprawienie szkody”. Po co więc potem opowiadać, że ubezpieczenie jest złe?

Mieszkam sobie w pensjonacie nad morzem. W samo południe wyjeżdżam na spotkanie ze znajomymi. Wracam w okolicach dwudziestej drugiej. Czuję w pokoju chłód. Dotykam grzejnika. Zimny. Wody ciepłej też nie ma. Trudno, do rana wytrzymam. W sumie aż tak zimno nie jest. Budzę się o wpół do ósmej. Sytuacja nie uległa zmianie. Wysyłam SMS-a do właścicieli. Za pół godziny otrzymuję odpowiedź, że zaraz ktoś się zjawi i awarię usunie.

Przychodzi młody chłopak. Słyszę jak sprawdza grzejniki w korytarzu, odkręca wodę w ogólnodostępnej łazience. Otwieram drzwi. Witam się. Informuję. Chłopak przytakuje, obiecuje, że zaraz sprawdzi. Z innych pokojów też wyłaniają się postacie.

I zaczyna się awantura. Ludzie mają pretensje do młodego, że jest awaria, że cały dzień i całą noc pozbawieni byli ciepła, że tak późno nadeszła pomoc, że to skandal, że … no i dużo było tych „że”.

Młody słucha i nie wie, co ma robić. Stara się uśmiechać i coś mamrocze pod nosem. Wkraczam do akcji. Odsyłam młodego do piwnicy, gdzie znajduje się uszkodzone urządzenie, które nie dostarcza ciepła. Dzieciak posłusznie udaje się do miejsca, w którym ma zrobić to, po co przyszedł. Zajmuję się ludźmi. „To do kiedy jest ta awaria?” – pytam zebranych na korytarzu ludzi z pretensjami.

„Od wczoraj, od trzynastej” – słyszę i włos jeży mi się na głowie. „To od trzynastej nikt nie zawiadomił właściciela, że zimno?” – pytam dalej. „A jak zawiadomić?” – ryczy ze złością w głosie facet spod „siódemki”.

Normalnie. Przy wejściu wisi kartka formatu A4 z numerem telefonu i informacją „Dzwonić w przypadku awarii”. Okazuje się, że nikt  nie zauważył kartki i oczywiście, nie zawiadomił.

„No tak, gdyby nie ja, to dalej byście marzli i czekali na cud. Właściciel telepatycznie miał widzieć, że coś nawaliło?” – podsumowałam sytuację. Myślałam, że ludzie  załapali w czym rzecz. Nic z tego. Kobieta spod „piątki” spojrzała na mnie spod byka i rzuciła obelgę prosto w twarz: „A dlaczego pani tak późno interweniowała?”. „ A dlaczego pani w ogóle nie interweniowała?” – westchnęłam głośno i zamknęłam się w swoim pokoju.

Młody chłopak długo walczył z awarią. W końcu usunął, naprawił. Popłynęła ponownie gorąca woda i grzejniki zrobiły się ciepłe. Posiedział jeszcze trochę w moim pokoju, by upewnić się, ze wszystko gra. Powiedział, ze gdyby wczoraj, przed dwudziestą  wiedział o awarii, przyszedłby i naprawił. „No właśnie, dlaczego pani nie poinformowała…”… „Bo mnie moje dziecko po prostu nie było… a inni… jak widać oczekiwali na cud lub wierzyli w telepatię…”

Ludzie bywają dziwni…

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Noclegi w noclegowniach

icon_46

Podróżuję trochę po Polsce. Jestem tu i tam. Wszystko zależy od zasobu wyjątkowo cienkiego portfela. Oczywiście zwiedzam kraj z noclegiem, gdyż jednodniowe wypady na tereny ponad 300 km od miejsca stałego pobytu  nie wchodzą w rachubę. Dziś zatem będzie trochę o noclegach. Konkretnych sum nie podaję, konkretnych miejsc, tych gorszych – z nazwy nie wymienię.  Niestety, podróżuję sama i wynajęcie noclegu zawsze kosztuje mnie znacznie drożej, bo w pokoju z reguły dwuosobowym jestem sama. No to do roboty!

1. Uzdrowisko w okolicach dużego miasta – tzw. kwatera pracownicza, cena bardzo niska. W pokoju ok. 18 metrów kw. telewizor starej daty i uciekające programy telewizji naziemnej. Żarówka na środku – 40 wat. Pytam, czy mają jakieś lampki nocne, bo chciałabym trochę poczytać.  Pan patrzy na mnie spode łba i mruczy, że nie ma. Kupuje własną. Może przyda się w domu.  Zamiast umywalki – natrysk. W pakiecie oprócz kąpieli jest sauna w pokoju. O szóstej rano budzą mnie panowie wyruszający do pracy. Szykują sobie śniadanie, omawiają plan zajęć. Słyszę wszystko. Drzwi  mają wzdłuż i wrzesz szpary. Po ich wyjściu mogę wreszcie skorzystać z toalety, bo jest na korytarzu tylko jedna. Druga na parterze. Spędziłam tu dwa tygodnie. Jak widać, przeżyłam. .

2. Nocleg kolejny – Fundusz Wczasów Pracowniczych i Dom Wczasowy w stylu „wczesny Gomułka z elementami późnego” – znaczy się częściowo z łazienką w pokoju. Ja mieszkam taniej, czyli bez łazienki.  Wyposażenie – wczesny Gierek. Zamiast prysznica – umywalka. Na korytarzu toalety dwie, prysznic jeden, ale ludzi niewiele. Do tego stare grube mury tłumią hałas. Wracam w nocy w stanie wskazującym. Otwiera pan Henio. Idę na piętro. Pan Henio czeka, aż usłyszy, że weszłam do pokoju. W ogóle ludzie sympatyczni, gotowi mi nieba przychylić. Zaprzyjaźniam się z nimi i przyjeżdżam przez kilka lat. Pal licho kiepskie warunki, klimat się liczy! Niestety, dom i fundusz bankrutują.

magnolia

 

Szczawno Zdrój

3. Lokal – pełny komfort. Tak ciepło w pokoju, że zimą okno otwieram. Duża łazienka, przedpokój, lodówka i cienki telewizor. Przy meldowaniu człowiek otrzymuje kartę i ta włączana jest na czas pobytu zgodnie z dobą hotelową. Otrzymuje się również klucze do drzwi wejściowych. Nikt obiektu nie pilnuje, wolność i swoboda. Cena – dwa razy tyle co w pierwszej kwaterze. Obiekt przeznaczony na „sanatorium komercyjne”, czyli dla takich, co to prywatnie leczyć się przyjeżdżają. Ja akurat miałam trochę grosza i po raz pierwszy od dawnego czasu poczułam się bogato. Niestety, na stołowanie się w porządnych stołówkach już forsy zabrakło, trzeba jeść inaczej, a tu żadnej kuchni nie ma, w przeciwieństwie do kwatery pracowniczej.

dąbrówka

Szczawno Zdrój

4. Internat – miejscowość do 150 tys. Szok. Cena – jak w kwaterze pracowniczej, a warunki prawie jak w apartamencie. Przedpokój, osobno łazienka i ubikacja, lodówka, można korzystać z kuchni wraz z uczniami, no telewizja też tylko w świetlicy, ale jaka! Pełna kablówka i chyba ze sto  cali! Internatowi wychowawcy są niewyczerpalnym źródłem informacji o swoim mieście. Wskazują drogę, numery autobusów, opowiadają historię. Do tego pełne bezpieczeństwo. Małolatów trzeba przecież pilnować. Okna od ruchliwej ulicy, ale wszystko szczelne i niczego nie słychać. Ciekawostka – o wpół do siódmej i wpół do dziesiątej dzwonek: informacja o pobudce i ciszy nocnej. Da się przeżyć.

5. Miasteczko z ważnym zabytkiem – kwatera prywatna. Pokój taki sobie, cena też taka sobie. Jedynie parter ciekawy – praktycznie muzeum. Właściciel wydaje się w porządku. Przez pierwsze dwa dni. Trzeciego, dowiadując się, że przyjechałam tutaj z kibicami (nocującymi gdzie indziej) głośno daje do zrozumienia, że takich jak ja i oni to on by powystrzelał. Groźba robi się realna. Dowiaduję się, że pan to emerytowany żołnierz. Na szczęście trzeciego dnia wyjeżdżam. Wiem już, gdzie nie kwaterować.

6. Pełen komfort – prywatna kwatera nad morzem po sezonie, czyli w drugiej połowie września. Do morza – 100 metrów. Centralne ogrzewanie, łazienka, lodówka, aneks kuchenny w korytarzu z oknem. W drugiej części budynku restauracja z wielkim telewizorem. Można w kapciach zejść na wódkę i mecz. Mieszkańcom części mieszkaniowej knajpa nie przeszkadza. Jest po prostu cicho.

ustka

 

Ustka

7. Hotel dwugwiazdkowy w dużym mieście. Pokój niczym nie różni się od prywatnej kwatery nad morzem po sezonie. Puka  do mnie pani i informuje, że doba hotelowa kończy się o 12.00. Odpowiedziałam przez zamknięte drzwi, iż nie uprzedzono mnie o robotach remontowo-budowlanych odbywających się o siódmej rano. Teraz się uspokoiło, muszę zatem odespać przerwany sen. Autobus do domu mam za trzy godziny. A do tego na powietrzu dziś 34 stopnie powyżej zera!  Nie dam się spacyfikować!       

Rap na ludowo, czyli w rytmie disco

11144972-playing-rock-music-Stock-Photo-metal

Dziś będzie o gustach muzycznych, o których rzecz jasna się nie dyskutuje, ale swoje zdanie można mieć. W przeciwieństwie do polityki, w której albo się rządzi, albo jest się tym złym.

Na moim przystanku zawieszono ogłoszenie o majówce dla seniorów. Blisko, coraz bliżej mi do tego wieku, zatem przeczytałam z zainteresowaniem. Program, nie powiem, zacny. Jest grill, jest zwiedzanie, jest przewidziana zabawa taneczna w godzinach 12-20.00. Godziny się nie czepiam, chociaż ciągle wolę tańce wieczorem i nocą. Czepnę się czegoś innego. „Do tańca przygrywa kapela ludowa”.

No właśnie… zauważyłam, że jeśli coś dla starszych, to albo muzyka ludowa, albo poważna. Proszę mi nie mówić, że wraz z wkroczeniem w wiek senioralny 60+ zmienię swe gusta muzyczne na ludowe lub poważne.  Taka zaczarowana granica? Jak ulgi w zakupie biletu, to na koncert kapel śpiewających „Krakowiaczek jeden” lub na spotkanie z Bachem. Nie, nie mam nic przeciwko tej muzyce, ale dlaczego od niepamiętnych czasów emerytów utożsamia się z tym?

Przecież to właśnie moje pokolenie rozsławiło rocka. „Rolling Stones” – mówi wam to coś? Panowie są zdecydowanie ode mnie starsi. I dają czadu do dziś. Cała wielka fala polskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Lombard, IRA, TSA…. Co ja mówię… Czesław Niemen… Mówi wam to coś? Jeśli za młodu słuchało się czegoś takiego, to oznacza, że na starość trzeba się od swej młodości odciąć?

Bo co? Seniorowi nie wypada słuchać Pink Floydów? (Też starsi ode mnie, a dwóch nawet nie żyje).

Właśnie niedawno poszłam do zacnej filharmonii po bilet na koncert coverów liderów progresywnego rocka, bo tam koncert miał być. Wchodzę do budynku i pytam pana ( mniej więcej w moim wieku albo życie go zniszczyło) w dyżurce lub recepcji ( jak kto woli) ,którędy po bilet. Wskazał drogę po schodach. Wchodzę do pokoju, mówię, a pani na to, że bilety na tych Floydów to na dyżurce. Wracam do pana. Mówię, po co przyszłam i dziwię się, że odesłał mnie tam, po schodach. A pan zdziwiony, że ja na rocka „Myślałem, że pani na koncert muzyki poważnej…” Niby dlaczego? – pytam. „Bo pani poważnie (pewnie chciał powiedzieć za staro na rocka) wygląda”. No to mu dałam popalić wymieniając kilka dat sprzed potopu. „Ciemna strona Księżyca” – 1973, „The Wall” – 1979, Gilmur urodzony w 1946 roku, Waters – 1943… Moje dzieciństwo i młodość. Dlaczego mam nie wyglądać na miłośniczkę rocka?

Z młodymi łatwiej porozumieć się w sprawie muzyki. Oni teraz nie śpiewają, oni rapują. Nie moja branża, nie moja bajka, ale warto wiedzieć, co w młodych piszczy. Zwłaszcza, że to moi uczniowie. Kiedy poszłam po raz pierwszy na koncert rapowy, miałam przysłowiową duszę na ramieniu. Jak nic, wywalą mnie na zbity pysk. Niektórym nieźle dałam w szkole popalić… Nic z tego. Hymnów na moją cześć co prawda nie rapowano, ale przyjęcie było super. Nawet drinka do stolika mi przyniesiono! Młodzi zarzucili mnie masą informacji o lokalnym rapie, pierwszych składach, historii. Tak jak ja przed laty, oni mają swoją muzę, swój przekaz, swoje protest songi. Wierzą w to, co robią, rapują o swoich sprawach, oceniają rzeczywistość. Są tacy jak ja, tyle tylko, że przy innym rytmie.



I jeszcze jedna historia. Ustka, wrzesień, czyli czas geriatrii nad morzem. Pogoda wspaniała. Wieczorem na promenadzie dyskoteka. Młodzian (coś ponad trzydziestka) puszcza stare dobre disco. Boney M., ABBA, Bee Gees… radocha na betonie. Ludzie tańczą, śpiewają. W pewnym momencie DJ włącza

 

I pyta, kto wie, co oznacza tytuł? Tyknij kogoś? Dotknij? – bawi się z nami udając, że nie wie. Chórem odpowiadają seniorzy i nieco młodsi 50+ – „Bilet w jedną stronę”! I chcemy „Rasputina”, „Angie”, Stayin’ Alive”! Dwie młode dziewczyny, które przyjechały nad morze, by spacerować przy zachodzie słońca, patrzą z niedowierzaniem. Wreszcie wydobywają z siebie szczerą wypowiedź: „Nie wiedziałyśmy, że starsi ludzie mogą tak się bawić…”

Jasne, bo starsi to tylko tańczą oberka lub siedząc w miękkich fotelach, słuchają Mozarta…

I tak na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Jak muzyka ma towarzyszyć mi w ostatniej drodze? Może „Bema pamięci żałobny rapsod” Niemena, albo „Wszystko ma swój czas” w wykonaniu Markowskiego… W każdym razie nie chcę „Marszu żałobnego” Chopina.    

Przy pisaniu tego tekstu towarzyszył mi Mick Jagger.  

 

Emeryt nad Bałtykiem

P1210128

Wrzesień nad Bałtykiem był dla mnie wielką zagadką. Większość życia spędziłam w szkole, najpierw jako uczeń, potem – nauczyciel. We wrześniu, a nie jakimś tam styczniu, rozpoczynał się dla mnie nowy rok.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam morze. Było od zawsze. Mieszkałam w Wałbrzychu, a mieszkańcy tego, wówczas dużego, ośrodka górniczego, wyjeżdżali na urlopy nad morze. Jako brzdąc jeździłam z rodzicami do Łeby, Świnoujścia, Dziwnowa… Pamiętam pociągi zwane sezonowymi. Kopalnie i koksownie podróżowały razem. Już w przedziałach kolejowych trwała integracja. Warunki jazdy – prawie komfortowe. Tłoku nie było. Nikt nie wchodziła oknem do wagonu. Bywało, że nasza rodzina 2+2 siedziała w przedziale sama.

Podobnie było z wyjazdami na kolonie. Też nad morze: Jastrzębia Góra, Wapnica, Nowe Warpno, Łeba… Długi pociąg, zwany kolonijnym, przyjeżdżał z Jeleniej Góry, a w nim dzieci z tego miasta. Na dworcu Wałbrzych Główny wsiadała dziatwa rodziców z kopalni „Wałbrzych” oraz „Thorez”. Jechaliśmy w jednym kierunku – nad morze, chociaż do różnych miejscowości. Fajnie było. Oczywiście takie sezonowe składy jechały dość długo, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy świetnie się bawili. Zastanawiam się od lat…. komu ku… to przeszkadzało?

No dobra, wróćmy do września nad Bałtykiem.

W końcu szczęśliwie przeszeregowałam się na emeryta i co zrobiłam pierwszego wolnego września? Oczywiście w drugiej jego połowie pojechałam nad morze. Nie do sanatorium, nie do domu wypoczynkowego. Ot tak, żeby nad morzem być sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

I tak jeżdżę od sześciu lat. Okazało się, że przełom lata i jesieni to najodpowiedniejszy dla mnie czas inwestowania we własne zdrowie. Fizyczne i psychiczne. Wielu znajomych pyta, co ja, samotny żeglarz, w czas jesieni robię nad Bałtykiem. Żadna tajemnica.

Jeżdżę do tego samego prywatnego pensjonatu. Właścicielka wie, kim jestem, jaka jestem i stosuje wobec mnie taryfę umowną w kwestii opłat za pokój. A takowe we wszystkich prywatnych kwaterach jesienią są o wiele tańsze niż w sezonie.

Bo tanie pokoje wynajmuje się u prywaciarzy, z nimi można zawsze się targować o cenę.

Dzień zaczynam od wielokilometrowego marszu z kijami czyli uprawiam Nordic Walking. Kiedy pogoda jest niewyraźna i grozi deszczem, skracam dystans i idę wzmacniać mięśnie na przyrządach plenerowej siłowni.

Podstawowy ubiór nad morze jesienią to ortalionowe dresy. Nie grube spodnie, ciężkie kurtki. Dres jest lekki, można go nieść w równie ortalionowym plecaczku i włożyć, kiedy zaczyna padać lub mocno wiać.

Po powrocie z Nordic Walking człek jest tak skonany, że pada na wyro i odpoczywa. Potem drugie śniadanie i …. kolejny spacer. Tym razem wolno, dostojnie zwiedzam okolice lub …. leżę bykiem nad Bałtykiem. We wrześniu trafiają się dni, kiedy słońce mocno przygrzewa. A jesienne słońce jest bezpieczne.

Potem jem obiad. Różny bywa. Czasami upichcę coś sama, czasami idę do jakiegoś lokalu. Wszystko zależy od chęci i zasobu portfela.

W większości prywatnych kwater jest aneks kuchenny. Są też takie aneksy w pokojach, ale wtedy jest drożej. Ja w swoim pokoju mam natomiast niewielką lodówkę. Na zamrożenie lodu do ulubionego drinka wystarczy.

Po obiedzie ponownie czas relaksu na wyrze i… czas na zachód słońca. Oglądam go zawsze siedząc wraz z takimi samymi jak ja, na falochronie. Można pogadać, wymienić się adresami i poglądami polityczno-społecznymi. Potem jeszcze obowiązkowy, już prawie nocny spacer po plaży i jak mam jeszcze siłę, idę do knajpy na drinka, do kina, na tańce ( w tym roku chodziłam na dyskoteki na promenadzie).

P1210149

Budowa sztucznej rafy w Ustce – foto własne

A jeśli już padam na nos, z radością witam swój pokój. Włączam kiepsko działającą telewizję (lokalny radar zakłóca telewizję naziemną) lub laptopa. Mam wszystkie sezony „Mac Gyvera” i jeszcze nie zdążyłam obejrzeć!

Co jeszcze można robić we wrześniu nad morzem? Sprawdzić rozkład jazdy takiego PKS-u, jechać w okolice macierzystej miejscowości i zwiedzać. Można zrobić zakupy. We wrześniu nadmorskie sklepu robią wyprzedaże. Ja obserwuję manewry wojskowe i budowę sztucznej rafy. Mam lornetkę.

A teraz będzie apel – emerycie, pokochaj polskie morze we wrześniu… warto!

 

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka