Bojkot, odszkodowanie, sterylizacja i farelka

farelka

No więc tak… Który raz już zaczynam kolejny felieton… I który to raz mam nadzieję, że nie wydarzy się nic nowego, żebym mogła się skupić na wybranym temacie…

Zaczęło się od bojkotu francuskiego. Wiem, dawno to było i już mało kto pamięta. Obraził nas prezydent Francji i ktoś zaapelował, żeby nie kupować niczego co francuskie i olewać wszystko, co francuskie. Na portalach społecznościowych zawrzało.

Ktoś postanowił ominąć przystanek na ulicy? placu? Charlesa de Gaulla i wysiadł dopiero na rondzie Dmowskiego. Ktoś nie pojechał do pracy własnym samochodem, bo posiada renaulta. Inny „Nędzników” Wiktora Hugo zabrał z półki i schował do szuflady.

To były udane próby bojkotu. Nieudaną zaprezentowała pewna pani polityk. Kazała nie kupować francuskich serów, tylko polskie. Zareklamowała markę TUREK, bo brzmiała z polska. Okazało się, że nic błędnego. „Turek” należy do grupy Savencia Fromage & Dairy francuskiego pochodzenia. Jednym słowem nawet ser wyprodukowany w Polsce, z mleka polskich krów jest francuski.

Były jednak głosy przeciwne bojkotowi. Głośne „NIE” wykrzyczeli zwolennicy francuskiej miłości, bo miłość po francusku jest ponad podziałami i ponad granicami i ponad serkami i ponad… ponad wszystko. Bez tej miłości nie da się żyć.

I tak sobie myślałam, że temat bojkotu rozwinie się w debatę sejmową. Nic z tego. Jego miejsce zajęła sprawa odszkodowania za straty wojenne. Oczywiście mają je zapłacić Niemcy. Oczywiście mają zapłacić nam.

Zaczęło się żmudne wyliczanie, o ile wzbogaci się nasz narodowy budżet. Inni poszli jeszcze dalej – ile trzeba, żeby Polska wreszcie urosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio. Cóż, okazało się, że forsy od sąsiadów z zachodu może nie wystarczyć. Same inwestycje w Toruniu wymagają dużej ilości szmalu. Ale oczywiście dzielni internauci znaleźli rozwiązanie. Posypały się propozycje od kogo i za co by tu jeszcze zażądać odszkodowania….

Na pierwszym miejscu oczywiście Szwecja. Potop był przecież. Zniszczyli, ograbili, wymordowali. Taki Longinus Podbipięta jest tego przykładem. I Częstochowa sporo zyska, może wreszcie zdeklasuje Toruń.

Od Turcji też by się coś dało wydusić. Atakowali? Atakowali. Niszczyli? Niszczyli. A za odsiecz wiedeńską nie należą się nam pieniądze? Do Austrii po forsę! I za zabory też zażądać!

I tak oto zrodziło się kilka pomysłów na podreperowanie budżetu. Dziwne tylko, iż nikt nie wspomniał o Rosji… wszak narozrabiała przez wieki na naszym terenie. Boimy się? A może wiadomo, że Rosja i tak nie zapłaci, bo ma to wszystko w głębokim poważaniu. Zawsze lepiej żądać od tego, co może się ugnie i da…

W każdym razie listę odszkodowań internet opracował. Niestety, trafił się taki jeden, co nie wykazał się obywatelską postawą.

„A co będzie jak Watykan zażąda opłaty za chrzest w 966 roku? A jak Czesi upomną się o stosowane opłaty za pośrednictwo? Same procenty za zaległe opłaty rozwalą nasz budżet wspomagany przez Niemców, Szwedów. Turków, Austriaków…”

A miało być tak ładnie… Można było podreperować budżet…

Wczoraj byłam u swego weterynarza, znaczy się weterynarza mojej suni. Opowiedział mi historię ze swego życia wziętą. Niedawno była u niego pani, która zażądała odszkodowania za błąd lekarski. Dziewięć lat temu miał przeprowadzić sterylizację u jej kotki. Tymczasem macicy nie usunął, jedynie kotkę rozciął, forsę wziął, a kotka po tylu latach zapadła na choroby kobiece, znaczy się miała problemy z macicą, którą dopiero inny weterynarz usunął. Ów lekarz wystawił zaświadczenie, w którym napisał, że kobiecy narząd w organizmie kotki był. Wyliczył również, ile pierwszy spec od zwierząt jest winien właścicielce kotki. Po kilkuminutowej dyskusji doszliśmy do wniosku, że pani mogła mieć po prostu … drugą kotkę i jej chorobę postanowiła wykorzystać do podreperowania domowego budżetu. Dziewięć lat to szmat czasu w życiu zwierząt. Czy weterynarz miał możliwość sprawdzenia czy kotka jest kotką, którą operował? Nie miał. Nie pamiętał. Jest jednym z najlepszych weterynarzy w mieście i leczy bardzo wiele zwierząt. W dokumentacji wszystko się zgadzało…

A potem rozpoczął się rok szkolny i ogólnonarodowa dyskusja na temat lektur i historii. Jako że na ten temat już pisałam, dziś tylko kilka uwag.

Dziwi mnie ten wielki dramat w postaci takiego a nie innego kanonu lektur. Czy nikt nie zauważył, że najgorzej na wszelkiego typu egzaminach wychodzi matematyka? Czy nikt nie zauważył, że humanistów mamy za dużo, a ludzie z wyższym wykształceniem w zakresie tzw. przedmiotów ścisłych są nieustannie poszukiwani?

A dziś cały dzień leje i jest zimno. Nawet farelkę włączyłam.

I to koniec tematów.  

Zbuntowany gabaryt.

śmieci

 

Odsapnijmy od polityki i zajmijmy się sprawami przyziemnymi, takimi, które na co dzień zakłócają nam życie. A jest ich sporo, oj sporo. Człowiek na przykład spaceruje z psem po osiedlu z wielkiej płyty, wielkich pustaków, śmietników i wącha. Bo one nadal śmierdzą. Mimo segregacji odpadów śmieć śmieciem pozostanie i cuchnąć będzie. Na moim osiedlu tzw. odpady „niesegregowalne” – najbardziej cuchnące – wywożone są co dwa dni, czyli w normie. A śmietnik nadal śmierdzi. Taki to los śmietnika. 

Ostatnio jednak sporo szumu zrobiło się wokół śmietników z innego powodu. Chodzi o odpady nieśmierdzące czyli tzw. wielkogabarytowe.

Z nimi jest tak: można je oczywiście usuwać z mieszkań, tego nikt nikomu nie zabroni żadną ustawą, ale nie wolno ich zostawiać przy śmietnikach. To znaczy można je ustawiać, ale tylko dwa razy do roku, bowiem dwa razy do roku na trasę wyruszają pojazdy, które te wersalki, fotele, meblościanki, zwane również segmentami, zabierają spod śmietników. (Bezpłatnie wówczas, o płatności będzie zaraz.)

Tak więc dwa razy do roku według grafiku ustalonego przez wywoźnika i zgodnie z ustaleniami z „miastem” mieszkańcy mają prawo …. właśnie… do czego…. tylko do wywalania gratów…. nie. Nie. Wprowadźmy trochę logiki. Jeśli wywalę stare, muszę kupić nowe. Jeśli trzeciego kwietnia usunę stare wyro, to również tego dnia muszę kupić nowe, żeby mieć na czym spać. No dobrze, jedną, dwie noce mogę przekimać na materacu plażowym, ale dłużej się nie da. Usuwając starą szafę mogę oczywiście majtki, spodnie i garsonki przechowywać w kartonach , ale jak długo? Logicznie rzecz biorąc mam prawo do zakupu nowych mebli dwa razy do roku i to w terminie wyznaczonym przez wywoźnika.

Praktyki wywożenia wielkich gabarytów dwa razy w ciągu dwunastu miesięcy stosowane są w wielu miastach i to wcale nie tych najmniejszych. Mam przecieki, że i w 120-tysięcznym tak jest, i w 60-tysięcznym też, o 5-tysięcznym nie wspomnę.

Wyobraźmy zatem sobie takie duże miasto robiące wymianę mebli dwa razy do roku. Ba, wyobraźmy sobie takie miasto robiące remonty dwa razy do roku, bo nie da się ukryć. Wymianie umeblowania towarzyszą z reguły malowania, przestawiania ścian itd. I ile zimą remontów w domach jest mniej, o tyle latem – bardzo dużo. W moim bloku – 32 mieszkania – obecnie prowadzone są dwa, ja dołączam za trzy tygodnie (na szczęście bez wymiany mebli).

Tak więc w mieście robota wre, byleby tylko wyrobić się w terminie wywózki. A tu jak na złość, latem wywózki nie ma, bo ktoś zaplanował ją na jesień. Co zrobić ze zużytymi wersalkami?

Niektórzy mówią, że przechować do owej jesieni. Gdzie kochani, gdzie? Na 48 metrach w towarzystwie nowej? W bloku nie ma żadnej możliwości przechowywania starych mebli.

Można co prawda tak jak moja znajoma – wywieźć na działkę i rozpalić ognisko. Dziewczyna często wspomaga biednych remontowiczów i utylizuje ich meble.

Kiedyś widziałam człowieka, który do pojemników z cuchnącymi śmieciami, wywalał pociętą na części wersalkę. Najgorzej miał ze sprężynami… Też tak można.

I oczywiście można wystawić przy śmietniku, zadzwonić, zapłacić i wywoźnik w ramach usług dla ludności meblościankę wywiezie.

I tu zaczyna się bunt społeczeństwa. Kiedy wprowadzono przepisy o segregacji odpadów, dużo mówiono oczywiście o ekologii, ale również o oszczędnościach. Obiecywano, że będzie lepiej i dla Matki Ziemi i dla jej mieszkańców z …. choroba, której to Rzeczpospolitej? Nieważne.

W sumie źle nie jest. Ludność stara się segregować. Też to robię. I płacę. Regularnie płacę za segregowane śmieci, za trzy pojemniki we własnym domu, za każdą spacer z butelkę wyrzucaną do pojemnika z napisem „szkło”, za kartony umieszczane w takim z napisem „papier”.  Nie magazynuję niczego w domu, bo nie ma gdzie. I płacę. Regularnie płacę. Inni ludzie też płacą.

Dlaczego więc mają płacić dodatkowo za wywóz szafy, jeśli chcą ją usunąć z domu w innym terminie niż wywoźnik nakazuje?

Właśnie zaobserwowałam bunt przeciwko płatnej wywózce wielkich gabarytów. Nie tylko ja. Miejscowe media też. Nawet zdjęcia w sieci były. Ludzie pod osłoną nocy, wystawiają stare meble pod śmietnik. Niektóre mają wzięcie i są zabierane, ale najgorsze pozostają i dekorują osiedle. Oczywiście wzbudziło to wielkie kontrowersje. Są ludzie oburzeni, twierdzą, że połamane krzesła przy śmietniku to wstyd i obciach. Przypominają o płatnej wywózce. Inni uparcie twierdzą, że postępują zgodnie z ustawą, śmieci segregują i płacą za wywózkę. A to, że przy śmietniku nie ma pojemnika z napisem „meble”, to już nie ich problem.

No ale problem jest. Stoją takie wersalki, szafki, szafeczki i nie ma komu się za nie zabrać. A wystarczyłoby po prostu zgłoszenie potrzeby wywózki przez właściciela starej szafy, a raz w tygodniu wywoźnik wysyłałby pod wskazane adresy ciężarówkę i zabierał wielkie gabaryty. Nie, nie będzie drożej niż dwa razy do roku wysyłanie aut pod każdy śmietnik.  

Marność nad marnościami….

P1040877

Dziś będzie o potrzebach materialnych, a właściwie o ich braku…. bo jest tak….

Przez siedem miesięcy ostro zasuwałam na półtora etatu i zarobiłam duuuużżżżo pieniędzy. Oczywiście wskazany przeze mnie zaimek nieokreślony to pojęcie względne. Co to znaczy dużo… każdy sądzi według siebie. Pewna znajoma, dowiedziawszy się, ile zarobiłam, wzruszyła ramionami. Ona w tym samym czasie zarobiła trzy razy tyle, ale o jedną piątą mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. I martwiła się, jak bez owej jednej piątej przeżyje. No dobrze, wiem, jest notariuszem, a nie nauczycielem polskiego.

Więc mam tę forsę na koncie i myślę, co tu z nią zrobić. Okazuje się bowiem, że nagły przypływ gotówki w głowie mi nie poprzewracał. Jem nadal to, co jadłam, ubieram się nadal w szmateksach, w domu mam wszystko, co do życia potrzebne….

Może by tak remont M-3…. Nie, generalny niepotrzebny, a malowanie ścian zaklepane na sierpień. Wymiana mebli? A po co? Stare jeszcze się nie rozwaliły, jak się rozwalą, kupię nowe. Szanse na to są jednak niewielkie, bo to solidny PRL. Przetrzyma nawet reformę sądownictwa.

Garnków też wymieniać nie będą, bo obecne są dobre, firankę do salony kupiłam, nowe wyro do spania też… Zdecydowanie w chałupie nic więcej nie potrzeba.

Mogłabym pojechać za granicę, ale jakoś mnie nie ciągnie… Ludzie się dziwią. Byli w Paryżu, Wenecji, Barcelonie, a ja odwiedziłam dwa razy Litwę i raz Czechy. I wystarczy. Gdybym tak mogła pojechać do Egiptu, powłóczyć się wokół piramid, pospacerować po miasteczkach… ale gdzie tam… Człowiek jedzie do takiej Hurgady i trzęsie portkami, żeby go jakiś terrorysta nożem nie zadziobał. Siedzi w takim hotelu 24 godziny na dobę i odpoczywa. Choroba, siedzieć to ja se mogę we własnym M, nie muszę do Egiptu. Nie, nie odpowiada mi taki wypoczynek. Owszem, chciałabym pojechać… do takich Stanów Zjednoczonych na przykład, ale z konkretnym celem. Na mecze NBA – jeden w Madison Square Garden w New York, drugi w Staples Center w Los Angeles. Chętnie wybrałabym się do Australii i Nowej Zelandii, zobaczyć plenery, które wykorzystano przy kręceniu „Władcy pierścienia”. Niestety, aż tyle nie zarobiłam.

Ekskluzywne wczasy…. niby pomysł jest…. tak samo jak prywatnie do sanatorium… Niestety, przypomniała mi się inna znajoma.

Wybrała się właśnie prywatnie do sanatorium. Zakwaterowano ją w domu specjalnie dla takich prywaciarzy przeznaczonym. Zero ograniczenia wolności, jak w normalnych sanatoriach. Dostała klucz od drzwi wejściowych i mogła wracać, kiedy tylko chciała. I co z tego… reszta wracała do swych kwater przed 22.00 i zabawę kontynuowała we własnych pokojach. Znajoma wraca do prawie pustego budynku i nudziła się. Ani tu na noc nikogo nie przyprowadzi, ani się wieczorem z kim napić…. Poza tym wskazane przez lekarza zabiegi zaplanowano jej na … siódmą rano…. bo późniejsze godziny były już zajęte przez tych, co czekali w długiej kolejce do sanatorium.

Tak to ja nie chcę. Odczekam swoje i pojadę do sanatorium jak normalny człowiek.

Jeśli zaś chodzi o wczasy to też nic z tego. Nie lubię zorganizowanego wypoczynku, nie lubię wstawania na dzwonek o ósmej na śniadanie, o czternastej na obiad. Podczas luksusowego pobytu chciałabym jeść wtedy, kiedy będzie mi się chciało jeść oraz jeść to, co chcę jeść. Jak się okazuje, takie wymagania spełnia tylko wypoczynek niezorganizowany, czyli taki, z którego korzystam już od wielu lat.

Niedawno odwiedziłam Łańcut. Uczestniczyłam w radosnej imprezie w grupie znajomych i nie było to wesele. Chciałam zakwaterować się luksusowo, w nowym hotelu z super restauracją. Tylko po co? Moja impreza odbywała się w innej części miasteczka, a do restauracji mogę wpaść zawsze, by ekskluzywnie napić się piwa. Zamieszkałam w znajdującym się w pobliżu hotelu mniejszym budynku, za połowę ceny. I bardzo dobrze. Moja impra było wysokooktanowa i po powrocie do pokoju padałam od razu na wyro, bez filozoficznych pytań o to, gdzie i po co tu jestem.

W sumie więc okazało się, że nie mam potrzeb materialnych lub trochę inaczej – moje potrzeby materialne są na miarę moich możliwości.

A co z pieniędzmi… przydadzą się na kilka lat, na kilka imprez podobnych do łańcuckiej… bo u mnie w życiu nadszedł czas, by wreszcie zacząć żyć!