A to Polska właśnie….

748260558-cicha-noc-plakat

recenzja filmu ukazała się w „jednodniówce”, która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach… Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia…? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu… Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.

Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Wróżby w cichą noc…..

 

24176953_1719328864764626_7835954061933859448_nPierwszego grudnia Łomżę odwiedził oficjalnie Piotr Domalewski, reżyser rodem z …. Łomży. Jego film „Cicha noc” zdobył Złote Lwy podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestniczyłam w przygotowaniu specjalnego wydawnictwa z tej okazji. A oprócz tego postanowiłam powróżyć….

co było….

Urodził się w mieście, gdzie byli i żyli kardynał Wyszyński, Witold Lutosławski i Hanka Bielicka. To dziedzictwo wpłynęło wyjątkowo na jego życie. Śladami kardynała podążał, ucząc się w tej samej szkole. Był również ministrantem.

I bardzo dobrze, że na tym naśladownictwo się skończyło, bo gdyby tę łomżyńską tradycję kontynuował, znaczy się wstąpił do seminarium, nie byłby dzisiaj tym, kim jest.

Co do jego związków z Lutosławskim i Bielicką sprawa jest oczywista – wszyscy to artyści, czyli ci, co to nie sieją, nie orzą, a talent sam ich żywi, dlatego też są wiecznie żywi i inni żywi o nich ciągle pamiętają.

Tak więc żył sobie spokojnie w mieście, wokół którego trawa czysta i woda zielona… znaczy się odwrotnie. Jego życiorys płynął spokojnie jak Narew.

Któregoś dnia stwierdził, że ma za słaby jak na faceta głos i postanowił go fachowo poćwiczyć. Trafił najpierw do piosenkarzy, a potem do aktorów. Nauczył się śpiewać i grać. Mamusia polonista nauczyła go pisać, to znaczy tworzyć teksty samodzielnie, bez pomocy internetu.

W wieku jak najbardziej odpowiednim wyrwał się spod wysoce fachowej pedagogicznej opieki rodziców i ruszył w Polskę. Zwiedził Wrocław, Białystok, Kraków, Gdańsk i Katowice. I tu właśnie przeżył największą traumę swego życia. Mimo iż miejscowość w granicach państwa polskiego nijak nie mógł się porozumieć z tamtejszym ludem wydobywającym węgiel.

co jest…. czyli dzień dzisiejszy

W Gdańsku spotkała go przygoda. Onegdaj spacerując po Długim Targu, ulica taka jakby kto nie wiedział, spotkał dwa bezdomne lwy. Włóczyły się bidne po ulicach, bo niby są symbolem miasta, niby to mieszkają w ratuszu, ale ich podobizny wręczane są ludziom w Gdyni. Lwy straciły zatem orientację, czy są z Gdańska, czy z Gdyni, czy są ze złota, tombaku czy z krwi i kości. Już ruszyły w stronę Motławy, żeby w akcie rozpaczy rzucić się do rzeki, kiedy nasz człowiek pogłaskał je po grzywach, podzielił się hot-dogiem, obdarzył dobrym słowem. Lwy obiecały, że jeszcze kiedyś się wszyscy razem spotkają i

Będzie, będzie zabawa!

Będzie się działo!

I znowu nocy będzie mało.

Będzie głośno, będzie radośnie.

Myśląc o ponownym spotkaniu z wielkimi i potężnymi zwierzętami zaczął pisać scenariusze i kręcić filmy. Jego trud został doceniony. Dostał zaproszenie do Gdyni. A Gdynia to port potężny. Tu zawijają statki z całego świata. Tu ludzie kręcący filmy spotykają się co roku w teatrze z olbrzymim foyer i nie mówią po śląsku. W nocy spacerując nerwowo, w oczekiwaniu na pokaz swego filmu, po ulicy Świętojańskiej, spotkał starych znajomych. Oj radowały się lwy, radowały! Machały ogonami, machały! A następnego dnia ich podobizna trafiła do potomka Wyszyńskiego, Lutosławskiego, Bielickiej i oczywiście rodu Domalewskich. Wielki to był dzień dla dzielnego chłopca znad Narwi. Tak się cieszył, że nie wiedział co powiedzieć, komu dziękować, komu się pokłonić, kogo op…. znaczy się objechać, bo byli tacy, co w niego nie wierzyli.

co będzie…

Już niedługo będziesz sławny, sławniejszy niż dzisiaj. Ale zanim ten czas nadejdzie, czeka cię praca w trudzie i znoju. Po nocach spać nie będziesz myśląc, co by tu jeszcze skręcić, wykręcić, nakręcić. W poszukiwaniu tematów do scenariuszy pieszo będziesz przemierzał bory i pola, gdzie nawet Jeep z napędem na cztery koła nie dojedzie. W swych poszukiwaniach odwiedzisz szeptunki, które nie powiedzą co nic poza tym, co ja tu mówię. W wielkich miastach na dworcach spać będziesz, by poczuć atmosferę kolejnego pomysłu na film. Wymienisz kilka laptopów, zapiszesz tonę papieru, wypijesz hektolitry kawy.

Uważaj tylko na energetyki. Co za dużo to nie zdrowo.

Wkroczysz w wielki świat finansjery, polityki i facebooka.

Wykorzystaj pierwszych, odsuń się od drugich, a na facebooka machnij ręką.

Spotkasz wielu ludzi, wśród nich tłumy wielbicielek, które zrobią wszystko, by dostać się do twego filmu. Będą ci kadzić, będą komplementować, zasypywać słodkimi słowami, obiecywać gwiazdki z nieba i gruszki na wierzbie.

Wystrzegaj się ich! Gwiazdka z nieba może okazać się czarną dziurą, w którą wpadniesz i już z niej nie wrócisz.

Będziesz zapraszany na bankiety i spotkania. Wielkie pokusy będą tam na ciebie czekały, zastawione stoły i pełne kielichy, ludzie o sztucznych uśmiechach, co to będą chcieli się ogrzać w cieniu twojej sławy…

Pamiętaj, jedzenie na bankietach jest niewiadomego pochodzenia, może ci zaszkodzić, a wtedy laparoskopia pęcherzyka żółciowego i refluks żołądka. Jeśli do tego dodamy płyny w kielichach to może okazać się po pewnym czasie, że cały układ trawienny do wymiany.

 Ale nie zapomnisz nigdy o swym rodzinnym mieście. Będziesz tu przyjeżdżał wiedząc, że kiedyś postawią ci tu ławeczkę. Tak jak Bielickiej.

 

 

 

 

Plac Czerwony

270962_572096106157697_546559506_n

Wszystko zaczęło się oczywiście od wiadomego miejsca największych internetowych dyskusji. Oto mój znajomy zamieścił zdjęcia dawnego tzw. Starego Rynku lub Starówki, jak kto woli. Fotka była czarno – biała, znaczy się szara, ale czuć było na niej iście wiosenno-letnią barwę. Na Starówce, pośród trawy rosły drzewa i krzewy, stały ławeczki i była fontanna. Taka starego typu, okrągła, nie to co dzisiejsze wypryski lub wytryski z betonu.

Okazało się, że owe czasy pamiętam, znaczy się stara jestem. Nawet gdzieś jakieś foto przy tej fontannie mam z czasów, kiedy było się młodym. Zaczęłam zatem obserwować dyskusję, która rozpoczęła się na temat Starówki. Bo dziś… nie dość, że fontanny nie ma, to nie ma właściwie niczego. W latach dziewięćdziesiątych nieliczne drzewa zostały uwięzione w betonowych kwadratach i coraz bardziej zaczynają przypominać takie większe bonsai, trawniki pokryto kostką brukową w kolorze czerwonym i postkomuna ma radochę, bo mówi, że mamy własny Plac Czerwony, a ławki ustawiono bliżej…. jezdni. Całość przypomina bardziej parking niż miejsce do jakiegokolwiek odpoczynku po zakupach w okolicznych sklepach.

Już w 2006 roku rozpoczęto akcję promującą przywrócenie dawnego porządku pod hasłem „Fontanna jest nasza!!!!(…) „Plac Czerwony” do Moskwy!”. Większość mieszkańców uważała, że koniecznie trzeba zmienić wygląd Starówki. Nic to jednak nie dało. Czerwony bruk pozostał.

Obecna dyskusja rozpoczęła się tradycyjnie – od nostalgii za zielenią, oazą wytchnienia w samym środku miasta. Ale oto pojawili się przeciwnicy drzew, krzewów i fontanny. Opozycję ministra od wyrębu drzew wysłali nad rzekę, do lasu i jedynego w mieście miejsca zwanego parkiem. ( Do drugiego lepiej nie chodzić, wrony, kruki i wszelkie ptactwo ma tam gniazda i człowiek wychodzi z białymi plamami na głowie).

Miasto jest miasto i nie ma w nim miejsca na przyrodę! W mieście ma się dziać! Na Starówce ma być ruch! Kultura! Sport! Turystyka! No dobra, przegięłam… Ale dlaczego nic się nie dzieje? To już jest temat na inne rozważania. Oznajmiam jedynie, że omawiane miejsce jest zamieszkałe, a ilość punktów konsumpcji piwa w mieście – ograniczona. Nawet na festynach już się go nie sprzedaje. Dlatego też zdziwił mnie trochę argument, że kiedyś wokół fontanny, wśród krzaków siedzieli pijani żule i ponownie nie można do tego dopuścić. Tymczasem „i tak plączą się pijaczki tylko dzisiaj ich dobrze widać” – pisze znajomy. Skąd biorą alkohol, skoro na Starówce ogródków piwnych brak? Ot i zagwostka dla zwolenników czerwonego placu….

Ktoś też zauważył, że ongiś, za czasów komuny wokół tej fontanny kręciły się Cyganki i chciały wróżyć… Miało być zjawisko negatywne… tymczasem ktoś zatęsknił za paniami w barwnych strojach…. dziś Cyganów, zwłaszcza tych prawdziwych, już nie ma… Ach, szalone lata siedemdziesiąte…

Ale na łopatki rozłożył mnie inny internauta… „(…) nie tak wyglądały rynki w miastach i nie do (wypoczynku) były przeznaczone. Było to, jak sama nazwa wskazuje, miejsce handlu. Komuniści chcąc skupić cały handel w swoich rękach, zamieniali miejskie rynki na skwery z zielenią. Wystarczy przejść się po Starym Rynku w Warszawie…”. „Popieram – krzyknął kolejny internauta, tym razem sarkastycznie – Jestem nawet za tym, żeby na złość komunistom przywrócić wygląd tych miejsc do stanu zaraz po wojnie. Po co mieszali się te komuchy!”

Zrobiło się gorąco. Porównanie Starego Rynku w mieście ok. 60-tysięcznym do czegoś o podobnej nazwie w stolicy mogło być powodem do dumy. Jednak powrót do średniowieczno – odrodzeniowych korzeni, czyli handlu, oznaczałby konieczność wyburzenia nie tylko bruku, ale i okolicznych domów… Pojawiłby się problem – wpuszczamy tylko furmanki dwukonne, czy dajemy wolny wjazd jednokonnym?

Kolejna sprawa to oczywiście owe komuchy, co to zagarnęły wszystko i zamiast już w 1945 budować galerie handlowe w miejscu rynków, sadziły tam zieleń. Tyle tego nasadziły, że dziś trzeba to wycinać, karczować, likwidować, bo człowiek nie może się spokojnie po asfalcie w lesie poruszać. Pewnie w wycince lasów równikowych i w topieniu lodowców też potomkowie Lenina palce maczali. Cóż przy tym znaczy likwidacja małego skweru w niewielkim mieście…

Zbliża się okrągła rocznica nadania praw miejskich w mieście z Placem Czerwonym. Jest jeszcze czas, by przynajmniej część kostki wykopać, wyłożyć nią tereny nad rzeką, a w jej miejscu zrobić zwykły, normalny, zwyczajny klomb, taki sam jakie są na wszystkich rondach, uwolnić drzewa z betonowych kwadratów, posadzić kilka krzewów… Marzenia, marzenia, marzenia starszego pokolenia….

zapraszam na blog http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

 

 

Mioduszka

mio

zapraszam również na http://belfer59.piszecomysle.pl/

I trochę czasu znowu mnie nie było… Syn zarządził malowanie w moim mieszkaniu. Musiałam się zgodzić. Ściany same o to prosiły. Malowanie jak malowanie, trwało cztery dni, bo pomieszczeń mam cztery. Balkon darowaliśmy sobie. Na moim osiedlu trwa masowe ocieplanie bloków wraz z odnawianiem balustrad. Poczekam. Ocieplą, wymalują, odnowią i nawet płytki na balkonie położą. Wszystko z funduszu remontowego.

Wracajmy do tematu właściwego… malowanie jak malowanie. Też potrafię. Gorzej ze sprzątaniem. Malowanie cztery dni, sprzątanie…. no, jeszcze trwa. Bo zrobiłam sobie dzień wolnego. Dobrze, przesadzam, skorzystałam z wolnego ustawowo dnia czyli niedzieli. Pojechaliśmy na Kurpie, na miodobranie. Taki festyn, z miodem w tle.

W tym roku zorganizowano go w Kurpiowskiej Krainie, ośrodku wypoczynkowym w Puszczy Kurpiowskiej. Nie powiem, ośrodek robi wrażenie, jest jezioro, jest wyspa, jest hotel, jest knajpa, są korty tenisowe. Amfiteatr też jest i to nie byle jaka rozstawiana scena na potrzeby chwili – normalna zadaszona scena z drewna, ozdobiona kurpiowskimi motywami. Nawet miejsca siedzące są. Cóż, nie każdy koncert wymaga skakania pod sceną. A wszystko to na bardzo dużym terenie.

Słowem, miejsce miodobrania przypadło nam do gustu.

Stoisk z miodem tradycyjnie było multum, znaczy się „jak mrówków”. Cena mniej więcej zbliżona, miód podobny i różnorodny. Nawet dwukolorowy był. Taki biało-brązowy na przykład. Pytam się Kurpia, jak on to zrobił. Kurp się uśmiecha. Proste. Najpierw nalewa jeden miód jasny, by się skrystalizował, a potem drugi ciemny. I już można na stoisko. Był miód rzepakowy, malinowy, akacjowy, gryczany, spadziowy…. reszty nie pamiętam.

Były stoiska z badziewiem straganowym oczywiście. Zabawki, piszczałki. Były też z pieczywem. Chleb na liściu chrzanu, chleb na prawdziwym zakwasie. Ciemny. Jasny. Bułki. Bułeczki.

Słowem, czego dusza pragnęła.

Z dobrodziejstw Puszczy Kurpiowskiej korzystamy dwa razy do roku. Raz podczas miodobrania, drugi jadąc na najsłynniejszą Niedzielę Palmową i tak samo jak w przypadku Kurpiowskiej Krainy nie napiszę gdzie… zaraz się wyjaśni dlaczego. Mamy już swój wybrany zestaw smakołyków, którymi zapełniamy spiżarnię.

Tym razem podstawowym artykułem był oczywiście miód. Po spróbowaniu dużej ilości różnych rodzajów, zdecydowaliśmy który i w jakich ilościach zapewni nam zdrowie do Niedzieli Palmowej. Potem nabyliśmy jeszcze chleb. Uwierzcie, będzie świeży przez tydzień, a jeść go będzie można przez kolejny. Wyschnie, a nie spleśnieje. I w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że czegoś nam tu brakuje.

Na wielu stoiskach znajdowały się tradycyjne puszczańskie pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Od lat był to podstawowy znak, że w tym miejscu można kupić… Domowy, wysokoprocentowy napój oczywiście. Najsłynniejsza na Kurpiach zawsze była „Mioduszka”. Robiliśmy solidnie zapasy. Człowiek kupował taką pajdę i zamawiał coś mocniejszego. Kurp pytał, ile i jakie smaki. Kiedy konkurencja w sprzedaży duża, można była najpierw popróbować… Dobrze, nie będę pisała, jak kiedyś zabalowałam próbując… W każdym razie podczas tegorocznego miodobrania procentów zabrakło.

Zapytaliśmy dlaczego. Cóż, jakiś urząd wpadł i powiedział, że butelki nie mają akcyzy i sprzedawać nie wolno. Sprzedający wystraszyli się.

Zrobiło się smutno. Oczywiście byli tacy, co sobie poradzili. Kupili takie coś z akcyzą i popijali ukradkiem nad jeziorem lub w puszczy. Jak zwykle zresztą. Zawsze popijano na kurpiowskich imprezach, ale alkohol swojskiej produkcji. Wspierano tym lokalny biznes. Podczas tegorocznego miodobrania nie tylko my chodziliśmy ze spuszczoną głową… byli tacy, co przyjechali głównie po miód w alkoholu. Ten w słoikach, chleb na liściu kupowali przy okazji. 

Rumakowanie się skończyło. Ludzie się nie napiją. Wytwórcy nie zarobią. 

Dwa dni później w radio usłyszałam wiadomość, jak to na podobnym festynie odpowiednie służby zarekwirowały nalewką wytworzoną przez Koło Gospodyń Wiejskich. „Prawo jest prawem” – mówił dziennikarz z żalem w głosie. Oczywiście była potem dyskusja. Ktoś zastanawiał się jak będzie wyglądała utylizacja nalewki. Ktoś stwierdził, że jeśli nalewka na państwowym spirytusie, to już akcyza zapłacona, ktoś nakrzyczał, że odpowiednie służby tradycji nie szanują.

Ja też wam nie napiszę, czy mam zapas „Mioduszki” do Niedzieli Palmowej, czy nie… I nazw nie podam. Może uda się ocalić tradycję do owej niedzieli….

Jeśli  nie…. Alkohol robić już umiemy. O sposobie dystrybucji dowiemy się z kilku filmów fabularnych o czasach prohibicji w USA.

 

 

Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.