Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Małe mieszkanko w blokowisku

64339

Niedawno przerzucałam w internecie stylizacje, aranżacje (tak to się nazywa?) mieszkań. Tu styl skandynawski, tu styl norweski, tu rosyjski… polskiego oczywiście nie ma, no pewnie w ogóle go nie ma. Ale co tam, nie o to chodzi. Zaskoczyły mnie inne informacje… oto „Jak urządzić małe mieszkanko 48 m…”, „Jak zagospodarować niewielki salon – 23 m…”, oczywiście wszystko w metrach kwadratowych. A kiedy już natknęłam się na „Jak urządzić małe 72 m w starym (uwaga! trzydziestoletnim!) bloku dla rodziny z dzieckiem”… zwątpiłam, czy aby ja i twórcy takich info żyjemy w tym samym kraju…

Zatrzymajmy się na małych 48 metrach, takie bowiem lokum posiadam. W projekcie rozwalono praktycznie wszystkie ściany. Mam nadzieję, że tylko działowe. Powstała otwarta przestrzeń bez przedpokoju. Oczywiście urządzono ją po nowemu, czyli w jednym wielkim pomieszczeniu był aneks kuchenny, jadalnia – znaczy się stół z krzesłami, część wypoczynkowa – znaczy się sofa z fotelami. Miejsce do spania wydzielono w części bez okna. Oddzielono je od reszty ścianką (pewnie karton-gips) i częścią szklaną u góry. Słowem, normalnie powiedziane – zrobiono ciemną sypialnię. Gdzieś tam pewnie jeszcze była łazienka, której nie pokazano. Typowe mieszkanie dla singla. Czemu nie, niech sobie śpi jak chce. Jednak coś mnie tak palce swędziały, że w komentarzach zapytałam, gdzie tu miejsce na 500+, jak ma tu zamieszkać rodzina z dwójką dzieci…

I to był mój błąd! Otóż zachwyceni stylizacją internauci przypuścili na mnie atak. Ktoś napisał, że jak się ma dzieci, to się nie robi stylizacji, bo nie stać. Dzieci trzeba wychowywać. Inny dodał, że jeśli ktoś ma dzieci w tak małym mieszkaniu, to jest życiowym nieudacznikiem. Kolejny, że dzieci w dzisiejszych czasach to przeżytek…no dobra, przesadziłam, tak ostro nie napisał, ale taki sens był.

W nawale hejtu na mnie pojawił się jeden wpis solidaryzujący się z moim. Pani prosiła architekta o projekt stylizacji owych metrów właśnie dla rodziny 2+2. Szybko ją poparłam pisząc, że takie zadanie przekracza możliwości architekta XXI wieku.  I o dziwo, dyskusja zamilkła.

Przejrzałam jeszcze kilka podejrzanych aranżacji i głośno westchnęłam. Albo miałam pecha, albo współczesna architektura wnętrz uwzględnia jedynie wielkie powierzchnie i maksymalnie jedno dziecko w rodzinie, które mieści się i to ledwo, dopiero na 72 metrach.

Cóż, bycie architektem na takim metrażu, to nic wielkiego. Też bym potrafiła. Za moich czasów normalna rodzina 2+2 mieściła się na znacznie mniejszym. Nie lada sztuką było urządzić własne spółdzielcze M, tak by było w nim można równie normalnie funkcjonować. Zaraz, zaraz, tylko za moich czasów? Rozejrzałam się wokół siebie. Fakt, moja klatka blokowa zrobiła się już geriatryczna, młodzież wybyła. Ja też mam metry dla siebie i mogę zrobić ciemną sypialnię z widokiem na zlewozmywak. Sąsiadka na dole to samo. Single na starość jesteśmy. W moim starym, bo trzydziestoletnim (!) bloku są tylko mieszkania 48 i 60 m. Praktycznie wszystkie własnościowe. I kto na tych małych powierzchniach mieszka? Większość to rodziny z dziećmi! Sąsiedzi z naprzeciwka mają trójkę, na czwartym piętrze – dwójkę. Czy są to sami nieudacznicy, których nie stać na większe metraże? Jakoś nie zauważyłam głodu i nędzy.

Delikatnie zdenerwowana na internetowe projekty i komentarze pod nimi, wyszłam na spacer z psem. Spotkałam koleżankę też z psem. Rzuciłam temat aranżacji mieszkań. „Nie, nie mylisz się, większość ludzi mieszka na takich powierzchniach jak my. I są całkiem normalni, i mają normalną pracę, i 500+ dostają. Cieszą się, że w ogóle mają gdzie mieszkać.” – poparła moją tezę o braku kontaktu z rzeczywistością co niektórych internautów. Właśnie, tacy młodzi, normalni, co to chcieliby mieć rodzinę i nie mają finansowego wsparcia rodziców, marzą o 48 m…

Ale… – koleżanka westchnęła, – ale oprócz normalnych, są jeszcze bogaci. Właśnie przechodziłyśmy obok młodego bloku – jednoroczny. Cały już zasiedlony. W oknach rolety, na balkonach kwiatki. Spojrzałyśmy na jedno z pięter. Tak, wiemy, tu są tylko dwa mieszkania, podczas kiedy pod nimi i nad nimi – chyba cztery, albo pięć. Po prostu dwóch bogatych wykupiło piętro, powierzchnia ponad 100 m i może sobie stylizować, aranżować.

Ale… – westchnęłyśmy dwie – ale większość bogatych, znaczy się bogatszych od nas, buduje własne domy pod miastem, gdzie grunt i podatki tańsze. I wtedy też mogą urządzać salony i nawet pokoje dziecięce.

Wróciłam do swoich salonów. Aranżować, stylizować? Oczywiście! Zaczęłam od podłóg. Kupiłam dwa dywaniki w swoim stylu!     

dywaniki

To nie jest kraj dla starych ludzi….

starość

Dziś będzie poważnie. Dziś będzie o starych, przepraszam – wiekowych –  ludziach. Ostatnio wiele się mówi na temat tych, co już nie produkują, a jedynie  wyciągają z budżetu forsę na emerytury, lekarstwa i pobyty w szpitalach. Sama jestem już w tym gronie i doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo obciążam państwową kasę. Ale wiem, że może być jeszcze gorzej, bo i stan mego zdrowia może się pogorszyć. Tym bardziej, że ostatnio posłowie dokonali bliżej nieokreślonych zmian w bliżej nieznanej mi ustawie i zakazali łączenia placówek typu dom dziecka z domami pomocy, opieki społecznej. Nie może ich łączyć nawet podwórko. W uzasadnieniu posłowie napisali: „(…) dzieci, wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny. Funkcjonowanie w takim otoczeniu jest bardzo trudne dla osób dorosłych. Tym bardziej trudno je uznać za odpowiednie dla prawidłowego kształtowania postaw i rozwoju emocjonalnego dzieci”. 

Skopiowałam, wkleiłam, mam nadzieję, że ”Gazeta Wyborcza” kłamie, bo mi, osobie w wieku emerytalnym, w głowie nie może się pomieścić, że człowiek wymagający pomocy jest złym wzorcem dla młodego pokolenia, że poprzez kontakt z osobą samotną, do tego chorą, dziecko będzie miało skrzywioną psyche. 

Wracam zatem do swego tekstu.  Nie opiekowałam się osobami starszymi i schorowanymi.  Po prostu – los tak chciał, że moi dziadkowie i rodzice odeszli wcześnie, zbyt wcześnie. Ale robiły to moje koleżanki.

Zośce powodzi się całkiem nieźle. Dużo pracuje, ale również dużo zarabia. Ma własny, duży dom. Kiedy rodzice przestali sobie samodzielnie radzić, zajęli w jej domu cały parter, a Zośka wynajęła całodobowe opiekunki. Stać ją było na to. Rodzice odeszli do wieczności godnie, w otoczeniu najbliższych. 

Teściowa Steni zachorowała na chorobę Alzheimera. Wymagała też całodobowej opieki. Stenię stać było jedynie na wynajęcie opiekunki na kilka godzin dziennie. W pozostały czas przebywała z chorą synowa lub syn. Wspólne zamieszkanie z przyczyn formalnych nie wchodziło w rachubę, Trwało to kilka miesięcy. Stenia i jej mąż praktycznie nie widywali się, małżeństwo praktycznie przestało istnieć… Zapadła decyzja umieszczenia starszej pani w domu opieki. Na pobyt zrzuciła się również dalsza rodzina. Kiedy odwiedzali ją, zauważyli, że jest przede wszystkim zadbana, ale również zadowolona. Odeszła po roku.

Podobnie było z mamą Kaśki. Tym razem była to osoba leżąca. Również mieszkała sama w niewielkim, komunalnym mieszkanku. Również Kaśka nie miała warunków, żeby wziąć ją do siebie. Zarówno ona jak i jej mąż pracowali na „zmiany” i nie byli w stanie spędzać całej doby z chorą. Też znalazła się w domu opieki. Tym razem emerytura chorej wystarczyła na pokrycie kosztów pobytu. Odeszła po pół roku.

Z Baśką i jej mamą było trudniej. Obie schorowane, obie z niskimi dochodami. Ubogie mieszkanie. Ubogie życie. Przysługiwały im wszelkie dodatki. Nawet opiekunka przychodziła dwa razy w tygodniu na dwie godziny, by zrobić zakupy i posprzątać mieszkanie. Mama niestety zapadła na Alzheimera… Praktycznie całą opiekę nad nią sprawowała poruszająca się o kulach Baśka. Co przeżyła…. trudno opisywać. Trwało to latami. I kiedy mama odeszła, wydawało się, że Baśka wreszcie odetchnie. Stało się inaczej. Baśka straciła sens życia. Stałą się zrzędliwa i uciążliwa dla otoczenia. Dziś ma utrudniony kontakt z ludźmi. Nikt i nic jej się nie podoba. Nie ma przyjaciół ani żadnej rodziny. Na pobyt w domu opieki nigdy nie będzie jej stać. 

Renia wraz z siostrą opiekowała się chorą matką. Przez kilka lat pełniły dyżury po dwanaście godzin na dobę. Nie, nie myślały o domu opieki. Wytrwały. Państwowa opieka? Oczywiście zasiłek opiekuńczy. Ile on teraz wynosi? Czy wystarczy, aby wynająć opiekunkę na kilka godzin dziennie płacąc jej po 12 zł za godzinę?

Moje koleżanki nie utajniały opieki nad starymi schorowanymi ludźmi przed swoimi dziećmi. Wprost przeciwnie. Dzieci w różnym wieku, wnuki chorych, po prostu pomagały. Nikomu do głowy nie przyszło, by izolować je od babć i dziadków. Również staruszków nie izolowano od świata.

Od paru lat obserwuję rodzinę, która odpoczywa na terenie mojego skate parku. Jedna, a czasami dwie kobiety przywożą trzecią na specjalnym wózku i ustawiają twarzą do słońca lub w cieniu, jeśli jest upał. Siadają na kocu przy wózku, czytają, rozmawiają. Towarzyszy im mały, wesoły kundelek. Czasami widzę wśród nich nastolatkę. Nikt nikogo się nie wstydzi. Wystawiają się na widok publiczny, są wzorcem do naśladowania, wzbudzają radosne uczucia, że można, że tak trzeba, że w sumie nic złego się nie dzieje… Normalne.

A więc jest to kraj dla starych ludzi?  Dzieci mogą wychowywać się w sąsiedztwie chorych i kalekich osób?  

     

500+ czyli rodzice, dzieci i długi

plac zabaw

Wreszcie padło na mnie. Jak długo można być neutralnym… Wypowiem się dziś na temat programu 500+. Oczywiście jestem za, a nawet przeciw – jak powiedział klasyk.

Zwolennicy programu uważają, że forsa pomoże rodzicom.  Oczywiście, że tak. Czy ktoś z was widział, żeby przypływ gotówki, w wysokości nie przekraczającej miliona, komuś zaszkodził? Ja nie. Gdyby tak powstał program dla emerytów 500+, to wiele osób by wzmocniło swe modły za rządzących, a ile by się nawróciło!

Wraz z programem wspierającym małolaty, powstał program promujący rodzinę jako dobro najwyższe. Nie powiem, reklamy  podobały mi się. Za moich czasów ich nie było… za to rodzina była i nie trzeba było jej promować. Ale nie czepiam się obecnej sytuacji. Jest jak jest. Rodzinę wspierać trzeba. Może właśnie jakiś tatuś (lub mamusia), który porzucił (-a) mamusię (lub tatusia) na rzecz nowszego modelu, pod wpływem bilbordu, opamięta się i wróci, by wspólnie wychowywać maleństwo? Zawsze jakaś szansa jest.

I teraz już przechodzimy do prezentowanych przez media negatywnych skutków programu dla rodziców + powyżej jedno. Głównie chodzi o mamusie.

Otóż takim mamusiom, które forsę na dzieci biorą, nie chce się pracować. Jasne, lenie patentowane i tyle. Bo przecież praca w domu to nie praca, to odpoczynek. Stop. Zaraz zabrnę w inny temat. Chodzi o coś innego. Taka „siedząca” w domu mama wyleci z rynku pracy i zatrudnienia potem nie znajdzie. Chwila, moment… Jeśli na rynku pracy nie ma zatrudnienia dla kobiet 30+ ( bo w taki wieku kobiety wracają do pracy), to chyba coś z tym rynkiem jest nie tak!

Moja mama do pracy wróciła w wieku 40+… ale sorry, to było za komuny…

Ponadto, jeśli rodzic decyduje się na pozostanie z dziećmi w domu, to albo zarabia niewiele, albo ma bardzo dobrze zarabiającego współmałżonka. Oczywiście należy uświadamiać ludzi, że nie pracując, nie będzie emerytury. Ale o tym, to chyba każdy wie… Warto również przyjrzeć  się sprawie owej pracy. Pracujemy, bo chcemy czy musimy? Może by tak ankietę społeczną? Nie trzeba. Kiedy poprzedni rząd wydłużył wiek emerytalny, wybuchła fala protestów. Nie wszystkie dotyczyły spraw finansowych, że niby na emeryturze zabraknie na chleb. Ludzie po prostu wcale nie uważali, że praca uchroni ich od starości, że niby aktywność zawodowa obroni przed Alzheimerem. Może więc ludzie posiadający dzieci też nie chcą pracować, uważając, że ich wychowanie to jednak jest praca? Nie dla każdego praca zawodowa to marzenie życia…

Kolejny argument przeciwko 500+ wypłynął przy okazji truskawek, znaczy się ich zbioru. Okazuje się, że nie ma komu zbierać, bo jeszcze rok temu zbierali je bezrobotni i ubodzy, a teraz naród dostał forsę za dzieci i ani myśli harować.

A teraz już z premedytacją wrócę do czasów komuny. Kto zbierał wtedy owoce? W moim powiecie – młodzież. Gdy tylko kończył się rok szkolny i akademicki, zasuwaliśmy po dwanaście godzin na dobę, z niedzielami i wolnymi sobotami, bo owoc świąt nie uznawał. Czasami nawet trzy tygodnie. A potem, z własną forsą, ruszaliśmy w Polskę! Czasami ktoś sobie coś kupował. Kumpel przez dwa lata zbierał na motocykl i kupił sobie MZ (czytaj emzetkę). Dlaczego teraz młodzież nie zbiera? Rodzice dają na wakacje owe 500+?

Następny punkt programu – jeśli rodzic będzie w domu, nie wyśle dziecka do przedszkola i wtedy maleństwo nie rozwinie się. Trudno mi się z tym pogodzić… Przebywanie w towarzystwie rodzica opóźnia rozwój dziecka… no kochani, tak to brzmi. Tylko fachowcy po pedagogice potrafią rozwijać, inspirować, pobudzać, stymulować… „Takie czasy…” powiedziała mi niedawno kuzynka, która prowadziła wnuczkę niepracującej córki do przedszkola. Kiedyś rodzic to był rodzic, matka to matka, ojciec to ojciec. Oni odpowiadali za wychowanie i rozwój dziecka… Dobra, już się nie czepiam. Taka rzeczywistość. Taki klimat.

Ekonomiści uważają również, że teraz dziecko dostaje pięć stów, czyli zaciąga dług, a za ileś tam lat będzie musiało zwrócić do kasy państwa znacznie więcej… Argument totalnie abstrakcyjny. Za ileś lat… to będzie ileś razy zmieniał się rząd, a każdy będzie coś zmieniał… ileś razy wybuchnie kryzys gospodarczy… mogą nadejść kataklizmy… epidemie… medycyna może zdziałać cuda i wyeliminować choroby… w ogóle świat może stanąć do góry nogami…

Długi miał towarzysz Gierek, długi ma nasze państwo i pozostałe, każde miasto jest na minusie, młodzi, którzy kupili mieszkania, spłacają. Nawet ja mam dług.  W kasie zapomogowo-pożyczkowej. Pieniądz musi krążyć. 500+ też.

 

Cenne trzydziestolatki

2066962-w-niektorych-sytuacjach-rodzicom-900-600

foto – internet

Dziś będzie krótko i na temat. Co jaki czas, pojawiają się tu i ówdzie artykuły o trzydziestolatkach, co to nadal mieszkają z rodzicami. Teksty te przedstawiają poczętych w latach 80-tych w zdecydowanie negatywnym świetle. Czasami mam wrażenie, że powstają one na zlecenie banków i stanowią reklamę oferowanych przez nich kredytów mieszkaniowych.

Artykuł taki wygląda tak:

- portret psychologiczny 30 latka,

- protest song o życiu 30 latków,

- negatywny wpływ takiego 30 latka na rozwój planety Ziemia.

Pod artykułem pojawiają się komentarze krytykujące:

po pierwsze – wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych,

po drugie – lenistwo 30 latków,

po trzecie – nadopiekuńczość rodziców.

I tak trwa to do znudzenia od paru lat. 

Czas zatem na spojrzenie na problem innymi oczami.

Sytuację, w której dojrzałe dziecko jest całkowicie na utrzymaniu rodziców, a nie wynika to z przypadków losowych np. choroba, skreślam od razu. To patologia i tyle. Dorosłe zdrowe dziecko ma pasożytem nie być i tyle.

Ale w przypadku, kiedy wspólne zamieszkiwanie jest wynikiem chęci, zarówno rodziców jak i dziecka, sprawa nie jest aż tak prosta, jak opisują to portale internetowe.

Przede wszystkim wszelkie domowe opłaty typu czynsz, kablówka, internet… rozkładają się na wszystkie osoby pracujące i zamieszkujące pod wspólnym dachem. Jest to niezwykle cenne, jeśli rodzice (lub samotny rodzic) pobierają kiepską emeryturę. Jest ulga? Jest. Dotyczy to również zakupów. Moja koleżanka emerytka raz na dwa tygodnie jedzie z synem na zakupy. Kupują prawie wszystko, co trzeba i rachunek z kasy dzielą na dwa. Pieczywo kupuje codziennie koleżanka w zamian za korzystanie z auta syna, bo ten czasami robi za jej kierowcę i gdzieś podrzuca. Wszelkie inwestycje domowe typu malowanie ścian, nowe rolety czy odkurzacz też dzielone są na pół. Chodzi oczywiście o koszt. Koleżanka doskonale dogaduje się z synem w kwestiach finansowych, według zasady „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak żydzi. Biznes is biznes”. A każda rodzina to przecież takie małe przedsiębiorstwo.

Również obowiązki domowe wykonują wszyscy członkowie rodziny. Każdy według własnych możliwości. Mama na emeryturze oczywiście gotuje obiad, ale synek zmywa naczynia (jak u mojej koleżanki). Pracujący tatuś wyprowadza pieska. Ktoś odkurza, ktoś prasuje… Kwestia dogadania się. Oczywiście ciężkie prace domowe typu trzepanie dywanów wykonuje ten, co ma więcej siły.

Kolejny plus zamieszkiwania dorosłego dziecka z rodzicami, to pewność opieki w chorobie. Wzajemnej oczywiście. Grypa może powalić każdego. Do chorej mamusi synek nie musi dojeżdżać po pracy, chorym synkiem mama zajmie się na miejscu.  

Moja koleżanka w lutym przeszła skomplikowaną operację. Po powrocie do domu zajmował się nią właśnie synek. Domem oczywiście też. Do tego przyciągnął znajomą pielęgniarkę, która za synowski uśmiech zmieniała mamie opatrunki.   

Jeśli rodzice wyjeżdżają do sanatorium, jest ktoś, kto mieszka w M i nie trzeba angażować sąsiadów do jego pilnowania. Kwiatki też są podlane, a piesek wyprowadzony.

I tak byśmy mogli wymieniać wzajemne korzyści wynikające ze wspólnego zamieszkiwania rodziców i dzieci.

Nie mówcie, zatem, że 30-latkowie są nieodpowiedzialni i leniwi, w wyniku czego nie chcą się wyprowadzać z rodzinnego domu.

Jeśli zaś mamusi i tatusiowi trafia się leń i obibok, którego trzeba utrzymywać, to już wina tatusia i mamusi. Nigdzie bowiem nie jest napisane, że zdrowego trzydziestolatka muszą nadal utrzymywać rodzice.

„Dorosłemu dziecku trzeba pomóc?” – zdziwiła się ongiś moja znajoma z USA „A co, ono niepełnosprawne?” – dodała z jeszcze większym zdziwieniem.

Cóż, czas zmienić myślenie pokolenia. Coraz więcej jest długo żyjących emerytów i to młodzi powinni myśleć coraz poważniej o udzielaniu pomocy rodziców. 

Szpitalne żarcie

 

swiateczne-jedzenie 


http://www.blogroku.pl/2015/zgloszenie/20,429,ciocia-grazynka-donosi

Po swoich ostatnich doświadczeniach szpitalnych, wdaję się w ostre dyskusje na temat polskiej służby zdrowia. Wiem, że najlepiej nie jest, ale czy rzeczywiście wszystko jest aż tak złe, że tylko usiąść i płakać? Dziś będzie o posiłkach, bo temat ciągle nakręcany na jednym z portali internetowych wzbudza wielkie namiętności.

Oczywiście popieram wszelkie zło związane ze szpitalnym jedzeniem. Wiem, że publikowanie zdjęć z pseudo kolacją czy śniadaniem przyczynia się do poprawy jadłospisu w określonej placówce. Zgadzam się całkowicie, że patologię tępić trzeba. 

Ale…

Nie zawsze zgadzam się z potępianiem wszystkiego, co w postaci zdjęć ze szpitalnych posiłków trafia na strony internetowe.

Oczywiście zacznijmy od moich doświadczeń. Przebywałam na szpitalnych oddziałach łącznie dwanaście dni, z czego sześć – na czczo. Taka choroba i takie leczenie. I co z tego, że człowiek przyszedł na oddział przed kolacją, skoro i tak jej nie dostał, bo następnego dnia jak nie endoskopia to laparoskopia. I myślicie, że z powodu braku posiłku umierałam z głodu? Nic z tego. Moja choroba objawiała się miedzy innymi brakiem apetytu. I strachem przed zjedzeniem czegokolwiek, bo każdy posiłek groził mi atakiem. Po zabiegach też zakaz jedzenia przez blisko dobę. Potem następuje ów wstrętny kleik, którego nikt jeść nie chce. No właśnie, bo jeść się nadal nie chce. Człowiek, w asyście pielęgniarek, zmusza się do zjedzenia czegokolwiek i wypicia cienkiej herbaty. Układ pokarmowy musi pracować.

I wyobraźcie sobie, że w trakcie takiej choroby jak moja, dostarczono by mi super posiłek z folderu szpitala w Szwecji… Kolejna endoskopia, bez laparoskopii, bo pęcherzyka żółciowego już nie mam.

Kolejny dzień po zabiegach zaowocował w moim przypadku porcją diety niskotłuszczowej. Wszystko było na tej tacy: zupa na cienkim mleku, bułka, dwie kromki chleba, cztery plasterki chudej szynki. Wmusiłam w siebie zupę mleczną. I dalej stop. Organizm jeść nie chce. Ani szynki, ani świeżej bułki. Zrobiłam kanapki, które zjadło moje dziecko, kiedy przyszło z wizytą. Na obiad podobnie. Znowu wmusiłam zupę i ziemniaki, bo na chudą wołowinę wcale nie miałam ochoty. Dziecko ponownie się pożywiło. Drugie przyszło w porze kolacji. Dostało swoje. Jako diabetyk dostawałam dodatkowo dwa posiłki: kisiel, jabłko, dodatkowa sałatka, jogurt beztłuszczowy. Same rarytasy. I co myślicie, że jadłam aż mi się uszy trzęsły? Nic z tego. Apetyt nie wracał.

Podczas tzw. obchodu lekarz pytał co i ile zjadłam. Z reguły za mało, by przeżyć. Tragedii nie było. Podłączano mi kroplówkę z pierwiastkami życia. Leżałam sobie spokojnie, jako obłożnie chora i wracałam do zdrowia. Potomstwo prosto z pracy przychodziło w odwiedziny, pożywiało się i wracało do domu. Z mojej porcji nic się nie zmarnowało.

A szóstego dnia, kiedy apetyt wrócił, na śniadanie zjadłam i zupę i bułkę, konsylium lekarskie uznało, że czas do domu. No, bo leczenie szpitalne przyniosło efekt.

Z innymi osobami, które spotkałam w szpitalach było podobnie. Praktycznie każda z nich nie miała apetytu i jeść jej się nie chciało. Wiadomo, dlaczego – do szpitala zdrowi ludzie nie przychodzą. To nie agrowczasy. Choroba, jaka by nie była, jest chorobą.

Dobrze, wiem, że są szpitalne oddziały ze zdrowymi ludźmi. Takie położnictwo na przykład. Do dziś pamiętam głód, który poczułam po urodzeniu córki. O północy dzwoniłam do domu z krzykiem, że chce mi się jeść. Rano wałówę mi dostarczono. Kiedy poszłam rodzić syna, już wiedziałam, że muszę wziąć ze sobą żarcie. Było to ponad trzydzieści lat temu, ale ciągle czuję smak domowego sękacza, który zabrałam na porodówkę.

Ale wróćmy na inne oddziały i na zdjęcia posiłków godnych naśladowania. Taki obiad: żeberka, ziemniaki z sosem i sałata ze śmietaną wszyscy chwalą. Super żarcie. Zależy dla kogo. Typowa dieta wysokokaloryczna i wysokocholesterolowa dla zdrowych. Może rzeczywiście na położnictwo. Kolejny wychwalany posiłek: ciemny chleb, wygląda na pełnoziarnisty, mała bułka, pół kubka chyba jogurtu, herbata, trochę startej marchwi, żółty ser, odrobina dżemu, kawałek wędliny i dwie porcje masła. Ludzie są zachwyceni. I znowu to porcja nie dla mnie w czasie mojej choroby. Z tego zestawu mogę zjeść jedynie masło, bułkę i marchew. Jogurt? Oczywiście gdybym wiedziała, że jest beztłuszczowy.

I jeszcze jedna scena ze szpitalnych pokoi. W odwiedziny w porze obiadu przychodzi ciocia. Chora siostrzenica odsuwa talerz z zupą, na kopytka z masłem też nie może patrzeć… Ciocia rozpoczyna wrzask, że jedzenie nie nadaje się do niczego, bo w tych szpitalach, bo ta polska służba zdrowia… A  jutro nasmaży mielonych i dziecku przyniesie, żeby z głodu nie umarło. Pełnoletnie dziecko uspakaja ciocię mówić, że po prostu jest chore i nie ma apetytu na nic… A zwłaszcza na ociekające tłuszczem mielone.

Jeśli zatem kolejny raz będziemy krytykować szpitalne jedzenie, to najpierw pomyślmy… czy przez przypadek nie jest to posiłek człowieka bardzo chorego i czy w domu jadamy lepiej podczas choroby.

Moje dzisiejsze menu – dieta niskotłuszczowa cukrzycowa: 

śniadanie – kaszka manna na mleku

drugie śniadanie – bułka z masłem i plastrem pomidora bez skórki, kawa „Inka”

obiad – ziemniaki puree, parówka, sałata z oliwą z oliwek, sok truskawkowy własnej produkcji niskosłodzony

podwieczorek – ryżowy „styropian”

kolacja – jogurt beztłuszczowy, bułka

do picia na bieżąco: woda niegazowana, zielona herbata, mięta, rumianek, morwa biała

Prawda, że gorzej niż w szpitalu….  :mrgreen:

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje

 

 

 

Ryzyko posiadania

mała 1

…. kiedy ciocia była niemowlęciem …. foto własne

Przyrostu naturalnego u nas nie ma. Dlaczego? Powodów setka i więcej. Ostatnio modne było hasło, że dzieci to nie problem, to inwestycja. Zatem, kto nie ma co inwestować, nie inwestuje, czyli mówiąc po chamsku – dzieci nie robi.

Kiedyś obowiązywało inne hasło: „Jak Bozia da dzieci, to i na dzieci da”. I o dziwo, społeczeństwo się rozmnażało, chociaż panowała komuna. Największy powojenny przyrost naturalny? W czasie stanu wojennego, czyli w latach osiemdziesiątych. Człowiek martwił się wówczas, żeby tych dzieci za dużo nie było. Opowieści o pani kioskarce, przebijającej igłą prezerwatywy, były niczym środek antykoncepcyjny.

Dziś dziecko się planuje, a najpełniejszy obraz takiego działania mamy w serialu „Ranczo”. Wioletka stosuje kalendarzyk małżeński i mierzy temperaturę. Gdy ta podskakuje o dwie kreski, ściąga do łożnicy męża – posterunkowego Staśka wprost z ulicy, kiedy ten ma policyjną interwencję.

I tak sobie chaotycznie myślę od kilku tygodni o tych dzieciach…. Dlaczego ich nie ma?

Olśnienie! Wiem! Dzieci to nie inwestycja. Dzieci to RYZYKO!

Już uzasadniam.

Moja koleżanka wydała dziecię za mąż. Ma trochę majątku nieruchomego więc postanowiła przekazać go w formie darowizny wnukowi, który ma pojawić się na świecie. Zakomunikowała to przyszłym rodzicom i usłyszała sprzeciw: „Mamo, nigdy! A jak źle wychowamy dziecko i po uzyskaniu pełnoletności przepije lub przećpa twój majątek?”. No właśnie, dziś wychowanie dziecka to ryzyko.

Pomińmy sprawę wychowania na alkoholika czy ćpuna, wszak każdy rodzic chce dla potomka jak najlepiej. Ale jak w obecnych czasach wychować je dobrze?

Zaczyna się od problemów wieku niemowlęcego. Jeśli nasze maleństwo jest ogólnie płaczliwe lub ma tzw. kolkę, to jego ryk zakłóca spokój mieszkańców bloku. Ale żeby tylko spokój… Sąsiad, zatroskany losem płaczącego dziecka, po obejrzeniu kilku programów interwencyjnych, daje znać odpowiednim władzom, że tu i tu dziecko ryczy. W progu mieszkania zjawia się dzielnicowy z przedstawicielem ogólnie pojętej opieki społecznej i dokonuje wizji lokalnej, czy aby niemowlakowi krzywda się nie dzieje. I nawet jak się nie dzieje, odpowiednia notatka zostaje sporządzona, teczka założona, rodzina zapisana.

Kiedy maleństwo trafia do przedszkola, jest obserwowane przez jego pracowników. I nie daj boże, podczas gry w piłkę z tatą, na spacerze z mamą lub podczas zabawy z rówieśnikami dziecko upadnie, nabije sobie guza, nabawi się siniaka, zadrapań i w takim stanie przyjdzie do przedszkola… Przedszkole widząc obrażenia zawiadamia odpowiednie organa. I ponownie w domu zjawia się dzielnicowy i opieka społeczna. Tym razem pada pytanie, czy po wypadku w piaskownicy, na boisku, w parku rodzice byli z pociechą u lekarza. Nie? Skandal! Sami opatrzyli ranę? A są lekarzami, albo przynajmniej pielęgniarkami? Źle wykonują obowiązki rodzica. Jak dziecko wywróci się i skaleczy należy natychmiast… I tak oto kolejna notatka w teczce założonej trzy lata temu. Nie dziwmy się zatem, że rodzice najchętniej sadzają dzieci przed komputerem. Tu się nie skaleczą.

Potem szkoła. Pierwsze lata, podobne do przedszkolnych. Potem następuje okres burzy i naporu, czyli czas dojrzewania potomka. I teraz dopiero zaczyna się. Dziecko ma swoje prawa. Jeśli rodzic każe pomagać w pracach domowych, to znaczy, że wykorzystuje potomstwo do prac fizycznych. Jeśli nie chce kupić najnowszego modelu „komórki”, nie zapewnia dziecku odpowiednich warunków życia. Jeśli każe chodzić do znienawidzonej szkoły, niszczy jego psychikę. Taki nastolatek może złożyć skargę na rodziców z każdego powodu. Stoi za nim cała armia obrońców i odpowiednich przepisów. A co mogą robić rodzice? Nic. Zawsze okaże się, że to oni są winni. Jeśli dziecko nie ma racji oskarżając rodziców – ich wina, jeśli ma – też ich wina. Do tego w założonej naście lat temu teczce są już notatki. Dziecko  już w niemowlęctwie płakało… to jednak nie była kolka… w przedszkolu miało zadrapania i siniaki… nie od przypadkowego upadku… Teraz do akcji wkracza odpowiednia telewizja. Nagłaśnia sprawę męczonego przez lata dziecka. Milionowa widownia współczuje. Rodzicom zostają odebrane prawa rodzicielskie.

I jak tu mieć w dzisiejszych czasach dzieci? Mają je tylko odważni lub nieświadomi ryzyka…

mała 2 

.… szczęśliwe dzieciństwo…. foto własne