A to Polska właśnie….

748260558-cicha-noc-plakat

recenzja filmu ukazała się w „jednodniówce”, która powstała z okazji oficjalnej wizyty Piotra Domalewskiego w Łomży

Dlaczego „Cicha noc” reżysera Piotra Domalewskiego zdobyła na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych główną nagrodę? Wiele osób zadawało sobie to pytanie. Mało komu znany debiutujący reżyser, bardzo znani i mniej znani aktorzy, tematyka dość prozaiczna w dobie wielkich produkcji o wielkich ludziach… Czym ujęła gdyńskie jury młodzieżowe i profesjonalne ta kameralna opowieść?

Kiedy obejrzymy film, odpowiedź jest prosta – niezwykłością i zwyczajnością. Inaczej zinterpretuje ją człowiek z wielkiego miasta, inaczej spojrzy na nią ktoś z przesławnej Polski B, która wcale nie leży po prawej stronie Wisły. Ona jest tuż za granicą Warszawy, Wrocławia, Krakowa czy Olsztyna.

Dla widza ze stolicy kraju historia Adama będzie opowieścią z pogranicza science fiction i świata rzeczywistego. Niby realistyczna, a jednak nierealna. Mieszkaniec Warszawy nie musi wyjeżdżać do Holandii, by pracować fizycznie jako „budowlaniec”. Stawia wieżowce na miejscu. W rodzinie głównego bohatera Adama wyjazdy za granicę w poszukiwaniu zarobku to stały element życiorysu niejednego z członków. Wszyscy realizują Sienkiewiczowską wizję wędrówki „za chlebem”, jednak w wydaniu z XXI wieku. Co jeszcze zadziwi wielkomiejskiego obywatela?

Na pewno przyjazd Adama do kraju na jeden dzień. Można wytłumaczyć, że tym dniem jest Wigilia, ale żeby nie zostać na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia…? Zadziwia sposób bycia bohaterów. Przyjeżdża z Holandii najstarszy syn, a euforii brak, witają się z nim spokojnie, bez entuzjazmu… Wódkę wylewa się za okno, a mężczyźni są pijani, dziadek nadrabia za wszystkich z nawiązką. Przy robieniu wspólnej fotografii zamiast „cziiis”, mówią „Henio”. W obejściu, na gumnie, podwórzu, leży dużo błota, przez które trudno przejść. Wielkomiejski obywatel może zaakceptuje pomysł Adama ręcznego wyrównania rachunków pomiędzy członkami rodziny, bo skojarzy mu się to z rycerskością. Wszyscy powinni bronić kobiety. Czasami się uśmiechnie, bo dojrzy w kadrach i wypowiedziach humor, może i czarny, ale wywołujący śmiech. I będzie zachwycony. Spodoba mu się pomysł sprzedaży starego domu, bo i tak w nim nie mieszka, a interes wydaje się być odpowiednio sfinansowany. Wizja Polski, łączącej różne elementy historii i kultury ze współczesnością sprawi, iż film ten uzna za wybitny.

Kto wie, może tak myślało gdyńskie jury?

Tymczasem ludzie mieszkający na terenach zwanych prowincją, obejrzą film o sobie, o swojej wsi, znajomych, rodzinie. Tak, w tej rodzinie od lat jeżdżą na saksy i nawet domu nowego nie postawili. Tak, to temu, z tej chaty brat podprowadził narzeczoną, tak, to tamta wyjechała do miasta i zasuwa na kasie w sklepie. Na tym podwórku nie położyli bruku, na tamtym szopa, pamiętająca wczesnego Gomułkę. Pijemy wódę?! Jasne, pijemy, przecież święta. Podpici idziemy do kościoła na pasterkę?! Oczywiście, że idziemy, jak nie iść?! Czasami wyglądamy śmiesznie? A jak mamy wyglądać, jeśli ciągle się z nas śmiejecie! Dopiero w dalekiej Holandii ktoś potrafi nas docenić! Dla was jesteśmy tylko „słoikami”, „wieśniakami” z przeszłością umazaną błotem.

To nie science fiction, to polska rzeczywistość. Taka Polska też istnieje. Być może, jest jej nawet więcej niż owej z pierwszych stron portali i newsów telewizyjnych. Tu nie urządza się pikiet w obronie sądów. Mało kogo zainteresuje feminizm i czy umieścić tęczę na pl. Zbawiciela w Warszawie, bo dla tych ludzi tęcza to zjawisko po burzy, a nie symbol. W tej Polsce ludzie walczą o byt, a rodzina nadal jest prawdziwą rodziną, w której nie ma manifestowania uczuć i jest autentyczna więź. Czuć ją, gdy trzeba rozwiązać konflikt. Ten konflikt za daleko poza próg własnej chałupy i najbliższych opłotków nie wychodzi. To zasada.

Reżyser z Łomży broni bohaterów. Nie daje odpowiedzi, co dobre, a co złe, co do naśladowania, a co do potępienia. Idzie w stronę naturalizmu i delikatnie uśmiecha się do widza. To nic, że dziadek zachwyca się „holenderskim” samochodem wnuka i nie dostrzega rejestracji z Suwałk. To nic, że Paweł naprawia auto i nie zaczyna od sprawdzenia bezpieczników. Szybko zapada noc w wigilijny wieczór. Ta cicha i dramatyczna noc najlepiej będzie wyglądała na filmie, kręconym małą kamerą przez najmłodszą bohaterkę, która pięknie fałszuje międzynarodową kolędę. Bo film o nas z Polski B, który śni się na peryferiach stolicy, jeszcze się nie skończył. Trwa na prowincji obok nas.

Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Nauczanie historii

SONY DSC

foto: Biedny lud komunistyczny na meczu piłki nożnej w Wałbrzychu w latach 60-tych 

Ostatnio moją uwagę przykuwały wypowiedzi o czasach mego dzieciństwa i młodości czy PRL-u… Bo dziwne jakieś takie były…

Oto czytam jak to po ogłoszeniu stanu wojennego – 1981 – rolnicy, zwani czasami chłopami, woleli rozdawać swoje świnie rodzinie, zamiast dostarczać je do skupu świń, bo te ze skupu szły na rzeź w imię komuny.

Cóż, słowa te pisał młody chłopak, który poznaje historię z tzw. tekstów źródłowych. I w pewnym sensie ma rację…

Zapewne trafił na pismo, które w owym 1981 lub 82 roku moja rodzina samodzielnie napisała. Rzeczywiście, w piśmie tym była prośba o pozwolenia na zarżnięcie jednego świniaka w gospodarstwie rolnika X i nieodpłatne przekazanie owej zarżniętej świni bratu rolnika X, zamieszkałemu w mieście Y. Takie zezwolenie było niezbędne, gdyż wieprzowinę trzeba było przewieźć przez granicę gmin i powiatów. A na rogatkach wówczas stało wojsko i sprawdzało. Gdy człek miał odpowiednie papiery, problemu nie było. I tak świnia przekroczyła granice, dotarła do miasta, gdzie została podzielona na cztery części i dostarczona do czterech rodzin, które słono za nią zapłaciły. Kont bankowych wówczas w powszechnym użyciu nie było, pieniądze wędrowały z ręki do ręki.

Cóż, moja rodzina sfałszowała historię… I teraz mam za swoje… Współczesne pokolenie uczy się na podstawie owego dokumentu, że chłopi świnie za darmo oddawał…

Z przyjemnością oglądam program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami rozbawiają mnie panowie prowadzący, zwłaszcza kiedy w swych wypowiedziach nawiązują do czasów PRL-u, bo sporo prezentowanych w programie polskich piosenek właśnie wtedy powstało.

Kiedyś ktoś śpiewał przebój grupy Bajm „Józek nie daruję ci tej nocy”. Z wypowiedzi prowadzącego dowiedziałam się, że ten, przepojony seksem tekst, wcale o seksie nie jest. Nawiązuje on bezpośrednio do wprowadzenia stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego i w domyśle brzmi „Wojtek, nie daruję ci tej nocy”.

Zatkało mnie wówczas. Oto bowiem ów Wojtek rozgrzewał ciało, śpiewająca miała bzika na jego punkcie i prosiła, by z nią grzeszył. Siedem razy grzeszył. Przyjemny był ten stan wojenny, no nie? Równocześnie przypomniałam sobie czasy, w których piosenka powstała, wszak wówczas już solidnie grzeszyłam w wiadomy sposób. Nikt z moich znajomych nie utożsamiał piosenki z polityką! Dla nas wszystkich była utworem tak bardzo nieprzyzwoitym, że aż doskonałym w swej nieprzyzwoistości!

A teraz proszę, po latach dowiaduję się, że to piosenka o polityce.

Kolejny przykład z tego programu – „ W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, czyli Martyna Jakubowicz rok 1983. Oczywiście wprowadzenie do piosenki – prowadzący rozwodzi się nad mrocznym rokiem powstania utworu, jak to wówczas tragicznie było …

Wracam do wspomnień… studia zaoczne, III rok, praca w szkole we wsi daleko od szosy, wielka miłość zakończona małżeństwem… ani głodu, ani poniewierki, ani mroku, underworldu, znaczy się Lykanów i Wampirów, jeszcze nie było… no dobrze, przyznaję się. Małżeństwo się nie udało, ale chyba nie przez ten rok 1983… Słońce jeszcze wówczas świeciło…

A potem radośnie odzywa się drugi prowadzący i jest happy! Dziś nie ma już problemu z wolną miłością, którą podsłuchiwał sąsiad w domu z betonu! Hola, stop! Domy z betonu stoją nadal. Ludzie się w nich już nie pie.. znaczy się nie kochają w sensie fizycznym? Sąsiedzi nadal mają możliwość podsłuchiwania.

A wolna miłość? Ludzie kochani, co za niewiedza ze strony prowadzącego! Stosunki tylko w małżeństwie. Kto to słyszał, żeby wolno było każdemu z każdym? Ludzie teraz odmawiają różaniec, a nie stosunkują poza związkiem zatwierdzonym przez proboszcza.

I końcówka. Ostatnio pracując z młodzieżą dowiedziałam się, że w latach, na które przypada moje dzieciństwo i młodość, była partyzancka wojna z „ruskimi”, w sklepie sprzedawano jedynie ocet, a ludzie żyli w totalnej biedzie. Wszystko było pozamykane i kościoły, i kina, i stadiony, i restauracje, i szkoły wyższe… Kiedy zapytałam, czy pozwalano mówić wówczas po polsku, zdania młodych ludzi były podzielone. Jedni twierdzili, że tak. Inni, że nie…

Trudno było przekonać młodych, że jednak w latach 1945 – 1989 coś się działo. Wajda kręcił filmy, Szymborska pisała wiersze, a ludzie z głodu jakoś nie umierali, wprost przeciwnie – rodziło się ich znacznie więcej niż obecnie.

Opowiedziałam o młodych koleżance, która w latach osiemdziesiątych walczyła o wolność i demokrację. Załamała ręce. Uśmiechnęłam się i przypomniałam, jak sama po 1989 roku „zmieniała” historię z tej fałszywej na prawdziwą, jak negowała praktycznie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Fabryki były złe. Kino było złe. Wyższe uczelnie też były złe. Wszyscy byli ubekami, esbekami, komuchami.

Oj, nie tak wyglądało moje dzieciństwo….  

Mioduszka

mio

zapraszam również na http://belfer59.piszecomysle.pl/

I trochę czasu znowu mnie nie było… Syn zarządził malowanie w moim mieszkaniu. Musiałam się zgodzić. Ściany same o to prosiły. Malowanie jak malowanie, trwało cztery dni, bo pomieszczeń mam cztery. Balkon darowaliśmy sobie. Na moim osiedlu trwa masowe ocieplanie bloków wraz z odnawianiem balustrad. Poczekam. Ocieplą, wymalują, odnowią i nawet płytki na balkonie położą. Wszystko z funduszu remontowego.

Wracajmy do tematu właściwego… malowanie jak malowanie. Też potrafię. Gorzej ze sprzątaniem. Malowanie cztery dni, sprzątanie…. no, jeszcze trwa. Bo zrobiłam sobie dzień wolnego. Dobrze, przesadzam, skorzystałam z wolnego ustawowo dnia czyli niedzieli. Pojechaliśmy na Kurpie, na miodobranie. Taki festyn, z miodem w tle.

W tym roku zorganizowano go w Kurpiowskiej Krainie, ośrodku wypoczynkowym w Puszczy Kurpiowskiej. Nie powiem, ośrodek robi wrażenie, jest jezioro, jest wyspa, jest hotel, jest knajpa, są korty tenisowe. Amfiteatr też jest i to nie byle jaka rozstawiana scena na potrzeby chwili – normalna zadaszona scena z drewna, ozdobiona kurpiowskimi motywami. Nawet miejsca siedzące są. Cóż, nie każdy koncert wymaga skakania pod sceną. A wszystko to na bardzo dużym terenie.

Słowem, miejsce miodobrania przypadło nam do gustu.

Stoisk z miodem tradycyjnie było multum, znaczy się „jak mrówków”. Cena mniej więcej zbliżona, miód podobny i różnorodny. Nawet dwukolorowy był. Taki biało-brązowy na przykład. Pytam się Kurpia, jak on to zrobił. Kurp się uśmiecha. Proste. Najpierw nalewa jeden miód jasny, by się skrystalizował, a potem drugi ciemny. I już można na stoisko. Był miód rzepakowy, malinowy, akacjowy, gryczany, spadziowy…. reszty nie pamiętam.

Były stoiska z badziewiem straganowym oczywiście. Zabawki, piszczałki. Były też z pieczywem. Chleb na liściu chrzanu, chleb na prawdziwym zakwasie. Ciemny. Jasny. Bułki. Bułeczki.

Słowem, czego dusza pragnęła.

Z dobrodziejstw Puszczy Kurpiowskiej korzystamy dwa razy do roku. Raz podczas miodobrania, drugi jadąc na najsłynniejszą Niedzielę Palmową i tak samo jak w przypadku Kurpiowskiej Krainy nie napiszę gdzie… zaraz się wyjaśni dlaczego. Mamy już swój wybrany zestaw smakołyków, którymi zapełniamy spiżarnię.

Tym razem podstawowym artykułem był oczywiście miód. Po spróbowaniu dużej ilości różnych rodzajów, zdecydowaliśmy który i w jakich ilościach zapewni nam zdrowie do Niedzieli Palmowej. Potem nabyliśmy jeszcze chleb. Uwierzcie, będzie świeży przez tydzień, a jeść go będzie można przez kolejny. Wyschnie, a nie spleśnieje. I w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że czegoś nam tu brakuje.

Na wielu stoiskach znajdowały się tradycyjne puszczańskie pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Od lat był to podstawowy znak, że w tym miejscu można kupić… Domowy, wysokoprocentowy napój oczywiście. Najsłynniejsza na Kurpiach zawsze była „Mioduszka”. Robiliśmy solidnie zapasy. Człowiek kupował taką pajdę i zamawiał coś mocniejszego. Kurp pytał, ile i jakie smaki. Kiedy konkurencja w sprzedaży duża, można była najpierw popróbować… Dobrze, nie będę pisała, jak kiedyś zabalowałam próbując… W każdym razie podczas tegorocznego miodobrania procentów zabrakło.

Zapytaliśmy dlaczego. Cóż, jakiś urząd wpadł i powiedział, że butelki nie mają akcyzy i sprzedawać nie wolno. Sprzedający wystraszyli się.

Zrobiło się smutno. Oczywiście byli tacy, co sobie poradzili. Kupili takie coś z akcyzą i popijali ukradkiem nad jeziorem lub w puszczy. Jak zwykle zresztą. Zawsze popijano na kurpiowskich imprezach, ale alkohol swojskiej produkcji. Wspierano tym lokalny biznes. Podczas tegorocznego miodobrania nie tylko my chodziliśmy ze spuszczoną głową… byli tacy, co przyjechali głównie po miód w alkoholu. Ten w słoikach, chleb na liściu kupowali przy okazji. 

Rumakowanie się skończyło. Ludzie się nie napiją. Wytwórcy nie zarobią. 

Dwa dni później w radio usłyszałam wiadomość, jak to na podobnym festynie odpowiednie służby zarekwirowały nalewką wytworzoną przez Koło Gospodyń Wiejskich. „Prawo jest prawem” – mówił dziennikarz z żalem w głosie. Oczywiście była potem dyskusja. Ktoś zastanawiał się jak będzie wyglądała utylizacja nalewki. Ktoś stwierdził, że jeśli nalewka na państwowym spirytusie, to już akcyza zapłacona, ktoś nakrzyczał, że odpowiednie służby tradycji nie szanują.

Ja też wam nie napiszę, czy mam zapas „Mioduszki” do Niedzieli Palmowej, czy nie… I nazw nie podam. Może uda się ocalić tradycję do owej niedzieli….

Jeśli  nie…. Alkohol robić już umiemy. O sposobie dystrybucji dowiemy się z kilku filmów fabularnych o czasach prohibicji w USA.