Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Noclegi w noclegowniach

icon_46

Podróżuję trochę po Polsce. Jestem tu i tam. Wszystko zależy od zasobu wyjątkowo cienkiego portfela. Oczywiście zwiedzam kraj z noclegiem, gdyż jednodniowe wypady na tereny ponad 300 km od miejsca stałego pobytu  nie wchodzą w rachubę. Dziś zatem będzie trochę o noclegach. Konkretnych sum nie podaję, konkretnych miejsc, tych gorszych – z nazwy nie wymienię.  Niestety, podróżuję sama i wynajęcie noclegu zawsze kosztuje mnie znacznie drożej, bo w pokoju z reguły dwuosobowym jestem sama. No to do roboty!

1. Uzdrowisko w okolicach dużego miasta – tzw. kwatera pracownicza, cena bardzo niska. W pokoju ok. 18 metrów kw. telewizor starej daty i uciekające programy telewizji naziemnej. Żarówka na środku – 40 wat. Pytam, czy mają jakieś lampki nocne, bo chciałabym trochę poczytać.  Pan patrzy na mnie spode łba i mruczy, że nie ma. Kupuje własną. Może przyda się w domu.  Zamiast umywalki – natrysk. W pakiecie oprócz kąpieli jest sauna w pokoju. O szóstej rano budzą mnie panowie wyruszający do pracy. Szykują sobie śniadanie, omawiają plan zajęć. Słyszę wszystko. Drzwi  mają wzdłuż i wrzesz szpary. Po ich wyjściu mogę wreszcie skorzystać z toalety, bo jest na korytarzu tylko jedna. Druga na parterze. Spędziłam tu dwa tygodnie. Jak widać, przeżyłam. .

2. Nocleg kolejny – Fundusz Wczasów Pracowniczych i Dom Wczasowy w stylu „wczesny Gomułka z elementami późnego” – znaczy się częściowo z łazienką w pokoju. Ja mieszkam taniej, czyli bez łazienki.  Wyposażenie – wczesny Gierek. Zamiast prysznica – umywalka. Na korytarzu toalety dwie, prysznic jeden, ale ludzi niewiele. Do tego stare grube mury tłumią hałas. Wracam w nocy w stanie wskazującym. Otwiera pan Henio. Idę na piętro. Pan Henio czeka, aż usłyszy, że weszłam do pokoju. W ogóle ludzie sympatyczni, gotowi mi nieba przychylić. Zaprzyjaźniam się z nimi i przyjeżdżam przez kilka lat. Pal licho kiepskie warunki, klimat się liczy! Niestety, dom i fundusz bankrutują.

magnolia

 

Szczawno Zdrój

3. Lokal – pełny komfort. Tak ciepło w pokoju, że zimą okno otwieram. Duża łazienka, przedpokój, lodówka i cienki telewizor. Przy meldowaniu człowiek otrzymuje kartę i ta włączana jest na czas pobytu zgodnie z dobą hotelową. Otrzymuje się również klucze do drzwi wejściowych. Nikt obiektu nie pilnuje, wolność i swoboda. Cena – dwa razy tyle co w pierwszej kwaterze. Obiekt przeznaczony na „sanatorium komercyjne”, czyli dla takich, co to prywatnie leczyć się przyjeżdżają. Ja akurat miałam trochę grosza i po raz pierwszy od dawnego czasu poczułam się bogato. Niestety, na stołowanie się w porządnych stołówkach już forsy zabrakło, trzeba jeść inaczej, a tu żadnej kuchni nie ma, w przeciwieństwie do kwatery pracowniczej.

dąbrówka

Szczawno Zdrój

4. Internat – miejscowość do 150 tys. Szok. Cena – jak w kwaterze pracowniczej, a warunki prawie jak w apartamencie. Przedpokój, osobno łazienka i ubikacja, lodówka, można korzystać z kuchni wraz z uczniami, no telewizja też tylko w świetlicy, ale jaka! Pełna kablówka i chyba ze sto  cali! Internatowi wychowawcy są niewyczerpalnym źródłem informacji o swoim mieście. Wskazują drogę, numery autobusów, opowiadają historię. Do tego pełne bezpieczeństwo. Małolatów trzeba przecież pilnować. Okna od ruchliwej ulicy, ale wszystko szczelne i niczego nie słychać. Ciekawostka – o wpół do siódmej i wpół do dziesiątej dzwonek: informacja o pobudce i ciszy nocnej. Da się przeżyć.

5. Miasteczko z ważnym zabytkiem – kwatera prywatna. Pokój taki sobie, cena też taka sobie. Jedynie parter ciekawy – praktycznie muzeum. Właściciel wydaje się w porządku. Przez pierwsze dwa dni. Trzeciego, dowiadując się, że przyjechałam tutaj z kibicami (nocującymi gdzie indziej) głośno daje do zrozumienia, że takich jak ja i oni to on by powystrzelał. Groźba robi się realna. Dowiaduję się, że pan to emerytowany żołnierz. Na szczęście trzeciego dnia wyjeżdżam. Wiem już, gdzie nie kwaterować.

6. Pełen komfort – prywatna kwatera nad morzem po sezonie, czyli w drugiej połowie września. Do morza – 100 metrów. Centralne ogrzewanie, łazienka, lodówka, aneks kuchenny w korytarzu z oknem. W drugiej części budynku restauracja z wielkim telewizorem. Można w kapciach zejść na wódkę i mecz. Mieszkańcom części mieszkaniowej knajpa nie przeszkadza. Jest po prostu cicho.

ustka

 

Ustka

7. Hotel dwugwiazdkowy w dużym mieście. Pokój niczym nie różni się od prywatnej kwatery nad morzem po sezonie. Puka  do mnie pani i informuje, że doba hotelowa kończy się o 12.00. Odpowiedziałam przez zamknięte drzwi, iż nie uprzedzono mnie o robotach remontowo-budowlanych odbywających się o siódmej rano. Teraz się uspokoiło, muszę zatem odespać przerwany sen. Autobus do domu mam za trzy godziny. A do tego na powietrzu dziś 34 stopnie powyżej zera!  Nie dam się spacyfikować!       

Emeryt nad Bałtykiem

P1210128

Wrzesień nad Bałtykiem był dla mnie wielką zagadką. Większość życia spędziłam w szkole, najpierw jako uczeń, potem – nauczyciel. We wrześniu, a nie jakimś tam styczniu, rozpoczynał się dla mnie nowy rok.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam morze. Było od zawsze. Mieszkałam w Wałbrzychu, a mieszkańcy tego, wówczas dużego, ośrodka górniczego, wyjeżdżali na urlopy nad morze. Jako brzdąc jeździłam z rodzicami do Łeby, Świnoujścia, Dziwnowa… Pamiętam pociągi zwane sezonowymi. Kopalnie i koksownie podróżowały razem. Już w przedziałach kolejowych trwała integracja. Warunki jazdy – prawie komfortowe. Tłoku nie było. Nikt nie wchodziła oknem do wagonu. Bywało, że nasza rodzina 2+2 siedziała w przedziale sama.

Podobnie było z wyjazdami na kolonie. Też nad morze: Jastrzębia Góra, Wapnica, Nowe Warpno, Łeba… Długi pociąg, zwany kolonijnym, przyjeżdżał z Jeleniej Góry, a w nim dzieci z tego miasta. Na dworcu Wałbrzych Główny wsiadała dziatwa rodziców z kopalni „Wałbrzych” oraz „Thorez”. Jechaliśmy w jednym kierunku – nad morze, chociaż do różnych miejscowości. Fajnie było. Oczywiście takie sezonowe składy jechały dość długo, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy świetnie się bawili. Zastanawiam się od lat…. komu ku… to przeszkadzało?

No dobra, wróćmy do września nad Bałtykiem.

W końcu szczęśliwie przeszeregowałam się na emeryta i co zrobiłam pierwszego wolnego września? Oczywiście w drugiej jego połowie pojechałam nad morze. Nie do sanatorium, nie do domu wypoczynkowego. Ot tak, żeby nad morzem być sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

I tak jeżdżę od sześciu lat. Okazało się, że przełom lata i jesieni to najodpowiedniejszy dla mnie czas inwestowania we własne zdrowie. Fizyczne i psychiczne. Wielu znajomych pyta, co ja, samotny żeglarz, w czas jesieni robię nad Bałtykiem. Żadna tajemnica.

Jeżdżę do tego samego prywatnego pensjonatu. Właścicielka wie, kim jestem, jaka jestem i stosuje wobec mnie taryfę umowną w kwestii opłat za pokój. A takowe we wszystkich prywatnych kwaterach jesienią są o wiele tańsze niż w sezonie.

Bo tanie pokoje wynajmuje się u prywaciarzy, z nimi można zawsze się targować o cenę.

Dzień zaczynam od wielokilometrowego marszu z kijami czyli uprawiam Nordic Walking. Kiedy pogoda jest niewyraźna i grozi deszczem, skracam dystans i idę wzmacniać mięśnie na przyrządach plenerowej siłowni.

Podstawowy ubiór nad morze jesienią to ortalionowe dresy. Nie grube spodnie, ciężkie kurtki. Dres jest lekki, można go nieść w równie ortalionowym plecaczku i włożyć, kiedy zaczyna padać lub mocno wiać.

Po powrocie z Nordic Walking człek jest tak skonany, że pada na wyro i odpoczywa. Potem drugie śniadanie i …. kolejny spacer. Tym razem wolno, dostojnie zwiedzam okolice lub …. leżę bykiem nad Bałtykiem. We wrześniu trafiają się dni, kiedy słońce mocno przygrzewa. A jesienne słońce jest bezpieczne.

Potem jem obiad. Różny bywa. Czasami upichcę coś sama, czasami idę do jakiegoś lokalu. Wszystko zależy od chęci i zasobu portfela.

W większości prywatnych kwater jest aneks kuchenny. Są też takie aneksy w pokojach, ale wtedy jest drożej. Ja w swoim pokoju mam natomiast niewielką lodówkę. Na zamrożenie lodu do ulubionego drinka wystarczy.

Po obiedzie ponownie czas relaksu na wyrze i… czas na zachód słońca. Oglądam go zawsze siedząc wraz z takimi samymi jak ja, na falochronie. Można pogadać, wymienić się adresami i poglądami polityczno-społecznymi. Potem jeszcze obowiązkowy, już prawie nocny spacer po plaży i jak mam jeszcze siłę, idę do knajpy na drinka, do kina, na tańce ( w tym roku chodziłam na dyskoteki na promenadzie).

P1210149

Budowa sztucznej rafy w Ustce – foto własne

A jeśli już padam na nos, z radością witam swój pokój. Włączam kiepsko działającą telewizję (lokalny radar zakłóca telewizję naziemną) lub laptopa. Mam wszystkie sezony „Mac Gyvera” i jeszcze nie zdążyłam obejrzeć!

Co jeszcze można robić we wrześniu nad morzem? Sprawdzić rozkład jazdy takiego PKS-u, jechać w okolice macierzystej miejscowości i zwiedzać. Można zrobić zakupy. We wrześniu nadmorskie sklepu robią wyprzedaże. Ja obserwuję manewry wojskowe i budowę sztucznej rafy. Mam lornetkę.

A teraz będzie apel – emerycie, pokochaj polskie morze we wrześniu… warto!

 

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

Pociąg ze złotem wspomnień…

mapa2a

6 września 2015 – A wałbrzyski sen trwa i trwa i końca nie widać… przypominam zatem swój tekst z początku gorączki złota w moim mieście! 

Takiego wydarzenie jeszcze w moim życiu chyba nie było… Przez dwa dni, w radio, telewizji, internecie gościło najbardziej magiczne dla mnie ze wszystkich słów – mój jedyny, ukochany rodzinny WAŁBRZYCH. Wszystko za sprawą złota w pociągu, który jechał kiedyś w stronę mego miasta i nie dojechał. A było to w czasach II wojny światowej, kiedy znajdujące się w pobliżu Góry Sowie przekopano wzdłuż i wszerz. Zresztą, co ja tam będę pisała… chcecie się dowiedzieć, poczytajcie, posłuchajcie, obejrzyjcie.

 


http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,18595984,zloty-pociag-utknal-na-dolnym-slasku-wladze-gotowe-do-dzialan.html

Z wałbrzyskimi zagadkami związane są jedne z najmilszych moich wspomnień. I muszę się nimi podzielić, właśnie teraz, kiedy o Ziemi Wałbrzyskiej tyle się mówi. Jestem wałbrzyszanką, które w wyniku różnych okoliczności i ku własnej rozpaczy, znalazła się poza miejscem urodzenia. Jako że życie pisze różne scenariusze, do Wałbrzycha już nie wróciłam… ale wspomnienia dzieciństwa i wczesnej młodości pozostały. Te o skarbach też…

klasa viii b

 

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy byłam uczennicą ósmej klasy podstawówki, w drugim półroczu, dostaliśmy nowego nauczyciela historii. Człowiek od początku był… po prostu inny. Jego metody nauczania też były …dziwne. Zapisywaliśmy temat lekcji, pan trochę pogadał, wskazał strony w książce, na których ów temat się znajdował, a potem zaczynał opowiadać. O czym to on nam nie opowiadał… o zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, o V Kolumnie, o V1 i V2, o…. wielu innych rzeczach. Oczywiście w podręczniku te wiadomości znajdowały się, ale opowieści nauczyciela były zdecydowanie ciekawsze. Byli i tacy uczniowie, którzy głównie cieszyli się, że nie ma klasówek i odpytywań. Ja byłam w grupie, która wchłaniała w siebie pasjonujące historie związane z II wojną światową. I tak od wielkich podręcznikowych wydarzeń nasz nauczyciel doszedł do historii Dolnego Śląska, terenów znajdujących się przed 1945 rokiem w  granicach Rzeszy. Dowiedzieliśmy się, że blisko nas jest też wielka historia. Tajemnicza historia. Najpierw zamek Książ, historia księżnej Daisy  i podziemne lochy. Potem Góry Sowie. Historia więźniów z Głuszycy. Opowieści o strzegących tajemnicy ludziach… jeśli ktoś niepowołany zbyt daleko zabrnął w tunelach pod Walimiem – ginął z ich ręki. W UFO nikt nie wierzyła, ale historia tajemniczego pociągu, który wywiózł z twierdzy Breslau wielki majątek niemiecki i zginął gdzieś na trasie Świebodzice – Wałbrzych była wielce prawdopodobna. A może w sowich sztolniach znajduje się Bursztynowa Komnata?

Okazało się również, iż nasz historyk był  nie tylko wspaniałym gawędziarzem, ale również turystycznym przewodnikiem, wybitnym znawcą całego regionu. Posiadał odznaki turystyczne, prowadził wycieczki po wałbrzyskich górach. Oczywiście namówiliśmy go na jedną, taką pożegnalną… kończyliśmy właśnie podstawówkę…

bal 2

pożegnalne spotkanie ósmoklasistów…

Wybraliśmy się na pieszą wycieczkę właśnie w Góry Sowie. Przed wymarszem dostaliśmy instrukcję jak mamy iść, jak się zachowywać na trasie, którędy ona prowadzi.  Posługiwania się mapą i kompasem, oznakowania tras turystycznych nauczyliśmy się wcześniej… na lekcjach historii.

Oczywiście nie bylibyśmy nastolatkami, żeby nie narozrabiać… Tym bardziej, że pan od historii był jedynym naszym opiekunem i szedł z przodu. Komuś zachciało się zapalić, ktoś chciał wypić wino…I silna grupa pod wezwaniem pozostała w tyle. Popełniliśmy największy z błędów na turystycznej trasie – straciliśmy z oczu  naszych kolegów. Kiedy jedni wypalili, drudzy wypili, postanowiliśmy resztę dogonić. Ujrzeliśmy ich nagle na jednym z zakrętów. Skróciliśmy sobie zatem drogę idąc na skróty przez las. Bo bliżej. Gdzie wyszliśmy – nie wiemy. Droga się skończyła. I o dziwo, nie spanikowaliśmy. Ktoś stwierdził, że trzeba wyjść na najbliższe wzgórze i poszukać przewodów elektrycznych. Tam jest zawsze jakaś cywilizacja. Znalazły się druty, a u podnóża – wieś. Przepytaliśmy jej mieszkańców i okazało się, że wsi Glinno nie było w ogóle na trasie naszej wycieczki. Ale stąd blisko do Walimia, który co prawda był na trasie jutrzejszego dnia, ale można zajrzeć do miasteczka wcześniej. W Walimiu zaczęło padać. Znaliśmy cel naszej wędrówki, ale jakoś nie uśmiechało się nam iść w deszczu. Zajrzeliśmy na plebanię. Księdzu proboszczowi powiedzieliśmy prawie całą prawdę (przemilczając papierosy i wino). Na dwie tury zawiózł nas do Rzeczki, gdzie nasza wycieczka miała zamówiony nocleg…

Byliśmy pierwszymi, którzy dotarli do noclegowni. Reszta dołączyła później. Pani od historii obejrzał nas dokładnie, stwierdził, że nic nam się nie stało i …dał nam święty spokój. Żadnych nagan, żadnego krzyku, żadnych konsekwencji… Była za to kolejna opowieść o walimskich sztolniach, które mijaliśmy jadąc z księdzem Fiatem 125 P.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zrobiło się głośno o tajemnicy Gór Sowich, uśmiechałam się. Kiedy powstał serial „Tajemnice twierdzy szyfrów” też się uśmiechałam. Teraz, kiedy mowa o złotym pociągu, również się uśmiecham. Przecież ja o tym od dawna wiem… Fajnie odkurzyć dzieciństwo… Fajnie przejechać się pociągiem ze złotem… prawdziwym złotem … dzieciństwem.

Odwiedzajcie Wałbrzych i jego okolice. Jeśli pociąg zostanie odnaleziony, jest tam jeszcze kilka skarbów do odkrycia! 

Riese … odkrywany w dzieciństwie jest dziś celem wycieczek…

 

Podróże i telefony

 Simba-Telefon-samochod_Simba,images_product,31,SI-4012466

Chcesz podwyższyć komfort podróży i obniżyć jej koszty, zwłaszcza w czasie wakacji? Wejdź na portal … i nie powiem jaki, żeby za friko reklamy nie robić. To taki współczesny internetowy auto stop. Zabawa polega na tym, że kontaktujesz się z kierowcą, który rusza w Polskę prywatnym samochodem i ma wolne miejsca. Rezerwujesz miejsce, płacisz umowną sumę w złotówkach, ( po prostu dorzucasz się do paliwa) mniejszą niż za autobus czy pociąg, i jedziesz. Korzystam z tej formy podróży i bardzo sobie chwalę. Jeździłam na trasie Biłgoraj – Białystok, Białystok – Ustka… do Warszawy – tylko w ten sposób. Do autobusu lub pociągu wsiadam jedynie wtedy, gdy na portalu brak ofert w wybranym przeze mnie kierunku. Jeden z kierowców widząc, że będzie przez blisko 500 km wiózł starszą panią, ciężko westchnął i …. ustawił przedni fotel tak, żeby było mi wygodnie. Drugi poinformował, że mamy przed sobą ileś tam kilometrów bez stacji benzynowej, może więc zatrzyma się tutaj, żebym mogła skorzystać z toalety… W sumie zawsze było w porzo i spoko. Moje koleżanki oczywiście w taki sposób nie podróżują. Boja się. Czego?

„A jak krzywdę kierowca zrobi?”

Niby taką seksualną?

„No właśnie…”

Marzycielki.

„A wiadomo, co to za kierowca?”.

Wiadomo. Znamy rejestrację samochodu, numer telefonu i opinie na portalu wystawiane przez innych pasażerów.

„A jeśli nie ma opinii?”

To trzeba mu dać szansę. Poza tym nie wierzę, żeby potencjalni mordercy, a zwłaszcza gwałciciele reklamowali swe usługi właśnie na tym portalu.

Tak więc ja sobie jeżdżę na dalekich i krótkich trasach. Natomiast znam ludzi, którzy wożą innych ludzi po Polsce. Często ruszają w różne podróże, zwykle rozrywkowo-prywatne i chcąc zmniejszyć koszty rozrywki, zabierają ze sobą pasażerów. Do tego najlepszy samochód to auto typu combi, więc bagaż też się mieści. Ludzie podróżują z kotem, psem, gitarą, koszem z jajami.

Oczywiście najciekawsi są pasażerowie. Zwłaszcza ci, którzy do celu nie dojechali, bo zrezygnowali na starcie. Taki chłopaka jedzie na przykład do dziewczyny do Bytomia. Przejazd rejestruje na portalu. Komórka zaczyna się grzać:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry.

- Pan jedzie do Bytomia?

- Tak.

- To ja poproszę o 18.00 przed Dworcem Centralnym w Warszawie.

- W Warszawie to ja będę około 17.00 i do centrum nie zajeżdżam.

- To niech pan poczeka do 18.00 i zajedzie.

- Nie mogę.

- Jak to pan nie może?! Chce pani obniżyć koszt podróży, chce pan pasażera?! To niech się pan do niego dostosuje!

- Przykro mi, ale ja jadę prywatnie i nie muszę się dostosowywać. Jeśli panu moja oferta nie odpowiada, proszę skorzystać z innej.

Po drugiej stronie zabrzmiał foch.

Inna sytuacja:

- Dzień dobry …itd. Czy jedzie pan przez Koziegłowy?

- Przykro mi, ale nie znam wszystkich miejscowości na trasie. Czy to blisko drogi A1?

- Blisko. Mnie trzeba, byś pan zjechał jakieś dwadzieścia kilometrów od autostrady.  

I znowu wyjaśnienie, że dwadzieścia w tą, dwadzieścia w tamtą, a zwłaszcza zjazdy z autostrady to już problem. Człowiek znowu nie rozumie, bo uważa, że to on robi łaskę chcąc jechać owym kursem. Znowu foch.

Klasyką w wykonaniu niespełnionych pasażerów jest tekst:

- Dzień dobry… itd. Ja bym chciała, żeby pan podjechał po mnie do tej Biedronki koło kościoła w (np.) Częstochowie. Adresu nie pamiętam, ale pan znajdzie.

pol_pl_Autobus-z-klockami-Wesole-autko-sorter-auto-ZA0650-9494_1

W tym momencie zawsze przypomina mi się telefoniczny tekst z czasów, kiedy pracowałam.

- Dzień dobry! Jak tam mój syn? Poprawił oceny?

Musiałam zadać kilka pytań, zanim załapałam, o kogo chodzi. Koleżanka pracująca w zakładzie energetycznym często odbiera telefony. Pierwsze pytanie brzmi:

- Kiedy będzie u mnie prąd?

Kiedyś, sprzedając na Allegro swoje stare ciuchy, zapytano mnie:

- Czy ma pani ubrania, które mnie interesują?

Wybierając się w podróż za pośrednictwem znanego portalu należy pamiętać, że to nie taksówka. Ludzie, czy z nami, czy bez nas i tak pojadą. Przyjemnych wakacji!

 

PKP Intercity – REKLAMA (cja)

 kasa

PKP Intercity atakuje mnie z każdego kanału telewizyjnego, przerywa seriale i filmy fabularne. Jako że ostatnio mi z szynami nie po drodze,  
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/04/donos-na-koleje-dolnoslaskie/
 postanowiłam zagłębić temat. Wróciłam do punktu wyjścia, czyli do Wałbrzycha, gdzie pociągi w/w spółki zatrzymują się, ale biletu w kasie na przejazd nimi nie kupisz. Siedząc w domu i posiadając internet, zaczęłam planować teoretyczny wyjazd. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo czy nagle nie zechcę pojechać i wrócić. Na www.rozkład-pkp.pl znalazłam pociąg bez przesiadek o 21.54 ze stacji Wałbrzych Główny do Warszawy Wschodniej. W porzo, spoko. Czas na „Kup bilet”. Pięknie, wyskakuje kolejna strona. Wypełniam rubryki: jeden bilet, tania kuszetka, czas na tabelę zniżek. Jest ich aż 24, ale mojej nie ma. Bo ja to taki relikt po komunie. Nie ukończyłem jeszcze 60 lat, zatem nie jestem seniorem i nie mogę skorzystać z 50% zniżki. Jestem natomiast emerytem i dwa razy do roku mogę skorzystać z 37% zniżki ogólnokolejowej, czyli na wszystkie szyny w Polsce.

lokomotywa2

Odnajduję zatem maila i piszę do tych, co się reklamują. Trzeba zareklamować brak mojej zniżki. „ Chce kupić przez internet bilet na pociąg. Niestety, nie jestem w stanie „wypełnić” rubryki ze zniżkami, czyli odszukać odpowiedniej kategorii. (…) Posiadam „Zaświadczenie” wydane przez ZNP. Kupując bilet w kasie, była tam zawsze przybijana pieczątka z datownikiem, poświadczająca nabycie ulgowego biletu.”

Żeby nie pisać po raz drugi, proszę od razu o informację, co robić w sytuacji, kiedy jadę w trasę z przesiadkami: „ (…) kolejny pociąg – inny przewoźnik. Kupując bilet w kasie, zniżka jest uwzględniana na całej trasie. Jak to uczynić to poprzez internet? Jako że najbardziej zależy mi na rezerwacji kuszetki (ze względu na zły stan zdrowia), chce zapytać czy istnieje możliwość internetowego zakupu samej kuszetki”.

Odpowiedź nadeszła po czterech godzinach: „(…) informuję, iż na obecny moment nie ma możliwości zakupu biletu z rzeczoną zniżką przez internet, tak samo jak nie ma możliwości osobnego zakupu kuszetki. (…) mogę zaproponować zakup całości biletu u konduktora. Jeśli na stacji, na której Pani wsiada nie będzie kasy Intercity, lub będzie ona zamknięta, wtedy taki zakup odbędzie się bez opłat dodatkowych (…) Jeśli nie ma Pani możliwości zakupu biletu w innej kasie, ani nie odpowiadałaby Pani zaproponowana przeze mnie opcja, to na obecną chwilę pozostaje jedynie zakup biletu po normalnej cenie za pomocą systemu sprzedaży internetowej”.

Ha ha hi hi! Wesoło mi się zrobiło! Mam zniżkę, ale nie mogę z niej skorzystać, bo moja zniżka jest taka sama jak opisany wcześniej przeze mnie kibel w autobusie PKS
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/16/wolny-czas-w-pks-ie/
– jest, a jednak go nie ma, bo skorzystać z niego nie mogę. 

Oczywiście PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w Wałbrzychu w pociągu będą wolne tanie kuszetki, do tego na parterze, bo na piętro to ja się nie wtoczę, niestety… Ba, PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w pociągu, który zatrzyma się w Wałbrzychu w ogóle będą miejsca siedzące. No, do Warszawy może się i znajdą, ale w sezonie letnim do takiej Gdyni na przykład? Pewna kuracjuszka ze Szczawna Zdroju (pod Wałbrzychem) dała się namówić na zakup biletu oraz oczywiście kuszetki u konduktora. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji, nie było wolnego żadnego miejsca. Konduktor zaproponował stanie na korytarzu. Tam jeszcze miejsca były.

Opisałam więc ten fakt w kolejnym mailu: „(…) znajoma musiała wrócić do sanatorium, opłacić dodatkowy nocleg, a następnego dnia skorzystała z autobusu. Mam nadzieję, iż tak szeroko reklamowane Intercity weźmie pod uwagę, iż pociągami chcą jeździć osoby nie w pełni zdrowe. Chcą mieć zatem pewność, że wsiądą do pociągu i będą mogły spokojnie dojechać do celu, bez konieczności wspinania się na piętra kuszetek (lub stania w korytarzach)”.

Tym razem PKP Intercity podziękowało mi za cenne uwagi, taka uprzejma formułka na całe osiem linijek oraz podało kolejną możliwość zakupu biletu z moją zniżką oraz kuszetką: „Na chwilę obecną, w opisanej przez Panią sytuacji, proponujemy udać się do najbliższej kasy biletowej (wyszukiwarka kas jest dostępna na naszej stronie pod adresem….” 

Jasne jak słońce! Najpierw pociągiem do Wrocławia lub Świebodzic po bilet, bo to najbliżej Wałbrzycha, potem z powrotem do Wałbrzycha i z Wałbrzycha przez Świebodzice, Wrocław do Warszawy. Oczywiście koszt jazdy po bilety wyniesie zapewne tyle, ile moja zniżka na szyny w całej Polsce. No pewnie, ze Intercity ma rację – kupić w internecie bez zniżek i spokój lub poczekać kilka lat, aż człowiek skończy tę sześćdziesiątkę i dostanie 50% zniżki nawet przez internet. W końcu czego ja się czepiam. Mam komunistyczna emeryturę, za karę nie mogę zrealizować zniżki. 

Póki co zaproponowałam, żeby tak zaprząc do roboty informatyków, którzy w rubryce „zniżki” wprowadzą moją, jedyną, której nie ma. Na tę propozycję odpowiedzi nie dostałam. Nikt również nie udzielił mi odpowiedzi na pytanie, co zrobić, jeśli człek chce jechać z przesiadką… Pewnie ludzie zajęci byli przygotowywaniem kolejnej reklamy. A nie można tak zamiast reklamy po prostu podłączyć odpowiedni kabel czy inny światłowód do kas, które w miastach posiadających dworce z reguły są, by mogły sprzedawać bilety na wszystkie Polski strony…Nie można? A dlaczego? 

lokomotywa1

foto – Muzeum Kolejnictwa Jaworzyna Śląska (bez kasy Intercity)

Wolny Czas w PKS-ie

Kto z Was podróżuje autobusami dalekobieżnymi? Po co pytam i tak nie policzę. Zatem ja podróżuję. Odkąd PKP zaczęły ograniczać ilość pociągów w dalekie strony, nasza komunikacja samochodowa postanowiła je zwiększyć. Pojawiły się nocne kursy na dalekich trasach np. Suwałki -Wrocław, Białystok – Kołobrzeg….. Zaczęłam zatem korzystać z regularnych rejsów i dziś jestem w pełni doświadczonym podróżnikiem. Wsiadam w taki dalekobieżny o północy i po kilku minutach mam pierwszy wolny czas czyli postój. Tak się bowiem składa, że autobus jest w drodze już trzy godziny i postój być musi. Stajemy zatem na stacji benzynowej, w dzień tętniącej ruchem, z dobrą kuchnią w restauracji, w nocy uśpionej i niemrawej. Ktoś wychodzi zapalić, reszta biegnie w miejsce wiadome. Przybytki rozkoszy są dwa damski i męski. Zawsze korzysta z nich więcej kobiet. Aby wyrobić się w wolnym czasie, panie zawsze postanawiają korzystać również z męskiego, skoro tam nikogo nie ma.

Włączenie silnika oznacza, że trzeba szybko wsiadać, bo rozkładu jazdy należy przestrzegać, a na trzech kolejnych przystankach czekają pasażerowie.

 

Jedziemy kolejne trzy godziny. wolny czas dostajemy o trzeciej w nocy (lub nad ranem – w zależności od pory roku) na przystanku Warszawa – Okęcie.  „Postój 10 minut, toalety w hali przylotów”- informuje kierowca. Mnie nie musi. Trafiam prawie na ślepo. Tu już mamy Europę. W hali przylotów ludzie drzemią, kiedyś drzemała policja. Schody ruchome ruszają się, działa w środku bar. Toalety czyste, nawet porządnie ręce można umyć. Ale czas nagli. Silnik włączony, ruszamy dalej.

Po dwóch godzinach docieramy do Łodzi Kaliskiej. Oczywiście wolny czas. O nie, tu nie wysiadam. Wiem, że toalety otwierane poprzez wrzucenie monety to też Europa, ale sama tam nie wejdę. Moja koleżanka zatrzasnęła się kiedyś w takich przybytku w pewnym mieście. Nie, nie chodzi o klaustrofobię. Biedaczka po prostu nie mogła wyjść. Waliła od środka w drzwi. Wreszcie ktoś usłyszał. Sprowadzony ślusarza z łomem w ręku, drzwi otworzył. Wszystko trwało blisko godzinę. Gdybym tak się zatrzasnęła, ciekawe, czy autobus by na mnie poczekał, skoro rozkład jazdy obowiązuje?

W Łodzi Kaliskiej z wolnego czasu o dziwo nikt nie korzysta (może kiedyś już się zatrzasnęli?). Czekam do Sieradza. W niewielkim budynku poczekalni toaleta jak pokoik. Są żywe i sztuczne kwiatki, obrazki na ścianach, dywanik. Obsługa w postaci pana pilnuje, aby do pań korzystających z toalety męskiej, nie wdarł się żaden pan. Bo oczywiście pań jest więcej w kolejce niż panów.

I tak docieramy do Wrocławia. Tu mam przesiadkę. wolny czas wykorzystuję w celu wiadomym. Przy okazji zwiedzam dworzec kolejowy po remoncie. Fajnie jest, niewiele się zmienił. Tylko jakiś taki czysty i pachnie kawą z automatu. O, jest jedna zmiana. Tu była kaplica…. teraz jest …. posterunek policji. Wiadomo, co ludziom bardziej potrzebne.

Już słyszę wasze pytanie. Czyżby podróż autobusem dalekobieżnym polegała głównie na oczekiwaniu na wolny czas? A gdzie podziwianie Polski nocą, zerkanie ludziom do okien, zachwycanie się wschodem słońca? Przecież w autobusach są toalety! Oczywiście, że są. Zamknięte. I to jest największa tajemnica polskiego PKS-u. Są, a jednak ich nie ma. Pytałam wielokrotnie kierowców, dlaczego samochodowe toy toyki nie są udostępnione.  Odpowiedź zawsze była taka sama: „A po co je  otwierać? Jest przecież wolny czas na postojach, a jak kogoś przyciśnie i poprosi, to i w pustym polu się zatrzymamy.”

No tak, gdyby były udostępnione, to po każdym kursie trzeba by wymieniać płyn w pojemnikach w wc. Wyobrażacie sobie, jak wzrosłyby koszty kursu z takich Suwałk do Wrocławia? Podwyżka cen biletów gwarantowana.

Po co więc są toalety w autobusach PKS?

W filmie „Galimatias czyli kogel-mogel II” rodzice Kasi też mieli łazienkę w domu, z której nie korzystali. Mieli, bo inni też mieli i nie wypadało nie mieć.

 

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl