Dziecko a komunikacja miejska

trojlak

Foto  https://dolny-slask.org.pl/674942,foto.html?idEntity=523961

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.

Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.

Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.

Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.

Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!

Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!

 

 

Powrót do przeszłości

 wchodzę do szkoły

Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu już nie ma… foto z 2008 roku

Jasne, że do mnie zwracają się młodsi stażem nauczyciele, by zapytać o tę nową reformę w szkolnictwie! Jasne – jestem przecież z pokolenia, co to nie jedne reformy, slipy i stringi widziały i w nich pracowały. Zatem, żeby tak nie każdemu z osobna, po ileś razy to samo, piszę!

Więc jest tak, no było kiedyś tak:

Pierwsza reforma, która osobiście mnie dotknęła, to był rok 1961 i wprowadzenie podstawowej szkoły ośmioklasowej. Parę z moich koleżanek w podobnym wieku (na starość wiek się wyrównuje) chodziło do Szkoły Podstawowej nr 4 przy ulicy Świerczewskiego 100 w Wałbrzychu tylko siedem lat. Ja – osiem, miałam być od nich mądrzejsza o ten rok. Dziś żadnej różnicy nie widzę. Skleroza ta sama.

Ale już w 1973 powstała nowa idea – szkoła podstawowa dziesięcioletnia. Mówiono o niej przez kilka lat. Zdążyłam zdać maturę, nie dostać się na studia i podjąć pracę na wsi, jako taka siłaczka (patrz – Żeromski). Na wsi zastałam kolejny etap reformy – zbiorcze szkoły gminne. W stolicy gminy była szkoła główna, we wsiach – jej filie. Był dyrektor gminny i dyrektorzy szkół. W gminnej były narady, rady i balangi z okazji Dnia Nauczyciela. Na takie balangi woził nas wyznaczony przez sołtysa rolnik ze wsi macierzystej. Fajnie było. I tak sobie przepracowałam kilka lat w tych gminnych, obserwując równocześnie, jak oddala się idea „dziesięciolatek”. A przecież już w rękach miałam program nauczania języka polskiego w takiej szkole! Nawet mnie się podobał. Dlaczego idea padła? Nie pamiętam.

W każdym razie pracowałam w zwykłej podstawówce. I też fajnie było. Gdy gruchnęła informacja o powstaniu gimnazjum, szybko zwiałam do szkoły średniej. Bo moi kochani, ja od zawsze byłam przeciwko gimnazjom… Dla mnie to nie były reformy, to były stringi.  I w ostateczności w gimnazjum wylądowałam, moje obawy sprawdziły się, a ja w tej szkole, mając dosyć nauczania, swą karierę nauczycielką zakończyłam.

Dzisiaj mówi się o kolejnej reformie… zaraz, zaraz, jakiej reformie? Przecież to klasyczny powrót do  roku 1961! Będziemy ponownie mieli klasyczną podstawówkę! Młodzi się boją. Czego – pytam się. Wszak większość taką szkołę kończyła. Ci z gimnazjum pewnie nie załapali się do szkoły jako nauczyciele, bo trafili na reformę emerytalną, w związku z którą, nauczyciele na wcześniejszą emeryturę nie mogą odejść i nadal uczą.

Nie, moi kochani przeciwnicy powrotu do szkoły w PRL-u, nikt nie wrzuca do jednego wora dzieci i młodzieży. Jak mnie skleroza nie myli, maluchy zawsze uczyły się na parterze. Ba, ja w klasach I – II uczyłam się w zupełnie innym budynku. Na parterze dzieciaki miały specjalnie dostosowana dla nich toaletę, czyli wszystko było mniejsze. Nikt ze starszych tu nie zaglądał, bo i po co? Czy ktoś z was pamięta, żeby łaził do smarkaterii? A jak się jakiś zabłąkany nastolatek trafił, to momentalnie go przeganiano. Za to maluchy były źródłem wiedzy wszelakiej! Ileż to razy korzystałam z ich detektywistycznych usług przy poszukiwaniu sprawcy szkolnego przestępstwa! Dzieciaki dokładnie świat obserwowały i donosiły.

nauczanie początkowe

budynek z klasami I-II Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu – obecnie przedszkole – foto z 2008

Przez osiem lat nauki w jednej szkole, w jednej klasie, człowiek zżył się ze sobą. Po latach bardziej pamiętam czas „podstawówki” niż liceum. Zwłaszcza ósmą klasę. Było się najstarszym w szkole i „rządziło”. Ale zanim się nastolatek rozkręcił, trafiał do szkoły średniej i jego zapędy w kierunku posiadania szkolnej władzy osłabły. Znowu był najmłodszy. I starsi wskazywali mu miejsce w szeregu.

Jako nauczyciel nieźle pamiętam uczniów z licznych klas „podstawówki”. Z reguły uczyłam ich pięć lat. Kochani gimnazjaliści, wybaczcie, mieszacie mi się, nie poznaję was na ulicy… to były tylko trzy lata…Niedawno spotkałam swą byłą gimnazjalistkę. Zapytałam o innych z jej klasy. Przyznała  się bez bicia – kontakt ma z ludźmi z „podstawówki” – sześć, a nawet siedem lat w jednej klasie. Trzyletnie gimnazjum i takie samo liceum mocnych więzi nie wytworzyło.

W gimnazjach rzeczywiście skupiono ludzi w wieku „burzy i naporu”. Wraz ze zmianą sposobu wychowywania dzieci, szkoły te stały się mieszanką wybuchową. Problemy, kłopoty, bunty nastolatków – cecha całej szkoły. W dawnej „podstawówce” nastolatków było mniej. Łatwiej można było nad nimi zapanować. Długo i namiętnie mogłabym wspominać czasy gimnazjalne od tej strony…

Przeżywając kolejne reformy w moim życiu, nie zmieniło się tylko jedno – ciągle uczyłam, że „pana Tadeusza” napisał Mickiewicz.

Zatem moi kochani młodzi nauczyciele…. Nie bójcie się kolejnej reformy, która reformą nie jest. To tylko powrót do starego porządku. Nie wszystko w „komunie” było złe, obecny rząd to docenia, tylko się jakoś nie chce do tego przyznać.

Jest jednak ważne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – czy nas, naród polski stać obecnie na kolejna reformę oświatową?

 

Gdzie się podziały tamte podwórka?

podworko

moje podwórko z okna mojego mieszkania – 1969 r.

Dziś za oknem piękna, wiosenna pogoda…Spacerując z psem, zauważyłam gromadki dzieci bawiące się przed blokiem. Mamy, babcie i opiekunki przyprowadziły je ze szkoły i nauczanie zintegrowane wyszło „na dwór”. Bo, czy wyszło na podwórko, to już mam wątpliwości…

Akurat na moim osiedlu dzieci i młodzież mają sporo miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu (o ile nie powieje wiatr od oczyszczalni ścieków rzecz jasna). Jest „skate park” z boiskami, ławkami, trawnikami, plenerową siłownią, są liczne place zabaw, o jakich mi w wieku wczesnoszkolnym nawet się nie śniło, bo nie wiedziałam, że takie coś w ogóle mogło istnieć. Ale czy to jest podwórko?

Moje podwórko było ogromne! Mieszkałam w Wałbrzychu na poniemieckim osiedlu z lat trzydziestych, które do dziś zachwyca architektów. Sposób ustawienia kamienic, rozplanowania ulic godny naśladowania. Moje podwórko znajdowało się w kwadracie czterech ulic. Jedynie z dwóch stron można było wjechać samochodem. Pozostałe dwie były tylko dla „ruchu” pieszego. To zapewniało nam bezpieczeństwo, chociaż, tak na dobrą sprawę, ruch kołowy na „jezdni” był wówczas niewielki. Natomiast poza podwórkiem byla ruchliwa ulica z bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniem. Mówiło się potocznie „po drugiej stronie” i właśnie na ową „drugą stronę” młodocianym wychodzić nie było wolno. Tak nakazali rodzice. Tak, moi drodzy, tylko nakazali, nie wyjaśniali, nie tłumaczyli, nie stosowali żadnej metody pedagogiczno-wychowawczej. „Nie wolno i koniec!” – do dziś pamiętam te słowa jako odpowiedź na pytanie „A dlaczego nie wolno?”. O dziwo, tak rodzic budował sobie autorytet. Zakaz był łamany sporadycznie.

Na podwórku spędzaliśmy masę czasu. Większość z nas miała niepracujące mamy i do przedszkola nie chodziliśmy. Tak, tak moi drodzy… przedszkola były taką fajną przechowalnią, a nie miejscem edukacji. Edukowało nas podwórko. Nikt również zabaw nam nie organizował. Jakoś tak same do głowy przychodziły. Takie na przykład zabawy tematyczne, opisywane w podręcznikach psychologii rozwojowej, były bardzo często przez nas realizowane. Ja, z racji wzrostu i z powodu braku odpowiednich chłopaków w grupie, grałam zawsze rolę ojca. Mój młodszy brat – młodszego płaczliwego brata. Wiesia była mamą, Krysia chyba ciocią, a potem, kiedy poszła do szkoły, została panią nauczycielką podczas zabawy w szkołę. To na podwórku nauczyłam się czytać i pisać bazgrząc pierwsze litery na brudnej ziemi.

O właśnie brud… Wałbrzyska ziemia była wówczas brudna w sensie dosłownym. Sprawiała to obecność koksowni, z których pył spadał na miasto (kopalnie nie zanieczyszczają atmosfery). Będąc latem praktycznie cały dzień na podwórku, też byliśmy brudni. Grzebiąc się w brudnej ziemi (piasek kojarzył się nam najwyżej z Bałtykiem), ręce myjąc głównie przed obiadem i wieczorem, nie zapadaliśmy na żadne choroby przenoszone drogą „ręczną”. Czasami wpadaliśmy do domu po pajdę chleba z masłem i cukrem. Ręce wycierało się o sukienkę lub bluzkę i jadło, jadło tę smaczną kanapkę wytartymi dłońmi. Do dziś nie mogę zrozumieć fenomenu braku zakażeń, biegunek, niestrawności. O zabawie w błocie po deszczu już wspominać nie będę. Za pozwolenie na coś takiego, dzisiaj pewnie rodzicom groziłoby odebranie praw  rodzicielskich.

Kiedy dorastaliśmy, zmieniały się nasze zabawy. Chłopaki kopali piłkę, dziewczyny skakały na skakance, odbijały piłkę o ściany kamienicy. Była gra w „palanta”, „wyścig pokoju”, rysowało się „klasy” i „chłopka”. W wieku blisko młodzieżowym, co niektórzy ukrywali się wśród krzaków i drzew, by zapalić lub pościskać się z osobą płci przeciwnej. A było gdzie się na naszym podwórku poukrywać! Zabawa „w chowanego” dotyczyła każdego rocznika.  

Zima też byliśmy na podwórku. Nasze miało swoją górkę do zjeżdżania na sankach. Kiedy towarzystwo wracało ze swych szkół, brało sanki i szło na górkę. Panował wrzask, który nikomu nie przeszkadzał.

Czy ktoś nas na podwórku pilnował? Oczywiście, że tak! Pilnowali rodzice, ale nie wszyscy naraz. Czasami wystarczyły dwie mamy siedzące w oknach wychodzących na podwórko. Ogarniały je całe i pilnowały wszystkich dzieci. Uwaga zwrócona przez sąsiadkę miała nawet większą wartość niż „mamusiowa”. Potem czekała jeszcze riposta od mamy, bo oczywiście sąsiadka informacji mamie udzieliła. Tak, tak moi drodzy… sąsiad miał prawo zwrócić uwagę każdemu dziecku.  

W mojej klatce schodowej mieszkała starsza pani posiadająca lornetkę. Była postrachem podwórka. Jeśli chciało się coś na diabła zrobić, najpierw zerkało się na jej okno. Jest czy nie ma? Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie coś nazywa się monitoring, bo pani pamięć do złych wyczynów miała znakomitą.

A gdy zapadały ciemności, z okien rozlegały się okrzyki nawołujące do powrotu:

„Grażyna do domu!”

„Jeszcze chwileczkę!”

„Natychmiast!”

„Jeszcze pięć minut!”

„Natychmiast!”

Nikt nie chciał podwórka opuszczać.

Gdzie się podziały tamte podwórka?  Są nadal. Moje też jest. Ale jakieś inne. Nie ma sąsiadów pilnujących rozbawionych dzieci, nie ma nakazów, zakazów bez wyjaśnień, zabaw  w brudnym piachu i kanapek z cukrem…

ogińskiego

moje podwórko – 2010 r.

Nie ma i już nie będzie… I nie ma już mapy do tamtego świata…    

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica

Kibel nasz codzienny…..

 

68569d212cdf97d0fe1287e86740ec51

Jakieś osiem czy dziewięć lat temu, podczas posiedzenia Rady Pedagogicznej w macierzystej szkole, z mozołem i uporem godnym lepszej sprawy, ustalaliśmy całą serię procedur. Mój organizm, będący wówczas w stanie aktywnego przekwitania, nie wytrzymał psychicznie i fizycznie. Z odciskami na tylnej części ciała i perspektywą odcisków na mózgu, zaproponowałam, żeby jeszcze ustalić procedurę, czyli przepisy prawne ustalające postępowanie, w przypadku wyjścia do ubikacji. Dyrektor pominął milczeniem wniosek, reszta koleżeństwa, również milcząco, przyznała mi rację.

Lata minęły. Sytuację z wyżej wymienioną procedurą przypomniałam w jednym ze swych tekstów na blogu. I oto jedna z czytelniczek napisała, że takowe przepisy są!

Nie uwierzyłam. Napisałam notkę na facebooku, prosząc o informację swych internetowych znajomych. Potwierdziło się. W szkołach istnieją opisane i zatwierdzone procedury wyjścia do kibla zarówno dzieci jak i nauczycieli. Koleżanka przedstawiła swoją procedurę: jeśli któremuś z dzieci w klasie drugiej zechce się na lekcji siusiu, piszczy i wrzeszczy, że nie wytrzyma, pani musi przerwać zajęcia, zebrać klasę i wspólnie maszerować do wiadomego przybytku. Dziecko bowiem nie ma prawa samemu iść do toalety, zaś nauczyciel nie ma prawa zostawić pozostałych uczniów samych w klasie, by przypilnować tego w ubikacji.

Idąc tym tropem zajrzałam do wyszukiwarki internetowej. Ilość informacji o zatwierdzonych procedurach wyjścia do, za przeproszeniem, sracza powaliła mnie.

Oto kilka.

1 (…)W przypadku, gdy uczeń chce wyjść do toalety w czasie lekcji, zwracamy uwagę na częstość (co to za słowo?) wychodzenia ucznia, obserwujemy wyjście ucznia przez uchylone drzwi, informujemy, że przerwa jest przeznaczona do tego celu.  

A co się stanie, jeśli nauczyciel nie uchyli drzwi lub nie poinformuje, że czas na pobyt w toalecie jest podczas przerwy? Jakie konsekwencje mu grożą? Dlaczego trzeba uczniowi za każdym razem o tej przerwie przypominać, uczeń taki tępy, że nie zakumał od razu?  Które drzwi ma uchylić belfer? Jak wypełniać podstawowy obowiązek, czyli prowadzenie zajęć patrząc na ucznia zmierzającego lub korzystającego z toalety? Nie patrzeć na pozostałych uczniów w klasie? Postarać się o zeza? Jasne, że się czepiam. Ale jak procedura ma uwzględniać wszystkie sytuacje, to trzeba wszystkie przedstawić.

2. Nauczycielowi nie wolno podczas pracy z dziećmi ani na chwilę zostawić ich samych. Gdy nauczyciel musi wyjść np. do telefonu, do toalety; grupą powinna zając się osoba z personelu pomocniczego (np. woźna). Nauczyciel powinien ograniczyć swoją nieobecność do minimum. Nauczyciel musi umieć przewidzieć ewentualne skutki swojej nieobecności.

W przypadku tej procedury zafascynowało mnie ostatnie zdanie. Nauczyciel odpowiedzialność ma zapisaną proceduralnie, bo nauczyciel to idiota, któremu trzeba odpowiedzialność zapisać. Jeśli tego w procedurze nie będzie, belfer już skutków nie przewidzi. Jak ja pracowałam ponad dwadzieścia lat bez takiego przepisu? Fatalnie, fatalnie, ale wiadomo …. komuna i postkomuna….

3. Ten punkt znalazł się w tekście pod tytułem „Procedury szkolne w sytuacjach zagrożeń”

Procedura 1. 2 W przypadku, gdy uczeń w czasie lekcji potrzebuje wyjść do toalety:

-  W sytuacjach koniecznych nauczyciel zezwala uczniowi na opuszczenie klasy.

-  W przypadkach złego samopoczucia uczniowi towarzyszy przewodniczący, zastępca lub inny  uczeń wskazany przez nauczyciela.   

Wyjście do kibla znalazło się w towarzystwie procedur związanych z agresją, narkotykami, chorobami, pożarem …. Podobnie jak w tym przypadku:

4. Procedury postępowania na wypadek wyjścia ucznia z lekcji

W czasie lekcji na korytarzu szkolnym przebywa pracownik szkoły, który w nagłych przypadkach odprowadza ucznia do toalety lub pani higienistki, według ustalonych zasad. Nauczyciel może zadzwonić do sekretariatu szkoły i poprosić o przysłanie pracownika na lekcję.

• Nauczyciel prosi do klasy pracownika szkoły.

• Pracownik szkoły zabiera ucznia do toalety lub higienistki szkolnej.

• Po udzieleniu pomocy uczniowi przez higienistkę szkolną lub skorzystaniu przez ucznia z toalety pracownik szkoły przyprowadza go do klasy.

• W razie konieczności higienistka szkolna lub wychowawca klasy telefonicznie kontaktuje się z rodzicami ucznia.

W przypadku zatwardzenia na przykład.

Trzydzieści siedem lat temu rozpoczynałam pracę nauczyciela w wiejskiej szkole ze „sławojką” za płotem. Były dwie „kabiny”: jedna dla uczniów, druga dla nauczycieli. Procedur nie było. Wszyscy przeżyli. 

narty

Sześciolatki a sprawa większej ławki

szesciolatek

 foto – internet

Już dawno miałam napisać o sześciolatkach, ale nie miałam zgody sześciolatka. W wyniku licznych nalegań, próśb, krzyków, błagań czyli ogólnie pojętej upierdliwości, takową zgodę uzyskałam. Bo mój sześciolatek nie chciał być wplatany w wielką wyborczą politykę. Bo mój sześciolatek uważa, że nie powinnam wywlekać spraw prywatnych na forum blogowym. Na szczęście mój sześciolatek, podobnie jak i ja, uważa, że szum wokół sześciolatków od początku ma podłoże polityczno-gospodarcze. W wyniku czego zgodę na tekst blogowy wyraził. Bo jest tak:

W szkołach powiało pustką z powodu niżu demograficznego. Trzeba szkoły zapełnić, nauczycielom i personelowi pomocniczemu dać pracę. Dlaczego nie zwiększono ilości przedszkoli? Łatwiej bowiem przenieść panią przedszkolankę do pracy w szkolnej świetlicy niż nauczyciela matematyki nauczyć piosenek i zabaw dla przedszkolaków. Koszt niewielki. Co, uważacie, że przygotowanie sal lekcyjnych na przyjęcie maluchów to taki wielki wydatek? Nie przeginajmy. Sześciolatek aż tak bardzo nie różni się od siedmiolatka. W szkole podstawowej, w której pracowałam dawno temu, na parterze były niższe „toalety” dla nauczania początkowego. W klasach – niższe ławki i oczywiście dywan, na którym owe najmłodsze nauczanie siadało podczas niektórych lekcji. Budowa placów zabaw? Na moim osiedlu jest ich tyle, że tutejsza „podstawówka” nie musi budować własnego. Poza tym szkoły miały już w swoich progach sześciolatki w postaci tzw. „zerówki”. Doświadczenie jest? Jest!

Drugi powód, polityczny, chyba komentarza nie potrzebuje. Rząd wprowadza obowiązek szkolny, opozycja zgodnie z faktem, że jest opozycją mówi „Nie”. Jedni powołują się na Europę, bo tam większość rozpoczyna edukację w wieku sześciu lat. Drudzy odwołują się do pojęć związanych z wolnością (wyboru przez rodziców) i swobodą (takie jest dzieciństwo). Jedni i drudzy walczą o władzę. Mamy czas wyborów. Część rodziców macha ręką, bo im obojętne, czy poprowadzi dziecię do przedszkola, czy do szkoły. Uważa, że potomstwo jest zdolne i da sobie radę w szkole. Druga część protestuje. Uważa, że jego potomstwo nie dorosło jeszcze do nauki. Ma do tego prawo.

I teraz czas na mego sześciolatka. Leży na kanapie z laptopem na kolanach. Odpoczywa po powrocie z pracy. Ma trzydzieści lat i dwadzieścia cztery lata temu był sześciolatkiem rozpoczynającym naukę w szkole.

Było to w czasach, kiedy obowiązku dla takich jak on nie było. To ja zadecydowałam za synka. Po prostu – mam dwoje dzieci rok po roku i dla własnej, egoistycznej wygody stwierdziłam, że wygodniej będzie posiadać dwoje dzieci w jednej klasie niż każde w osobnej. Zgłosiłam chęć wysłania syna do szkoły, razem ze starszą o rok córką, do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Tam psycholog i pedagog „przebadali” moje dziecko, potem pogadali ze mną. Problem był, bo syn do tzw. „zerówki” nie chodził. Tymczasem całkiem nieźle czytał, dobrze liczył, posiadał sporo wiedzy. Czy uczyłam go? „Nie, dziecko uczyło się samo poprzez zabawę, pytając siostrę lub mnie. Ot, taki samouk”.

I tak synek-sześciolatek wylądował w szkole. Żaden geniusz, żaden odkrywca. Normalny chłopiec. Tyle tylko, że wyrośnięty… już w drugiej klasie nie mieścił się w małej ławce… I problem był odwrotny, potrzebna była większa ławka…

Dziś, leżąc na kanapie, dorosły mężczyzna o wzroście 195 cm, nie bardzo może zrozumieć, dlaczego współczesne sześciolatki są, no delikatnie, nieco mniej mądre niż on. Potwierdzam. Przecież świat idzie do przodu i kolejne pokolenie powinno posiadać większą wiedzę i umiejętności niż poprzednie. Następna sprawa: odraczanie obowiązku szkolnego przez rodziców, którzy to uważają, że ich potomstwo do szkoły nie dorosło… Mój sześciolatek, otrzymując papier uprawniający go do pójścia do szkoły, był niezwykle dumny, że jest …. mądrzejszy niż koledzy z grupy przedszkolnej. O sobie nie wspomnę. Wiele lat temu był to dla mnie powód do dumy. Patrzcie, mój chłopiec idzie już do szkoły!

A teraz… odroczenie… dziecko nie dorosło… rety, jak los spotka to maleństwo, jak złośliwi koledzy odkryją, że miał odroczenie i jest o rok starsze… Chyba że teraz dzieci sobie nie dokuczają.

A co ze straconym dzieciństwem? „Synku, nie żal ci straconego roku w przedszkolu?” – zapytałam swego sześciolatka. Podniósł wzrok znad laptopa, spojrzał i pokiwał głową. Wszystko zgodnie z kultowym twierdzeniem: ”Zmień dealera lub bierz połowę.”

I tym akcentem kończę osobisty zapis na moim blogu. Wezmę całość.