Bojkot, odszkodowanie, sterylizacja i farelka

farelka

No więc tak… Który raz już zaczynam kolejny felieton… I który to raz mam nadzieję, że nie wydarzy się nic nowego, żebym mogła się skupić na wybranym temacie…

Zaczęło się od bojkotu francuskiego. Wiem, dawno to było i już mało kto pamięta. Obraził nas prezydent Francji i ktoś zaapelował, żeby nie kupować niczego co francuskie i olewać wszystko, co francuskie. Na portalach społecznościowych zawrzało.

Ktoś postanowił ominąć przystanek na ulicy? placu? Charlesa de Gaulla i wysiadł dopiero na rondzie Dmowskiego. Ktoś nie pojechał do pracy własnym samochodem, bo posiada renaulta. Inny „Nędzników” Wiktora Hugo zabrał z półki i schował do szuflady.

To były udane próby bojkotu. Nieudaną zaprezentowała pewna pani polityk. Kazała nie kupować francuskich serów, tylko polskie. Zareklamowała markę TUREK, bo brzmiała z polska. Okazało się, że nic błędnego. „Turek” należy do grupy Savencia Fromage & Dairy francuskiego pochodzenia. Jednym słowem nawet ser wyprodukowany w Polsce, z mleka polskich krów jest francuski.

Były jednak głosy przeciwne bojkotowi. Głośne „NIE” wykrzyczeli zwolennicy francuskiej miłości, bo miłość po francusku jest ponad podziałami i ponad granicami i ponad serkami i ponad… ponad wszystko. Bez tej miłości nie da się żyć.

I tak sobie myślałam, że temat bojkotu rozwinie się w debatę sejmową. Nic z tego. Jego miejsce zajęła sprawa odszkodowania za straty wojenne. Oczywiście mają je zapłacić Niemcy. Oczywiście mają zapłacić nam.

Zaczęło się żmudne wyliczanie, o ile wzbogaci się nasz narodowy budżet. Inni poszli jeszcze dalej – ile trzeba, żeby Polska wreszcie urosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio. Cóż, okazało się, że forsy od sąsiadów z zachodu może nie wystarczyć. Same inwestycje w Toruniu wymagają dużej ilości szmalu. Ale oczywiście dzielni internauci znaleźli rozwiązanie. Posypały się propozycje od kogo i za co by tu jeszcze zażądać odszkodowania….

Na pierwszym miejscu oczywiście Szwecja. Potop był przecież. Zniszczyli, ograbili, wymordowali. Taki Longinus Podbipięta jest tego przykładem. I Częstochowa sporo zyska, może wreszcie zdeklasuje Toruń.

Od Turcji też by się coś dało wydusić. Atakowali? Atakowali. Niszczyli? Niszczyli. A za odsiecz wiedeńską nie należą się nam pieniądze? Do Austrii po forsę! I za zabory też zażądać!

I tak oto zrodziło się kilka pomysłów na podreperowanie budżetu. Dziwne tylko, iż nikt nie wspomniał o Rosji… wszak narozrabiała przez wieki na naszym terenie. Boimy się? A może wiadomo, że Rosja i tak nie zapłaci, bo ma to wszystko w głębokim poważaniu. Zawsze lepiej żądać od tego, co może się ugnie i da…

W każdym razie listę odszkodowań internet opracował. Niestety, trafił się taki jeden, co nie wykazał się obywatelską postawą.

„A co będzie jak Watykan zażąda opłaty za chrzest w 966 roku? A jak Czesi upomną się o stosowane opłaty za pośrednictwo? Same procenty za zaległe opłaty rozwalą nasz budżet wspomagany przez Niemców, Szwedów. Turków, Austriaków…”

A miało być tak ładnie… Można było podreperować budżet…

Wczoraj byłam u swego weterynarza, znaczy się weterynarza mojej suni. Opowiedział mi historię ze swego życia wziętą. Niedawno była u niego pani, która zażądała odszkodowania za błąd lekarski. Dziewięć lat temu miał przeprowadzić sterylizację u jej kotki. Tymczasem macicy nie usunął, jedynie kotkę rozciął, forsę wziął, a kotka po tylu latach zapadła na choroby kobiece, znaczy się miała problemy z macicą, którą dopiero inny weterynarz usunął. Ów lekarz wystawił zaświadczenie, w którym napisał, że kobiecy narząd w organizmie kotki był. Wyliczył również, ile pierwszy spec od zwierząt jest winien właścicielce kotki. Po kilkuminutowej dyskusji doszliśmy do wniosku, że pani mogła mieć po prostu … drugą kotkę i jej chorobę postanowiła wykorzystać do podreperowania domowego budżetu. Dziewięć lat to szmat czasu w życiu zwierząt. Czy weterynarz miał możliwość sprawdzenia czy kotka jest kotką, którą operował? Nie miał. Nie pamiętał. Jest jednym z najlepszych weterynarzy w mieście i leczy bardzo wiele zwierząt. W dokumentacji wszystko się zgadzało…

A potem rozpoczął się rok szkolny i ogólnonarodowa dyskusja na temat lektur i historii. Jako że na ten temat już pisałam, dziś tylko kilka uwag.

Dziwi mnie ten wielki dramat w postaci takiego a nie innego kanonu lektur. Czy nikt nie zauważył, że najgorzej na wszelkiego typu egzaminach wychodzi matematyka? Czy nikt nie zauważył, że humanistów mamy za dużo, a ludzie z wyższym wykształceniem w zakresie tzw. przedmiotów ścisłych są nieustannie poszukiwani?

A dziś cały dzień leje i jest zimno. Nawet farelkę włączyłam.

I to koniec tematów.  

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

W naturze

do blogu

Postanowiłam oderwać się od rzeczywistości. W przerwie między meczami mistrzostw Europy, odizolowałam się od świata na swojej działce rekreacyjnej. Zapowiadano wielkie, znaczy się pierwsze tego roku upały, zatem pobyt w plenerze uznałam za wskazany. Zamiast dusić się w bloku z wielkiej płyty, moje dziecię płci żeńskiej wywiozło mnie pod las do przyczepy campingowej. Rozciągnęłyśmy nad wiatą moskitierę ze starej firanki, rozbiłyśmy namiot plażowy, przyciągnęłyśmy dwie taczki chrustu z lasu na wieczorne ognisko, rozpaliłyśmy grilla, spożyłyśmy posiłek w porze obiadowej i dziecię odjechało.

Temperatura powietrza właśnie zatrzymała się na plus trzydziestu. W lodówce schłodziło się właśnie pierwsze piwo…

W czapeczce z daszkiem i napisem Euro 2004 klapnęłam pod namiotem. Jak mi dobrze, jak mi słodko… Lekki wiatr wieje, drzewa szumią, słońce nie praży, bo za namiotem… pies kopie kolejne nieplanowane dołki. … O, właśnie… Kulka, chodź do mnie, będę pieska czesać…. Tego akurat Kulka nie lubi. Musiałam trochę za nią pobiegać, chwycić, posadzić pod namiotem i wyczesywać gęstą sierść.

Dobrze, załatwione, oddajmy się odpoczynkowi intelektualnemu. Sięgnęłam po trzeci tom „Wojny i pokoju”. Dopiero na starość postanowiłam Tołstoja przeczytać. A skłonił mnie do tego film w reżyserii Sergieja Bondarczuka. Oglądałam go będąc nastolatką i nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, wprost przeciwnie – uznałam za wybitnie nudny. Potem długo, długo tego filmu w TV nie było. Cóż, pozbywając się propagandowej sztuki Związku Radzieckiego, pozbawiliśmy społeczeństwo dostępu do wielu wybitnych dzieł.  Na szczęście kiedyś, w jednej z mniej znanych telewizji, rzekłabym tajnych, film się pojawił. I zachwycił mnie do tego stopnia, że najpierw nagrałam go na kasetę VHS (była powtórka), a potem zainwestowałam w płytę DVD. Wreszcie postanowiłam książkę przeczytać.  Zaszłam do biblioteki na swoim osiedlu. Nie ma, w czytaniu. No to wzięłam Dostojewskiego, też literatura rosyjska. Druga wizyta. Nie ma, w czytaniu. Dobrze, niech będzie jeszcze raz ten Dostojewski. Trzeci raz – to samo, ale już bez Dostojewskiego. Czyżby był tylko jeden egzemplarz „Wojny…” – pytam panią. Tak, jeden, czyli raz po cztery tomy.  Zbliżał się Dzień Matki, więc wysłałam córce linka do aukcji na wiadomym portalu i kazałam, jako prezent kupić. Dziecię było zachwycone moim życzeniem, bo zapłaciło za książkę, w czterech tomach, z przesyłką jedyne 12 zł. 

Właśnie doszłam do tomu trzeciego i roku 1812. Zaczytałam się, zaczytałam i pewnie dalej leżąc pod plażowym namiotem czytałabym delektując się wielką literaturą, gdyby nie pożar. Nie, nie pod namiotem. W Smoleńsku. Tam też dotarł Napoleon …. znaczy się on dotarł wcześniej… ale miejsce to samo. Z całym szacunkiem dla wszystkich, co byli i zostali pod Smoleńskiem, politycy tak mnie do miasta i jego okolic zniechęcili, że sama nie pojadę…

Odechciało mi się czytania. Z lodówki wyjęłam drugie piwo. Może trochę muzyki… włączyłam radio. Jeden przebój, drugi…. a między nimi…nie, żeby to było Euro 1016 nie protestowałabym. W sumie sport lubię. Między przebojami – sprawa referendum w sprawie tego brexit w Wielkiej Brytanii. Opinie, komentarze, raporty, prognozy, sondaże, przepowiednie, wróżenie z fusów….

Zatem pora na ognisko. Pali się! Fajnie! Wszelkie wieczorne owady odgonione! Można kolejne piwo…

A na zakończenie dnia, kiedy niebo pokryło się gwiazdami, a psy we wsi zaczęły szczekać – oczywiście jakiś super lekki filmik. Włączam swego podróżnego laptopa. MacGyver czy „Teoria wielkiego podrywu”? Niech będzie ten pierwszy. Ojej, co się dzieje? Gdzie napisy? Angielskiego przecież nie znam!

Coś się popier… popieprzyło. Trudno, urządzenie ma swoje prawa. Pozostał mi film w wersji polskiej – „Tajemnica Westerplatte” lub „Stawka większa niż śmierć”… No nie… najpierw Napoleon pod Smoleńskiem, potem walka o Unię, teraz polski akcent wojenny… wybrałam wojenną fikcję, czyli Klossa w wersji Kota.  

Po przespanej całkiem nieźle nocy i śniadaniu, zerknęłam do telefonu. Zaniepokoiło mnie jego milczenie. Bateria się wyładowała. No to wklepuję ten pin… zły… zaczynam panikować… jeszcze raz …. zły…. Pozostał mi jedna próba. Zaraz, a może ja po prostu pomyliłam piny? Kiedy ostatni raz włączałam pin w telefonie? Jak on w ogóle jest? W domu w lewej szufladzie po prawej stronie jest zapisany… ale tu nie ma szuflady…  Nie, nie podejmę trzeciej próby… Ruszam na wieś, szukać telefonu, by zawiadomić dziecię płci żeńskiej, że kontaktu ze mną nie ma, niech przyjeżdża, kiedy może i weźmie ze sobą trochę piwa. Telefon znalazłam, a jego właściciel zapytał mnie, co o tym sądzę. O czym? O tym, że Brytyjczycy zadecydowali, że wychodzą z Unii…. nic nie wiem, nic nie sądzę.

Wróciłam pod wiatę. Popatrzyłam na martwy telefon. Na milczące radio. Na Smoleńsk w „Wojnie i pokoju”. Z szafki wyjęłam pistolet typu wiatrówka. Na ogrodzeniu powiesiłam kartkę z tablicą strzelecką. Trzeba doskonalić sztukę strzelania.  

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Oberwało mi się….

nuda1

PS.  20.07.2017

Myślałam, żeby coś napisać o bieżącej sytuacji związanej z sądami…. Nic nowego do głowy mi nie przyszło niż to, co napisałam ponad rok temu… aktualizacji wymaga jedynie opis pory roku. Teraz jest lato i gimbaza (ta na wymarciu) szaleje po osiedlu… Wszystko inne jest takie same…

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje

 

 

 

Miejsce Dnia Siódmego

Siedzę sobie na odludziu. Najbliższe zabudowania – 350 metrów ode mnie. Za mną stara przyczepa campingowa. Luksusowa, bo ma aż pięć metrów długości, osobną sypialnię, szafę i pomieszczenie pierwotnie przeznaczone na toaletę. Teraz to taka komórka z drewnem, makulaturą, grabiami i szpadlem. Mam lodówkę. W niej chłodzi się piwo i mleko. To drugie na jutro, na śniadanie. Mam prąd. Linia elektryczna jest blisko. Pociągnięcie przewodu nie kosztowało wiele. Woda – w butelkach. Te, po wodzie gazowanej i niegazowanej, zawierają „kranówę”. Robię z niej herbatę, podgrzewam do mycia. Naczyń i siebie. Woda w pięciolitrowych pojemnikach służy do wszystkiego innego, do czego na odludziu może się przydać. Jest stare radio. Kupiłam je we Wrocławiu na otwarciu Galerii Dominikańskiej i wiozłam do domu. Całe 500 km. Odbiera jedną stację. I wystarczy.

domy

Jest też „sławojka”. Bardzo potrzebna w takim miejscu. Nie korzysta z niej wiele osób. Nie śmierdzi. Czynna jest tylko w weekendy. Natura sama likwiduje to, co naturalne.

Towarzyszy mi Kulka. Taki pit bull, tylko w opakowaniu kundlowatego większego jamnika. To niezawodny system alarmowy. Szczeka na wszystko, co się rusza za ogrodzeniem. Właśnie dostrzegła zająca. Chętnie pobiegłaby za nim. Nic z tego. Jest psem kanapowym, który od czasu do czasu lubi wyrwać się na łono natury.

kulka

Zaraz zapadnie zmrok. Po mojej prawej stronie zajdzie słońce, które jutro wstanie po lewej. Tak mam postawiony drewniany stół. Ognisko zapalę dopiero po zachodzie. Będzie płonąć do północy. Potem pójdę spać. Rano obudzi mnie pies. Zmierzę poziom cukru we krwi, wypiję wodę z cytryną, zjem płatki kukurydziane….

zacghod

Rety, jakie to wszystko proste, jakie zwyczajne. Śpiewają ptaki, szczeka pies, słońce wschodzi i zachodzi, drzewa rosną, łąka zmienia się każdego dnia, posiane kilka lat temu niezapominajki ciągle kwitną, zboże dojrzewa, kamienie na skalniaku tkwią w miejscu, w którym je położyłam.

skalniak

Przed przyjazdem tutaj prowadziłam internetową dyskusję z koleżanką na temat prawdziwej i nieprawdziwej historii. Ten temat wydaje mi się taki daleki od świata, w którym teraz jestem.

Który świat jest prawdziwy? Ten, w wielkim mieście, w telewizorze 3D, w sieci z milionami stron? Czy ten, gdzie trawa zielona i brzęcząca pszczoły nad głową? Będąc tu uświadamiam sobie, jak niewiele człowiekowi potrzeba, by żyć, by zapomnieć, że właśnie teraz gdzieś ktoś toczy bój o prawdziwą lub nieprawdziwą historię, niszcząc drzewa, trawę, pszczoły, psy i ludzi….

Kilka lat temu, kiedy stawialiśmy ogrodzenie, wyrywając z pola zarosłego perzem kawałek ziemi na użytek działki rekreacyjnej, dostrzegłam coś więcej niż miejsce na weekend. To Miejsce Dnia Siódmego, tu po stworzeniu świata odpoczywał Bóg…    I niech takim zostanie….

 

Odnalazłam miejsce

DNIA SIÓDMEGO.

Bóg drzemał na pożółkłej trawie.

Pozwolił mi położyć się obok.

Leżeliśmy patrząc

na nietknięte satelitami niebo.

Za nami milczały sosny.

Przed nami wioska udawała,

że żyje.

Polem cicho przebiegł zając.

Szczęśliwy.

Tu nie ma myśliwych.

Owies stał dumnie.

Marzył o żniwach i stajni.

 

Bóg lekko uchylił powieki.

 

Uznał, że to było najlepsze.

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl

Wilki nocą….

 

czerwony-kapturek-jpeg-jpg

Nie wjechali, nie przejechali, oddalili się daleko, daleko… Byli przez kilka dni obiektem naszego strachu i niepokoju…. nocne wilki  niczym widmo krążą teraz po Europie i sieją postrach… Nie mam wyjścia. Teraz, kiedy znowu żyjemy spokojnie i w znoju wykuwamy lepszą przyszłość, abyśmy rośli w siłę i żyli dostatniej,  muszę poświęcić im kilka słów.

Wilk – lupus to „gatunek drapieżnego ssaka z rodziny psowatych (…) zamieszkującego lasy, równiny, tereny bagienne oraz góry Eurazji i Ameryki Północnej. Gatunek o skłonnościach terytorialnych. Zwykle terytorium zajmowane przez watahę to 100-300 km², ale wielkość ta zależy od dostępności pokarmu i terenu. (…) Wilk jest w stanie w dobę pokonać dystans kilkudziesięciu kilometrów. (…) Wilki mają rozwinięty system komunikowania się przy pomocy mowy ciała, odgłosów oraz przy użyciu substancji chemicznych – feromonów i własnych odchodów (znakowanie).” Tyle Wikipedia.

Takie oto stado postanowiło wkroczyć na teren …. no właśnie … mądrzy piszą, że do Europy, ale tu mam wątpliwości. Wataha jest pochodzenia rosyjskiego, a część Rosji leży w Europie. Co na to spece od geografii? Ja tam jestem od literatury i koszykówki, zatem odpowiedzi nie będzie.

Wilk-i-zając-7

Kiedy stado zapowiedziało, że wkroczy, społeczeństwo cywilizowane zaczęło się buntować. Postanowiło wilków nie wpuszczać na swój teren. Obawiało się,  że drapieżny gatunek o skłonnościach terytorialnych zagrozi istnieniu gatunków z rodziny jeleniowatych, kotowatych czy łasicowatych (np. tchórzofretka). A takie wilki, jeśli tylko znajdą się na określonym terenie, zaraz go oznaczają za pomocą swoich feromonów i odchodów. Wilki zadeklarowały, że zostawią w/w ssaki w spokoju i terenu znaczyć nie będą. Obiecały, że tylko przejdą, znaczy się – przejadą, bo to wilki zmechanizowane są. Nic z tego. Rozproszone stada, pod przywództwem wyjących kojotów (choroba, też z rodziny psowatych) zjednoczyły się w proteście przeciwko wilkom. Kiedy lupusy stanęły przy granicy Europy Wschodniej z Europą Wschodnią, pracowite myszki (z gryzoniowatych) rozpoczęły przeszukiwania wilków i coś tam znalazły. Wilki potulnie opuściły jeden teren  i ruszyły szukać kolejnego. W końcu są w stanie pokonać wiele kilometrów. Odjechały na swych szalejących maszynach. Europa Wschodnia odetchnęła. Niech teraz martwi się Zachodnia. Dziś dotarły ponoć do Niemiec. Tamtejsze stada zjednoczonych mają teraz kłopot, bo muszą pilnować, żeby u nich wataha niczego nie feromonowała i nie oznaczała. I ponoć jadą za nimi i pilnują.

Wiadomość o zamierzonej wędrówce wilków przez nasz kraj przypomniała mi dzieciństwo i bajkę o Czerwonym Kapturku. Jak wszystkim wiadomo, w tej bajce wilk najpierw inteligentnie wypytuje Kapturka, potem wpada do chaty babci, pożera ją, potem zjada Kapturka, a na końcu zjawia się myśliwy, który takiego wilka zabija, rozpruwa mu brzuch i wyciąga stamtąd babcię z wnuczką.

Oczami wyobraźni widziałam już wilki rozpraszające się po naszym kraju, szykujące pułapki na blondynki na czerwonych obcasach, wpadające do świątyń i pożerające babcie… Brrrr… strasznie się zrobiło. Tym bardziej, że jestem w grupie najbardziej zagrożonej pożarciem. Bo czy znalazłby się wśród jeleniowatych, kotowatych lub łasicowatych myśliwy z dubeltówką, który zastrzeliłby wilka? Czy znałby procedury, zatwierdzone przez odpowiednie komisje unijne,  oddania strzału i rozprucia wilka nożem? Wszak wilki od 1998 są chronione w całym kraju!  W uzasadnieniu tej decyzji, podkreślono pozytywną rolę drapieżników w utrzymaniu równowagi ekologicznej w lasach –  patrz Dz.U. z 2004 r. Nr 220, poz. 2237. Ale niech wilki w naszym kraju nie cieszą się. Zgodnie z Ustawą z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody (Dz.U. z 2004 r. Nr 92, poz. 880) „zabronione jest zabijanie wilków, poza szczególnymi przypadkami odstrzału osobników wyspecjalizowanych w napadaniu na inwentarz, gdy zezwolenie wyda Minister Środowiska. (…) Minister Środowiska może również wydać zezwolenie na odłów wilków do badań naukowych”. I gdyby tak te wilki rosyjskiego pochodzenia znalazły się na naszym terenie, mógł zagrozić im odstrzał ze względów naukowych. Niech więc sobie jadą dalej.

Ale, ale… oni będą wracać z tej Europy Zachodniej do siebie….Rety KTÓRĘDY?