Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Marność nad marnościami….

P1040877

Dziś będzie o potrzebach materialnych, a właściwie o ich braku…. bo jest tak….

Przez siedem miesięcy ostro zasuwałam na półtora etatu i zarobiłam duuuużżżżo pieniędzy. Oczywiście wskazany przeze mnie zaimek nieokreślony to pojęcie względne. Co to znaczy dużo… każdy sądzi według siebie. Pewna znajoma, dowiedziawszy się, ile zarobiłam, wzruszyła ramionami. Ona w tym samym czasie zarobiła trzy razy tyle, ale o jedną piątą mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. I martwiła się, jak bez owej jednej piątej przeżyje. No dobrze, wiem, jest notariuszem, a nie nauczycielem polskiego.

Więc mam tę forsę na koncie i myślę, co tu z nią zrobić. Okazuje się bowiem, że nagły przypływ gotówki w głowie mi nie poprzewracał. Jem nadal to, co jadłam, ubieram się nadal w szmateksach, w domu mam wszystko, co do życia potrzebne….

Może by tak remont M-3…. Nie, generalny niepotrzebny, a malowanie ścian zaklepane na sierpień. Wymiana mebli? A po co? Stare jeszcze się nie rozwaliły, jak się rozwalą, kupię nowe. Szanse na to są jednak niewielkie, bo to solidny PRL. Przetrzyma nawet reformę sądownictwa.

Garnków też wymieniać nie będą, bo obecne są dobre, firankę do salony kupiłam, nowe wyro do spania też… Zdecydowanie w chałupie nic więcej nie potrzeba.

Mogłabym pojechać za granicę, ale jakoś mnie nie ciągnie… Ludzie się dziwią. Byli w Paryżu, Wenecji, Barcelonie, a ja odwiedziłam dwa razy Litwę i raz Czechy. I wystarczy. Gdybym tak mogła pojechać do Egiptu, powłóczyć się wokół piramid, pospacerować po miasteczkach… ale gdzie tam… Człowiek jedzie do takiej Hurgady i trzęsie portkami, żeby go jakiś terrorysta nożem nie zadziobał. Siedzi w takim hotelu 24 godziny na dobę i odpoczywa. Choroba, siedzieć to ja se mogę we własnym M, nie muszę do Egiptu. Nie, nie odpowiada mi taki wypoczynek. Owszem, chciałabym pojechać… do takich Stanów Zjednoczonych na przykład, ale z konkretnym celem. Na mecze NBA – jeden w Madison Square Garden w New York, drugi w Staples Center w Los Angeles. Chętnie wybrałabym się do Australii i Nowej Zelandii, zobaczyć plenery, które wykorzystano przy kręceniu „Władcy pierścienia”. Niestety, aż tyle nie zarobiłam.

Ekskluzywne wczasy…. niby pomysł jest…. tak samo jak prywatnie do sanatorium… Niestety, przypomniała mi się inna znajoma.

Wybrała się właśnie prywatnie do sanatorium. Zakwaterowano ją w domu specjalnie dla takich prywaciarzy przeznaczonym. Zero ograniczenia wolności, jak w normalnych sanatoriach. Dostała klucz od drzwi wejściowych i mogła wracać, kiedy tylko chciała. I co z tego… reszta wracała do swych kwater przed 22.00 i zabawę kontynuowała we własnych pokojach. Znajoma wraca do prawie pustego budynku i nudziła się. Ani tu na noc nikogo nie przyprowadzi, ani się wieczorem z kim napić…. Poza tym wskazane przez lekarza zabiegi zaplanowano jej na … siódmą rano…. bo późniejsze godziny były już zajęte przez tych, co czekali w długiej kolejce do sanatorium.

Tak to ja nie chcę. Odczekam swoje i pojadę do sanatorium jak normalny człowiek.

Jeśli zaś chodzi o wczasy to też nic z tego. Nie lubię zorganizowanego wypoczynku, nie lubię wstawania na dzwonek o ósmej na śniadanie, o czternastej na obiad. Podczas luksusowego pobytu chciałabym jeść wtedy, kiedy będzie mi się chciało jeść oraz jeść to, co chcę jeść. Jak się okazuje, takie wymagania spełnia tylko wypoczynek niezorganizowany, czyli taki, z którego korzystam już od wielu lat.

Niedawno odwiedziłam Łańcut. Uczestniczyłam w radosnej imprezie w grupie znajomych i nie było to wesele. Chciałam zakwaterować się luksusowo, w nowym hotelu z super restauracją. Tylko po co? Moja impreza odbywała się w innej części miasteczka, a do restauracji mogę wpaść zawsze, by ekskluzywnie napić się piwa. Zamieszkałam w znajdującym się w pobliżu hotelu mniejszym budynku, za połowę ceny. I bardzo dobrze. Moja impra było wysokooktanowa i po powrocie do pokoju padałam od razu na wyro, bez filozoficznych pytań o to, gdzie i po co tu jestem.

W sumie więc okazało się, że nie mam potrzeb materialnych lub trochę inaczej – moje potrzeby materialne są na miarę moich możliwości.

A co z pieniędzmi… przydadzą się na kilka lat, na kilka imprez podobnych do łańcuckiej… bo u mnie w życiu nadszedł czas, by wreszcie zacząć żyć! 

Są jeszcze takie szkoły….

children

Pracuję. W szkole. Wszak emerytowany belfer ze mnie. Było tak:

W miasteczku poniżej 4 tysięcy mieszkańców najpierw poważny wypadek miała jedna polonistka. Jej etat podzielono pomiędzy dwie pozostałe, bo marne szanse, by przed końcem roku szkolnego wróciła do pracy. Ale to nie koniec nieszczęść przypadających na jedno gimnazjum typu wiejskiego. W listopadzie ciężka choroba dopadła drugą panią od polskiego. Pozostała nie była w stanie uczyć całej szkoły…. Wezwano mnie na ratunek.

I tak na starość dojeżdżam do pracy dwadzieścia kilometrów. Różnie dojeżdżam. Rano zawsze prywatnym autem pani też dojeżdżającej. Droga powrotna bywa różna. Czasami ktoś jedzie w moim kierunku, raz w tygodniu pasuje mi autobus, ale z reguły czekam na panią z autem. Mam półtora etatu, czyli całkiem niezłe pieniądze. A do tego coś, czego na starość się nie spodziewałam.

Pracuję w normalnej szkole. W gimnazjum. Tak, kochani, gimnazjum może być normalne. I tak na serio to tego właśnie gimnazjum mi żal, że już go nie będzie, że część nauczycieli straci pracę, że nowa szkoła wraz z nową halą sportową już nie posłuży uczniom rok dłużej…. bo to normalna szkoła…

Liczy sobie 150 uczniów. Klasy niewielkie, największa – 19 uczniów. Podczas klasówek każdy siedzi osobno. Nie ma mowy o ściąganiu. Uczniowie dojeżdżają z okolicznych wiosek. Niektórzy są w budynku już o 7.15. Na pierwszej lekcji nawet I A, wulkan energii, jest spokojna. Potem też większych kłopotów z zachowaniem nie ma.

Pewnego dnia jeden z uczniów tak energicznie otworzył drzwi klasy, że uszkodził zamek wraz z futryną. Natychmiast udał się do pana konserwatora po odpowiedni sprzęt i zaczął samodzielnie naprawiać. Robił to całkiem fachowo, jakby kilka takich usterek już w życiu wykonał. Kiedy prawie wszystko zostało zrobione, nastąpił odbiór techniczny, czyli nadszedł pan, obejrzał, powiedział, co jeszcze należy zrobić. Chłopak zaklinał się na wszystkie świętości, że jutro wykona resztę prac, byle by tylko nie mówić nic …. rodzicom.

Kochani, wyobrazcie sobie, że w tej szkole rodzice, nauczyciele i pozostali pracownicy mają coś, co nazywa się autorytet. Jak nauczyciel mówi, że na lekcji nie wolno używać telefonu komórkowego, to uczeń po prostu nie używa. Jeśli uczeń narozrabia, jak na nastolatka przystało, największą kara jest telefon do matki.

Oczywiście, że są wyjątki, ale klasycznie według przysłowia – potwierdzają regułę.

W szkole są smaczne obiady, z których też korzystam. Biblioteka szkolna wyposażona bardzo bogato. Niejedna tzw. publiczna może jej pozazdrościć księgozbioru. Obok klasyki – masa nowości. Nauczyciele też wypożyczają i nie są w większości „pomoce dydaktyczne”. O hali sportowej już wspomniałam. Podczas lekcji specjalnymi zasłonami podzielona jest na cztery części. Korzystają z niej również uczniowie szkoły podstawowej. Jest ona bowiem „łącznikiem” między dwioma bydynkami.

Lekcje trwają tu od 8.00 do 14.30. Ze względu na dojazdy większości uczniów brak co prawda tradycyjnych zajęć pozalekcyjnych, ale za to jak coś się w szkole dzieje, to się dzieje!

Na dyskotekę przyjeżdża DJ z miasta wojewódzkiego, a rodzice we wsiach organizują się, by pociechy do szkoły dostarczyć i potem odebrać. Kiedy pojawiają się artyści, muzycy klasyczni, poeci, ba – raperzy, młodzież słucha ich uważnie i żaden nadzór nie jest potrzebny, by zwracać uwagę na niewłaściwe zachowanie.

Gimnazjum, w którym obecnie pracuję, zaprzecza całkowicie obiegowej opinii na temat tego typu szkół.

I dlatego mi żal, że już niedługo go nie będzie….

O lekturach słów kilka…

ter

I oto mamy kolejną narodową dyskusję na temat, na którym wszyscy się znają. Nie, nie o piłkę nożną chodzi. O szkołę chodzi. O reformę chodzi. Jako nauczyciel na zasłużonej emeryturze, dorabiający  w sytuacjach i miejscach, w których inni nie chcą, atakowana jestem ze wszystkich stron. Co myślę, o czym myślę i jak myślę. Dziś będzie o myśleniu na temat szklonych lektur.

Czy zauważyliście, że gorąca narodowa dyskusja edukacyjna skupia się na przedmiotach humanistycznych? Nikt nie toczy bojów o program z matmy, fizy czy chemii, natomiast podstawa programowa z histy to już sprawa sejmu, senatu i zgromadzenia stowarzyszeń wszelkiej maści. Iskrzy, gotuje się, gorączka na całego. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że takie nauki humanistyczne zysku nie przynoszą. Są oczywiście studia humanistyczne, po których cała rzesza absolwentów poszukuje pracy. Bo ilu można mieć nauczycieli polaka, ilu animatorów kultury, ilu pedagogów w szkołach, w których brak forsy na cokolwiek… Taki matematyk to co innego. Zawsze może zatrudnić się przy statystykach, w przeciwieństwie do biednego magistra filologii polskiej. Dobra koniec z narzekaniem. Czas na konkrety.

Jaki zatem powinien być zestaw lektur szkolnych?

Przede wszystkim wzięłabym się poważnie za weryfikację twórczości Mickiewicza. W swych tekstach wyraźnie promuje Litwę jako ojczyznę moją. Mój kraj to Polska właśnie i nie widzę sensu zmieniania obywatelstwa. Co, kiedyś jej część była w Polsce? Ale kiedy to było…. przed potopem chyba. W każdym razie Litwa jako ojczyzna dziś się nie przyjmuje. Może jedynie wzbudzać jakieś emocje rewizjonistyczne. Bezwarunkowo usunęłabym też Konrada Wallenroda. Nie dość, że Litwin, to jeszcze Niemiec i do tego szef zakonu, który nic dobrego dla Polski nie zrobił.

Z Mickiewicza pozostawiłabym jedynie wiersz „Polały się łzy rzęsiste…” z cytatem „Wiek męski, wiek klęski”.

Słowacki też mi się nie podoba. Jego Kordian dokonuje wewnętrznej przemiany na szczycie Mont Blanc, znaczy się na terenie UE, jakby u nas Rysów nie było. Do tego wzywa na patrona swych działań bohatera narodowego Szwajcarii. Słowem skandal. 

Podobnie z Wyspiańskim. W „Weselu” prezentuje niejakiego Wernyhorę –ukraińskiego Kozaka, który przynosi złoty róg mający zagrzewać Polaków do boju. Ludzie, obcy w naszym domu ma nam nakazywać kiedy i kogo mamy tłuc?

Weryfikacji powinien ulec Żeromski. Jego „Przedwiośnie” i wizja szklanych domów to wyraźna prowokacja, znaczy się jaja z wszelkich programów wyborczych. Nagadać, naobiecywać, zachęcić do powrotu z Wielkiej Brytanii (tak, wiem, wtedy o Rosję chodziło, stary Baryka wracał wraz z synem, ale co tam, zawsze to powrót do kraju), a potem pokazać zaniedbane polskie wsie i miasteczka. Na szkodę elit wpłynąć może opis majątku Nawłoć i wielkopańskie zabawy. Po co młodym ludziom pokazywać jak żyją ważni kosztem mniej ważnych? Koronnym argumentem za  usunięciem „Przedwiośnia” jest oczywiście marsz młodego Baryki na Belweder. Oj niebezpieczne, niebezpieczne działanie… wszak lektury powinny mieć wartość ponadczasową.

Ale „Siłaczkę” bym zostawiła. Idealna wizja pracy za darmo w polskich szkołach. Piękny sielski obrazek umierającej nauczycielki w objęciach wiedzy, nauki i tyfusu. W sam raz na propagowanie pracy u podstaw wśród młodych ludzi i przyzwyczajania do pracy za darmochę, na „śmieciówkach”. Wszak nie żarcie się liczy, tylko idea.  

Lećmy dalej. Rej też w odstawkę. Pleban może się obrazić. Kochanowski – do kąta za szerzenie pijaństwa we fraszkach oraz wątpienie w istnienie Najwyższego w trenie X „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest”. O poezji barokowej nie wspomnę. „Nagrobek ku…”, „Nagrobek kusiowi”…. jawna pornografia. Usuwamy całego Fredrę. Bez dyskusji i wskazywania tytułów, bo może jeszcze młodzież zechce przeczytać.

Do weryfikacji oczywiście Sienkiewicz i jego „W pustyni i w puszczy”. Przedstawia Mahdiego jako kidnapera i zabójcę, tymczasem walczył on o wolność swego kraju. A „Pies, który jeździł koleją” Pisarskiego? Bez biletu? Gdzie kontrolerzy?

Rety, została nam jeszcze literatura oświecenia, Młodej Polski, dwudziestolecia, współczesna… A wywalić wszystko!

Zostawić instrukcję głosowania w następnych wyborach. Obojętnie do czego.    

 

 

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.