Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….  

Psy, rowery i ludzie

 

Na moim osiedlu, praktycznie w samym jego środku, znajduje się teren rekreacyjny zwany „Skate Parkiem”. Trudniej powiedzieć, czego tu nie ma, niż wymienić szybko to, co jest. Tu spotykają się dzieci, młodzież, dorośli. Od pięciu lat jestem regularnym bywalcem „skejtu”. Tu najczęściej spaceruję z psem. Alejek spacerowych dużo, pojemniki na psie odchody też są, ławki parkowe, a latem nawet „toy toy” przy kortach tenisowych. Ba, kochani – jeśli spadnie śnieg, zima jest gdzie zjeżdżać na sankach. Wszystko czyste, zadbane. Ot, akurat to mieszkańcy osiedla w miarę szanują, bo wszystkim służy.

Są też atrakcje dla rowerzystów i desko rolkarzy: ścieżka rowerowa, rampa, spory teren do rowerowych skoków, a dla najmłodszych – miasteczko ruchu drogowego.

Od razu zapowiadam – nie mam nic przeciwko rowerzystom. Sama na rowerze nie jeżdżę, ale mam znajomych, którzy czynią to w sposób nałogowy. I dobrze. Ja nałogowo oglądam mecze koszykówki. Takie nałogi są cenne. Wspieram budowę ścieżek rowerowych we własnym interesie. Jeśli rower będzie miał wyznaczone miejsce do jazdy, nie będzie mi przeszkadzał na chodniku dla pieszych lub moim dzieciom na jezdni.

Ale na skateparku mam czasami problem z rowerzystami. Rowerowe atrakcje nie służą tu głównie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Są przeznaczone przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Jedni zatem rekreacyjnie mają jeździć, inni – np. ja – rekreacyjnie chodzą z pieskami. I tu zaczyna się problem.

Idę sobie z pieskiem na smyczy alejką spacerową. I nagle słyszę za sobą dzwonek rowerowy. Oto cała rodzinka typu 2+2 jedzie za mną całą szerokością alejki spacerowej. No tak, na ścieżce rowerowej mieści się góra dwóch rowerzystów, a rodzinka chce wspólnie, pełną szerokością, a nie wężykiem pokonać wyznaczony przez siebie dystans. Muszę im ustąpić miejsca, bo inaczej staranują mnie i psa. Zdarza mi się nie ustępować, zwłaszcza, kiedy jeźdźcy pojawiają się z naprzeciwka. Wszystko odbywa się jak w dobrym filmie pościgowym. Kto ustąpi? Kiedyś pewien małolat wyłożył się na rowerze tuż za mną. Nie ustąpiłam. Miał do mnie pretensje, że to moja wina. Wskazałam mu ścieżkę rowerową. I wtedy usłyszałam, że się źle prowadzę i powinnam … no powiedzmy w miarę normalnie – spi…ać stąd. Żadna to nowość dla mnie. Młodzież przyjeżdżająca na rampę często trasę do niej pokonuje alejkami spacerowymi nie patrząc, kto się nimi porusza, a jeśli ktoś staje im na przeszkodzie to … jak powyżej.

Kiedyś rodzinie dzwoniącej mi za plecami zwróciłam uwagę, że od jazdy jest ścieżka. „Ale drzewa nad ścieżką za nisko rosną i trudno jechać…” – usłyszałam tłumaczenie. Rzeczywiście głowa rodziny była słusznego wzrostu i wyprostowana dotykała niebezpiecznie gałęzi. „ To proszę zgłosić ten problem do administracji osiedla. Myślę, że „zieloni” nie będą mieli nic przeciwko wycięciu kilku gałęzi” – zaproponowałam. Ludzie wzruszyli ramionami i pojechali alejką spacerową.

tytus02s

Inni zwrócili mi uwagę, że ścieżką rowerową chodzą… starsze panie z pieskami. Nie da się ukryć – ja nie chodzą, ale inne chodzą. Wtedy mówię, żeby właśnie trąbili, dzwonili i przeklinali. Psom i ludziom bez roweru na ścieżkę wstęp wzbroniony!

W czasie jednego ze ostatnich upalnych i wieczornych spacerów spotkałam policyjny patrol. Legitymował przedstawicieli średniego pokolenia, którzy ośmielili się pić piwo na ławce na skateparku, po 22.00, kiedy ciemno i przyjemno (w czasie upałów oczywiście). Nie wytrzymałam. Zwróciłam uwagę patrolowi, że od pięciu lat spacerując tu o różnych porach dnia, nigdy żadne z pijących tu piwo przedstawicieli jakiegokolwiek pokolenia nie używał wobec mnie słów uznawanych za wulgarne, żaden nie próbował wyrządzić mi krzywdy butelką, czasami owszem zdarzały się sytuacje zaczepiania. Tacy samotni starsi panowie czasami proponowali mi „dziaba”. Może więc lepiej, żeby patrol zainteresował się rowerzystami na alejkach spacerowych i pieszymi na ścieżce rowerowej. Większa szansa na mandat!