Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

O przywódcach przy wódce

4f7576b86a26f-p

 A miałam nie pisać, a miałam przemilczeć… nie udało się, nie udaje się i pewnie przez jakiś czas się nie uda. Nie przebiję się ze swymi tematami, dopóki dziennikarze i inni piszący nie wycisną ostatniej kropli tekstu, znaczy się nie zarobią ostatniego grosza na wiadomej wizycie wiadomego polityka zza oceanu.

Rozumiem, że facet przyleciał i odwiedził nasz kraj, bo to jedna z ról polityków. Nasi ważni też latają na koszt podatników, ci ze wschodu tak samo…. Każdy polityk lata, jeździ i mówi. Przez ponad pół wieku swego istnienia przyzwyczaiłam się. Ale na starość zaczęłam się wewnętrznie buntować przeciwko propagandzie związanej z wizytami owych panów w towarzystwie pań ubranych modnie lub niemodnie.

Obecny wrzask w zasadzie nie jest niczym nowym. Kiedyś w taki sam sposób fetowało przywódców ze znanej nam części Europy, z która ostatnio jesteśmy na bakier. Były transparenty, tłumy na ulicach, wiwaty, przemówienia i wspomnienia historii naszego kraju ( w tym ostatnim przypadku zmieniły się fakty). Było malowanie trawy na zielono. Teraz się już nie maluje. Teraz przywozi się ją w belach, rozkłada, a jak się podleje, to nawet rośnie. Najczęściej jednak rozkłada się dywany po to, żeby politycy czuli się jak na oscarowej gali, a ich żony wygodnie stąpały po miękkim.

Kiedyś kobiet podczas takich wizyt nie było. Żony albo siedziały w domu, albo udawano, że ich po prostu nie ma. Dawniejsi przywódcy chronili swe życie prywatne i dane osobowe, mimo braku przepisów na ten temat. Dziennikarze nie musieli o nich pisać i skupiali się głównie na politykach.

Wróćmy jednak do obecnej wizyty. A więc człowiek przyleciał. Przespał się. Pewnie z własną żoną, bo ją sobie przywiózł. Potem spotkał się i za szklaną ognio, kulo i jajkoodporną szybą wygłosił przemówienie. Po czym ponownie wsiadł do samolotu i odleciał.

Ludzie mają nieustanną podnietę. Orgazm za orgazmem. Specjaliści od mowy ciała analizują, specjaliści od mody dyskutują, specjaliści od języków tłumaczą z polskiego na partyjny, różny w zależności od partii, która ich wynajęła. Ważny polityk mówi „dom”, a już w świat leci wiadomość, że popiera program „mieszkanie dla młodych”. Ważny polityk mruga oczami, bo słońce świeci mu w twarz, a już w programach informacyjnych trwa analiza do koga i w jakim celu mrugnął. Jedni twierdzą, że do tych ze wschodu, inny, że do człowieka w pierwszym rzędzie. Ktoś odnajduje porażonego mrugnięciem obywatela. Ten twierdzi, że gest był do niego.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza żona. Babskie pisma, periodyki, kwartalniki, portale i pojedyncze strony mają używanie. Jak sukienka, od kogo, kto szył, kto produkował tkaninę, w ogóle z czego ta tkanina. Dlaczego taki kolor, a nie inny. Dlaczego kwiatki, a nie motylki. Dlaczego midi, a nie mini? A może ma brzydkie nogi? Dochodzenie. Śledztwo. Poszlaki. Dowody. Zaraz będzie proces.

A potem, kiedy ryk silników cichnie, radocha większa niż najwyższy pułap samolotu. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Znaczy się my jesteśmy wspaniali, cudowni, fantastyczni, bo ktoś nareszcie nas odwiedził, bo przyleciał, bo był, bo nie zapomniał o nas, wspaniałych, cudownych, fantastycznych…..bo powiedział dobre słowo, bo dziecko po główce pogłaskał, bo uśmiechał się… Jasne, mógł się nie uśmiechać.

Ów, dosyć, bo zaraz sama wpadnę w wir podniety. Jadę na działkę. Trawę trzeba kosić. Normalną. Chwasty powyrywać. Grilla jakiegoś rozpalić, najeść się, napić się, bo bez pół litra o przywódcach ani rusz.

 

 

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Noclegi w noclegowniach

icon_46

Podróżuję trochę po Polsce. Jestem tu i tam. Wszystko zależy od zasobu wyjątkowo cienkiego portfela. Oczywiście zwiedzam kraj z noclegiem, gdyż jednodniowe wypady na tereny ponad 300 km od miejsca stałego pobytu  nie wchodzą w rachubę. Dziś zatem będzie trochę o noclegach. Konkretnych sum nie podaję, konkretnych miejsc, tych gorszych – z nazwy nie wymienię.  Niestety, podróżuję sama i wynajęcie noclegu zawsze kosztuje mnie znacznie drożej, bo w pokoju z reguły dwuosobowym jestem sama. No to do roboty!

1. Uzdrowisko w okolicach dużego miasta – tzw. kwatera pracownicza, cena bardzo niska. W pokoju ok. 18 metrów kw. telewizor starej daty i uciekające programy telewizji naziemnej. Żarówka na środku – 40 wat. Pytam, czy mają jakieś lampki nocne, bo chciałabym trochę poczytać.  Pan patrzy na mnie spode łba i mruczy, że nie ma. Kupuje własną. Może przyda się w domu.  Zamiast umywalki – natrysk. W pakiecie oprócz kąpieli jest sauna w pokoju. O szóstej rano budzą mnie panowie wyruszający do pracy. Szykują sobie śniadanie, omawiają plan zajęć. Słyszę wszystko. Drzwi  mają wzdłuż i wrzesz szpary. Po ich wyjściu mogę wreszcie skorzystać z toalety, bo jest na korytarzu tylko jedna. Druga na parterze. Spędziłam tu dwa tygodnie. Jak widać, przeżyłam. .

2. Nocleg kolejny – Fundusz Wczasów Pracowniczych i Dom Wczasowy w stylu „wczesny Gomułka z elementami późnego” – znaczy się częściowo z łazienką w pokoju. Ja mieszkam taniej, czyli bez łazienki.  Wyposażenie – wczesny Gierek. Zamiast prysznica – umywalka. Na korytarzu toalety dwie, prysznic jeden, ale ludzi niewiele. Do tego stare grube mury tłumią hałas. Wracam w nocy w stanie wskazującym. Otwiera pan Henio. Idę na piętro. Pan Henio czeka, aż usłyszy, że weszłam do pokoju. W ogóle ludzie sympatyczni, gotowi mi nieba przychylić. Zaprzyjaźniam się z nimi i przyjeżdżam przez kilka lat. Pal licho kiepskie warunki, klimat się liczy! Niestety, dom i fundusz bankrutują.

magnolia

 

Szczawno Zdrój

3. Lokal – pełny komfort. Tak ciepło w pokoju, że zimą okno otwieram. Duża łazienka, przedpokój, lodówka i cienki telewizor. Przy meldowaniu człowiek otrzymuje kartę i ta włączana jest na czas pobytu zgodnie z dobą hotelową. Otrzymuje się również klucze do drzwi wejściowych. Nikt obiektu nie pilnuje, wolność i swoboda. Cena – dwa razy tyle co w pierwszej kwaterze. Obiekt przeznaczony na „sanatorium komercyjne”, czyli dla takich, co to prywatnie leczyć się przyjeżdżają. Ja akurat miałam trochę grosza i po raz pierwszy od dawnego czasu poczułam się bogato. Niestety, na stołowanie się w porządnych stołówkach już forsy zabrakło, trzeba jeść inaczej, a tu żadnej kuchni nie ma, w przeciwieństwie do kwatery pracowniczej.

dąbrówka

Szczawno Zdrój

4. Internat – miejscowość do 150 tys. Szok. Cena – jak w kwaterze pracowniczej, a warunki prawie jak w apartamencie. Przedpokój, osobno łazienka i ubikacja, lodówka, można korzystać z kuchni wraz z uczniami, no telewizja też tylko w świetlicy, ale jaka! Pełna kablówka i chyba ze sto  cali! Internatowi wychowawcy są niewyczerpalnym źródłem informacji o swoim mieście. Wskazują drogę, numery autobusów, opowiadają historię. Do tego pełne bezpieczeństwo. Małolatów trzeba przecież pilnować. Okna od ruchliwej ulicy, ale wszystko szczelne i niczego nie słychać. Ciekawostka – o wpół do siódmej i wpół do dziesiątej dzwonek: informacja o pobudce i ciszy nocnej. Da się przeżyć.

5. Miasteczko z ważnym zabytkiem – kwatera prywatna. Pokój taki sobie, cena też taka sobie. Jedynie parter ciekawy – praktycznie muzeum. Właściciel wydaje się w porządku. Przez pierwsze dwa dni. Trzeciego, dowiadując się, że przyjechałam tutaj z kibicami (nocującymi gdzie indziej) głośno daje do zrozumienia, że takich jak ja i oni to on by powystrzelał. Groźba robi się realna. Dowiaduję się, że pan to emerytowany żołnierz. Na szczęście trzeciego dnia wyjeżdżam. Wiem już, gdzie nie kwaterować.

6. Pełen komfort – prywatna kwatera nad morzem po sezonie, czyli w drugiej połowie września. Do morza – 100 metrów. Centralne ogrzewanie, łazienka, lodówka, aneks kuchenny w korytarzu z oknem. W drugiej części budynku restauracja z wielkim telewizorem. Można w kapciach zejść na wódkę i mecz. Mieszkańcom części mieszkaniowej knajpa nie przeszkadza. Jest po prostu cicho.

ustka

 

Ustka

7. Hotel dwugwiazdkowy w dużym mieście. Pokój niczym nie różni się od prywatnej kwatery nad morzem po sezonie. Puka  do mnie pani i informuje, że doba hotelowa kończy się o 12.00. Odpowiedziałam przez zamknięte drzwi, iż nie uprzedzono mnie o robotach remontowo-budowlanych odbywających się o siódmej rano. Teraz się uspokoiło, muszę zatem odespać przerwany sen. Autobus do domu mam za trzy godziny. A do tego na powietrzu dziś 34 stopnie powyżej zera!  Nie dam się spacyfikować!       

Oberwało mi się….

nuda1

PS.  20.07.2017

Myślałam, żeby coś napisać o bieżącej sytuacji związanej z sądami…. Nic nowego do głowy mi nie przyszło niż to, co napisałam ponad rok temu… aktualizacji wymaga jedynie opis pory roku. Teraz jest lato i gimbaza (ta na wymarciu) szaleje po osiedlu… Wszystko inne jest takie same…

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

Gra małej Pollyanny

hmpad087

 

http://www.blogroku.pl/2015/zgloszenie/20,429,ciocia-grazynka-donosi

Jedna z moich ulubionych dziecięcych bohaterek książkowych – Pollyanna (książka autorstwa Eleanor Porter) uczyła mieszkańców miasteczka Beldingsville gry w radość, czyli znajdywanie w każdej rzeczy, w każdej sprawie czegoś, z czego można się cieszyć. Ktoś nie lubił poniedziałku? Niech się cieszy, że następny jest dopiero za tydzień. Mała Pollyanna nauczyła również miejscowego pastora, że w Piśmie Świętym, oprócz fragmentów o grzechu i karze, są momenty o radowaniu się z każdego dnia, z każdej minuty.

Niedawno rozmawiałam z osobą religijną. Zasypała mnie taką ilością pesymizmu, że zwątpiłam w jej wiarę. Świat jest oczywiście zły, ludzie potworni, a śmierć karą za grzechy. Oczywiście wszystko poparte było przykładami z pierwszych stron internetowych portali. Tu zdarzyło się to, tu tamto… cytować nie będę. Wystarczy, że przeniesiecie się na jakikolwiek portal informacyjny, a zobaczycie, co jest w centrum uwagi. Morderstwo, niezadowolenie, upokorzenie, donosy, wyzwiska… Teksty o czymś ładnym i radosnym zdarzają się głównie wtedy, jeśli ktoś dokona czegoś wielkiego na skalę światową. Drobne, codzienne radości nie znajdują miejsca na pierwszych stronach.

Znajoma rencistka Zofia oczywiście zgadza się z religijną osobą. Wszystko wokół jest obrazem biblijnej Sodomy i Gomory. Właśnie zadzwoniła do mnie z pytaniem, co ma zrobić, jeśli lekarz pierwszego kontaktu, zwany rodzinnym, nie pomoże.

- A dlaczego ma nie pomóc?

- Bo może NIE POMÓC! I co wtedy?

- A jeśli pomoże?

- A jeśli nie?

Zofia już na wstępie założyła najgorsze.

- To pójdziesz do innego lekarza.

- A do którego? Bo lekarzy od mojej choroby jest wielu i nie wiem, który najlepszy.

- Nie mam twojej choroby i nie znam tych lekarzy. Popytaj innych ludzi.

- A jeśli ludzie mnie okłamią?

I oczywiście taki dialog można z rencistką w nieskończoność. Założenie, że coś się nie uda, bo wszystko jest do niczego, to jedna z podstawowych cech części naszego społeczeństwa.

A może właśnie nadszedł czas, by zagrać w grę Pollyanny? Odnaleźć radość? Zacząć się cieszyć?

Dzisiaj za moim oknem pada deszcz. Nie mogłam wyjść z psem na dłuższy spacer. Boli mnie głowa. Spać mi się chce…Gdzie tu radość?

W tym deszczu na przykład. Ubiegły rok był wyjątkowo suchy. Zimy i śniegu nie ma, a ziemia sucha. Deszcz jest bardzo potrzebny. Ból głowy i senność… nic strasznego. Pośpię sobie po obiedzie. Piesek też zdrzemnie się obok mnie.

Po zabiegach chirurgicznych jestem na ścisłej diecie. Tego nie jem, tamtego też nie, ani mielonych, ani schabowych. Znajomi załamują nade mną ręce. A ja się cieszę. Nigdy w życiu nie odżywiałam się tak zdrowo. Dużo warzyw, owoców, brak zdradliwego tłuszczu, pięć posiłków dziennie. Glukometr póki co poszedł w odstawkę, bo cukier we krwi w normie. Może nie mam wcale tej cukrzycy?

Moja drużyna przegrała mecz ze słabszym teoretycznie rywalem. No fatalnie, fatalnie. Najpierw kilka ostrych słów, a potem refleksja. Nareszcie wiadomo, co w grze trzeba poprawić, co ćwiczyć podczas treningów. I nauka na przyszłość – nie należy zakładać z góry, że rywal jest słabszy.

Czy jeszcze się cieszyć? Można się cieszyć, że mamy w domu sprawny telewizor i możemy wybierać programy do obejrzenia. Wcale nie muszą to być krwawe relacje z pola walki. Oczywiście trzeba o nich wiedzieć, ale czy koniecznie słuchać o nich przez cały dzień?

Sześć lat temu świat obiegła wiadomość o katastrofie górniczej w Copiapó w Chile. W wyniku tąpnięcia trzydziestu trzech górników zostało uwięzionych pod ziemią w komorze górniczej o powierzchni pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Górnicy przetrwali tam blisko siedemdziesiąt dni. Trzynastego października wydobyto ich spod ziemi. Zostali przetransportowani na powierzchnię w specjalnej kapsule ratowniczej Feniks. Urządzenie miało 3,9 m wysokości, 54 cm średnicy i ważyło 420 kg. W czasie podróży na powierzchnię górnicy zakładali specjalnie zaprojektowane kombinezony z aparaturą do mierzenia ciśnienia, tętna i innych parametrów, która przekazywała te dane ekipie lekarskiej. Całą podróż na powierzchnię odbywali z zamkniętymi oczami, a zaraz po opuszczeniu kapsuły zakładali specjalne okulary przeciwsłoneczne, chroniące przed uszkodzeniem wzroku odzwyczajonego od światła. Akcję uwalniania zasypanych oglądałam przez dwie godziny w telewizji transmitującej wydarzenie „na żywo”. Niby nic się nie działo. Feniks jeździł tam i z powrotem, z góry na dół, z doły na górę. Na górze też panowała „nudna” atmosfera spokoju. Ale w tym wszystkim była niesłychana radość. Oto człowiek ratował człowieka. Oto technika posłużyła do ocalenia życia. Z telewizyjnego obrazu płynął optymizm i wiara w istnienie dobra.

EN-00938135-0114_22924146

Zadzwoniłam wtedy do rencistki Zofii, kazałam jej włączyć telewizor i oglądać. Po ok. dwudziestu minutach oddzwoniła:

- Tam się nic nie dzieje! – ryknęła – Jeżdżą tylko i wyciągają tych górników. Nudy.

Pollyanna miałaby w obecnych czasach dużo do zrobienia. 

Faceci w szpitalu

canstock8114037

 Moi stali czytelnicy wiedzą, że ostatni miesiąc spędziłam zwiedzając szpitale. Szpitale były różne, oddziały też. Łączyło je jedno – FACECI. No dobrze, niech będzie mężczyźni, dobrze, jeszcze lepiej – pacjenci rodzaju drugiego, cytując klasyka z „Seksmisji”. Jak by ich nie zwał, wszędzie byli tacy sami.

Przede wszystkim stanowili większość. Zdecydowaną. Górowali nad płcią żeńską ilością, zarówno członków, znaczy się liczbą na oddziale, jaki i silniejszymi głosami i większą energią. Niby chorzy, ale na papierosa zjeżdżali windą aż do wyjście ze szpitala. Było dwóch takich z odmrożeniami ( zima sroga tego roku, oj sroga). Jeden miał załatwione dłonie, drugi stopy. I wyobraźcie sobie, że ten z dłońmi popychał wózek tego ze stopami, który oczywiście chodzić nie mógł, do windy, windą na dół, przez szpital i na papierosa. Dziwne, że tym razem nie odmrozili sobie …. Wiecie czego.

Kolejny pacjent nikotynowy miał bardzo wysoki poziom cukru. (Moja cukrzyca przy jego wyniku to przysłowiowy pikuś). Zgodnie z zaleceniami pacjent spożywał pięć posiłków dziennie. Ale jakie to były posiłki! Prawie jak te postne średniowieczne u Krzyżaków. Wieści głoszą, że w takim Malborku zakonnicy w czasie postu zasiadali tylko dwa razy do stołu: na śniadanie, które trwało do obiadu i na obiad, który trwał do kolacji. Podobnie było z naszym facetem. Rodzina dostarczała mu torby pełne żarcie, które ledwo mieściło się na parapecie. A on jadł, jadł, jadł. Po czym zjeżdżał winda w dół, żeby kalorie spalić. Przed szpitalem oczywiście w postaci papierosa. Ale uwaga, był na takie wycieczki przygotowany. Wychodząc z oddziału wkładał czapkę i ciepły polar. Po dwóch dniach lekarze nie wytrzymali i kazali zlikwidować spiżarnię na parapecie.

e7388917e987a35228494c51f19669e4,62,37

Był też erotoman z gatunku gawędziarzy. Upatrzył sobie naszą salę (trzy pacjentki poniżej 60-tki!) i zaglądał, i przyglądał się, i zaczepiał. Kiedyś wparował bez górnej części garderoby i świecąc gołym torsem puszył sią jak indor. Gdy wzajemnie pilnowałyśmy się w niezamykanych natryskach, musiał podejść i nastraszyć, że zaraz wejdzie i będzie mył każdej z nas plecy. Kolejny z jego dowcipów o charakterze seksualnym miał miejsce w momencie, kiedy odłączono jedną z nas od aparatu mierzącego ciśnienie i tętno. Aparat nadal pikał. „Może by go tak puknąć?” – zapytał z błyskiem w oku. Koleżanka nie wytrzymała: ”Sam się pan puknij!” .

Prawdziwym przebojem był przybyły w nocy mężczyzna pod wpływem, czyli totalnie zatruty alkoholem. Przez całą noc chodził po korytarzu i jęczał, wzywając Boga na pomoc. Rano, gdy mu od tyłka trochę odelżało, chwalił się każdemu napotkanemu pacjentowi, że sam wypił 3 x 0,7 litra. Pozostali panowie byli pełni podziwu. Patrzcie tyle wypił i jeszcze żyje! Wieczorem już założył kasyno gier karcianych. Miał pecha. Zrobił to w pokoju naprzeciwko naszego. Akurat przywieziono do niego młodego chłopaka z objawami… ja obstawiam, że narkotykowymi. Gdy panowie rżnęli w karty, chłopak wyrwał kroplówkę i wyszedł w kierunku do toalety, krew lała mu się z żyły. Zareagowałam  najszybciej, jak było to możliwe. Kiedy był już w rękach medycznych, obstawiłam karciarzy za brak uwagi. Efekt był taki sobie. Przenieśli się do innej sali.

Panowie górowali głosami. Już parę minut po szóstej okupowali stolik z czajnikiem. Dwóch chorych na wątrobę parzyło fusiastą kawę (rety, a mnie lekarz kategorycznie zabronił…), dwóch kolejnych – przyzwoicie – herbatkę. Oczywiście prowadzono ożywione dyskusje. Były dwa podstawowe tematy: druga wojna światowa i polityka. O ile pierwszy temat był chwilami ciekawy, o tyle drugi brzmiał nieustannie tak: „Bo ku… ci z PO to sku…, a ci z PIS to też ku… złodzieje, a pierd… ich wszystkich, bo ku… nie idzie wytrzymać”. I tak pół dnia przy stoliku, a echo niosło po korytarzu i salach, oj niosło.

Była też taka szczególna sala, a w niej piątka miłośników telewizji szpitalnej. Robili zrzutkę i telewizor wył u nich przez cały dzień. Żeby samemu obejrzeć cos innego niż oni, trzeba było po prostu zamykać drzwi.

Dobrze, nie wszyscy byli tacy. Trafił się przesymaptyczny dziadek z dowcipami, młody chłopak, który zaglądał do mnie, kiedy leżałam po laparoskopii i pytał o samopoczucie, dwóch pacjentów, którzy chcieli koniecznie naprawić instalację elektryczną…. I chyba to już koniec…

A my kobiety, znajdujące się w mniejszości, leżałyśmy sobie spokojnie obserwując teren zajęty przez samców. Oczywiście, że plotkowałyśmy, bo cóż robić w szpitalu opanowanym przez facetów?

NBA, Magic Johnson i kasety video

earvin-magic-johnson_pictures4_us_1-778x1024

 

foto internet

Choroba niczego i nikogo nie wybiera. Atakuje i powala. W poniedziałek w samo południe czułam, że coś się do mnie dobiera. Wieczorem byłam tego pewna. We wtorek z rana ledwo zawołałam psa. Katar opanował mój nos. A znając swój organizm od ponad pół wieku, wiedziałam, że opanuje on także moją krtań. Iść do lekarza? Po co? I tak nie przyjmie mnie w pierwszej kolejności, trzeba będzie swoje odstać, a może jeszcze prosić, by w ogóle przyjął… A jak przyjmie to przepisze antybiotyk. Oczywiście za dwa dni będę zdrowa, pozornie oczywiście, bo anty rozwali mi wątrobę, żołądek i uodporni na inne anty. W sumie emeryt ze mnie, mam czas i mogę sobie pochorować. Obejrzałam stan apteczki. Lekomaniakiem nie jestem, zatem dostrzegłam w niej braki. Na klawiaturze wystukałam receptę i wysłałam do syna, żeby wykupił. Czosnek i cytrynę też.

Po południu nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. W domu zaległa cisza. Mogłam rozpocząć chorowanie.

Wzięłam do ręki książkę. Nic z tego. A więc…. A może… tak dawno nie włączałam…

Na półce starannie odkurzane stoją moje kasety video. Nie jakieś tam kupione z jakimiś pornolami. Własnoręcznie nagrane. Filmy, które lubię i mecze koszykówki… bo ja kibol od koszykówki jestem…

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam „domowy” magnetowid, wiedziałam od razu, że muszę go mieć. Nie byle jaki odtwarzacz, bardzo popularny wówczas w naszych domach, ale prawdziwe video. Takie co to nagrywa, zwalnia, przyspiesza. Podobnie było z anteną satelitarną. Kupiłam polską marki „Diora”. Mogłam oglądać i nagrywać mecze amerykańskiej ligi koszykówki, po prostu NBA.

Img

 

foto internet

Pierwszy nagrany przeze mnie mecz okazał się wyjątkowo historyczny. To finał turnieju „McDonald’s Open  w Paryżu w 1991 roku… Zatem włączamy historyczną kasetę video na moim drugim w życiu, liczącym sobie blisko piętnaście lat, magnetowidzie…

Mecz transmitował „Eurosport”, dopiero po kilku tygodnach godzinny skrót pokazała polska telewizja. Mam nagrane obie „wersje”. Na boisku spotkały się zespoły Los Angeles Lakers i Juventut Badalona. Na parkiecie polski akcent – sędzia Wiesław Zych ( do dziś komisarz polskiej ligi).

Łza w oku się kręci… To nic, że kaseta trzeszczy, winyle też wydają swoje pomruki… na boisku dobra stara koszykówka, taka jaką lubię, efektowne akcje, wsady, dużo punktów…no dobrze, wiem, że obrona kiepska, ale skoro gra ma polegać na wrzucaniu piłki do kosza, to trzeba ją wrzucać!

W drużynie z Los Angeles najjaśniej błyszczy gwiazda Magica Johnsona. I właśnie ze względu na niego ten mecz ma historyczną wartość. Tego samego miesiąca słynny koszykarz ogłosił, że jest nosicielem wirusa HIV … Co takie oświadczenie oznaczało dwadzieścia pięć lat, wiedzą tylko ci, co wtedy żyli. Nosicielstwo było utożsamiane z zachorowaniem na AIDS. Słychać to wyraźnie w polskim komentarzu do meczu. Dostojny głos Włodzimierza Szaranowicza informuje o chorobie, podczas meczów NBA wszyscy modlą się o zdrowie dla Magica, bo mecz w Paryżu był ostatnim meczem w jego życiu… Słowem – prawie wówczas faceta pochowano.

Tymczasem Johnson na parkiet powrócił. Zagrał na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Żyje do dziś. Ale to, co uczynił swoim przyznaniem do zarażenia się wirusem, było w 1991 roku prawdziwą rewolucją. Otworzyło drogę do dyskusji społecznych na temat AIDS. Dziś ludzie wiedzą zdecydowanie więcej na temat wirusa, choroby, medycyna też poszła do przodu. Od tamtych lat mieliśmy inne choroby, które zawładnęły na jakiś czas naszą świadomością.

Na kolejnej kasecie Magic gra właśnie na igrzyskach. Ludzie witają go owacjami. Jest bohaterem. Przyznał się do czegoś, co uznawano za dżumę swych czasów. Amerykański zespół, zwany „Dream Team’em”, w finale pokonuje Chorwację

Co jeszcze jest na starych kasetach? Mecze polskich koszykarzy w Wałbrzychu, Białymstoku, taki mecz Północ – Południe też mam. O, i siebie mam! Właśnie udzielam wywiadu osiedlowej telewizji. Na temat szkolnego sportu mówię w bluzie z logo „Lecha”… piwa. Nikt wówczas nie zwracał uwagi na takie drobiazgi.

I tak przez kilka dni, w milczeniu spowodowanym zapaleniem krtani, pomiędzy inhalacjami i ssaniem tabletek, przeniosłam się w przeszłość…Warto czasami pochorować…