Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Frankenstein i inni, czyli Halloween czas zacząć!

orgazm_zastepczy2

 Od paru dni atakowana jestem przez wszystkie strachy z Halloween. Otwieram portal społecznościowy, jeden, drugi, trzeci – Freddy  Krueger… otwieram stronę z bieżącymi wiadomościami, jedną, drugą…. Frankenstein, Dracula… I tradycyjnie boję się otworzyć lokówkę, bo jeszcze Lucyfer mi wyskoczy. Czy to zakrojona na wielką skalę promocja Halloween? Nie, wprost przeciwnie. To przeciwnicy owego święta ostro wzięli się za jego negatywną promocję. Wszędzie nawołują, by nie obchodzić, nie świętować, nie czcić. Gdyby nie oni, pewnie większość zapracowanych ludzi nie wiedziałabym, że  przyszedł czas na duchy, strachy, zombie i tym podobne stwory. Zwłaszcza, że straszeni jesteśmy na co dzień, więc jakieś wyimaginowane postacie nie robią na nas większego wrażenia. Zatem będziemy mieć Halloween. Będzie 31 października. A 1 listopada będziemy mieć Święto Zmarłych, Zaduszki, Wszystkich Świętych – nazwy traktowane wymiennie, chociaż w rzeczywistości każde oznacza coś innego. Nie będę rozwodziła się nad pochodzeniem nazewnictwa. Poczytajcie sami, jak macie ochotę.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Wszystkich_%C5%9Awi%C4%99tych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Dzie%C5%84_Zmar%C5%82ych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Zaduszki

W każdym razie owego 1 listopada idziemy na cmentarz, dekorujemy groby, kto wierzący modli się za dusze zmarłych. W Polsce jest to poważne, rodzinne święto. A tymczasem, zanim nastał Kościół Katolicki, zmarłych też czczono i co ciekawsze – czyniono to jesienią. Wtedy, kiedy Kora opuszczała swą matkę i udawała się do Hadesa (u). Bogini urodzaju Demeter zaczynała płakać, a ziemia przestawała rodzić plony… Bo jesień to taka pora, w której świat zdaje się usypiać, umierać… drzewa tracą liście … na polach nieruchome skiby ziemi czekają na lepszy czas… No i tak poetycko można by dalej. W każdym razie jesień to najlepszy czas, by wspominać Zmarłych.

Jak wygląda to w Polsce – wiemy. Ale nie tylko Polska jest na świecie. Inni też mają prawo do swojej formy jesiennego zwyczaju.

Tacy Litwini odprawiali Dziady. Nasz narodowy wieszcz napisał na ten temat kilka niezłych tekstów, które są w wykazie lektur obowiązkowych. Linka do lektury chyba nie trzeba …

A tacy Celtowie wydumali, że zrobią Halloween.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween

I jedni i drudzy zapraszali na swe impry duchy z zaświatów. Podobieństw jest zresztą więcej. W każdym razie tylko dzięki Mickiewiczowi, nie potępiamy pogańskich Dziadów. Natomiast na Halloween wysypuje się każdego roku fala hejtu.

I właściwie nie wiem dlaczego.

Zaduszki to impreza, pfu, jaka impreza, to święto pełne powagi, zadumy, refleksji nad przemijaniem. Halloween – po prostu dobra zabawa! Oto dwie zupełnie inne, no właśnie brakuje mi odpowiedniego słowa … może – Zaduszki to święto, Halloween – impreza. Świętujemy czcząc, bawimy się – jedząc i pijąc. Oczywiście święto też może być imprezą, a i impreza świętem. Ale wcale nie muszą oznaczać tego samego.

Dlaczego celtycka impreza przyjęła się w Polsce, zwłaszcza wśród młodych?  Według mnie odpowiedź jest jasna – większość naszych świąt jest poważna, a ludzie chcą od czasu do czasu igrzysk.

Takie święto związane z odzyskaniem niepodległości – 11 Listopada to wspominanie poległych, obowiązkowo msza, cmentarze i pomniki. Totalny brak radości. A na zgniłym Zachodzie – fajerwerki, zabawy, festyny. Ludziska się cieszą, ze ojczyzna wolna.

Radosne Boże Narodzenie  poprzedza adwent – poprzez pokutę i umartwianie przygotowujemy się do radości. Trwa to kilka tygodni, a święto – dwa dni ( u nas, na świecie jeden). Podobnie z Wielkanocą, świętem, które powinno kipieć od radości i zadowolenia. Najpierw 40 dni postu, a potem jeden dzień świąteczny. Oj, brakuje nam radosnych świąt, oj brakuje.

Dobrze, że reaktywowano orszak trzech króli, kolorowy przemarsz ulicami miasta.   
https://pl.wikipedia.org/wiki/Orszak_Trzech_Kr%C3%B3li

Oby tylko radosnym pozostał, bo ostatnio w jego trakcie słyszałam ponownie nawoływania do pokuty, bo ludzie grzeszą, oj grzeszą.

Nieźle jest też 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego. Gdyby nie nadęte przemówienia polityków, można by uznać to święto za radosne. Dobrze, dobrze wszyscy pacyfiści, nie zgadzacie się, macie prawo…

W naszej tradycji częściej czcimy klęski powstań i rocznice śmierci. Tego nie da się czcić hulankami i swawolami.

Halloween niczego i nikogo nie czci. Jest typowo umowną imprezą, mającą na celu dobra zabawę. Nic poza tym.

I jeszcze jedna uwaga – polityczna. Za komuny mówiono, że Zachód i jego kultura to zgnilizna, rozpusta, pornografia, Sodoma i Gomora. A tymczasem w latach osiemdziesiątych walczono, by jak najszybciej do tego Zachodu się dostać, bo tam była wolność.  Halloween to przykład tej wolności. Chcieliśmy kontaktu z cywilizacją zachodnią to ją mamy. W postaci wielkiego Frankensteina. 

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Kto ma moją teczkę?

5981135037

 

Zaczynam się bać. Ze wszystkich stron atakują mnie tajne i odtajnione dokumenty. Każdy portal internetowy, każda gazeta, każdy kanał telewizyjny tylko o tajnym świecie tajnych agentów. Tradycyjnie boję się otworzyć lodówkę. I nie chodzi tu o innych, chodzi o mnie. Jak wygląda moja teczka? W czyjej szafie się ukrywa? Kiedy ją ktoś udostępni?

Strach przed odebraniem nauczycielskiej emerytury powoli paraliżuje moje członki twarde i mięśnie miękkie.  

Bo ja jestem z takiego pokolenia, które na sumieniu może mieć wiele, samemu o tym nie wiedząc.

Był taki tygodnik „Na przełaj”, a w nim taka rubryka „Szukam przyjaciela” lub „Chcę korespondować…” , nie pamiętam…Były tam adresy różnych osób, do których można było napisać. Kiedyś opublikowałam swój. Dostałam sporo listów z całej Polski. Z wieloma osobami korespondencja trwała kilka lat. Z większością nie spotkałam się nigdy. Co za lekkomyślność… A wiadomo kim byli moi korespondenci? A wiadomo z kim się zadawali? A wiadomo jakie teczki mieli? A człowiek pisał, co myślał, co czuł, z kim się spotykał, o czym rozmawiał… no normalnie donosił na siebie i innych. I wyobraźmy sobie, że taki esbek czy ubek podszył się pod przystojnego chłopaka z Warszawy, nakłaniał do zwierzeń, a potem notował, że taka (w przyszłości) ciocia Grażynka doniosła na chłopaka z VIII b, bo nie chciał umówić się z nią na randkę. Co doniosła? Mogła wiele.

No więc boję się, bo nie pamiętam  na kogo donosiłam  i co donosiłam. A w takiej teczce tajnego współpracownika może to wszystko być! Masa fotokopii, masa odpisów, kilogramy kart wypełnionych zeznaniami… Zaraz, zaraz, jakimi zeznaniami? Byłam kiedyś na posterunku milicji? Bo policja to już przychodziła do mnie. Kiedy zajmowałam się dziennikarstwem, dzielnicowy uważał mnie za oficjalne źródło informacji o tym, co dzieje się na „dzielni”.

Nie pamiętam zatem, czy byłam kiedykolwiek na milicji, ale bywałam w wielu innych miejscach, niekiedy bardzo podejrzanych. Na meczach i dyskotekach zwłaszcza. Tak mi młodość upłynęła, a to właśnie były owe trudne czasy.

Czy podpisywałam coś? O rety, ile papierów przewinęło się przez moje ręce… Ostatnio zakładając nowe konto w banku od podpisywania zleceń, poleceń, zaświadczeń, oświadczeń rozbolała mnie ręka. Ile zatem takich pism podpisałam w swoim życiu? A jeśli ktoś podsunął mi zobowiązanie do współpracy i podpisałam?

I jak tu teraz spać spokojnie po nocach? Może jestem tajnym agentem? Wszak czasy, w których żyłam temu sprzyjały…

Do tego jeszcze ten apel, aby byli funkcjonariusze udostępnili dokumenty posiadane przez nich w prywatnych szafach… Jeśli byłam tajnym człowiekiem to może i u mnie znajdują się tajne dokumenty…

Stanęłam naprzeciwko szafy. Solidny mebel, zbudowany na zamówienie w 1983 roku. W tzw. „pawlaczu” przechowuję odziedziczoną po rodzicach tekturową walizkę, a w niej dokumenty. Do tej pory byłam pewna, że to pamiątki rodzinne, ale atmosfera wokół starych papierów skłoniła mnie do ponownego przyjrzenia się zawartości.

I już na początku ujrzałam dokument pisany cyrylicą! Zniszczyć! Spalić! Data, gdzie data?! Jest! 1914! Na szczęście wystawiony jeszcze przed rewolucją. Ale może mój prapradziadek był tajnym agentem Lenina, który wysłał go na ziemie polskie, by szerzył komunizm? W takim razie jestem obciążona dziedzicznie i genetycznie. Cyrylica musi być dokładnie sprawdzona.

Kolejna porcja papierów jest sprzed wojny. Też trzeba dokładnie przeanalizować. Dlaczego dziadek tuż przed wybuchem II wojny światowej zmienił miejsce pracy?

Ale najgorsze dopiero przede mną. Najwięcej w walizce jest papierów, zaświadczeń, legitymacji, świadectw z okresu PRL-u! Dotyczą mnie i moich rodziców. Na wszystkich paskudny orzeł bez korony. Można z tego zrobić niezłą teczkę. Moją i moich rodziców. Bo chodziliśmy do komunistycznych szkół, poddawani byliśmy ówczesnej inwigilacji. Na co dzień stykaliśmy się z setkami, a może tysiącami tajnych agentów i współpracowników. Każdy mógł nas opisać i wykorzystać jako osobowe źródło informacji! O, na takiej klasówce na przykład łatwo było uzyskać odręczny podpis. Nauczyciel mógł pod naszymi wypocinami, a zwłaszcza kiedy uczeń nic nie napisał, dopisać coś od siebie i już informacja o nawiązaniu współpracy znalazła się w tajnej teczce. Wszak były to czasy, kiedy każdy na każdego donosił, a agentów było więcej niż nie agentów… Tak przynajmniej niektórzy dziś sądzą…

Oczywiście zauważyłam, że w teczce brak dokumentów z lat późniejszych. Zupełnie tak, jakby współpraca została zakończona lub zawieszona lub agent przeszedł w stan uśpienia.

W sumie więc nie wiem, czy jestem genetycznie obciążona agenturą, czy może agentem uśpionym, czekającym na znak do ataku… I dlatego boję się, boję się…. 

 

Niech żyje wolność !

Wielkimi krokami zbliża się sierpień i kolejne wybory. Odmieniane w wszelkiego rodzaju koniugacjach i deklinacjach, związkach zgody, rządu i przynależności słowo „wolność” zaczyna królować w naszym słowniku.

Mamy zatem wolność wywalczoną, wolność polityczną, wolność demokratyczną oraz wolność swobodną. Ta ostatnia zdecydowanie prowadzi do anarchii, bo traktowanie dosłowne hasła „Róbta, co chceta” sieje totalne zamieszanie. Wszak każdy chce, czego innego, gdyż każdy jest inny.

Wolność demokratyczna oznacza, że wolni są ci, co mają większość. Im wolno więcej, ponieważ idą w tłumie. Do czego taka wolność prowadzi, nie będę dziś mówić. Wszyscy wiemy.

Wolność polityczna pozwala nam mówić, co myślimy o politykach, byle by tylko nie ubliżać im, bo to grozi karą bez zawieszenia.

1781890_717555568275299_1228438177_n

Wolność wywalczona tylko pozornie jest wolnością najbezpieczniejszą. Kiedyś jej nie było, teraz jest. O takiej wolności mówią ci, którzy ją wywalczyli. Zdarza się jednak, że o tego typu wolności mówią obecnie walczący o wolność, którą trzeba obecnie wywalczyć, by wolność była wywalczona.

Dobra, dosyć tej deklinacji i koniugacji. Zabierzmy się za historię.

Kochani, pełna wolność nie istnieje! Mamy tylko jakieś jej elementy, a jeśli są to tylko cząstki czegoś, to tego na dobra sprawę nie ma!

Człowiek nigdy nie był wolny. Już w raju dostał zakaz zrywania owoców z wiadomego drzewa. Potem dostał dekalog, jeszcze potem był Kodeks Hammurabiego, prawo greckie, prawo rzymskie… Dziś, oprócz kilku dżungli w postaci papierowych kodeksów prawnych, mamy przebój dzisiejszych czasów – procedury: mycia rąk w restauracji, obierania ziemniaków, traktowania własnych dzieci, zabawy w piaskownicy…Do tego dochodzi pochodząca z monarchii etykieta: temu kłaniaj się tak, tamtemu inaczej, z tym rozmawiaj dłużej, z tym mniej… 

Oczywiście, że możemy w wyborach głosować, na kogo chcemy, ale i tak po wyborach jesteśmy skazani na wolność demokratyczną, która wcale nie musi być naszą wolnością. Wolne wybory polityczne na szczęście są tajne i możemy się zawsze wyprzeć, na kogo to głosowaliśmy.

Gorzej z wyborami światopoglądowymi, znaczy się wyznaniowymi. Tu już musimy jasno określić swój wolny wybór i stać się jego… niewolnikiem. Większość religii ma bowiem charakter hierarchiczny. „Duchownych i osoby konsekrowane w Kościele katolickim obowiązuje posłuszeństwo. Odróżnia się hierarchię duchowieństwa od funkcji i godności kościelnych. Jest to podział analogiczny jak w wojsku, gdzie od stopni wojskowych (szeregowy, kapral czy generał) odróżniamy funkcje (dowódca, artylerzysta, pilot) czy też stanowiska (szef sztabu, naczelny wódz) „ – to nie ja, to Wikipedia.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_ko%C5%9Bcielna
 

W wojsku, jak wiadomo, wolności nie ma. Jest rozkaz. W kościele jak widać też tak jest. Od dawna niepokoi mnie fakt, że to właśnie kościół najczęściej mówi o wolności, kazał (lub każe?) o nią walczyć…

Pamiętam przecież, że najbardziej zniewolona czułam się pracując w szkole… katolickiej. Nic dziwnego. Przepisy i procedury wydawane przez księdza rządzącego były nie do podważenia.

Ostatnio w ramach ochrony młodego pokolenia przed pedofilami, dilerami i złodziejami, szkoły zamykane są podczas przerw między lekcjami. Taki uczeń jak przed ósmą wejdzie do budynku, to wyjdzie dopiero po zakończeniu lekcji. Jestem z pokolenia, które podczas przerw wychodziło na szkolny plac. Ba, w czasie dobrej pogody, nauczyciele wyganiali nas z budynku na boisko, po to, byśmy odetchnęli świeżym powietrzem. Dzisiejsza młodzież czuje się w szkołach zniewolona i marzy o jak najszybszym wejściu w dorosłe życie. Dzieciaki naiwnie wierzą, że dorosłość oznacza wolność. Zawsze uświadamiałam im, że jest wprost przeciwnie. Zamknięcie w szkolnym budynku to nic w porównaniu z piętnastominutową przerwą na śniadanie, walką o wyjście do toalety, rozliczanie z efektywnością pracy w porównaniu z czasem pracy, mobingiem, molestowaniem, zakazami, nakazami i wyjazdami integracyjnymi.

Gdzie ta wolność?



I wtedy mówię małolatom, że istnieje jeszcze jeden rodzaj wolności – wolność wyboru. Mogą przecież staranować woźną pilnująca drzwi wejściowych do szkoły, mogą wybić szybę, mogą ukraść klucze i wyjść na przerwie na świeże powietrze. Tyle tylko co im z tej wolności wyjścia wówczas przyjdzie?   

Aha, a co z moją wolnością? Właściwie jestem wolna od momentu przejścia na emeryturę. Nie mam obowiązków, o forsę się nie muszę martwić, bo mam jej niewiele, piesek zdrowo się chowa, kataklizmy omijają moją działkę, nawet nad morze we wrześniu jeżdżę…

gniew ocenu

Mogę więc sobie zanucić refren …