Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

PKP Intercity – REKLAMA (cja)

 kasa

PKP Intercity atakuje mnie z każdego kanału telewizyjnego, przerywa seriale i filmy fabularne. Jako że ostatnio mi z szynami nie po drodze,  
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/04/donos-na-koleje-dolnoslaskie/
 postanowiłam zagłębić temat. Wróciłam do punktu wyjścia, czyli do Wałbrzycha, gdzie pociągi w/w spółki zatrzymują się, ale biletu w kasie na przejazd nimi nie kupisz. Siedząc w domu i posiadając internet, zaczęłam planować teoretyczny wyjazd. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo czy nagle nie zechcę pojechać i wrócić. Na www.rozkład-pkp.pl znalazłam pociąg bez przesiadek o 21.54 ze stacji Wałbrzych Główny do Warszawy Wschodniej. W porzo, spoko. Czas na „Kup bilet”. Pięknie, wyskakuje kolejna strona. Wypełniam rubryki: jeden bilet, tania kuszetka, czas na tabelę zniżek. Jest ich aż 24, ale mojej nie ma. Bo ja to taki relikt po komunie. Nie ukończyłem jeszcze 60 lat, zatem nie jestem seniorem i nie mogę skorzystać z 50% zniżki. Jestem natomiast emerytem i dwa razy do roku mogę skorzystać z 37% zniżki ogólnokolejowej, czyli na wszystkie szyny w Polsce.

lokomotywa2

Odnajduję zatem maila i piszę do tych, co się reklamują. Trzeba zareklamować brak mojej zniżki. „ Chce kupić przez internet bilet na pociąg. Niestety, nie jestem w stanie „wypełnić” rubryki ze zniżkami, czyli odszukać odpowiedniej kategorii. (…) Posiadam „Zaświadczenie” wydane przez ZNP. Kupując bilet w kasie, była tam zawsze przybijana pieczątka z datownikiem, poświadczająca nabycie ulgowego biletu.”

Żeby nie pisać po raz drugi, proszę od razu o informację, co robić w sytuacji, kiedy jadę w trasę z przesiadkami: „ (…) kolejny pociąg – inny przewoźnik. Kupując bilet w kasie, zniżka jest uwzględniana na całej trasie. Jak to uczynić to poprzez internet? Jako że najbardziej zależy mi na rezerwacji kuszetki (ze względu na zły stan zdrowia), chce zapytać czy istnieje możliwość internetowego zakupu samej kuszetki”.

Odpowiedź nadeszła po czterech godzinach: „(…) informuję, iż na obecny moment nie ma możliwości zakupu biletu z rzeczoną zniżką przez internet, tak samo jak nie ma możliwości osobnego zakupu kuszetki. (…) mogę zaproponować zakup całości biletu u konduktora. Jeśli na stacji, na której Pani wsiada nie będzie kasy Intercity, lub będzie ona zamknięta, wtedy taki zakup odbędzie się bez opłat dodatkowych (…) Jeśli nie ma Pani możliwości zakupu biletu w innej kasie, ani nie odpowiadałaby Pani zaproponowana przeze mnie opcja, to na obecną chwilę pozostaje jedynie zakup biletu po normalnej cenie za pomocą systemu sprzedaży internetowej”.

Ha ha hi hi! Wesoło mi się zrobiło! Mam zniżkę, ale nie mogę z niej skorzystać, bo moja zniżka jest taka sama jak opisany wcześniej przeze mnie kibel w autobusie PKS
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/16/wolny-czas-w-pks-ie/
– jest, a jednak go nie ma, bo skorzystać z niego nie mogę. 

Oczywiście PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w Wałbrzychu w pociągu będą wolne tanie kuszetki, do tego na parterze, bo na piętro to ja się nie wtoczę, niestety… Ba, PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w pociągu, który zatrzyma się w Wałbrzychu w ogóle będą miejsca siedzące. No, do Warszawy może się i znajdą, ale w sezonie letnim do takiej Gdyni na przykład? Pewna kuracjuszka ze Szczawna Zdroju (pod Wałbrzychem) dała się namówić na zakup biletu oraz oczywiście kuszetki u konduktora. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji, nie było wolnego żadnego miejsca. Konduktor zaproponował stanie na korytarzu. Tam jeszcze miejsca były.

Opisałam więc ten fakt w kolejnym mailu: „(…) znajoma musiała wrócić do sanatorium, opłacić dodatkowy nocleg, a następnego dnia skorzystała z autobusu. Mam nadzieję, iż tak szeroko reklamowane Intercity weźmie pod uwagę, iż pociągami chcą jeździć osoby nie w pełni zdrowe. Chcą mieć zatem pewność, że wsiądą do pociągu i będą mogły spokojnie dojechać do celu, bez konieczności wspinania się na piętra kuszetek (lub stania w korytarzach)”.

Tym razem PKP Intercity podziękowało mi za cenne uwagi, taka uprzejma formułka na całe osiem linijek oraz podało kolejną możliwość zakupu biletu z moją zniżką oraz kuszetką: „Na chwilę obecną, w opisanej przez Panią sytuacji, proponujemy udać się do najbliższej kasy biletowej (wyszukiwarka kas jest dostępna na naszej stronie pod adresem….” 

Jasne jak słońce! Najpierw pociągiem do Wrocławia lub Świebodzic po bilet, bo to najbliżej Wałbrzycha, potem z powrotem do Wałbrzycha i z Wałbrzycha przez Świebodzice, Wrocław do Warszawy. Oczywiście koszt jazdy po bilety wyniesie zapewne tyle, ile moja zniżka na szyny w całej Polsce. No pewnie, ze Intercity ma rację – kupić w internecie bez zniżek i spokój lub poczekać kilka lat, aż człowiek skończy tę sześćdziesiątkę i dostanie 50% zniżki nawet przez internet. W końcu czego ja się czepiam. Mam komunistyczna emeryturę, za karę nie mogę zrealizować zniżki. 

Póki co zaproponowałam, żeby tak zaprząc do roboty informatyków, którzy w rubryce „zniżki” wprowadzą moją, jedyną, której nie ma. Na tę propozycję odpowiedzi nie dostałam. Nikt również nie udzielił mi odpowiedzi na pytanie, co zrobić, jeśli człek chce jechać z przesiadką… Pewnie ludzie zajęci byli przygotowywaniem kolejnej reklamy. A nie można tak zamiast reklamy po prostu podłączyć odpowiedni kabel czy inny światłowód do kas, które w miastach posiadających dworce z reguły są, by mogły sprzedawać bilety na wszystkie Polski strony…Nie można? A dlaczego? 

lokomotywa1

foto – Muzeum Kolejnictwa Jaworzyna Śląska (bez kasy Intercity)