Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

Wybory Zofii

Wszyscy o wyborach… nie mam wyjścia, też muszę. A więc po pierwsze ja głosuję, moja znajoma rencistka Zofia nie. W latach osiemdziesiątych ówczesna opozycja powiedziała jej, że wybory nie są demokratyczne, jej głos się nie liczy, bo i tak wszystko ustala partia. Rencistka zakodowała te słowa we krwi, psychice i na wybory nie chodzi. Dziś dodaje, że każde wybory są sfałszowane. Parę lat temu zgłosiłam ją do pracy w komisji wyborczej, żeby uwierzyła w niefałszowanie. Była w komisji, liczyła głosy, ale i tak wybory, według niej, zostały sfałszowane, bo kilka razy wychodziła do toalety. Co wtedy robili inni członkowie komisji – nie wiedziała. Na pewno fałszowali. Uświadamianie Zofii, że czasy się zmieniły i można głosować na opozycję, by stała się przewodnią siłą narodu, przypomina rozbijanie muru. Zofia jest twarda niczym beton, z którego zbudowano Wilczy Szaniec w Kętrzynie.

Jako świadoma obywatelka postanowiłam po raz kolejny przekonać Zofię do uczestnictwa w głosowaniu na władzę. Zaproponowałam spacer. Zofia chodzenia dla samego chodzenia nie uznaje. Obiecałam zatem, że po drodze sprawdzimy, o której przyjmuje dentysta, czy przyjmuje „na fundusz”, czy tylko prywatnie, bo rencistkę zaczął boleć ząb. 

Problem wyboru pojawił się już po wyjściu na ulicę. Zofia minęła „zebry” przy rondzie i postanowiła ulicę przejść w miejscu nieoznakowanym, dokładnie pośrodku między pasami dla pieszych. Dlaczego? No, bo tu przechodziła przez blisko czterdzieści lat i nadal będzie przechodziła.

Rzeczywiście, rondo jest w tym miejscu dopiero od jakiś piętnastu lat.

Poza tym przejście oznakowane jest w złym miejscu. Dlaczego? Przecież wszystko zgodnie z obowiązującymi przepisami… Bo Zofii nie odpowiada, powinno być tam, gdzie wcześniej przechodziła. Jej głos w sprawie lokalizacji przejścia dla pieszych nie został wzięty pod uwagę. „A komu zgłaszałaś postulat namalowania zebry tutaj, a nie tam”? – zapytałam próbując powstrzymać Zofię od wkroczenia na jezdnię.   Oczywiście, że nikomu. Nikt i tak nie posłucha. „Oni” nigdy nie słuchają i robią, co chcą.

Na znak protestu rencistka, poruszająca się przy pomocy kuli, powolnym krokiem weszła na jezdnię. Do pokonania miała w sumie cztery pasy drogowe, dwa w jedną stronę, dwa w drugą. Wróciłam do ronda, wstrzymałam oddech. Na szczęście ruch był niewielki, kierowcy nie-piraci i zatrzymywali się przez kroczącą przez jezdnię Zofią. Jeden zatrąbił, drugi posłał siarczystą wiązankę. Ja rozpoczęłam modlitwę. Myślałam, że koleżanka zatrzyma się na pasie zieleni, oddzielającej kierunki jazdy. Nic z tego. Poszła dalej, zatrzymując się dwa razy po drodze. Znowu kilka klaksonów i parę k….

pol_wypadek_znak_640

Spotkałyśmy się po drugiej stronie. Zofia oczywiście odpowiednio oceniła kierowców, którym pakowała się pod koła „Chamstwo, brak wychowania i szacunku dla starszych!”. Głośno zaprotestowałam, próbując uświadomić koleżance, że to ona znajdowała się w miejscu przeznaczonym dla aut i kierowcy mieli prawo trąbić i kląć. „A dlaczego nie zatrzymałaś się na trawniku?” Bo nie lubi stać pomiędzy jadącymi samochodami. „To lepiej pakować się im pod koła, no nie!” Pod jakie koła, pod jakie koła, a zresztą niech kierowcy uważają na pieszych. A po co w ogóle te cztery pasy, kiedyś były w tym miejscu dwa i było dobrze. „Teraz większy ruch, więcej aut”. No tak, teraz tylko auta i auta, na jezdni auta, przed kamienicą auta, na parkingach auta, same auta, pieszy już się nie liczy.

Przemilczałam. Doszłyśmy do gabinetu dentysty. Był zamknięty. Oczywiście, że ten fakt rencistkę zdenerwował. Bo kiedyś to dentysta był cały czas otwarty. „Kiedy tak było?”. Dawno. „Ale ten dentysta przyjmuje tu dopiero od roku…”. Zofia pomyślała. „Powinien być cały czas, nie chce mu się pracować”. Zaproponowałam, aby poszukać w okolicy innego dentystę. Będę miała więcej czasu na przekonanie Zofii do głosowania.

I to był mój błąd. Następny dentysta przyjmował w centrum dzielnicy, gdzie znajdowało się duże skrzyżowanie ze światłami. Zofia postanowiła nie czekać na zielone, bo za długo było czerwone. Wpakowała się zatem na jezdnię na czerwonym. Tym razem oberwało się i mnie. Ludzie widzieli, że szłyśmy razem. Policja, gdzie jest policja! Może jak raz Zofia dostanie mandat, to nauczy się odpowiedniego poruszania po ulicach. Policji nie było. Dentysta był, wyznaczył termin wizyty. Ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zapomniałam o wyborach prezydenckich, myślałam tylko o tym, żeby cenne własne życie zachować, bo Zofia stwierdziła, że jej na życiu nie zależy.

w srodku miasta

Wieczorem opowiedziałam synowi o sposobie poruszania się rencistki po ulicach naszego miasta. Przyznał, że to nie młodzież rozmawiająca przez „komórki”, a właśnie starsi ludzie najczęściej przechodzą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Dlaczego? No właśnie, dlaczego dokonują takiego wyboru?

foto – Centrum Wałbrzycha – Plac Grunwaldzki

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl

Sznurekgate czyli afera na poniemieckim strychu

 Niedawno odwiedziłam rencistkę  Zofię. Mieszka ona w  starej poniemieckiej kamienicy, czyli w mieście, które przed 1945 rokiem należało do Niemiec. W związku z tym, że kamienica nie piramida, a niemieccy budowlańcy nie Egipcjanie, w kamienicy Zofii postanowiono po osiemdziesięciu latach zmienić dach. Zofia początkowo miała wątpliwości co do słuszności podjętej przez większość lokatorów inwestycji. Stwierdziła, że mieszka na parterze  i przeciekający dach zupełnie ją nie interesuje. Demokracja to jednak rządy większości, zatem rencistka została przegłosowana.

Dach wyremontowano, wymieniono, na strychu naprawiono co się dało. Zofia wykonanie nowego dachu  oczywiście skrytykowała. Stwierdziła, że dekarze zapomnieli o przymocowaniu do wszystkich belek uchwytów na sznurki. A sznurek na strychu to rzecz niezbędna. Według Zofii strych służy głównie do  wieszania prania i uchwyty powinny wszędzie być. Najgorsze było jednak to, że zabrakło ich w miejscu, gdzie od pięćdziesięciu lat pranie wieszała rodzina Zofii. Cóż więc zrobiła Zofia? Powiesiła sznurek po stronie sąsiada. „Musiał dać w łapę, bo jemu uchwyty zrobili” – szepnęła mi w zaufaniu.

Sąsiad oczywiście się zdenerwował. Zwrócił się do sąsiadki  o ograniczenie ilości sznurka. (oto dialog według relacji Zofii)

- Pani jest jedna, nas dwoje.

- I co z tego? Mam prawo do strychu, bo za niego płacę.

- Ale pani ma mniejsze pranie, bo tylko z jednej osoby, a nas jest….

- Co pan sobie myśli, że jak jestem sama to można mnie wykorzystywać! Płacę za strych tyle samo co pan i mogę zająć taką sama powierzchnię strychu co pan i żona! Jeśli chcecie więcej strychu, to płaćcie więcej.

Sąsiad dał za wygraną, co oczywiście Zofii nie zadowoliło i dodała kilka epitetów pod jego adresem. Przy okazji dostało się bliżej nieokreślonemu zarządowi, co to zarządzać nie umie, a nawet mnie, co to niczego nie rozumiem, bo mieszkam w bloku. Pytam więc Zofię, czy nie mogłaby tak dorobić uchwytów po „swojej” stronie.

- Nigdy w życiu! Niech ci, co je zniszczyli odbudują!

Tłumaczenie, że nikt niczego nie zniszczył, a po prostu postawiono nowy dach, nie miało sensu . Zofia swoje wiedziała. Zaczęłam zatem z innej strony – jak często rencistka korzysta ze strychu. I tu zaczęły się schody. Jeszcze większe niż te z parteru na strych. Postawiona w krzyżowy ogień pytań, Zofia przyznała się, że na przykład, kiedy na dworze jest ciepło,  to wcale nie wiesza prania na strychu, bo wiesza je na podwórku.

Wyjrzałyśmy przez okno. Stare, oczywiście poniemieckie podwórko, a na nim cztery słupy ze sznurkami. Dwa należą oczywiście do Zofii. Ale wieszanie na sznurkach tkwiących na słupach staje się coraz bardziej utrudnione. Rencistka wskazała samochody parkujące przed kamienicą. Według niej psują widok z okna, zabierają miejsca na rozwieszenie prania, smrodzą i zakłócają ciszę. Najgorzej jest zimą. Stanie taki dupę do okien, grzeje ten silnik i grzeje, smród z rury wydechowej dostaje się do mieszkania.

- Przecież tu okna nowe, szczelne, a zimą są zamknięte – zwróciłam uwagę.

- A jak akurat będę chciała w tym momencie wywietrzyć mieszkanie, to co?

- A nie można poczekać, aż samochód odjedzie?

- A dlaczego ja mam czekać? Niech on poczeka, aż skończę wietrzyć i dopiero rusza.

Najgorsze jest jednak to, że większość lokatorów posiada takowe maszyny i nie zaprotestowało przeciwko likwidacji kilka słupów w celu zrobienia miejsc parkingowych. Jeśli jednak tkną sznurki Zofii, to ona już im pokaże. Co? Sznurek?

Zofia posiadała kilka metrów sznurka na strychu i kilka na podwórku. I wtedy o zgrozo, dostrzegłam co najmniej pięć metrów sznurka w kuchni. Dyndał wysoko nad moją głową. Trzymały go wbite w ścianę kołki z hakiem.

- A te sznurki to w jakim celu? – zapytałam nieśmiało.

- Jak to w jakim? Żeby pranie powiesić!

Sznurek nad moją głową ponownie zadyndał. Zadrżałam. Jeśli Zofia ma obsesję na punkcie sznurka to może ten nad głową przeznaczony jest dla mnie? Albo zaraz wyciągnie kolejny i zawiesi na mojej szyi? Brrr…. ale może Zofia to uosobienie czystości?

- A teraz gdzie wisi pranie? – zapytałam delikatnie zerkając w stronę sufitu.

- Nigdzie. Nie prałam.

- A kiedy pranie?

- Nie wiem. Ja nie wychodzę z domu i nie brudzę się.

Obiecuje, ze rencistkę Zofię jeszcze odwiedzimy nieraz. Ona naprawdę istnieje….