Dziecko a komunikacja miejska

trojlak

Foto  https://dolny-slask.org.pl/674942,foto.html?idEntity=523961

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.

Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.

Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.

Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.

Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!

Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!

 

 

Zbuntowany gabaryt.

śmieci

 

Odsapnijmy od polityki i zajmijmy się sprawami przyziemnymi, takimi, które na co dzień zakłócają nam życie. A jest ich sporo, oj sporo. Człowiek na przykład spaceruje z psem po osiedlu z wielkiej płyty, wielkich pustaków, śmietników i wącha. Bo one nadal śmierdzą. Mimo segregacji odpadów śmieć śmieciem pozostanie i cuchnąć będzie. Na moim osiedlu tzw. odpady „niesegregowalne” – najbardziej cuchnące – wywożone są co dwa dni, czyli w normie. A śmietnik nadal śmierdzi. Taki to los śmietnika. 

Ostatnio jednak sporo szumu zrobiło się wokół śmietników z innego powodu. Chodzi o odpady nieśmierdzące czyli tzw. wielkogabarytowe.

Z nimi jest tak: można je oczywiście usuwać z mieszkań, tego nikt nikomu nie zabroni żadną ustawą, ale nie wolno ich zostawiać przy śmietnikach. To znaczy można je ustawiać, ale tylko dwa razy do roku, bowiem dwa razy do roku na trasę wyruszają pojazdy, które te wersalki, fotele, meblościanki, zwane również segmentami, zabierają spod śmietników. (Bezpłatnie wówczas, o płatności będzie zaraz.)

Tak więc dwa razy do roku według grafiku ustalonego przez wywoźnika i zgodnie z ustaleniami z „miastem” mieszkańcy mają prawo …. właśnie… do czego…. tylko do wywalania gratów…. nie. Nie. Wprowadźmy trochę logiki. Jeśli wywalę stare, muszę kupić nowe. Jeśli trzeciego kwietnia usunę stare wyro, to również tego dnia muszę kupić nowe, żeby mieć na czym spać. No dobrze, jedną, dwie noce mogę przekimać na materacu plażowym, ale dłużej się nie da. Usuwając starą szafę mogę oczywiście majtki, spodnie i garsonki przechowywać w kartonach , ale jak długo? Logicznie rzecz biorąc mam prawo do zakupu nowych mebli dwa razy do roku i to w terminie wyznaczonym przez wywoźnika.

Praktyki wywożenia wielkich gabarytów dwa razy w ciągu dwunastu miesięcy stosowane są w wielu miastach i to wcale nie tych najmniejszych. Mam przecieki, że i w 120-tysięcznym tak jest, i w 60-tysięcznym też, o 5-tysięcznym nie wspomnę.

Wyobraźmy zatem sobie takie duże miasto robiące wymianę mebli dwa razy do roku. Ba, wyobraźmy sobie takie miasto robiące remonty dwa razy do roku, bo nie da się ukryć. Wymianie umeblowania towarzyszą z reguły malowania, przestawiania ścian itd. I ile zimą remontów w domach jest mniej, o tyle latem – bardzo dużo. W moim bloku – 32 mieszkania – obecnie prowadzone są dwa, ja dołączam za trzy tygodnie (na szczęście bez wymiany mebli).

Tak więc w mieście robota wre, byleby tylko wyrobić się w terminie wywózki. A tu jak na złość, latem wywózki nie ma, bo ktoś zaplanował ją na jesień. Co zrobić ze zużytymi wersalkami?

Niektórzy mówią, że przechować do owej jesieni. Gdzie kochani, gdzie? Na 48 metrach w towarzystwie nowej? W bloku nie ma żadnej możliwości przechowywania starych mebli.

Można co prawda tak jak moja znajoma – wywieźć na działkę i rozpalić ognisko. Dziewczyna często wspomaga biednych remontowiczów i utylizuje ich meble.

Kiedyś widziałam człowieka, który do pojemników z cuchnącymi śmieciami, wywalał pociętą na części wersalkę. Najgorzej miał ze sprężynami… Też tak można.

I oczywiście można wystawić przy śmietniku, zadzwonić, zapłacić i wywoźnik w ramach usług dla ludności meblościankę wywiezie.

I tu zaczyna się bunt społeczeństwa. Kiedy wprowadzono przepisy o segregacji odpadów, dużo mówiono oczywiście o ekologii, ale również o oszczędnościach. Obiecywano, że będzie lepiej i dla Matki Ziemi i dla jej mieszkańców z …. choroba, której to Rzeczpospolitej? Nieważne.

W sumie źle nie jest. Ludność stara się segregować. Też to robię. I płacę. Regularnie płacę za segregowane śmieci, za trzy pojemniki we własnym domu, za każdą spacer z butelkę wyrzucaną do pojemnika z napisem „szkło”, za kartony umieszczane w takim z napisem „papier”.  Nie magazynuję niczego w domu, bo nie ma gdzie. I płacę. Regularnie płacę. Inni ludzie też płacą.

Dlaczego więc mają płacić dodatkowo za wywóz szafy, jeśli chcą ją usunąć z domu w innym terminie niż wywoźnik nakazuje?

Właśnie zaobserwowałam bunt przeciwko płatnej wywózce wielkich gabarytów. Nie tylko ja. Miejscowe media też. Nawet zdjęcia w sieci były. Ludzie pod osłoną nocy, wystawiają stare meble pod śmietnik. Niektóre mają wzięcie i są zabierane, ale najgorsze pozostają i dekorują osiedle. Oczywiście wzbudziło to wielkie kontrowersje. Są ludzie oburzeni, twierdzą, że połamane krzesła przy śmietniku to wstyd i obciach. Przypominają o płatnej wywózce. Inni uparcie twierdzą, że postępują zgodnie z ustawą, śmieci segregują i płacą za wywózkę. A to, że przy śmietniku nie ma pojemnika z napisem „meble”, to już nie ich problem.

No ale problem jest. Stoją takie wersalki, szafki, szafeczki i nie ma komu się za nie zabrać. A wystarczyłoby po prostu zgłoszenie potrzeby wywózki przez właściciela starej szafy, a raz w tygodniu wywoźnik wysyłałby pod wskazane adresy ciężarówkę i zabierał wielkie gabaryty. Nie, nie będzie drożej niż dwa razy do roku wysyłanie aut pod każdy śmietnik.  

Małe miasteczko….

biedronka

Ferie mam. Siedzę sobie w takim uzdrowiskowym miasteczku leżącym praktycznie w dużym mieście. To znaczy z trzech stron to miasteczko otoczone jest miastem. Taka duża ulica w pewnym miejscu dzieli się na część należącą do miasteczka i na drugą, która oczywiście się inaczej nazywa i należy do miasta. Na granicy między dwoma ośrodkami administracji miejskiej znajduje się „Biedronka”, w której zakupy robią mieszkańcy obu jednostek miejskich i kuracjusze.I powinna jednoczyć naród…

Bo tak sobie ten układ funkcjonuje od …. lat…. chyba dwustu, bo widziałam pamiątkową tablicę poświęconą założycielowi uzdrowiska. Czasami owszem, były jakieś animozje między małomiasteczkowymi a dużymi, ale życie toczyło się normalnie. Ostatnio jednak zaiskrzyło. I nawet owad nie pomaga. 

Otóż uzdrowisko jest zagrożone, bo powietrze ponoć coraz gorsze i nie jest to aż tak mocno związane z panującą w całej Polsce atmosferą smogową. Miejscowi twierdzą, że to z powodu jeżdżących i tam i z powrotem mieszkańców dużego miasta, którzy robią sobie skróty z pracy do domu przez teren miasteczka. Wybudowano nawet obwodnicę wokół niego, ale walą tamtędy tylko ciężarowe, a osobówki nie. Oczywiście wielkomiejscy mogą przyjeżdżać do uzdrowiska na spacer, napić się wody mineralnej, skorzystać z zabiegów w zakładzie przyrodoleczniczym na przykład z takiej kriokomory. Ale tylko przejazd – nie. Całkowicie zakazać. Pytanie tylko jedno – jak taki zakaz wyegzekwować? Zawsze mieszkaniec miasta może powiedzieć, że przyjechał do miasteczka właśnie do kriokomory i szuka miejsca do parkowania. I co wtedy? Może szlabany? Może barykady? Może mur? Ogrodzenie? Teraz wszelkie odgrodzenia w modzie. Są osiedla zamknięte, jeszcze gdzieś są granice międzypaństwami na szlaban. W USA mają jakiś mur budować…. może by tak miasteczko od miasta też odgrodzić?

Wielkomiejscy twierdzą co innego. Samochody mają ekologiczne i wcale tak nie dymią, by zadymiać miasteczko. Natomiast przejazd przez nie skraca im drogę do pracy o połowę. Obwodnica jak sama nazwa wskazuje, obejmuje obwód miasteczka i trasę wydłuża. Poza tym powietrze psują stare piece węglowe znajdujące się w starych, chociaż często z nową elewacją – domach. Wszak większość budowli to przedwojenne wille, które ogrzewano paląc w piecach czym popadnie.

Przyjrzałam się najpierw samochodom sunącym przepisowo po ulicach. Praktycznie żaden nie dymił. Przed moim oknem w pensjonacie jest parking. Też nie dymi, chociaż rejestracje z różnych stron Polski. W ogóle kierowcy są grzeczni. Na przejściach zawsze się zatrzymują i mnie przepuszczają. Bez względu na rejestrację auta.

Dymu z kominów też jakby mniej niż kilka lat temu, kiedy również tu byłam. Jeśli leci to z reguły biały, no może raz czy dwa czarny, ale to był wyjątek.

Słowem nie zauważyłam nic niestosownego w zachowaniu mieszkańców zarówno miasta jak i miasteczka.

Zastanawiam się dlaczego małomiasteczkowi mają zarzuty do wielokomiejskich…. czym im podpadli…. wszak z wielkiego miasta mają kanalizację, wodociągi, komunikację miejską, gaz, prąd i kilka marketów. A może trochę się w głowach poprzewracało? Oj, żeby tylko nie trzeba było cytować Andrzeja Bursy…. „Mam w du…. małe miasteczka”


http://www.eioba.pl/a/1rg4/mam-w-d-male-miasteczka-wiersz-andrzeja-b

 

 

 

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Podróże i telefony

 Simba-Telefon-samochod_Simba,images_product,31,SI-4012466

Chcesz podwyższyć komfort podróży i obniżyć jej koszty, zwłaszcza w czasie wakacji? Wejdź na portal … i nie powiem jaki, żeby za friko reklamy nie robić. To taki współczesny internetowy auto stop. Zabawa polega na tym, że kontaktujesz się z kierowcą, który rusza w Polskę prywatnym samochodem i ma wolne miejsca. Rezerwujesz miejsce, płacisz umowną sumę w złotówkach, ( po prostu dorzucasz się do paliwa) mniejszą niż za autobus czy pociąg, i jedziesz. Korzystam z tej formy podróży i bardzo sobie chwalę. Jeździłam na trasie Biłgoraj – Białystok, Białystok – Ustka… do Warszawy – tylko w ten sposób. Do autobusu lub pociągu wsiadam jedynie wtedy, gdy na portalu brak ofert w wybranym przeze mnie kierunku. Jeden z kierowców widząc, że będzie przez blisko 500 km wiózł starszą panią, ciężko westchnął i …. ustawił przedni fotel tak, żeby było mi wygodnie. Drugi poinformował, że mamy przed sobą ileś tam kilometrów bez stacji benzynowej, może więc zatrzyma się tutaj, żebym mogła skorzystać z toalety… W sumie zawsze było w porzo i spoko. Moje koleżanki oczywiście w taki sposób nie podróżują. Boja się. Czego?

„A jak krzywdę kierowca zrobi?”

Niby taką seksualną?

„No właśnie…”

Marzycielki.

„A wiadomo, co to za kierowca?”.

Wiadomo. Znamy rejestrację samochodu, numer telefonu i opinie na portalu wystawiane przez innych pasażerów.

„A jeśli nie ma opinii?”

To trzeba mu dać szansę. Poza tym nie wierzę, żeby potencjalni mordercy, a zwłaszcza gwałciciele reklamowali swe usługi właśnie na tym portalu.

Tak więc ja sobie jeżdżę na dalekich i krótkich trasach. Natomiast znam ludzi, którzy wożą innych ludzi po Polsce. Często ruszają w różne podróże, zwykle rozrywkowo-prywatne i chcąc zmniejszyć koszty rozrywki, zabierają ze sobą pasażerów. Do tego najlepszy samochód to auto typu combi, więc bagaż też się mieści. Ludzie podróżują z kotem, psem, gitarą, koszem z jajami.

Oczywiście najciekawsi są pasażerowie. Zwłaszcza ci, którzy do celu nie dojechali, bo zrezygnowali na starcie. Taki chłopaka jedzie na przykład do dziewczyny do Bytomia. Przejazd rejestruje na portalu. Komórka zaczyna się grzać:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry.

- Pan jedzie do Bytomia?

- Tak.

- To ja poproszę o 18.00 przed Dworcem Centralnym w Warszawie.

- W Warszawie to ja będę około 17.00 i do centrum nie zajeżdżam.

- To niech pan poczeka do 18.00 i zajedzie.

- Nie mogę.

- Jak to pan nie może?! Chce pani obniżyć koszt podróży, chce pan pasażera?! To niech się pan do niego dostosuje!

- Przykro mi, ale ja jadę prywatnie i nie muszę się dostosowywać. Jeśli panu moja oferta nie odpowiada, proszę skorzystać z innej.

Po drugiej stronie zabrzmiał foch.

Inna sytuacja:

- Dzień dobry …itd. Czy jedzie pan przez Koziegłowy?

- Przykro mi, ale nie znam wszystkich miejscowości na trasie. Czy to blisko drogi A1?

- Blisko. Mnie trzeba, byś pan zjechał jakieś dwadzieścia kilometrów od autostrady.  

I znowu wyjaśnienie, że dwadzieścia w tą, dwadzieścia w tamtą, a zwłaszcza zjazdy z autostrady to już problem. Człowiek znowu nie rozumie, bo uważa, że to on robi łaskę chcąc jechać owym kursem. Znowu foch.

Klasyką w wykonaniu niespełnionych pasażerów jest tekst:

- Dzień dobry… itd. Ja bym chciała, żeby pan podjechał po mnie do tej Biedronki koło kościoła w (np.) Częstochowie. Adresu nie pamiętam, ale pan znajdzie.

pol_pl_Autobus-z-klockami-Wesole-autko-sorter-auto-ZA0650-9494_1

W tym momencie zawsze przypomina mi się telefoniczny tekst z czasów, kiedy pracowałam.

- Dzień dobry! Jak tam mój syn? Poprawił oceny?

Musiałam zadać kilka pytań, zanim załapałam, o kogo chodzi. Koleżanka pracująca w zakładzie energetycznym często odbiera telefony. Pierwsze pytanie brzmi:

- Kiedy będzie u mnie prąd?

Kiedyś, sprzedając na Allegro swoje stare ciuchy, zapytano mnie:

- Czy ma pani ubrania, które mnie interesują?

Wybierając się w podróż za pośrednictwem znanego portalu należy pamiętać, że to nie taksówka. Ludzie, czy z nami, czy bez nas i tak pojadą. Przyjemnych wakacji!

 

Wybory Zofii

Wszyscy o wyborach… nie mam wyjścia, też muszę. A więc po pierwsze ja głosuję, moja znajoma rencistka Zofia nie. W latach osiemdziesiątych ówczesna opozycja powiedziała jej, że wybory nie są demokratyczne, jej głos się nie liczy, bo i tak wszystko ustala partia. Rencistka zakodowała te słowa we krwi, psychice i na wybory nie chodzi. Dziś dodaje, że każde wybory są sfałszowane. Parę lat temu zgłosiłam ją do pracy w komisji wyborczej, żeby uwierzyła w niefałszowanie. Była w komisji, liczyła głosy, ale i tak wybory, według niej, zostały sfałszowane, bo kilka razy wychodziła do toalety. Co wtedy robili inni członkowie komisji – nie wiedziała. Na pewno fałszowali. Uświadamianie Zofii, że czasy się zmieniły i można głosować na opozycję, by stała się przewodnią siłą narodu, przypomina rozbijanie muru. Zofia jest twarda niczym beton, z którego zbudowano Wilczy Szaniec w Kętrzynie.

Jako świadoma obywatelka postanowiłam po raz kolejny przekonać Zofię do uczestnictwa w głosowaniu na władzę. Zaproponowałam spacer. Zofia chodzenia dla samego chodzenia nie uznaje. Obiecałam zatem, że po drodze sprawdzimy, o której przyjmuje dentysta, czy przyjmuje „na fundusz”, czy tylko prywatnie, bo rencistkę zaczął boleć ząb. 

Problem wyboru pojawił się już po wyjściu na ulicę. Zofia minęła „zebry” przy rondzie i postanowiła ulicę przejść w miejscu nieoznakowanym, dokładnie pośrodku między pasami dla pieszych. Dlaczego? No, bo tu przechodziła przez blisko czterdzieści lat i nadal będzie przechodziła.

Rzeczywiście, rondo jest w tym miejscu dopiero od jakiś piętnastu lat.

Poza tym przejście oznakowane jest w złym miejscu. Dlaczego? Przecież wszystko zgodnie z obowiązującymi przepisami… Bo Zofii nie odpowiada, powinno być tam, gdzie wcześniej przechodziła. Jej głos w sprawie lokalizacji przejścia dla pieszych nie został wzięty pod uwagę. „A komu zgłaszałaś postulat namalowania zebry tutaj, a nie tam”? – zapytałam próbując powstrzymać Zofię od wkroczenia na jezdnię.   Oczywiście, że nikomu. Nikt i tak nie posłucha. „Oni” nigdy nie słuchają i robią, co chcą.

Na znak protestu rencistka, poruszająca się przy pomocy kuli, powolnym krokiem weszła na jezdnię. Do pokonania miała w sumie cztery pasy drogowe, dwa w jedną stronę, dwa w drugą. Wróciłam do ronda, wstrzymałam oddech. Na szczęście ruch był niewielki, kierowcy nie-piraci i zatrzymywali się przez kroczącą przez jezdnię Zofią. Jeden zatrąbił, drugi posłał siarczystą wiązankę. Ja rozpoczęłam modlitwę. Myślałam, że koleżanka zatrzyma się na pasie zieleni, oddzielającej kierunki jazdy. Nic z tego. Poszła dalej, zatrzymując się dwa razy po drodze. Znowu kilka klaksonów i parę k….

pol_wypadek_znak_640

Spotkałyśmy się po drugiej stronie. Zofia oczywiście odpowiednio oceniła kierowców, którym pakowała się pod koła „Chamstwo, brak wychowania i szacunku dla starszych!”. Głośno zaprotestowałam, próbując uświadomić koleżance, że to ona znajdowała się w miejscu przeznaczonym dla aut i kierowcy mieli prawo trąbić i kląć. „A dlaczego nie zatrzymałaś się na trawniku?” Bo nie lubi stać pomiędzy jadącymi samochodami. „To lepiej pakować się im pod koła, no nie!” Pod jakie koła, pod jakie koła, a zresztą niech kierowcy uważają na pieszych. A po co w ogóle te cztery pasy, kiedyś były w tym miejscu dwa i było dobrze. „Teraz większy ruch, więcej aut”. No tak, teraz tylko auta i auta, na jezdni auta, przed kamienicą auta, na parkingach auta, same auta, pieszy już się nie liczy.

Przemilczałam. Doszłyśmy do gabinetu dentysty. Był zamknięty. Oczywiście, że ten fakt rencistkę zdenerwował. Bo kiedyś to dentysta był cały czas otwarty. „Kiedy tak było?”. Dawno. „Ale ten dentysta przyjmuje tu dopiero od roku…”. Zofia pomyślała. „Powinien być cały czas, nie chce mu się pracować”. Zaproponowałam, aby poszukać w okolicy innego dentystę. Będę miała więcej czasu na przekonanie Zofii do głosowania.

I to był mój błąd. Następny dentysta przyjmował w centrum dzielnicy, gdzie znajdowało się duże skrzyżowanie ze światłami. Zofia postanowiła nie czekać na zielone, bo za długo było czerwone. Wpakowała się zatem na jezdnię na czerwonym. Tym razem oberwało się i mnie. Ludzie widzieli, że szłyśmy razem. Policja, gdzie jest policja! Może jak raz Zofia dostanie mandat, to nauczy się odpowiedniego poruszania po ulicach. Policji nie było. Dentysta był, wyznaczył termin wizyty. Ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zapomniałam o wyborach prezydenckich, myślałam tylko o tym, żeby cenne własne życie zachować, bo Zofia stwierdziła, że jej na życiu nie zależy.

w srodku miasta

Wieczorem opowiedziałam synowi o sposobie poruszania się rencistki po ulicach naszego miasta. Przyznał, że to nie młodzież rozmawiająca przez „komórki”, a właśnie starsi ludzie najczęściej przechodzą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Dlaczego? No właśnie, dlaczego dokonują takiego wyboru?

foto – Centrum Wałbrzycha – Plac Grunwaldzki

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl