Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Cegłą w mur

wall30th_big

 

Pod choinkę Mikołaj przyniósł mi winylową reedycję słynnego albumu grupy Pink Floyd „The wall”. Podczas słuchania odżyły wspomnienia. Zwłaszcza słynny kawałek „Another brick in the wall” – tylko cegła w murze… Klasyczny protest song przeciwko …. szkole.

“Hey, Teacher, leave us kids alone !” czyli “Hej nauczycielu, zostaw nas dzieci w spokoju!”

„My nie chcemy edukacji i kontroli naszych serc!” – krzyczało pokolenie lat 80-tych…

Ja też sobie kiedyś pokrzyczałam… Bunt przeciwko szkole wyraziłam, kiedy byłam już nauczycielem. Doświadczonym. Ze stażem. W gimnazjum. A było to tak:

W ramach uroczystości szkolnych przydzielono mi przygotowanie tzw. części artystycznej na uroczystość zakończenia roku szkolnego przez  uczniów klas trzecich.

Wymyśliłam kolejną z rzędu inscenizację. W oparciu o „Zemstę” Fredry. Nauczyciele to Cześnik, uczniowie Rejent, czy odwrotnie, nie pamiętam. Naczelne miejsce na scenie zajął mur graniczny. Wiadomo, taka barykada między uczniami a nauczycielami. Przerobiłam tekst fredrowski na uczniowski, wybrałam „aktorów” i rozpoczęliśmy próby.  W sumie inscenizacja nie wymagała oprawy muzycznej. Ale kiedy ujrzałam wykonany ze styropianowych cegieł mur – olśniło mnie. Mur, ściana, the wall, Pink Floyd… W głowie pojawił się iście diabelski pomysł. A gdyby tak zacząć przedstawienie słynnym protest songiem? Powiedziałam o tym uczniom. „Nie przejdzie ten numer. Cenzura zatrzyma. Pani zna tekst?” Oczywiście, że znam. Wszak płyta pochodzi z 1979 roku, a ja już wówczas na świecie byłam. Ale jest jedna szansa, żeby cenzura, znaczy się inni nauczyciele nie wstrzymali emisji przeboju na szkolnej imprezie.

Najpierw uczniowie musieli walnąć się w piersi i przyrzec, że wszystko, co powiem, zostanie utrzymane w największej tajemnicy. Otóż kochana gimbazo, oni mogą po prostu nie znać utworu, filmu z przerażająca wizją utworu lub tłumaczenia tekstu. Fanami Pink Floyd byli ongiś tacy ludzie jak ja, klasyczna rockwoman. Trzeba więc zaryzykować. Cenzura, czyli dyrekcja na rockową nie wygląda. Raczej taka klasyczna. A plan B, czyli jakiś inny utwór będziemy mieć w zapasie.

Dyrekcja scenariusz zatwierdziła. Nawet nie zapytała o utwór muzyczny, którego tytuł widniał na pierwszej stronie jako wstęp.

Nadszedł dzień występu. Najpierw przyjechała ekipa ze sprzętem nagłaśniającym. Wśród fachowców – były uczeń. Kiedy porozstawiano wszystkie głośniki i mikrofony, poprosiłam o przesłuchanie płyty z ową  cegłą w murze. Wytłumaczyłam, że chodzi o odpowiedni poziom głośności. Chłopak włączył, a ja spacerowałam po sali gimnastycznej udając przysłowiowego wariata, że niby tu za cicho, tu za głośno. W gruncie rzeczy chodziło mi o „puszczenie” utworu w obecności zbierających się na uroczystość nauczycieli. Zakumają czy nie zakumają? Żadnej reakcji. Z wyjątkiem byłego ucznia: „Pani to puści?” – zapytał z niedowierzaniem. „Jasne, to początek części artystycznej”. „I szkoła pozwoliła na taki utwór?” Uśmiechnęłam się.

I tak oto po nudnej części oficjalnej, w murach szacownego gimnazjum zabrzmiał rock w najlepszym wydaniu.

 

Uczniowie byli zachwyceni. Większość znała utwór. Zacne grono pedagogiczne też znało, ale chyba nie wiedziało, o co tak naprawdę biega w tym tekście. Jedynie pani od muzyki, młoda dziewczyna, pokiwała głową, a potem pogratulowała mi … odwagi.

I tak zrealizowałam swój bunt przeciwko szkole. Właśnie wówczas rozpoczynała się epoka „innej” szkoły. Od nauczycieli zaczęto wymagać setek programów, opisów, słynnych procedur. Pracowałam głównie w klasach integracyjnych. Tutaj papierologia sięgnęła szczytu. Na początku roku szkolnego dyrekcja zarządziła dostarczenie przez nauczycieli w wersji papierowej wszystkich w/w dokumentów plus kilku innych. Przyniosłam dyskietkę i oznajmiłam, że oczywiście mogę to wszystko wydrukować, ale to 170 stron… W owych stronach i programach zaczynał ginąć uczeń…

Zbuntowałam się również przeciwko swym kolegom – nauczycielom. Nieświadomi niczego wysłuchali szkolnego protest songu. Ot, taka zemsta polonistki, która słucha rocka i jest kibolem, zamiast wzdychać do poezji romantycznej…

I tak mi już zostało… Chłopak, który ustawiał mi wówczas „głośność” na sali gimnastycznej, jest dziś raperem. Bywam na koncertach PsG Kliki. Właśnie nagrali płytę. Premiera już wkrótce. Będę tam.

12371106_478105469066157_2445643663470029937_o



 

Seks, seks, seks! Tylko dla dorosłych

 

Tyle się dzieje. Nie nadążam. Początek dnia jest spokojny i ustalony od dawna. Budzi się człowiek rano, wyprowadza psa, pije wodę z cytryną, czyta o przygodach pana Samochodzika. Potem je śniadanie i włącza laptopa. A tu … rety… ktoś kogoś za coś w celu bez celu dla zasady wbrew zasadom nocą w dzień … Gorąco. Duszno. Pot na całym ciele. Jak w okresie przekwitania. Trzeba chyba wrócić do hormonów.

A olać to wszystko! Pogadajmy o du…Maryni – ryknął mi wczoraj na czacie kumpel. No tak, kiedyś temat seksu i przysłowiowej du… Maryni był  najbezpieczniejszym tematem do rozmów. Zwłaszcza  o intymnym współżyciu mrówek i obcych, o rozmnażaniu poprzez kapustę i za pomocą bociana. Du… była tematem żartów mniej lub bardziej udanych. Nikogo nie obrażała. Nikomu krzywdy nie robiła, bo każdy ją ma. Czasami ktoś się oburzył, bo tematy związane z du… urażały jego uczucia. Dawała sobie jednak z tym radę.  

Ale nie teraz. Oto sprawa w/w części ciała i nawiązujący do niej seks ( a to słowo można pisać w całości?) poruszyła VIPowskie szczyty. Wiecie o co chodzi, o słynny wrocławski teatr i słynny spektakl…

12241404_542501385916821_6968793714121665933_n

Andrzej Pągowski – plakat z 1981 r.

Bywałam już na przedstawieniach, w których po scenie biegali nadzy aktorzy. Raz uznałam, że zupełnie niepotrzebnie, bo niczego istotnego do sensu spektaklu nie wnieśli. Raz – byli mi zupełnie obojętni. Ale dwa razy zdarzyło się, że nagość była w pełni uzasadniona. W tej wyliczance ważne jest jednak, że na widowni byli ludzie o zupełnie odmiennym zdaniu. Komuś się podobało, ktoś znalazł sens.

We wrocławskim teatrze nie byłam i pewnie nie będę. Nie po trasie, a forsy na eksperymentalne wyjazdy nie mam. Wiem jednak, że sztuka jest nieobliczalna, a seks stanowi jej nieodłączny element.

Bez wątpienia prym wiodła zawsze literatura. Kto z nas nie czytał ukradkiem słynnej trzynastej księgi Pana Tadeusza? A pełna niecenzuralnych wyrazów twórczość Fredry? A Leśmian i jego „Malinowy chruśniak”? Lektura obowiązkowa. Bardziej obeznani z poezją znają twórczość Jana Andrzeja Morsztyna, faceta z XVII wieku. A nasz Adaś Narodowy i jego „Świtezianka”? Jako były nauczyciel pamiętam do dziś pytania uczniów na temat tego, jak robił to strzelec z dziewczyną na środku jeziora. Przeca dopuścił się zdrady i został za to strącony w otchłań wodną. Malarstwo…tu można długo i namiętnie. Taki np. „Szał uniesień” Podkowińskiego to czysty s… i to jeszcze dodatkowo na koniu. Akty męskie i kobiece… Adam i Ewa w raju… ba, nagi Adaś w Kaplicy Sykstyńskiej…

szał

 

„Szał uniesień” Władysław Podkowiński

Bo seks to nie tylko jedna wiadoma sprawa…

„Samo słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika sexus, oznaczającego płeć biologiczną (…)W języku potocznym słowo to w dużym stopniu wyparło częściej dawniej używane w Europie słowo erotyka”.

A jeśli chodzi o erotykę to ludzie są bardziej pobłażliwi. Wydaje im się spokojniejsza i ładniejsza. I tu dochodzimy do sedna sprawy wrocławskiego teatru.

Gdyby na afiszu napisano, że będą „sceny erotyczne”, wrzasku by nie było. Nawet w teatrze elżbietańskim, kiedy scenę erotyczną odgrywało dwóch facetów, z którego jeden grał kobietę, nie uznawano tego za obsceniczne. Ale gdyby wrzasku nie było, nie byłoby reklamy. Spektakl byłyby jednym z wielu spektakli w polskich teatrach. Tymczasem jest jedyny w swym rodzaju. Stał się sławny jeszcze przed premierą. Skłonił ludzi do modlitwy. Poruszył najwyższych VIPów. Interweniowano, proszono, straszono. Niektórzy przypomnieli sobie, że w Polsce są teatry. Dziennikarze mieli pracę. Słowem, wszystko się udało. Oczami wyobraźni widzę ludzi wrocławskiego teatru zacierających z radości dłonie.

Ale do społeczeństwa został wysłany sygnał – o du… Maryni rozmawiać niebezpiecznie, bo jeszcze przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą…Mogą przyjść. Mogą pobić narzędziem do modlitwy. Mogą nasłać VIPów. Wszystko mogą. Ten blog też mogą usunąć.

Przerzućmy się zatem na inny temat. Właśnie w Wałbrzychu zakończono badanie terenu na słynnym 65 kilometrze. Coś tam w środku jest. Ma całe 150 metrów. Ciekawe, czy ma to związek z seksem?  

A dla tych, co chcą więcej seksu, polecam swoje „Sceny erotyczne z życia emerytów”

http://www.czarownice.kosz.pl/opis-3-Sceny_erotyczne_z_zycia_emerytow.php