Rozmowy kontrolowane

z17952430Q,Kadr-z-filmu-Rozmowy-Kontrolowane

fotos z filmu „Rozmowy kontrolowane”

wg notatek robionych w czasie przemieszczanie się autobusem typu „pks”, a następnie pociągiem typu „pendolino” na trasie ok. 500 km przez Polskę.

[…] oznakowanie wypowiedzi drugiej osoby, na szczęście niesłyszalne

autobus

I – młodzian przede mną

II – pani za mną

równocześnie:

I – Akumulator mi siada. W ogóle samochód się sypie […] Nie, to działa […]  (tu następuje fachowa terminologia samochodowa, której nie kumam, wywód o akumulatorach, skrzyni biegów i ogólnym złym stanie auta) […] A co tam, jak wrócę na stałe to nowy sobie kupię. W Polsce jestem od wczoraj. Do Łodzi jadę. […] Nie, nie dawałem ogłoszenia na Bla bla, bo wiesz i auto w rozsypce i nie było kiedy. Jadę autobusem. […] Nie, nie ma dużo ludzi. Siedzę sam. Obok nie ma nikogo […] Pewnie, że można rozmawiać.

II – Coś ty? Nie, to nieprawda, ta korupcja w prokuraturze jest. I to jaka! […] Sama dawałam. […] Coś ty, nie złapią za rękę. A ja też się nie przyznam. Głupia nie jestem. […] A, ona też…. […] Pozamykać ich wszystkich i będzie spokój, bo to ku… i złodzieje. […]

I – Po Warszawie to lepiej jeździć komunikacją miejską. Wsiadasz w taki tramwaj lub metro i jesteś szybko […] Nie, autobus raczej nie, też stoi w korkach […] Być może, być może, dawno mnie tu nie było […] Słuchaj, jeszcze raz powtórz, co z tym akumulatorem robiłeś? […]

II – Nie, nikt nie podsłuchuje, pusto w autobusie […] Dobra, skończmy. Wysiadam przy Wileńskiej, to szybko będę u Ciebie […] Jasne, że pamiętam stary dworzec. Smród, brud […] Ha, ha, jasne , że pamiętam. Do Zielonki się jeździło […] No, no, jak on wtedy zachlał! A jak rzygał! […] Pewnie, że teraz czysto, wszystko nowe ładne […] Ha, ha pewnie że teraz by nie puszczał pawia na tory, bo by go od razu zwinęli.

obie rozmowy trwały ok. 40 minut

pociąg

rozmowa pierwsza – młoda dziewczyna, siedząca obok mnie:

Wyobraź sobie, co za ludzie. Wsiadają do nie tego pociągu co trzeba. Czytać nie umieją czy co? Wyraźnie na drzwiach napisane. A jak tam z imprezą? Wymyśliłeś coś? […] Weź przestań. U mnie na 28 metrach było dwadzieścia osób, to u ciebie na 50 nie zmieści się tyle? […] Ja do żadnego klubu nie idę, będzie balanga w domu […] Jasne, że nie będzie cicho. Sąsiadów się uprzedzi […] No bez przesady, muszą zrozumieć, że są urodziny [….] A przepis na sernik już masz? To czytaj […] Kogo zapraszamy? […] Nie, tego nie. […] Weź przestań też nie […] Bo nie. […] No dobra, to w końcu twoje urodziny. To teraz co jeszcze do jedzenia…

(następuje ustalanie menu przez ok. 15 minut, mowa o sałatkach z porem i kurczakiem, burgerach i tym podobnym)

A może jednak pójdziemy do tego klubu? […] Zarezerwuje się tę lożę vip, co Kryśka miała […] i sałatek nie trzeba będzie robić i w ogóle nic nie trzeba będzie robić [ …] Sernik też się zamówi […] Bo wiesz, goście w domu to zachowują się wulgarnie. Napije się taki, wychodzi na korytarz i rozrabia […] Jasne, trzeba jeszcze wszystko raz obgadać. Słuchaj, kończę, bo zaraz wysiadam.

rozmowa trwała ok. 40 minut

rozmowa druga – pani, zajęła miejsce poprzedniczki:

Cześć […] Daj spokój. Z Krzyśkiem rozmawiałaś? Miał kupić lampki na grób […] Daj spokój. Strasznie zimno. Siedzę w pociągu, mam czapkę, rękawiczki i nadal mi zimno. Daj spokój. […] Z dworca musiałam do niej dojść, potem wrócić na dworzec. Daj spokój […] Znalazłam te papiery. Rozmawiałam o tej sytuacji spadkowej. Trudno będzie. Daj spokój […] Za dużo tego wszystkiego. Ona się nie zgodzi. Jak ktoś rozmowy nie chce podjąć, to co to za rozmowa. Daj spokój […] Nie, nie chcę nic od niego i Weronice też zabronię spotykania się z nim […] Czuję się jak pies na wygnaniu. Niech się wyprowadza jak najszybciej. Daj spokój […] Chyba tego nie załatwię. Już chwilami nie chce tego spadku.

(rozmowę, ok. 30 minut, przerwał zanik sieci powstały podczas ruchu pociągu z prędkością ok. 150 km/h)

rozmowa trzecia – mama, siedząca w drugim rzędzie pociągu, do córki:

Już wyszłaś ze szkoły? […] Mama jeszcze w pociągu. Kup sobie coś ciepłego do jedzenia […] To pizzę kup […] To idź do MacDonalda […] Zadzwonię jeszcze.

(po ok. 20 minutach)

I co kupiłaś? [...] Aha, kanapkę z szynką […] A świeża ta szynka? […] To idź szybko do domu i zrób sobie ciepłej herbaty. Zadzwonię jak będziesz w domu.

(po ok. 15 minutach)

Jesteś już w domu? […] Zadzwonię.

(po ok. 15 minutach)

Jesteś już w domku? […] A herbatkę zrobiłaś? […] Dobra kanapka? […] Mamusia jak wróci to zrobi jakiś obiad […] Muszę córuś, muszę. Zadzwonię.

(po ok. 40 minutach)

Co robisz? […] Aha, uczysz się. A czego? […] Już nie będę dzwonić, bo zaraz wysiadam. Za jakieś 40 minut będę w domu.

przysłuchujący się rozmowie starszy pan ośmielił się zapytać, ile lat ma córka: „Szesnaście. Jest dopiero w trzeciej klasie gimnazjum”. Spojrzał na mnie i zdusił w sobie śmiech. Na starszą panią notującą coś ołówkiem w równie starym zeszycie nikt nie zwrócił uwagi    

polecam

Czytam w pubie http://belfer59.piszecomysle.pl/

cytaty na dobranoc http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Będą legendą….

20061102134847_img_9712

Kłomino – foto internet

Kiedyś, dawno temu, prawie przed potopem, człowiek szedł rano do pracy, w kiosku Ruchu kupował gazetę. W pracy czytał tę gazetę w towarzystwie drugiego śniadania, znaczy się herbaty Ulung i kanapki z mielonym.

Teraz czasy się zmieniły, człowiek się zestarzał. Wstaje rano, wyprowadza psa, parzy kawę, włącza laptopa i czyta, popijając Jacobsa Kronunga.

I właśnie usiadłam do popijania i czytania. Oczywiście najpierw gazety, znaczy się portale informacyjne. Trzeba sprawdzić ilu generałów nie będzie miała polska armia, bo walka o tron w naszym kraju trwa nadal. Taki temat dnia. Normalka, zawsze być musi. Potem portal zwany społecznościowym. I tu dopiero prawdziwa rewelacja!

„Polska Akademia Nauk opublikowała listę 122 miast, którym grozi zapaść społeczna i gospodarcza. Analiza Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN powstała na potrzeby rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Oto na 255 miast średniej wielkości aż 122 padnie na zawał lub udar lub będzie w najbliższym czasie miało wylew. Sytuacja wręcz dramatyczna. Przecież to połowa, no dobrze, nie przeginajmy, ale duża część naszego państwa. Jeśli padnie, to co zostanie? Warszawa? Kraków? Wrocław? Czy te miasta pomieszczą mieszkańców 122 padniętych miast?

Masa pytań zaczęła mi w jednym momencie przychodzić do głowy. Czeka nas kataklizm narodowy? Które miasto mam wybrać do osiedlenia się, bo moje znajduje się na czarnej liście? Kto mnie przygarnie? Wszak nawet nie sprzedam swego M, bo kto zechce kupić M w padniętym mieście?

O, może wyprowadzę się do Jeleniej Góry… byłam tam kilka razy. Miasteczko ładne, blisko uzdrowisko, (o, nawet się rymnęło) góry, w koszykówkę grają… Nic z tego. Jelenia jest na liście na 41 miejscu w rubryce „silna utrata funkcji, niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”. Szukam dalej w myślach…. gdzie by tu…. Mam! Kłodzko! Moja rodzina tam mieszka, domek mają. Może dobudują oficynkę i pozwolą dożyć ostatnich dni… Też kicha. Małe, sympatyczne miasteczko jest na 59 miejscu w rubryce „ utrata funkcji, mocno niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”.

Nie tędy droga. Trzeba przejrzeć całą listę.

I proszę jakie miasta się tam znajdują:

  • Zambrów – wspaniały szpital, o którym pisałam;
  • Zakopane – oblegane przez turystów;
  • Augustów – jak wyżej;
  • Zabrze – dlaczego?

Zresztą, co ja Wam będę wymieniała… sami sprawdźcie


http://samorzad.pap.pl/depesze/redakcyjne.praca.akty/176437/122-miast-srednich-tracacych-funkcje-spoleczno-gospodarcze

Do Warszawy nie pojadę… ostatnio byłam 1 sierpnia, oddałam hołd powstańcom i zaszyłam się w mieszkaniu znajomych. Upał w stolicy był znacznie bardziej dokuczliwy niż w mieście tracącym funkcje społeczno – gospodarcze.

Jednym słowem kicha. Samemu można dostać zapaści.

Czy istnieje jakakolwiek korzyść z upadku tylu miast? Co się stanie z nimi, kiedy padną na zawał? Wizja apokaliptyczna? Chyba nie…. Kiedyś już widziałam upadłe miasteczko. To Kłomino, dziś zwane osadą leśną.


https://pl.wikipedia.org/wiki/K%C5%82omino

Byłam tam blisko dziesięć lat temu. Chodziłam po młodym lesie wyrosłym na miejskich uliczkach. Wśród drzew, krzewów i traw człowiek spacerował po starych asfalcie.  Przyroda zawładnęła wszystkim. Rozbijała asfalt, wypychała uliczną kostkę, wbijała się do bloków straszących pustymi oczodołami okien. Brrr…. wtedy byłam przerażona. Potem jeszcze obejrzałam film „Jestem legendą”, w którym przyroda zabiera Nowy Jork…

Tak więc, kiedy znaczna część miast średniej wielkości padnie, przyroda odzyska wszystko, co obecnie zabiera jej niejaki kornik drukarz w osobie wiadomego ministra. Aha, a w wielkich miastach powstaną legendy o naszych miasteczkach, tak jak o Warsie i Sawie. 

I tym pozytywnym akcentem dzisiejsze rozważania zakończmy.  

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica

Gorąco w głowie

westerplatte 2

foto pomnika na Westerplatte wykonane przeze mnie w sierpniu 1973 r. aparatem marki „Ami”

Upał. Nie lubię. Nie chcę. Nic mi się nie chce. Wolę minus 20 niż powyżej plus 25. Okna zamknięte. Wiatrak, znaczy się wentylator włączony. Woda w lodówce. Piwo w lodówce. Jak się nie napiję piwa, to nic nie zjem. A mówią, że nawet w upały trzeba jeść…ale alkoholu pić nie można… Jak to pogodzić?  Mówią, że ludzie powinni siedzieć w domu i na upał nie wychodzić. Przed chwila wróciłam z „wyjścia” z psem (trudno to nazwać spacerem). Wszyscy siedzą w domach. Żadnego dzieciaka na podwórku. Żadnego człeka na balkonie. Okna pozamykane. Ludzie posłuszni nakazowi. Jednym słowem kataklizm. Klęska upału. Pozostaje oddać się we władanie myśli swobodnej. I tak jakoś przypomniało mi się kilka przedziwnych sytuacji związanych z historią i polityką.

Minęła rocznica wybuchu Powstanie Warszawskiego, przed nami Święto Wojska Polskiego. Po pierwszym i rzecz jasna przed drugim wydarzeniem tu i ówdzie zadawano dziwne pytania przedstawicielom starszego pokolenia, czyli takim jak ja. Pierwsze brzmiało: „ Czy w waszych czasach (czytaj PRL-u) mówiono o Powstaniu Warszawskim? Czy w ogóle wiedzieliście, że takie powstanie było?” – pytał wprost jeden z dociekliwych internautów. Ręka mi nieco zadrżała, kiedy przeczytałam to na jednym z portali.

No tak, za moich czasów po ulicach chodziły mamuty, a jedyną rzeczą, jakiej nas uczono to było łupanie kamieni…

Drugie pytanie wyjaśniło mi dokładnie przyczynę kiepskich wyników maturalnych z matematyki.

No dobrze, wiem, że pytania miały kontekst polityczny, ale wyjaśnienie młodym się należy.

Kochani, kiedy ja byłam w waszym wieku to żyło znacznie więcej osób, które wojnę przeżyło. Tak trudno to obliczyć? Jak widać trudno. I w związku z tym trudno byłoby nawet w czasach PRL-u ukryć, że powstanie było. Poza tym kochani, mimo że nie mieliśmy internetu, wiedzieliśmy o wielu różnych rzeczach. Nie musieliśmy czekać na szkolne lekcje, na zatwierdzony przez ministerstwo program nauczania, żeby znać historię. O powstaniu w Warszawie też sporo wiedzieliśmy. To przecież za naszych czasów powstał film „Kanał” (ręka w górę – kto oglądał?), a Bratny wydał powieść „Kolumbowie – rocznik dwudziesty” (rękaw w górę – kto czytał?). Na podstawie tej książki nakręcono serial (rękaw w górę – kto oglądał?) Oczywiście interpretacja wydarzeń, ich ocena mogła być inna, wszak inne czasy to były.



Przypomniała mi się jedna z sytuacji szkolnych z ostatnich lat ośmioklasowej podstawówki. Omawiałam właśnie na lekcji opowiadanie Iwaszkiewicza „Ikar” (jak nie znacie, to przeczytajcie). Po przeczytaniu tekstu zadałam standardowe pytanie: „Czy wszystko jasne? Może ktoś czegoś nie rozumie”. I się zaczęło. Co to było gestapo? Dlaczego tego chłopaka zabrano do szpitala? Dlaczego Niemcy mieli osobne miejsca w tramwajach? Jak wojna? Tu nikt nie strzela! Jaka okupacja? Zatkało mnie i nie chciało się odetkać. Podczas przerwy w pokoju nauczycielskim opowiedziałam koleżankom sytuację z lekcji. Odezwała się historyczka:” Nie wymagaj od nich takiej wiedzy. Tematyka II wojny jest dopiero w ósmej klasie w drugim półroczu.”

I to był pierwszy sygnał, że młode pokolenie uczy się historii w inny sposób niż moje.

Bo my moi drodzy słuchaliśmy opowieści starszych osób, bo my moi drodzy sami szukaliśmy w bibliotekach książek, bo my moi drodzy po prostu wiedzieliśmy…

westerplatte 1

Ja z najbliższymi pod pomnikiem na Westerplatte – sierpień 1973. 

Nie pamiętam zatem, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się o Powstaniu Warszawskim, o wydarzeniach w Katyniu, o walce na Westerplatte, o Hubalu… Skąd bierze się zatem wasze pytanie o to, czy mówiono w zamierzchłych czasach o historii Polski? Myślę, że są tacy, którym zależy, by wciskać wam kit, że moje pokolenie to było dno i wodorosty. I dziś w ten upalny sierpniowy dzień mówię NIE parówkowym skrytożercom ( jak powiedział klasyk w „Misiu”).

Teraz bardziej polityczne pytanie często zadawane mi przez młode pokolenie: „Jak była ciocia prześladowana za czasów komuny?”. I co mam odpowiedzieć? Poprawnie politycznie, czyli dopisać sobie kilka faktów w życiorysie? Czy niepoprawnie, ale zgodnie z prawdą – ani ciocia, ani jej rodzina nie była prześladowana. Z jednym wyjątkiem – daleki kuzyn został przeniesiony z Politechniki Wrocławskiej do jej filii w Wałbrzychu. Protestował w 1968 roku. Kara dotkliwa nie była, wszak kuzyn mieszkał w Wałbrzychu… Jeśli zatem nie byłam prześladowana, to pewnie byłam mocno związana z komuną. Tak, zwłaszcza z tą opisana w poemacie Broniewskiego „Komuna Paryska”.

 „Noc, rozświetlona łuną,

złowroga, ciężka.

Chmurami ponad Komuną

zawisła klęska.

 

Zostało już niewiele

barykad i nadziei.

„Na śmierć, obywatele,

pójdziemy po kolei.”

 Uwielbiałam ten poemat, jak i uwielbiałam Broniewskiego, poetę uznanego swego czasu za piewcę komuny. A co najciekawsze – jeden z zespołów zajmujących się tworzeniem utworów patriotycznych, sięgnął właśnie po Broniewskiego…



Zatem nie byłam prześladowana, moja rodzina nie była związana z władzami ani poprzednimi, ani następnymi. Dzięki temu mogę więc pisać co myślę!

 

PKP Intercity – REKLAMA (cja)

 kasa

PKP Intercity atakuje mnie z każdego kanału telewizyjnego, przerywa seriale i filmy fabularne. Jako że ostatnio mi z szynami nie po drodze,  
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/04/donos-na-koleje-dolnoslaskie/
 postanowiłam zagłębić temat. Wróciłam do punktu wyjścia, czyli do Wałbrzycha, gdzie pociągi w/w spółki zatrzymują się, ale biletu w kasie na przejazd nimi nie kupisz. Siedząc w domu i posiadając internet, zaczęłam planować teoretyczny wyjazd. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo czy nagle nie zechcę pojechać i wrócić. Na www.rozkład-pkp.pl znalazłam pociąg bez przesiadek o 21.54 ze stacji Wałbrzych Główny do Warszawy Wschodniej. W porzo, spoko. Czas na „Kup bilet”. Pięknie, wyskakuje kolejna strona. Wypełniam rubryki: jeden bilet, tania kuszetka, czas na tabelę zniżek. Jest ich aż 24, ale mojej nie ma. Bo ja to taki relikt po komunie. Nie ukończyłem jeszcze 60 lat, zatem nie jestem seniorem i nie mogę skorzystać z 50% zniżki. Jestem natomiast emerytem i dwa razy do roku mogę skorzystać z 37% zniżki ogólnokolejowej, czyli na wszystkie szyny w Polsce.

lokomotywa2

Odnajduję zatem maila i piszę do tych, co się reklamują. Trzeba zareklamować brak mojej zniżki. „ Chce kupić przez internet bilet na pociąg. Niestety, nie jestem w stanie „wypełnić” rubryki ze zniżkami, czyli odszukać odpowiedniej kategorii. (…) Posiadam „Zaświadczenie” wydane przez ZNP. Kupując bilet w kasie, była tam zawsze przybijana pieczątka z datownikiem, poświadczająca nabycie ulgowego biletu.”

Żeby nie pisać po raz drugi, proszę od razu o informację, co robić w sytuacji, kiedy jadę w trasę z przesiadkami: „ (…) kolejny pociąg – inny przewoźnik. Kupując bilet w kasie, zniżka jest uwzględniana na całej trasie. Jak to uczynić to poprzez internet? Jako że najbardziej zależy mi na rezerwacji kuszetki (ze względu na zły stan zdrowia), chce zapytać czy istnieje możliwość internetowego zakupu samej kuszetki”.

Odpowiedź nadeszła po czterech godzinach: „(…) informuję, iż na obecny moment nie ma możliwości zakupu biletu z rzeczoną zniżką przez internet, tak samo jak nie ma możliwości osobnego zakupu kuszetki. (…) mogę zaproponować zakup całości biletu u konduktora. Jeśli na stacji, na której Pani wsiada nie będzie kasy Intercity, lub będzie ona zamknięta, wtedy taki zakup odbędzie się bez opłat dodatkowych (…) Jeśli nie ma Pani możliwości zakupu biletu w innej kasie, ani nie odpowiadałaby Pani zaproponowana przeze mnie opcja, to na obecną chwilę pozostaje jedynie zakup biletu po normalnej cenie za pomocą systemu sprzedaży internetowej”.

Ha ha hi hi! Wesoło mi się zrobiło! Mam zniżkę, ale nie mogę z niej skorzystać, bo moja zniżka jest taka sama jak opisany wcześniej przeze mnie kibel w autobusie PKS
http://ciociagrazynka.piszecomysle.pl/2015/02/16/wolny-czas-w-pks-ie/
– jest, a jednak go nie ma, bo skorzystać z niego nie mogę. 

Oczywiście PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w Wałbrzychu w pociągu będą wolne tanie kuszetki, do tego na parterze, bo na piętro to ja się nie wtoczę, niestety… Ba, PKP Intercity nie gwarantuje mi, że w pociągu, który zatrzyma się w Wałbrzychu w ogóle będą miejsca siedzące. No, do Warszawy może się i znajdą, ale w sezonie letnim do takiej Gdyni na przykład? Pewna kuracjuszka ze Szczawna Zdroju (pod Wałbrzychem) dała się namówić na zakup biletu oraz oczywiście kuszetki u konduktora. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji, nie było wolnego żadnego miejsca. Konduktor zaproponował stanie na korytarzu. Tam jeszcze miejsca były.

Opisałam więc ten fakt w kolejnym mailu: „(…) znajoma musiała wrócić do sanatorium, opłacić dodatkowy nocleg, a następnego dnia skorzystała z autobusu. Mam nadzieję, iż tak szeroko reklamowane Intercity weźmie pod uwagę, iż pociągami chcą jeździć osoby nie w pełni zdrowe. Chcą mieć zatem pewność, że wsiądą do pociągu i będą mogły spokojnie dojechać do celu, bez konieczności wspinania się na piętra kuszetek (lub stania w korytarzach)”.

Tym razem PKP Intercity podziękowało mi za cenne uwagi, taka uprzejma formułka na całe osiem linijek oraz podało kolejną możliwość zakupu biletu z moją zniżką oraz kuszetką: „Na chwilę obecną, w opisanej przez Panią sytuacji, proponujemy udać się do najbliższej kasy biletowej (wyszukiwarka kas jest dostępna na naszej stronie pod adresem….” 

Jasne jak słońce! Najpierw pociągiem do Wrocławia lub Świebodzic po bilet, bo to najbliżej Wałbrzycha, potem z powrotem do Wałbrzycha i z Wałbrzycha przez Świebodzice, Wrocław do Warszawy. Oczywiście koszt jazdy po bilety wyniesie zapewne tyle, ile moja zniżka na szyny w całej Polsce. No pewnie, ze Intercity ma rację – kupić w internecie bez zniżek i spokój lub poczekać kilka lat, aż człowiek skończy tę sześćdziesiątkę i dostanie 50% zniżki nawet przez internet. W końcu czego ja się czepiam. Mam komunistyczna emeryturę, za karę nie mogę zrealizować zniżki. 

Póki co zaproponowałam, żeby tak zaprząc do roboty informatyków, którzy w rubryce „zniżki” wprowadzą moją, jedyną, której nie ma. Na tę propozycję odpowiedzi nie dostałam. Nikt również nie udzielił mi odpowiedzi na pytanie, co zrobić, jeśli człek chce jechać z przesiadką… Pewnie ludzie zajęci byli przygotowywaniem kolejnej reklamy. A nie można tak zamiast reklamy po prostu podłączyć odpowiedni kabel czy inny światłowód do kas, które w miastach posiadających dworce z reguły są, by mogły sprzedawać bilety na wszystkie Polski strony…Nie można? A dlaczego? 

lokomotywa1

foto – Muzeum Kolejnictwa Jaworzyna Śląska (bez kasy Intercity)

Hajże na Warszawę!

_DSC0211

Od tygodnia przeglądam dokładnie internet, słucham wiadomości w radio i telewizji na wszystkich możliwych programach. Chcę bowiem udać się na weekend do stolicy, odwiedzić koleżankę, obejrzeć przedstawienie w teatrze i mecz koszykówki. Obserwuję zatem czy na trasach, którymi będę się przemieszczała, nie odbędzie się kolejna manifestacja protestująca albo nie rozbije się kolejne kolorowe miasteczko. Jeśli wyczuję, że coś się szykuje, muszę opracować alternatywne trasy z uwzględnieniem dłuższego czasu na przemieszczanie się z miejsca na miejsce. W moim przypadku najbardziej zagrożona jest droga na mecz. Warszawscy koszykarze grają w hali przy Wiertniczej, na Wilanowie. Jadąc tam autobusem mijam Pałac, ambasady, Łazienki, Belwedery… (sorka, jeden Belweder) i oczywiście „Sowę i Przyjaciół”. To teren sprzyjający pochodom, marszom i budowie miasteczek w mieście. A mam już pewne doświadczenie, że osobom niezainteresowanym konfliktem na linii wypłata-stolica przebywanie wśród zainteresowanych na dobre nie wychodzi. Kiedyś chciałam przespacerować się z Placu Zamkowego do Alei Jerozolimskich. Szedł jakiś tłum, a że w stolicy tłumy są zawsze, wcale mnie to nie zdziwiło. Tymczasem tłum okazał się być manifestacją ogólnie mówiąc PRZECIWKO. Neutralnych nie tolerował. Na ucieczkę było za późno. Aby ocalić życie i dojść do Alei, musiałam trochę pokrzyczeć. Po przymusowym udziale w walce przeciwko, bolało mnie gardło, a w kieszeni znalazłam podejrzane ulotki.

Wolę zatem nie spotkać na trasie górników z oponami, rolników na traktorach, lekarzy ze stetoskopami czy nauczycieli z kredą i tablicami.

Bo tak w ogóle każdy wyjazd do Warszawy  jest obecnie ryzykowny. Kiedyś jeździło się tam, by obejrzeć zabytki, odwiedzić teatry, stojąc pod Sheratonem posmakować wielkiego świata, spotkać na ulicy znanego aktora… ech, kiedyś stolica to była stolica…

wawa hotel

 

Teraz jest inaczej, obowiązuje hasło „Hajże na Warszawę”. Do stolicy jeździ się głównie, żeby ją zablokować i coś załatwić.  Czasami zastanawiam się, dlaczego np. górnicy ze Śląska nie blokują swoich miast (na Śląsku przecież ich sporo), a rolnicy dojazdu do swoich wsi. Koszt dla organizatorów tego typu akcji protestacyjnych byłby znacznie mniejszy… Czyżby Warszawa jednak swym urokiem przyciągała?

Nie znam się,  nie wiem, zarobiona jestem. Nadsłuchuję czy przez przypadek na Warszawę nie ruszają właściciele małych sklepów pod przywództwem mego kolegi. Kiedy rolnicy z ciągników krzyczeli, że watahy dzików niszczą im uprawy i należy się za to odszkodowanie, kolega wystąpił z podobnym postulatem. Jako właściciel (początkowo dwóch, obecnie ostał się ino jeden), sklepiku typu osiedlowego, zażądał odszkodowania za niszczenie drobnego handlu przez panoszące się biedronki. Ten sympatyczny owad obcy kapitał zrzuca na nasz kraj, jak ongiś zrzucał stonkę. „Hajże na Warszawę” – krzykną niedługo właściciele sklepików. Pomaszerują pod Belweder z hasłem „Biedroneczki to dup…, i nie chwalę ich sobie”! Kupcy rozbiją miasteczko w kropki. Natomiast protestacyjne miasteczko emerytów będzie siwe czyli szare. Emeryci też mogą przecież zorganizować marsz przeciwko ZUS-owi, oczywiście w Warszawie. „Hajże na Warszawę” w każdej chwili mogą krzyknąć chude anorektyczne modelki, bo ostatnio robi się moda na prawdziwe kobiety. Oczywiście dziewczyny będą mogły rozbić swoje miasteczko, powiedzmy takie różowe. Można się również spodziewać marszu sprzątaczek przeciwko zbyt silnym detergentom w środkach czystości. Gdyby rozbiły miasteczko, zapewne mogłyby liczyć na przychylność Greenpeace – wiadomo ekologia. O, ekolodzy też mogą ruszyć na Warszawę, oczywiście pieszo lub rowerem. Stolarze, marynarze, dekarze, elektrycy, magicy, kierowcy, rajdowcy … każdy może ruszyć na Warszawę. Po co? Głównie po to, żeby takiej osobie jak ja, szukającej w stolicy kultury i rozrywki, utrudnić przejazd do teatru i na mecz.

Póki jednak co, hasła „Hajże na Warszawę!” nie słyszę. Muszę zatem przyśpieszyć wyjazd. Wiosna w pełni, potem sezon letni. Lud może w każdej chwili ruszyć na Warszawę. Zwłaszcza przed wyborami. 

Koszykarski chichot losu

 Za oknem wiatr. W okapie piździ jak ….nieważne. Pies piszczy, bo chce na dwór, ale wyjdź tu człowieku, skoro nawet tak masywna osoba jak ja narażona jest na podwianie i wywianie. Za to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra dla dzieci i seniorów. A ja od rano, poprzez wszechobecną sieć,  uczestniczę w ciekawej dyskusji dotyczącej właśnie traktowania seniorów.

Sprawa ma się mniej więcej tak:                                                                                  

Na ważnym meczu koszykówki pojawiła się grupa ongiś bardzo ważnych, sławnych i niezwykle zasłużonych koszykarzy – seniorów. Niektórzy przyjechali nawet zza granic państwa polskiego.  Początkowo nikt ich nie rozpoznał. Przy wejściu kazano im podnieść ręce do góry, obmacano dokładnie, bo kto wie, może jakąś racę seniorzy przemycili?  Potem wynikł problem, gdzie mają usiąść. Czy należą im się miejsca określane mianem „vipowskie”, czy za ławką zawodników, a może wśród „ultrasów”? W ostateczności wylądowali na galerii, czyli po samym dachem.                             

Tak, wiem, że to wydarzenie może wydawać się humorystyczne. Początkowo też się uśmiechnęłam, uznając wszystko za dowcip. Dlaczego nie spodobał się byłym koszykarzom? Czyj to w ogóle dowcip i na czym polegał?                                  

 Młodych ludzi z tzw. ochrony, którzy nie mają pojęcie, iż nakaz podniesienia rąk do góry osobom mającym w pamięci wojenne przeżycia, może  kojarzyć się jednoznacznie z faszystowskim okrzykiem „Hände hoch”?                                     

Może dowcip działaczy sportowych, którzy nie przygotowali się na przybycie tak licznej grupy byłych sportowców i na wszelki wypadek zwiali, bo miejsca w sektorze „vipowskim” zajęli sponsorzy i ich kuzyni?                                                                   

Może dowcip samych seniorów, że przyszli na mecz zamiast siedzieć w domu i machać moherowym beretem?                                                                                       

Żart kibiców z sektora dla kiboli? Nie, ci odpadają. Pewnie nawet nie wiedzieli, co się gdzieś dzieje. „Wysłali ich na galerię? Chyba do galerii? Której?” – tak pewnie wyglądałaby rozmowa z nimi. Młodzież nie kojarzy słowa „galeria” z najtańszymi miejscami w teatrze.                                                                                                        

 O co więc w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza seniorom?

Kochani to takie proste! O SZACUNEK!

 Niedawno wczytywałam się w socjologiczną teorię wymiany Petera Blau. Uważa on, iż każde nasze działanie w stosunku do drugiego człowieka ma charakter wymiany społecznej. Każdy nasz uśmiech powinien zobowiązywać drugiego człowieka do takiego samego uśmiechu. A najważniejszymi nagrodami, jakie otrzymujemy od bliźniego, to akceptacja i szacunek. W stosunkach społecznych pieniądz ma najmniejsza wartość.                                                                                               

Tymczasem na omawianym przeze mnie meczu doszło do całkowitego odwrócenia sytuacji. Tych, którzy obecnie nie przedstawiają materialnej wartości, bo zarobić na nich nie można, nie widać nawet w tle.  

Koszykarze – seniorzy byli poza zasięgiem kamer i widowni. Żadnego z ich w telewizji nie widziałam, a też ze mnie seniorka to chętnie bym zobaczyła, jak teraz wyglądają. Ich wizyta w hali była również wielką szansą na zastosowanie elementu wychowawczego dla grupy tych, których nazywamy kibolami, na żywą naukę historii. Ktoś tej szansy nie wykorzystał….                                                                                  

 I tych młodych kibiców chyba żal mi najbardziej. My seniorzy jakoś wszystko przeżyjemy, wszak nie takie sprawy się przeżywało. Młodzież nawet nie wie, co straciła….

A Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra dziś dla seniorów…. Ot, chichot losu….