Złoto dla wspomnień…

flixstercom

Każdy z nas ma swoje ulubione filmy… nie, nie ze względu na ich wartości ponadczasowe, artystyczne czy ideologiczne. Zwróćcie uwagę, że ulubione filmy to te, które kojarzą się nam z konkretnymi wydarzeniami i osobami… czasami są to pierwsze randki… czasami spotkania z ludźmi, których już nie ma wśród nas…

Mam też takie filmy w swoim życiorysie…

Pierwszy, najbardziej ukochany, znany na pamięć do tego stopnia, że każde nowe tłumaczenie wprowadza zamęt w głowie, to „Złoto dla zuchwałych”…


http://www.filmweb.pl/film/Z%C5%82oto+dla+zuchwa%C5%82ych-1970-6718

Był rok 1974 lub 1975 … w kinie wyświetlano film amerykański. Wojenny do tego. I tyle wówczas o nim wiedziano. Poszłam razem z Mamą, która cudem dała się namówić na ten seans. Nie lubiła filmów o tematyce wojennej. Siedziałyśmy na twardych, drewnianych krzesełkach. Nie było popcornu, super dźwięku i obrazu w 3D lub 4K. Film oczywiście był kolorowy i z napisami. Wraz z rozwojem akcji nasze skupione miny stawały się coraz bardziej …uśmiechnięte. Wychowane i przyzwyczajone do wojennych, tragicznych epopei, dostałyśmy dawkę humoru, zadumy oraz heroizmu w imię… prywatnego interesu. No cóż, Amerykanie… zawsze odwrotnie niż inni.

Z kina wyszłyśmy uśmiechnięte. Popołudnie mile spędzone. Dzisiaj, kiedy wspominam Mamę, od razu widzę stare kino i amerykański film. Mam nagrany na kasetę VHS, jeszcze w starej wersji, bez cyfrowej renowacji. Często go oglądam i uśmiechając się do „Świrusa” – Donalda Sutherlanda czy Dużego Joe – Telly’ego Savalasa, wspominam Mamę…

Innym filmem, który utkwił mi w pamięci był „Unkas, ostatni Mohikanin” z 1968 roku.


http://www.filmweb.pl/film/Unkas+ostatni+Mohikanin-1968-179562

Film został niestety zapomniany… tymczasem był to jeden z pierwszych, zapamiętanych przeze mnie filmów, który oglądałam wspólnie „ze szkołą”. Byłam uczennicą szkoły podstawowej nr 4 w Wałbrzychu przy ulicy Świerczewskiego 100 (obecnie Piłsudskiego). W naszej dzielnicy Nowe Miasto, jak w każdej wałbrzyskiej, było kino, nazywało się „Oaza”. Chodziło się tam również podczas lekcji. Tak jak to dzisiaj bywa. W latach sześćdziesiątych panowała moda na filmy indiańskie, w kinach królował dzielny wódz Apaczów Winnetou. Może dlatego Rada Pedagogiczna zdecydowała, że powinniśmy obejrzę ekranizację powieści autentycznego amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Cooper’a. Wszak Karol May nim nie był…

Czy ktoś rozrabiał w czasie seansu? Nie pamiętam. Filmu też nie bardzo. Pamiętam przede wszystkim moment zabicia głównego bohatera – Unkasa i swój płacz. Płakałam chyba przez całą drogę powrotną do domu. Nie mogłam darować łysemu Indianinowi o imieniu Magua, że zabił przystojnego Mohikanina. Kiedy w 1992 roku powstała druga wersja powieści Coopera, szybko pobiegłam do kina. Przeżyłam rozczarowanie. Byłam pewna, że głównym bohaterem będzie ponownie Unkas, tymczasem był to Sokole Oko.

Książkę przeczytałam dopiero niedawno i korzystając z nowoczesnej techniki w postaci laptopa, od razu obejrzałam ponownie film. Cóż, nadal to nie był obraz z dzieciństwa… nadal Unkas pozostał w cieniu innych…

A czy wybraliście się kiedyś do kina zupełnie nie mając pojęcia, jaki film będziecie oglądać? Za moich czasów chodziło się bowiem „do kina” oraz „na film”. Właśnie to pierwsze pojęcie oznaczało, że człowiek wchodził do kina, żeby zabić czas, spędzić go mile lub były to wyprawy na randkę. A ja kiedyś pojechałam do dużego miasta wojewódzkiego do lekarza, takiego półprywatnego, w dawnej spółdzielni lekarskiej. Ruszyłam rano, zarejestrowałam się i miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo lekarz przyjmował dopiero późnym popołudniem. Postanowiłam pójść do kina. Nie było to multipleks z siedmioma salami, bo takowego wówczas zjawiska nie znano. Nie spojrzałam nawet na afisz, kupiłam bilet. Widzów było niewielu, seans o dwunastej przyciągnął jedynie kilku wagarowiczów. No i zaczęło się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że oglądam film kultowy. Bałam się jak przysłowiowa cholera. Zamykałam oczy. Serce podchodziło mi do gardła. Dłonie zaciskałam na poręczach fotela. Najważniejsze, że przeżyłam, w przeciwieństwie do bohaterów filmu. Oto „Obcy – 8 pasażer Nostromo”.

 
http://www.filmweb.pl/Obcy

Od tamtej pory nie zdarzyło mi się już wejść do kina, nie obejrzawszy nawet plakatu.

I kolejny, bardzo wytęskniony i wyczekiwany, by obejrzeć go po raz następny – „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”


http://www.filmweb.pl/film/Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-1977-1219

Po raz pierwszy obejrzałam go w czarno-białym telewizorze. Fabuła jak fabuła, lubię tego typu filmy. Ale już wówczas marzyłam, żeby zobaczyć ten film w kolorze, bo lądowanie obcych na Wieży Diabła  wydawało mi się niesamowite. Doczekałam się kolorowego telewizora i obejrzałam.

Dzisiaj też. Nawet przestawiłam 2D w 3D i fajnie było. Obudziłam tym samym wspomnienia o filmach, które mocno tkwią w mej pamięci…

Seks, seks, seks! Tylko dla dorosłych

 

Tyle się dzieje. Nie nadążam. Początek dnia jest spokojny i ustalony od dawna. Budzi się człowiek rano, wyprowadza psa, pije wodę z cytryną, czyta o przygodach pana Samochodzika. Potem je śniadanie i włącza laptopa. A tu … rety… ktoś kogoś za coś w celu bez celu dla zasady wbrew zasadom nocą w dzień … Gorąco. Duszno. Pot na całym ciele. Jak w okresie przekwitania. Trzeba chyba wrócić do hormonów.

A olać to wszystko! Pogadajmy o du…Maryni – ryknął mi wczoraj na czacie kumpel. No tak, kiedyś temat seksu i przysłowiowej du… Maryni był  najbezpieczniejszym tematem do rozmów. Zwłaszcza  o intymnym współżyciu mrówek i obcych, o rozmnażaniu poprzez kapustę i za pomocą bociana. Du… była tematem żartów mniej lub bardziej udanych. Nikogo nie obrażała. Nikomu krzywdy nie robiła, bo każdy ją ma. Czasami ktoś się oburzył, bo tematy związane z du… urażały jego uczucia. Dawała sobie jednak z tym radę.  

Ale nie teraz. Oto sprawa w/w części ciała i nawiązujący do niej seks ( a to słowo można pisać w całości?) poruszyła VIPowskie szczyty. Wiecie o co chodzi, o słynny wrocławski teatr i słynny spektakl…

12241404_542501385916821_6968793714121665933_n

Andrzej Pągowski – plakat z 1981 r.

Bywałam już na przedstawieniach, w których po scenie biegali nadzy aktorzy. Raz uznałam, że zupełnie niepotrzebnie, bo niczego istotnego do sensu spektaklu nie wnieśli. Raz – byli mi zupełnie obojętni. Ale dwa razy zdarzyło się, że nagość była w pełni uzasadniona. W tej wyliczance ważne jest jednak, że na widowni byli ludzie o zupełnie odmiennym zdaniu. Komuś się podobało, ktoś znalazł sens.

We wrocławskim teatrze nie byłam i pewnie nie będę. Nie po trasie, a forsy na eksperymentalne wyjazdy nie mam. Wiem jednak, że sztuka jest nieobliczalna, a seks stanowi jej nieodłączny element.

Bez wątpienia prym wiodła zawsze literatura. Kto z nas nie czytał ukradkiem słynnej trzynastej księgi Pana Tadeusza? A pełna niecenzuralnych wyrazów twórczość Fredry? A Leśmian i jego „Malinowy chruśniak”? Lektura obowiązkowa. Bardziej obeznani z poezją znają twórczość Jana Andrzeja Morsztyna, faceta z XVII wieku. A nasz Adaś Narodowy i jego „Świtezianka”? Jako były nauczyciel pamiętam do dziś pytania uczniów na temat tego, jak robił to strzelec z dziewczyną na środku jeziora. Przeca dopuścił się zdrady i został za to strącony w otchłań wodną. Malarstwo…tu można długo i namiętnie. Taki np. „Szał uniesień” Podkowińskiego to czysty s… i to jeszcze dodatkowo na koniu. Akty męskie i kobiece… Adam i Ewa w raju… ba, nagi Adaś w Kaplicy Sykstyńskiej…

szał

 

„Szał uniesień” Władysław Podkowiński

Bo seks to nie tylko jedna wiadoma sprawa…

„Samo słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika sexus, oznaczającego płeć biologiczną (…)W języku potocznym słowo to w dużym stopniu wyparło częściej dawniej używane w Europie słowo erotyka”.

A jeśli chodzi o erotykę to ludzie są bardziej pobłażliwi. Wydaje im się spokojniejsza i ładniejsza. I tu dochodzimy do sedna sprawy wrocławskiego teatru.

Gdyby na afiszu napisano, że będą „sceny erotyczne”, wrzasku by nie było. Nawet w teatrze elżbietańskim, kiedy scenę erotyczną odgrywało dwóch facetów, z którego jeden grał kobietę, nie uznawano tego za obsceniczne. Ale gdyby wrzasku nie było, nie byłoby reklamy. Spektakl byłyby jednym z wielu spektakli w polskich teatrach. Tymczasem jest jedyny w swym rodzaju. Stał się sławny jeszcze przed premierą. Skłonił ludzi do modlitwy. Poruszył najwyższych VIPów. Interweniowano, proszono, straszono. Niektórzy przypomnieli sobie, że w Polsce są teatry. Dziennikarze mieli pracę. Słowem, wszystko się udało. Oczami wyobraźni widzę ludzi wrocławskiego teatru zacierających z radości dłonie.

Ale do społeczeństwa został wysłany sygnał – o du… Maryni rozmawiać niebezpiecznie, bo jeszcze przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą…Mogą przyjść. Mogą pobić narzędziem do modlitwy. Mogą nasłać VIPów. Wszystko mogą. Ten blog też mogą usunąć.

Przerzućmy się zatem na inny temat. Właśnie w Wałbrzychu zakończono badanie terenu na słynnym 65 kilometrze. Coś tam w środku jest. Ma całe 150 metrów. Ciekawe, czy ma to związek z seksem?  

A dla tych, co chcą więcej seksu, polecam swoje „Sceny erotyczne z życia emerytów”

http://www.czarownice.kosz.pl/opis-3-Sceny_erotyczne_z_zycia_emerytow.php
 

Był Dzień Nauczyciela….

nauczyciel 2

 Polonistą się było… foto własne

Właśnie …. był Dzień Nauczyciela…Znajomi wytknęli mi, że niczego o nauczycielach nie napisałam, wszak ze mnie był nauczyciel… właśnie, też był… Ale napisać coś wypada. Zaczniemy od moich nauczycieli. Którzy wywarli największy wpływ na moje życie? Szukam w pamięci, szukam… Są!

Pierwszym była pani polonistka Anna Dymurska w piątej klasie podstawówki. Zauważyła, że dużo i różnorodnie czytam, pięknie recytuję, mam swoje zdanie w dyskusji i nieźle piszę. Moje wypracowania wyróżniały się nie tylko zawartością, ale i ilością napisanego tekstu. Pani od polaka pozwalała mi na „wypisanie” i „wygadanie” się, mimo iż moje wypowiedzi były często rozbieżne z tym, co nazywamy programem nauczania. Przekorna byłam zawsze i taka pozostałam do dziś. Dzięki pani od polskiego nie boję się wypowiadania własnego zdania, nadal piszę to i owo, i dobrze mi z tym.

Drugim belfrem był już opisany przeze mnie nauczyciel historii – Bartłomiej Ranowicz, który olał program nauczania i podczas lekcji zapoznawał nas z historią rodzinnej ziemi wałbrzyskiej. Przypomnę – historia złotego pociągu i ukrytej w Górach Sowich bursztynowej komnaty jest mi dokładnie znana od 1974.  Człowiek zaszczepił mi miłość do małej ojczyzny, która trwa, mimo iż od czterdziestu lat w Wałbrzychu nie mieszkam.

Kto jeszcze… który jeszcze z nauczycieli wpłynął na moje życie?…

Szukam w zakamarkach pamięci i dalej nic… jest paru normalnych nauczycieli, a potem gromada nawiedzonych. Takich, co to wypruwali sobie żyły, poświęcali swoje życie i życie własnych dzieci (znaczy się czas prywatny), podawali serce na dłoni, przychodzili chorzy do szkoły, by tylko mnie czegoś nauczyć.  A ja oczywiście byłam niewdzięczna i oczywiście nie doceniłam ich pracy i tego, no jak tam – poświęcenia. Mało tego, brakowało, bym w ogóle przestała się uczyć!  I co? No tak! Ci mieli największy wpływ na moje życie!

Pewnego dnia, wściekła na któregoś z tych, co to pozbawiali się tych żył w imię edukacji, postanowiłam, że belfrem zostanę i to ze wszystkimi żyłami.

Przeżyłam w szkole trzydzieści lat. Jako przedstawiciel pokolenia komuny po tym czasie przeszłam na emeryturę. Żył sobie nie wyprułam, chora do szkoły też nie przychodziłam, bo zbyt zależało mi na własnym zdrowiu i zdrowiu uczniów, własnych dzieci nie poświęcałam. Po prostu – zabierałam je na szkolne imprezy oraz wycieczki. A jakim byłam belfrem? O to trzeba by uczniów zapytać… Sporo grupa mówi, że byłam inna niż pozostali nauczyciele. Kontrowersyjna. Kiedyś mój syn powiedział, że póki co, spotykając moich byłych uczniów, od żadnego po pysku za przewinienia matki nie dostał. Zachwytów typu „wspaniały człowiek” też nie słyszał. Ale na wspomnienie o mnie uśmiech na twarzy był. Mówią o mnie, że miałam (i chyba nadal mam…) dystans do samej siebie. Uczniowie robili mi numery, ja nie pozostawałam im dłużna. Różnie bywało. Jak to w życiu. Swych uczniów spotykam obecnie na koncertach rapowych, w halach sportowych, na wernisażach. Większość poznaje. To mnie czasami głupio, bo nie poznaję. Czasami wypijemy piwo, czasami coś więcej…

Słowem, praca nauczyciela była dla mnie pracą, jak każda inna. Jak każdą inną trzeba było ją solidnie wykonywać. Fajna była, bo to zawsze kontakt z żywym człowiekiem. Ciekawa była, bo ciągle coś się działo, człowiek na nudę nie narzekał. I te wakacje były, i te ferie, i te święta… dla samotnej matki Polki był to prawdziwy rarytas.

nauczyciel 1

 

… w pokoju nauczycielskim nad dziennikiem… foto własne

Dwa lata temu zorganizowaliśmy spotkanie – trzydzieści pięć lat po maturze. Oj, działo się, działo! Wspominaliśmy kolegów, którzy już niestety odeszli, plotkowaliśmy o tych, którzy na spotkanie nie przyszli, wspominaliśmy stare szkolne uczniowskie numery. O uczących nas nauczycielach… mówiliśmy niewiele, żeby nie powiedzieć – wcale.

Po paru dniach od tamtego wydarzenia uczestniczyłam jako emerytka w uroczystościach związanych z Dniem Nauczyciela. Usłyszałam ponownie o tych żyłach, sercu i poświęceniu. Opowiedziałam o klasowym spotkaniu i braku nauczycielskiego tematu… Wprowadziłam atmosferę niepokoju… jak to, nie będą pamiętać?

Normalnie. Zwyczajnie. Praca jak każda inna.  

 

Dziennikarstwo i butelka wina

2084_kieliszek-do-wina

foto – internet

Poszłam na plotki do zaprzyjaźnionego małżeństwa. Głowa domu wyciągnęła wino i trzy kieliszki. W porządku. Wino lepsze, zagrychy nie trzeba szykować. Człowiek nie przytyje. Po trzech łykach białego wytrawnego temat rozmowy zszedł na dziennikarzy, telewizje, radia i internety, znaczy się portale internetowe. Tyle tego, że trudno ogarnąć. I z tego powodu trudno wszystkiemu i wszystkim wierzyć. Wspólnie z koleżanką zauważyłyśmy, że większość programów tzw. interwencyjnych to również tzw. przegięcie.

Kiedyś pokazywano szpital w miejscowości X. Pani Y miała problem w jeden z przychodni i zamiast zgłosić go do odpowiedniego organu w administracji szpitala, dała od razu znać do telewizji. Może i miała rację, nie oceniam. Telewizja od razu przyjechała i zaczęła kręcić. Dosłownie i w przenośni. Administracja szpitala obiecała, że zajmie się sprawą, wyjaśni ją  i jeśli wina leży po stronie  ośrodka medycznego – przeprosi i załatwi wszystko pozytywnie. I w tym momencie dziennikarz powinien czuć satysfakcję, że samo pojawienie się kamery, problem rozwiązało. Ale nie. Obecnie taki dziennikarz interwencyjny nadal temat rozwija. Tym razem udało się mu dostać do samego dyrektora. I się zaczęło. Nacierając na dyrektora w jego gabinecie człowiek w asyście kamery rzucał gromadą pytań w stylu: „Czy zna pan sprawę pani Y? Dlaczego nie zna pan sprawy pani Y? Nie?! To co pan tu robi?!”Dyrektor zachowała kamienną twarz, a dziennikarz nadal natarczywie upominał się o odpowiedź na postawione powyżej pytania. Na miejscu szefa szpitala wyrżnęłabym faceta w wiadomą część ciała. W ciągu dnia w podległych szpitalowi przychodniach i oddziałach przewija się ok. 1000 osób…Telepatii w przesyłaniu informacji jeszcze nikt w naszym kraju nie stosuje. Nawet politycy w kampanii przedwyborczej. 

No tak, jak telewizja ma np. trzy kanały, na każdym trzy programy interwencyjne każdego dnia, to skąd brać  w miarę sensowne interwencje, tym bardziej, że konkurencja nie śpi…

Teraz nagle wyskoczył ekstra temat – ubezpieczenia w szkole. Zasypywani jesteśmy wiadomościami jakoby to szkoły i ich dyrekcje oszukiwały biednych rodziców. Oferty firm ubezpieczeniowych są kiepskie, bo oprócz indywidualnych polis, takowe firmy oddają szkołom część składek w formie wspomagania np. remontu sali gimnastycznej czy zakupu nowego telewizora do biblioteki. Jak sięgam pamięcią do czasów swej pracy w szkole, od czasów transformacji gospodarczej zawsze tak było. Jeśli rodzic nie wiedział, to pewnie nie interesował się zagadnieniem lub nie bywał na zebraniach w szkole. Jeśli skleroza mnie nie myli, często podczas spotkań z rodzicami ten temat był poruszany. Mówiąc o składce na ubezpieczenie zawsze dodawałam, że zasady co i za ile są do wglądu w sekretariacie i można się z nimi zapoznać.   

A teraz proszę – nagle afera! Ale refleks! 

odszkodowanie

foto – internet

Jasne, trzeba na czymś zarobić, trzeba program zrobić. Kiedyś współpracowałam z lokalną gazetą i wiem, jak ten mechanizm działa. „Rety, mamy pół kolumny wolne! Siadać i pisać dwa listy do redakcji! Za dwie godziny pismo idzie do druku!”

Ale są i fajne tematy. Taki na dziś – złoty pociąg z Wałbrzycha. Zobaczcie, same pozytywne momenty. Jako wałbrzyszanka cieszę się. Świat dowiaduje się, gdzie jest Wałbrzych. Dobra  lekcja geografii. Dobra lekcja historii. Archeologia – wszak trzeba kopać. Geologia – budowa gór. Dochód – turyści i dziennikarze przyjeżdżają, nocują, zwiedzają, jedzą – wszystko w wałbrzyskich hotelach, restauracjach i na turystycznych trasach. Opowieść – jak z powieści lub sensacyjnego filmu. O, nareszcie dobra interwencja w fajnej, tak po prostu, sprawie.

Mąż koleżanki nie poparł naszego entuzjazmu dla  dziennikarstwa w stylu Indiany Jonesa. Rozlewając resztki wina do kieliszków, stwierdził, że wałbrzyskie złoto to większy spisek…

Rety, jaki?

Jest kilka wersji:

1. „Ktoś komuś” za to zapłacił…na pewno nie Wałbrzych, ale komu zależało na rozdmuchaniu tej sprawy? To się niedługo okaże.

2. „Ktoś” chce otumanić naród złotem, by ten nie szedł na wybory i zapomniał o polityce w czasie przedwyborczym. Choroba…antysystemowi?

3. „Coś” wisi w powietrzu, a pociąg to temat zastępczy. Kiedyś była nim aborcja. Ludzie dyskutowali, dyskutowali, a tymczasem banki podnosiły stopy procentowe, rząd wprowadzał niekorzystne dla przeciętnego obywatela ustawy… A teraz co będzie? To się zobaczy. W każdym razie o tym, kto komu nie podał ręki na Westerplatte telewizje, gazety i portale mówiły dzień, dobra, dwa dni, a historia złotego pociągu z Wałbrzycha póki co nie ma końca. Przypadek? 

kop.

Wałbrzych – dawna kopalnie im. Thoreza, obecnie Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia fot. własne

Wino było dobre.  

Pociąg ze złotem wspomnień…

mapa2a

6 września 2015 – A wałbrzyski sen trwa i trwa i końca nie widać… przypominam zatem swój tekst z początku gorączki złota w moim mieście! 

Takiego wydarzenie jeszcze w moim życiu chyba nie było… Przez dwa dni, w radio, telewizji, internecie gościło najbardziej magiczne dla mnie ze wszystkich słów – mój jedyny, ukochany rodzinny WAŁBRZYCH. Wszystko za sprawą złota w pociągu, który jechał kiedyś w stronę mego miasta i nie dojechał. A było to w czasach II wojny światowej, kiedy znajdujące się w pobliżu Góry Sowie przekopano wzdłuż i wszerz. Zresztą, co ja tam będę pisała… chcecie się dowiedzieć, poczytajcie, posłuchajcie, obejrzyjcie.

 


http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,18595984,zloty-pociag-utknal-na-dolnym-slasku-wladze-gotowe-do-dzialan.html

Z wałbrzyskimi zagadkami związane są jedne z najmilszych moich wspomnień. I muszę się nimi podzielić, właśnie teraz, kiedy o Ziemi Wałbrzyskiej tyle się mówi. Jestem wałbrzyszanką, które w wyniku różnych okoliczności i ku własnej rozpaczy, znalazła się poza miejscem urodzenia. Jako że życie pisze różne scenariusze, do Wałbrzycha już nie wróciłam… ale wspomnienia dzieciństwa i wczesnej młodości pozostały. Te o skarbach też…

klasa viii b

 

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy byłam uczennicą ósmej klasy podstawówki, w drugim półroczu, dostaliśmy nowego nauczyciela historii. Człowiek od początku był… po prostu inny. Jego metody nauczania też były …dziwne. Zapisywaliśmy temat lekcji, pan trochę pogadał, wskazał strony w książce, na których ów temat się znajdował, a potem zaczynał opowiadać. O czym to on nam nie opowiadał… o zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, o V Kolumnie, o V1 i V2, o…. wielu innych rzeczach. Oczywiście w podręczniku te wiadomości znajdowały się, ale opowieści nauczyciela były zdecydowanie ciekawsze. Byli i tacy uczniowie, którzy głównie cieszyli się, że nie ma klasówek i odpytywań. Ja byłam w grupie, która wchłaniała w siebie pasjonujące historie związane z II wojną światową. I tak od wielkich podręcznikowych wydarzeń nasz nauczyciel doszedł do historii Dolnego Śląska, terenów znajdujących się przed 1945 rokiem w  granicach Rzeszy. Dowiedzieliśmy się, że blisko nas jest też wielka historia. Tajemnicza historia. Najpierw zamek Książ, historia księżnej Daisy  i podziemne lochy. Potem Góry Sowie. Historia więźniów z Głuszycy. Opowieści o strzegących tajemnicy ludziach… jeśli ktoś niepowołany zbyt daleko zabrnął w tunelach pod Walimiem – ginął z ich ręki. W UFO nikt nie wierzyła, ale historia tajemniczego pociągu, który wywiózł z twierdzy Breslau wielki majątek niemiecki i zginął gdzieś na trasie Świebodzice – Wałbrzych była wielce prawdopodobna. A może w sowich sztolniach znajduje się Bursztynowa Komnata?

Okazało się również, iż nasz historyk był  nie tylko wspaniałym gawędziarzem, ale również turystycznym przewodnikiem, wybitnym znawcą całego regionu. Posiadał odznaki turystyczne, prowadził wycieczki po wałbrzyskich górach. Oczywiście namówiliśmy go na jedną, taką pożegnalną… kończyliśmy właśnie podstawówkę…

bal 2

pożegnalne spotkanie ósmoklasistów…

Wybraliśmy się na pieszą wycieczkę właśnie w Góry Sowie. Przed wymarszem dostaliśmy instrukcję jak mamy iść, jak się zachowywać na trasie, którędy ona prowadzi.  Posługiwania się mapą i kompasem, oznakowania tras turystycznych nauczyliśmy się wcześniej… na lekcjach historii.

Oczywiście nie bylibyśmy nastolatkami, żeby nie narozrabiać… Tym bardziej, że pan od historii był jedynym naszym opiekunem i szedł z przodu. Komuś zachciało się zapalić, ktoś chciał wypić wino…I silna grupa pod wezwaniem pozostała w tyle. Popełniliśmy największy z błędów na turystycznej trasie – straciliśmy z oczu  naszych kolegów. Kiedy jedni wypalili, drudzy wypili, postanowiliśmy resztę dogonić. Ujrzeliśmy ich nagle na jednym z zakrętów. Skróciliśmy sobie zatem drogę idąc na skróty przez las. Bo bliżej. Gdzie wyszliśmy – nie wiemy. Droga się skończyła. I o dziwo, nie spanikowaliśmy. Ktoś stwierdził, że trzeba wyjść na najbliższe wzgórze i poszukać przewodów elektrycznych. Tam jest zawsze jakaś cywilizacja. Znalazły się druty, a u podnóża – wieś. Przepytaliśmy jej mieszkańców i okazało się, że wsi Glinno nie było w ogóle na trasie naszej wycieczki. Ale stąd blisko do Walimia, który co prawda był na trasie jutrzejszego dnia, ale można zajrzeć do miasteczka wcześniej. W Walimiu zaczęło padać. Znaliśmy cel naszej wędrówki, ale jakoś nie uśmiechało się nam iść w deszczu. Zajrzeliśmy na plebanię. Księdzu proboszczowi powiedzieliśmy prawie całą prawdę (przemilczając papierosy i wino). Na dwie tury zawiózł nas do Rzeczki, gdzie nasza wycieczka miała zamówiony nocleg…

Byliśmy pierwszymi, którzy dotarli do noclegowni. Reszta dołączyła później. Pani od historii obejrzał nas dokładnie, stwierdził, że nic nam się nie stało i …dał nam święty spokój. Żadnych nagan, żadnego krzyku, żadnych konsekwencji… Była za to kolejna opowieść o walimskich sztolniach, które mijaliśmy jadąc z księdzem Fiatem 125 P.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zrobiło się głośno o tajemnicy Gór Sowich, uśmiechałam się. Kiedy powstał serial „Tajemnice twierdzy szyfrów” też się uśmiechałam. Teraz, kiedy mowa o złotym pociągu, również się uśmiecham. Przecież ja o tym od dawna wiem… Fajnie odkurzyć dzieciństwo… Fajnie przejechać się pociągiem ze złotem… prawdziwym złotem … dzieciństwem.

Odwiedzajcie Wałbrzych i jego okolice. Jeśli pociąg zostanie odnaleziony, jest tam jeszcze kilka skarbów do odkrycia! 

Riese … odkrywany w dzieciństwie jest dziś celem wycieczek…