Chmury nad Pałacem

 

share

…. i jeszcze na dodatek na tęczowo go czasami oświetlają…

Włączam dziś laptopa, by poczytać trochę gazet w wydaniu elektronicznym i od razu dostaję w łeb. Wybrańcy narodu, w postaci przedstawicieli rządu, apelują o zburzenie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat na forach dyskusyjnych, które mam „polubione”, ludzie wrzeszczą, dostają ataków szału i popadają w stan skrajnej depresji.

A ja nie… ja spokojnie…

Zajęłam się samokształceniem, czyli co, kto, kiedy i w jakim celu zburzył…

Zacznijmy od czasów nowożytnych i historii najnowszej – zburzenia wielkich posągów Buddy w Afganistanie, w prowincji Bamian, niedaleko jezior Band-e Amir. Owe posągi wydrążyli w VI w. n.e. w północnej ścianie Bamianu buddyjscy mnisi. Wewnątrz nich znajdowały się liczne korytarze, w tym schody wiodące na szczyt głów. Najwyższa figura miała 53 m i była największym na świecie wyobrażeniem Buddy, najmniejsza – 9 m.

W marcu 2001 talibowie za pomocą ognia artyleryjskiego i materiałów wybuchowych zniszczyli dwa największe posągi buddy, 53-metrowy z 554 roku n.e. oraz 36-metrowy z 507 roku n.e. „Z punktu widzenia ich radykalnej ideologii istnienie tych posągów kłóciło się z głoszonym w islamie zakazem sztuki figuralnej oraz z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom.”

No i proszę, ideologicznie byli w porzo wobec swej religii. Nie wolno i koniec. Zabronione i finito. Nie będzie tutaj jakiś budda zakłócał porządku swym wyglądem.

Słynnego 11 również 2001 września też dokonano zburzenia – pod gruzami znalazły się słynne Twin Towers w World Trade Center. Tym razem był to atak terrorystyczny dokonany przez Al-Kaidę w ramach „walki o wolność”. Cóż, terroryści mają na swoim koncie dużo zburzeń. Pozostawmy to bez komentarza.

Trochę historii starożytnej…

Taka Jerozolima burzona była wielokrotnie, ale nieustannie się podnosiła i odbudowywała. Najpierw król babiloński Nabuchodonozor II w roku 597 p.n.e. zdobył miasto, potem było coś w 63, 66… a wreszcie w 70 r.n.e rzymska armia obległa znajdujące się pod kontrolą Żydów od 66 roku n.e. miasto. „Wojskom rzymskim udało się w maju pokonać dwie z trzech linii murów miejskich, a w lipcu zdobyć Twierdzę Antonia. Wkrótce potem spłonęła Druga Świątynia, a wraz z nią spora część gęstej zabudowy śródmieścia. Ostatnie punkty oporu na Wzgórzu Świątynnym broniły się do sierpnia. Wraz z upadkiem Jerozolimy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rzymian, choć Masada, ostatni izolowany punkt oporu, padła dopiero w 73 n.e. W wyniku walk i złupienia miasta Jerozolima została zniszczona, a spora część jej mieszkańców zginęła lub została wymordowana.”

Potem byli jeszcze krzyżowcy… ale dość tej historii. Wszyscy chyba chcieli burzyć, żeby zburzyć. Bo na pewno nie mieszkać w zburzonym. 

Przejdźmy do innej

Taka Troja stała sobie, nikomu nie wadziła, aż tu nagle wybuchła wojna o kobietę i miasto legło w gruzach (1200 p.n.e). Padło też Jerycho (1220-1200 p.n.e.), padła Kartagina (146 p.n.e.)…. Neron zburzył stary Rzym (64), bo mu się nie podobał. Ale o dziwo, swego pałacu nie spalił… Spoko, spoko, Nowogrodzka też się ostanie. 

Zwolennicy zburzenia warszawskiego pałacu od razu przypomną pozytywne zburzenia, taką Bastylię na przykład. Było w niej ciężkie więzienie i 14 lipca 1789, w czasie zamieszek rozpoczynających rewolucję francuską, zamek został zdobyty przez lud paryski i jako symbol ucisku zburzony. Dzień 14 lipca do dziś jest we Francji świętem narodowym i jest co roku hucznie obchodzony.

Ale my przecież Francuzów nie lubimy, oni nas też… czyżby obecnie rządzący jednak się na ich historii wzorowali?

Aha, jeszcze jedno zburzenie – oto mur berliński padł w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989, po przeszło 28 latach istnienia.

Zaraz, zaraz, ale to ponownie nielubiani przez nas, znaczy się przez rządzących, ludzie, znaczy się Niemcy…

I tak oto do Niemców doszliśmy. Totalnie zburzyli Warszawę właśnie przedstawiciele tej narodowości… Chyba nie trzeba nikomu tego przypominać. A potem ci wstrętni komuniście Warszawę odbudowali! Jak śmieli! A do tego podstawowy wróg wybudował nam w środku stolicy taki wieżowiec straszący pokolenia! Bo przeca „pałac stanowił „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Wybudowany w latach 1952–1955 według projektu radzieckiego architekta Lwa Rudniewa, budynek inspirowany jest moskiewskimi drapaczami chmur, które z kolei inspirowane są amerykańskimi wieżowcami art déco.”

Rety, co tu robią amerykańskie wieżowce? Wikipedią komuna kieruje? 

Idąc tym tokiem myślenia, trzeba Warszawę ponownie zburzyć i odbudować według ideologii władzy: pomniki smoleńskie na każdym skrzyżowaniu, kościoły i kaplice co 500 metrów, schroniska dla kotów w każdej dzielnicy…

Już kończę, bo jak rozwinę wyobraźnięe to sama nie wiem do czego dojdę…

polecam inne swoje blogi

cytaty na dobranoc – http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

Czytam w pubie – http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

Rzadko na moich wargach…

x

Przez dwa dni w roku – 10 oraz 11 listopada – słowo patriotyzm odmieniane jest we wszystkich deklinacjach, koniugacjach w wyniku stosowania wszelkich wyrazów pokrewnych i bliskoznacznych z wiadomym słowem połączonych. Znakomity materiał do przeprowadzenia super lekcji polskiego uwzględniającej gramatykę, ortografię, literaturę, wychowanie w rodzinie, religię… słowem zajęcia zintegrowane. I takie też lekcje przeprowadzałam, kiedy nauczycielem byłam.  

Dziś będzie inaczej. Dziś podejmę próbę odpowiedzi na pytanie czym jest patriotyzm i kto patriotą jest. W listopadzie praktycznie wszyscy próbują na te pytania odpowiedzieć. Nie będę gorsza.

Słowniki tłumaczą prosto i zwięźle – patriotyzm to „szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją.”

W praktyce tak prosto nie jest.

My, Polacy, przede wszystkim kochamy walkę o wolność Ojczyzny. Najlepiej jeśli wrogowie przychodzą z zewnątrz, nocą „kolbami w drzwi załomocą”. Wtedy „stań u drzwi, bagnet na broń”. Oj, Broniewski, Broniewski, napisałeś i tak już zostało. A sprawa wroga wcale nie jest taka prosta.

Oto II wojna światowa zakończona w 1945 roku przez trzech facetów, co to zaczęli rozmawiać ze sobą w Jałcie, a skończyli w Poczdamie. Do roku ok. 1989 uważano za patriotów tych, co weszli na teren okupowanej Polski od wschodu wraz z wybranymi osobami z formacji zachodnich, za jakie uważano Armię Krajową. Po 1989 wszystko się zmieniło. Bijący hitlerowców członkowie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wcale patriotami nie byli, bo przyciągnęli za sobą „ruskich”. Patriotami stali się wszyscy ci, co z „ruskimi” walczyli. Tacy członkowie armii Andersa, co to walczyli za wolność waszą i naszą u stóp Monte Cassino.

Obecnie sporo jest osób, które uważają, iż pojęcie „żołnierz wyklęty” należy się właśnie tym od Kościuszki, bo dziś nikt o nich już nie pamięta, a wielu wyklina.

Zatem walka z wrogiem nie jest jednoznacznym wykładnikiem patriotyzmu. Do końca nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel.

Po 1945 roku nastał w Polsce ustrój zwany socjalistycznym, dziś uważanym za podporządkowany „ruskim”. I tu dopiero zaczynają się schody w definicji patriotyzmu!

Na pewnej lekcji polskiego, w czasach zaawansowanego Gierka, pani w „ogólniaku” rzuciła temat do dyskusji: „ Jak być patriotą w dzisiejszych czasach?” . „Praktycznie się nie da. Wojny brak” – ryknęliśmy na początku. Okazało się, że można. Trzeba się uczyć i pracować ku chwale Polski Ludowej, bo jest to zgodne z założeniami…. pozytywizmu, epoki sprzed, wówczas, stu lat. Znaczy się pracować, pracować i jeszcze raz pracować. W przypadku uczniów oczywiście uczyć się i budować drugą Polskę – hasło z epoki gierkowskiej.

Po latach okazało się, że ci co tę druga Polskę budowali wcale patriotami nie byli, bo budując wspierali reżimowy system.

Czyżby byli nimi ci, co kradli wszystko ci się dało, ze swych zakładów pracy? W końcu kradnąc z państwowej fabryki reżim osłabiali…

Mam wątpliwości. Ostatnio często korzystam z Centralnej Magistrali Kolejowej wybudowanej w latach 1971-1977 oraz tzw. „gierkówki”- drogi szybkiego ruchu zbudowanej w latach 1972-1976. Do dziś wspieram reżim?

Dobra, zostawmy kolej i drogi, zajmijmy się takim na przykład sportem. Wszak sportowcy to patrioci. Reprezentują Ojczyznę. Szanuję barwy narodowe. Ale … Zapewne wiecie, że ustawa dezubekizacyjna objęła również sportowców, którzy reprezentowali ongiś klubu typu „Gwardia” będące klubami milicyjnymi? Jeśli tylko taki mistrz miał w aktach napisane, że pracował w milicji, choćby nie wiem ile medali zdobył, emeryturę mu zmniejszono. I zupełnie nieważne, że człek tylko kopał piłkę… Kto wie, co będzie z kolejne pięćdziesiąt lat… Może okaże się, że taki piłkarz zostanie patriotą?

Podobnie z aktorami, piosenkarzami… grali w filmach powstających za czasów wstrętnej komuny? Grali. Śpiewali na akademiach ku czci? Śpiewali Są zatem patriotami czy nie?

No i moi drodzy zrobiło mi się gorąco.

Kto dzisiaj jest zatem patriotą?

Ten, co wywiesza flagę na balkonie w Święto Niepodległości?

Ten, co uczestniczy w otaczaniu granic Polski różańcem?

Ten, co krzyczy „Polska dla Polaków”?

Ten, co każdego dnia staje na swoim stanowisku pracy w firmie kapitalisty?

Nie wiem… Ale znam jeden wiersz, kiedyś, za czasów socjalizmu, znajdował się w podręczniku do języka polskiego… napisał go Jan Kasprowicz… dawno temu… w okresie I wojny światowej… Wytrzymacie jeszcze trochę i przeczytajcie… wszak Polska jest tylko jedna….



 

polecam inne swoje blogi:

http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

http://belfer59.piszecomysle.pl/
 

 

 

Nauczanie historii

SONY DSC

foto: Biedny lud komunistyczny na meczu piłki nożnej w Wałbrzychu w latach 60-tych 

Ostatnio moją uwagę przykuwały wypowiedzi o czasach mego dzieciństwa i młodości czy PRL-u… Bo dziwne jakieś takie były…

Oto czytam jak to po ogłoszeniu stanu wojennego – 1981 – rolnicy, zwani czasami chłopami, woleli rozdawać swoje świnie rodzinie, zamiast dostarczać je do skupu świń, bo te ze skupu szły na rzeź w imię komuny.

Cóż, słowa te pisał młody chłopak, który poznaje historię z tzw. tekstów źródłowych. I w pewnym sensie ma rację…

Zapewne trafił na pismo, które w owym 1981 lub 82 roku moja rodzina samodzielnie napisała. Rzeczywiście, w piśmie tym była prośba o pozwolenia na zarżnięcie jednego świniaka w gospodarstwie rolnika X i nieodpłatne przekazanie owej zarżniętej świni bratu rolnika X, zamieszkałemu w mieście Y. Takie zezwolenie było niezbędne, gdyż wieprzowinę trzeba było przewieźć przez granicę gmin i powiatów. A na rogatkach wówczas stało wojsko i sprawdzało. Gdy człek miał odpowiednie papiery, problemu nie było. I tak świnia przekroczyła granice, dotarła do miasta, gdzie została podzielona na cztery części i dostarczona do czterech rodzin, które słono za nią zapłaciły. Kont bankowych wówczas w powszechnym użyciu nie było, pieniądze wędrowały z ręki do ręki.

Cóż, moja rodzina sfałszowała historię… I teraz mam za swoje… Współczesne pokolenie uczy się na podstawie owego dokumentu, że chłopi świnie za darmo oddawał…

Z przyjemnością oglądam program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami rozbawiają mnie panowie prowadzący, zwłaszcza kiedy w swych wypowiedziach nawiązują do czasów PRL-u, bo sporo prezentowanych w programie polskich piosenek właśnie wtedy powstało.

Kiedyś ktoś śpiewał przebój grupy Bajm „Józek nie daruję ci tej nocy”. Z wypowiedzi prowadzącego dowiedziałam się, że ten, przepojony seksem tekst, wcale o seksie nie jest. Nawiązuje on bezpośrednio do wprowadzenia stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego i w domyśle brzmi „Wojtek, nie daruję ci tej nocy”.

Zatkało mnie wówczas. Oto bowiem ów Wojtek rozgrzewał ciało, śpiewająca miała bzika na jego punkcie i prosiła, by z nią grzeszył. Siedem razy grzeszył. Przyjemny był ten stan wojenny, no nie? Równocześnie przypomniałam sobie czasy, w których piosenka powstała, wszak wówczas już solidnie grzeszyłam w wiadomy sposób. Nikt z moich znajomych nie utożsamiał piosenki z polityką! Dla nas wszystkich była utworem tak bardzo nieprzyzwoitym, że aż doskonałym w swej nieprzyzwoistości!

A teraz proszę, po latach dowiaduję się, że to piosenka o polityce.

Kolejny przykład z tego programu – „ W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, czyli Martyna Jakubowicz rok 1983. Oczywiście wprowadzenie do piosenki – prowadzący rozwodzi się nad mrocznym rokiem powstania utworu, jak to wówczas tragicznie było …

Wracam do wspomnień… studia zaoczne, III rok, praca w szkole we wsi daleko od szosy, wielka miłość zakończona małżeństwem… ani głodu, ani poniewierki, ani mroku, underworldu, znaczy się Lykanów i Wampirów, jeszcze nie było… no dobrze, przyznaję się. Małżeństwo się nie udało, ale chyba nie przez ten rok 1983… Słońce jeszcze wówczas świeciło…

A potem radośnie odzywa się drugi prowadzący i jest happy! Dziś nie ma już problemu z wolną miłością, którą podsłuchiwał sąsiad w domu z betonu! Hola, stop! Domy z betonu stoją nadal. Ludzie się w nich już nie pie.. znaczy się nie kochają w sensie fizycznym? Sąsiedzi nadal mają możliwość podsłuchiwania.

A wolna miłość? Ludzie kochani, co za niewiedza ze strony prowadzącego! Stosunki tylko w małżeństwie. Kto to słyszał, żeby wolno było każdemu z każdym? Ludzie teraz odmawiają różaniec, a nie stosunkują poza związkiem zatwierdzonym przez proboszcza.

I końcówka. Ostatnio pracując z młodzieżą dowiedziałam się, że w latach, na które przypada moje dzieciństwo i młodość, była partyzancka wojna z „ruskimi”, w sklepie sprzedawano jedynie ocet, a ludzie żyli w totalnej biedzie. Wszystko było pozamykane i kościoły, i kina, i stadiony, i restauracje, i szkoły wyższe… Kiedy zapytałam, czy pozwalano mówić wówczas po polsku, zdania młodych ludzi były podzielone. Jedni twierdzili, że tak. Inni, że nie…

Trudno było przekonać młodych, że jednak w latach 1945 – 1989 coś się działo. Wajda kręcił filmy, Szymborska pisała wiersze, a ludzie z głodu jakoś nie umierali, wprost przeciwnie – rodziło się ich znacznie więcej niż obecnie.

Opowiedziałam o młodych koleżance, która w latach osiemdziesiątych walczyła o wolność i demokrację. Załamała ręce. Uśmiechnęłam się i przypomniałam, jak sama po 1989 roku „zmieniała” historię z tej fałszywej na prawdziwą, jak negowała praktycznie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Fabryki były złe. Kino było złe. Wyższe uczelnie też były złe. Wszyscy byli ubekami, esbekami, komuchami.

Oj, nie tak wyglądało moje dzieciństwo….  

Wiara czy przyzwyczajenie?

d944d06b1a7ceadbecf0b08f725696c1

Temat trudny. Złożony. Kontrowersyjny. Ale może czas go poruszyć…

Oto umiera ktoś znany, taki na przykład ksiądz, który przez wiele lat dawał się mocno we znaki swym barankom. Baranki były grzeczne, posłuszne i w obawie przed wykrzyczeniem ich nazwisk z ambony, dawały na tacę, nie sprzeciwiały się. Uznawały, że władza proboszcza z samej góry pochodzi i zgodnie z założeniami religii trzeba ją szanować. Po cichu każdy mówił co innego. Większość miała pretensje. Część potępiała. Ale nikt nie odważył się sprzeciwić. Strach. Nie ma to nic wspólnego z szacunkiem.

Ludzie mają prawo tak myśleć i postępować. Wolny kraj.

Tak więc nowa plebania została wybudowana, nowy kościół też. Wszystko to oczywiście zasługa nikogo innego, tylko owego księdza.

Wierni wiernie w to wierzą, zapominając, że nowe budynki zostały wybudowane za ich pieniądze.

Kiedy kapłan umiera również podkreśla się jego zasługi w budowaniu miejsc kultu. I przede wszystkim jego. Zmarły staje się zasłużony dla całego regionu. Jego postawa staje się godna naśladowania. O forsie ściąganej z parafian już nikt nie pamięta.

Rodzina od dawna nie chodzi do kościoła. Dziadek stał się ateistą, babcia kilka lat temu pozbyła się różańca i dostaje drgawek na hasło „Radio Maryja”. Córka jak córka. Zięć jak zięć. Ślub kościelny wzięli, oczywiście. Bo jest uroczysty. Ładny. Kościół kwiatkami przybrany. I dużo światła. I taka magia. I panna młoda mogła się pięknie ubrać. Do cywilnego to nie wypada w długiej białej sukni i z wiankiem na głowie. O ślubie i małżeństwie jako o sakramencie pewnie nie mieli pojęcia.

Na kilka lat zapomnieli o kościele.

Urodziło im się dziecko. Oczywiście, że będzie chrzest. Tak wypada. Tak trzeba. W środowisku wszyscy chrzczą. A do tego kolejna rodzinne impreza! Aha, ksiądz każe iść do spowiedzi… Spoko, w porzo. Mama i tata pogadają sobie przez kratę z kapłanem. Wyznanie grzechów? Jakich grzechów? To tylko formalność. Jest więc chrzest, jest impreza, są prezenty. Wszyscy są happy. Łącznie z parafią, bo chrzest został opłacony i forsa wpłynęła na konta… nie, nie na konto… do kieszeni księdza.

W której parafii wpłaca się opłatę za sakramenty na konto? Chyba zapytam o to na facebooku…

Dziecko w naszej rodzinie rośnie. Niedługo pójdzie do przedszkola. A tam – zajęcia z religii. Młoda mama w internecie odszukuje kilka modlitw i przygotowuje maleństwo do przedszkola. Uczy na pamięć tekstów religijnych. Oczywiście mogłaby nie posyłać dziecięcia na owe zajęcia, ale wówczas będzie problem. Pani wychowawczyni zamiast mieć „wolne”, bo zajęcia religijne prowadzi odpowiednio do tego przygotowana osoba, będzie musiała zająć się ateistycznym dzieckiem. Po co pani życie utrudniać? Po co ma krzywo patrzeć na całą rodzinę? A tak w ogóle dlaczego dziecko ma być inne niż wszyscy?

Księdza po kolędzie też trzeba przyjąć. Dla dziecka. Dawno go w tym domu nie była, trzeba zatem pilnować, żeby, tradycyjnie jak co roku, nie ominął drzwi. Dziadek ateista i babcia bez różańca nie wiedzą – śmiać się czy płakać?

Z wychowywania dziecka w duchu religii najbardziej zadowolony jest ojciec. Nie musi tłumaczyć maleństwu dlaczego nie wolno robić tego czy tamtego. Wystarczy, że oznajmi: „Bozia nie pozwala” i koniec dyskusji. Zanim dziecko zrozumie, o co tak naprawdę chodzi, rodzice będą mieli kilka lat spokoju.

Parę lat temu mój znajomy opowiedział historię pewnego ślubu. Otóż niewierzący postanowił wziąć ślub kościelny z wierzącą i praktykującą. To oczywiście jest możliwe i dozwolone. Siła miłości jest tak wielka, że nigdy nie wiadomo, kto kiedy kogo przekona. Kościół nieustannie wierzy, że wierzący da radę niewierzącemu. Młodzi stanęli przed ołtarzem. Wszystko odbywało się zgodnie z protokołem. Doszło do momentu komunii świętej. Kapłan podszedł z opłatkiem do młodych. Panna przyjęła, a pan po cichu przypomniał, że nie wierzy. Wiedział, iż dla wierzących komunia jest wielkim symbolem. Chciał wiarę uszanować i nie przyjmować tego, co mu się nie należy. Przecież to profanacja, żeby ateista przyjmował komunię świętą… Usłyszał od księdza: „ Bierz, bo ludzie patrzą”. I wziął.

Bycie człowiekiem praktykującym niewiarę jest bardzo trudne.

Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Frankenstein i inni, czyli Halloween czas zacząć!

orgazm_zastepczy2

 Od paru dni atakowana jestem przez wszystkie strachy z Halloween. Otwieram portal społecznościowy, jeden, drugi, trzeci – Freddy  Krueger… otwieram stronę z bieżącymi wiadomościami, jedną, drugą…. Frankenstein, Dracula… I tradycyjnie boję się otworzyć lokówkę, bo jeszcze Lucyfer mi wyskoczy. Czy to zakrojona na wielką skalę promocja Halloween? Nie, wprost przeciwnie. To przeciwnicy owego święta ostro wzięli się za jego negatywną promocję. Wszędzie nawołują, by nie obchodzić, nie świętować, nie czcić. Gdyby nie oni, pewnie większość zapracowanych ludzi nie wiedziałabym, że  przyszedł czas na duchy, strachy, zombie i tym podobne stwory. Zwłaszcza, że straszeni jesteśmy na co dzień, więc jakieś wyimaginowane postacie nie robią na nas większego wrażenia. Zatem będziemy mieć Halloween. Będzie 31 października. A 1 listopada będziemy mieć Święto Zmarłych, Zaduszki, Wszystkich Świętych – nazwy traktowane wymiennie, chociaż w rzeczywistości każde oznacza coś innego. Nie będę rozwodziła się nad pochodzeniem nazewnictwa. Poczytajcie sami, jak macie ochotę.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Wszystkich_%C5%9Awi%C4%99tych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Dzie%C5%84_Zmar%C5%82ych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Zaduszki

W każdym razie owego 1 listopada idziemy na cmentarz, dekorujemy groby, kto wierzący modli się za dusze zmarłych. W Polsce jest to poważne, rodzinne święto. A tymczasem, zanim nastał Kościół Katolicki, zmarłych też czczono i co ciekawsze – czyniono to jesienią. Wtedy, kiedy Kora opuszczała swą matkę i udawała się do Hadesa (u). Bogini urodzaju Demeter zaczynała płakać, a ziemia przestawała rodzić plony… Bo jesień to taka pora, w której świat zdaje się usypiać, umierać… drzewa tracą liście … na polach nieruchome skiby ziemi czekają na lepszy czas… No i tak poetycko można by dalej. W każdym razie jesień to najlepszy czas, by wspominać Zmarłych.

Jak wygląda to w Polsce – wiemy. Ale nie tylko Polska jest na świecie. Inni też mają prawo do swojej formy jesiennego zwyczaju.

Tacy Litwini odprawiali Dziady. Nasz narodowy wieszcz napisał na ten temat kilka niezłych tekstów, które są w wykazie lektur obowiązkowych. Linka do lektury chyba nie trzeba …

A tacy Celtowie wydumali, że zrobią Halloween.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween

I jedni i drudzy zapraszali na swe impry duchy z zaświatów. Podobieństw jest zresztą więcej. W każdym razie tylko dzięki Mickiewiczowi, nie potępiamy pogańskich Dziadów. Natomiast na Halloween wysypuje się każdego roku fala hejtu.

I właściwie nie wiem dlaczego.

Zaduszki to impreza, pfu, jaka impreza, to święto pełne powagi, zadumy, refleksji nad przemijaniem. Halloween – po prostu dobra zabawa! Oto dwie zupełnie inne, no właśnie brakuje mi odpowiedniego słowa … może – Zaduszki to święto, Halloween – impreza. Świętujemy czcząc, bawimy się – jedząc i pijąc. Oczywiście święto też może być imprezą, a i impreza świętem. Ale wcale nie muszą oznaczać tego samego.

Dlaczego celtycka impreza przyjęła się w Polsce, zwłaszcza wśród młodych?  Według mnie odpowiedź jest jasna – większość naszych świąt jest poważna, a ludzie chcą od czasu do czasu igrzysk.

Takie święto związane z odzyskaniem niepodległości – 11 Listopada to wspominanie poległych, obowiązkowo msza, cmentarze i pomniki. Totalny brak radości. A na zgniłym Zachodzie – fajerwerki, zabawy, festyny. Ludziska się cieszą, ze ojczyzna wolna.

Radosne Boże Narodzenie  poprzedza adwent – poprzez pokutę i umartwianie przygotowujemy się do radości. Trwa to kilka tygodni, a święto – dwa dni ( u nas, na świecie jeden). Podobnie z Wielkanocą, świętem, które powinno kipieć od radości i zadowolenia. Najpierw 40 dni postu, a potem jeden dzień świąteczny. Oj, brakuje nam radosnych świąt, oj brakuje.

Dobrze, że reaktywowano orszak trzech króli, kolorowy przemarsz ulicami miasta.   
https://pl.wikipedia.org/wiki/Orszak_Trzech_Kr%C3%B3li

Oby tylko radosnym pozostał, bo ostatnio w jego trakcie słyszałam ponownie nawoływania do pokuty, bo ludzie grzeszą, oj grzeszą.

Nieźle jest też 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego. Gdyby nie nadęte przemówienia polityków, można by uznać to święto za radosne. Dobrze, dobrze wszyscy pacyfiści, nie zgadzacie się, macie prawo…

W naszej tradycji częściej czcimy klęski powstań i rocznice śmierci. Tego nie da się czcić hulankami i swawolami.

Halloween niczego i nikogo nie czci. Jest typowo umowną imprezą, mającą na celu dobra zabawę. Nic poza tym.

I jeszcze jedna uwaga – polityczna. Za komuny mówiono, że Zachód i jego kultura to zgnilizna, rozpusta, pornografia, Sodoma i Gomora. A tymczasem w latach osiemdziesiątych walczono, by jak najszybciej do tego Zachodu się dostać, bo tam była wolność.  Halloween to przykład tej wolności. Chcieliśmy kontaktu z cywilizacją zachodnią to ją mamy. W postaci wielkiego Frankensteina. 

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Kto ma moją teczkę?

5981135037

 

Zaczynam się bać. Ze wszystkich stron atakują mnie tajne i odtajnione dokumenty. Każdy portal internetowy, każda gazeta, każdy kanał telewizyjny tylko o tajnym świecie tajnych agentów. Tradycyjnie boję się otworzyć lodówkę. I nie chodzi tu o innych, chodzi o mnie. Jak wygląda moja teczka? W czyjej szafie się ukrywa? Kiedy ją ktoś udostępni?

Strach przed odebraniem nauczycielskiej emerytury powoli paraliżuje moje członki twarde i mięśnie miękkie.  

Bo ja jestem z takiego pokolenia, które na sumieniu może mieć wiele, samemu o tym nie wiedząc.

Był taki tygodnik „Na przełaj”, a w nim taka rubryka „Szukam przyjaciela” lub „Chcę korespondować…” , nie pamiętam…Były tam adresy różnych osób, do których można było napisać. Kiedyś opublikowałam swój. Dostałam sporo listów z całej Polski. Z wieloma osobami korespondencja trwała kilka lat. Z większością nie spotkałam się nigdy. Co za lekkomyślność… A wiadomo kim byli moi korespondenci? A wiadomo z kim się zadawali? A wiadomo jakie teczki mieli? A człowiek pisał, co myślał, co czuł, z kim się spotykał, o czym rozmawiał… no normalnie donosił na siebie i innych. I wyobraźmy sobie, że taki esbek czy ubek podszył się pod przystojnego chłopaka z Warszawy, nakłaniał do zwierzeń, a potem notował, że taka (w przyszłości) ciocia Grażynka doniosła na chłopaka z VIII b, bo nie chciał umówić się z nią na randkę. Co doniosła? Mogła wiele.

No więc boję się, bo nie pamiętam  na kogo donosiłam  i co donosiłam. A w takiej teczce tajnego współpracownika może to wszystko być! Masa fotokopii, masa odpisów, kilogramy kart wypełnionych zeznaniami… Zaraz, zaraz, jakimi zeznaniami? Byłam kiedyś na posterunku milicji? Bo policja to już przychodziła do mnie. Kiedy zajmowałam się dziennikarstwem, dzielnicowy uważał mnie za oficjalne źródło informacji o tym, co dzieje się na „dzielni”.

Nie pamiętam zatem, czy byłam kiedykolwiek na milicji, ale bywałam w wielu innych miejscach, niekiedy bardzo podejrzanych. Na meczach i dyskotekach zwłaszcza. Tak mi młodość upłynęła, a to właśnie były owe trudne czasy.

Czy podpisywałam coś? O rety, ile papierów przewinęło się przez moje ręce… Ostatnio zakładając nowe konto w banku od podpisywania zleceń, poleceń, zaświadczeń, oświadczeń rozbolała mnie ręka. Ile zatem takich pism podpisałam w swoim życiu? A jeśli ktoś podsunął mi zobowiązanie do współpracy i podpisałam?

I jak tu teraz spać spokojnie po nocach? Może jestem tajnym agentem? Wszak czasy, w których żyłam temu sprzyjały…

Do tego jeszcze ten apel, aby byli funkcjonariusze udostępnili dokumenty posiadane przez nich w prywatnych szafach… Jeśli byłam tajnym człowiekiem to może i u mnie znajdują się tajne dokumenty…

Stanęłam naprzeciwko szafy. Solidny mebel, zbudowany na zamówienie w 1983 roku. W tzw. „pawlaczu” przechowuję odziedziczoną po rodzicach tekturową walizkę, a w niej dokumenty. Do tej pory byłam pewna, że to pamiątki rodzinne, ale atmosfera wokół starych papierów skłoniła mnie do ponownego przyjrzenia się zawartości.

I już na początku ujrzałam dokument pisany cyrylicą! Zniszczyć! Spalić! Data, gdzie data?! Jest! 1914! Na szczęście wystawiony jeszcze przed rewolucją. Ale może mój prapradziadek był tajnym agentem Lenina, który wysłał go na ziemie polskie, by szerzył komunizm? W takim razie jestem obciążona dziedzicznie i genetycznie. Cyrylica musi być dokładnie sprawdzona.

Kolejna porcja papierów jest sprzed wojny. Też trzeba dokładnie przeanalizować. Dlaczego dziadek tuż przed wybuchem II wojny światowej zmienił miejsce pracy?

Ale najgorsze dopiero przede mną. Najwięcej w walizce jest papierów, zaświadczeń, legitymacji, świadectw z okresu PRL-u! Dotyczą mnie i moich rodziców. Na wszystkich paskudny orzeł bez korony. Można z tego zrobić niezłą teczkę. Moją i moich rodziców. Bo chodziliśmy do komunistycznych szkół, poddawani byliśmy ówczesnej inwigilacji. Na co dzień stykaliśmy się z setkami, a może tysiącami tajnych agentów i współpracowników. Każdy mógł nas opisać i wykorzystać jako osobowe źródło informacji! O, na takiej klasówce na przykład łatwo było uzyskać odręczny podpis. Nauczyciel mógł pod naszymi wypocinami, a zwłaszcza kiedy uczeń nic nie napisał, dopisać coś od siebie i już informacja o nawiązaniu współpracy znalazła się w tajnej teczce. Wszak były to czasy, kiedy każdy na każdego donosił, a agentów było więcej niż nie agentów… Tak przynajmniej niektórzy dziś sądzą…

Oczywiście zauważyłam, że w teczce brak dokumentów z lat późniejszych. Zupełnie tak, jakby współpraca została zakończona lub zawieszona lub agent przeszedł w stan uśpienia.

W sumie więc nie wiem, czy jestem genetycznie obciążona agenturą, czy może agentem uśpionym, czekającym na znak do ataku… I dlatego boję się, boję się….