Ludzie bywają dziwni…

288wcom

Ludzie bywają dziwni. Czasami ich nie rozumiem. Oto na przykład jadę sobie autobusem nocnym relacji Podlasie – Wybrzeże. Ludzie wsiadają i wysiadają. Tych pierwszych jest więcej. Każdy chce oczywiście siedzieć sam na dwuosobowym miejscu, bo droga daleka, a autobus wąski. Na jego końcu miejsce marzenie uczestników szkolnych wycieczek – rząd siedzeń. I ktoś sobie śpi. Aż chrapie. Zajmuje oczywiście cały rząd. Ktoś chce tam usiąść, będzie miał miejsce przy oknie, ale boi się ruszyć chrapiącego. Bo… co będzie jak zbudzony zacznie krzyczeć? „Nic” – odpowiadam – Usiądzie normalnie, tak jak większość w autobusie. Chętny na miejsce przy oknie nadal się waha. Budzić, nie budzić? Nie wytrzymuję. Podnoszę głos tłumacząc, że nie może jeden spać na pięciu siedzeniach, podczas kiedy ktoś stoi. Dalej obawy. Dalej cykor. Dyskusja się rozwija. Wreszcie leżący człowiek budzi się. Bez problemu siada normalnie. Można usiąść w drugim końcu długiego siedzenia. Nikt nikogo nie zabił. Nie zakrzyczał. Wystarczyło go po prostu grzecznie obudzić.

Rencistka Zofia miała pecha. Sąsiad zalał jej łazienkę. Przeprosił. Zofia zawiadomiła ubezpieczenie, że ma zaciek na suficie. Przyszedł przedstawiciel, znaczy się agent, zrobił zdjęcia, stwierdził szkodę. Zofia dostała całe 500 zł na odnowienie sufitu i ścian w łazience. Zachłysnęła się sumą, bo symboliczna już jest. Minął rok. Ponownie awaria na górze. Tym razem szkoda w łazience rencistki niewielka. Ale wzywa ona ubezpieczenie. Agent przychodzi, kiwa głową, robi fotki. Zofia dostaje … 100 zł.  „Dlaczego tak mało?” – pyta zdziwiona. „Bo za poprzednie odszkodowanie nie wymalowała pani sufitu. Ma pani poprzednie 500, teraz 100. Można wymalować.” – informuje ubezpieczenie i pokazuje zdjęcia. Są dowodem. Rencistka krzyczy: „Mogłam z tym 500+ zrobić, co mi się podoba!”. Nic z tego. „Pieniądze z ubezpieczenia trzeba było przeznaczyć na naprawienie szkody”. Po co więc potem opowiadać, że ubezpieczenie jest złe?

Mieszkam sobie w pensjonacie nad morzem. W samo południe wyjeżdżam na spotkanie ze znajomymi. Wracam w okolicach dwudziestej drugiej. Czuję w pokoju chłód. Dotykam grzejnika. Zimny. Wody ciepłej też nie ma. Trudno, do rana wytrzymam. W sumie aż tak zimno nie jest. Budzę się o wpół do ósmej. Sytuacja nie uległa zmianie. Wysyłam SMS-a do właścicieli. Za pół godziny otrzymuję odpowiedź, że zaraz ktoś się zjawi i awarię usunie.

Przychodzi młody chłopak. Słyszę jak sprawdza grzejniki w korytarzu, odkręca wodę w ogólnodostępnej łazience. Otwieram drzwi. Witam się. Informuję. Chłopak przytakuje, obiecuje, że zaraz sprawdzi. Z innych pokojów też wyłaniają się postacie.

I zaczyna się awantura. Ludzie mają pretensje do młodego, że jest awaria, że cały dzień i całą noc pozbawieni byli ciepła, że tak późno nadeszła pomoc, że to skandal, że … no i dużo było tych „że”.

Młody słucha i nie wie, co ma robić. Stara się uśmiechać i coś mamrocze pod nosem. Wkraczam do akcji. Odsyłam młodego do piwnicy, gdzie znajduje się uszkodzone urządzenie, które nie dostarcza ciepła. Dzieciak posłusznie udaje się do miejsca, w którym ma zrobić to, po co przyszedł. Zajmuję się ludźmi. „To do kiedy jest ta awaria?” – pytam zebranych na korytarzu ludzi z pretensjami.

„Od wczoraj, od trzynastej” – słyszę i włos jeży mi się na głowie. „To od trzynastej nikt nie zawiadomił właściciela, że zimno?” – pytam dalej. „A jak zawiadomić?” – ryczy ze złością w głosie facet spod „siódemki”.

Normalnie. Przy wejściu wisi kartka formatu A4 z numerem telefonu i informacją „Dzwonić w przypadku awarii”. Okazuje się, że nikt  nie zauważył kartki i oczywiście, nie zawiadomił.

„No tak, gdyby nie ja, to dalej byście marzli i czekali na cud. Właściciel telepatycznie miał widzieć, że coś nawaliło?” – podsumowałam sytuację. Myślałam, że ludzie  załapali w czym rzecz. Nic z tego. Kobieta spod „piątki” spojrzała na mnie spod byka i rzuciła obelgę prosto w twarz: „A dlaczego pani tak późno interweniowała?”. „ A dlaczego pani w ogóle nie interweniowała?” – westchnęłam głośno i zamknęłam się w swoim pokoju.

Młody chłopak długo walczył z awarią. W końcu usunął, naprawił. Popłynęła ponownie gorąca woda i grzejniki zrobiły się ciepłe. Posiedział jeszcze trochę w moim pokoju, by upewnić się, ze wszystko gra. Powiedział, ze gdyby wczoraj, przed dwudziestą  wiedział o awarii, przyszedłby i naprawił. „No właśnie, dlaczego pani nie poinformowała…”… „Bo mnie moje dziecko po prostu nie było… a inni… jak widać oczekiwali na cud lub wierzyli w telepatię…”

Ludzie bywają dziwni…

Dziecko a komunikacja miejska

trojlak

Foto  https://dolny-slask.org.pl/674942,foto.html?idEntity=523961

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.

Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.

Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.

Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.

Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!

Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!

 

 

Są jeszcze takie szkoły….

children

Pracuję. W szkole. Wszak emerytowany belfer ze mnie. Było tak:

W miasteczku poniżej 4 tysięcy mieszkańców najpierw poważny wypadek miała jedna polonistka. Jej etat podzielono pomiędzy dwie pozostałe, bo marne szanse, by przed końcem roku szkolnego wróciła do pracy. Ale to nie koniec nieszczęść przypadających na jedno gimnazjum typu wiejskiego. W listopadzie ciężka choroba dopadła drugą panią od polskiego. Pozostała nie była w stanie uczyć całej szkoły…. Wezwano mnie na ratunek.

I tak na starość dojeżdżam do pracy dwadzieścia kilometrów. Różnie dojeżdżam. Rano zawsze prywatnym autem pani też dojeżdżającej. Droga powrotna bywa różna. Czasami ktoś jedzie w moim kierunku, raz w tygodniu pasuje mi autobus, ale z reguły czekam na panią z autem. Mam półtora etatu, czyli całkiem niezłe pieniądze. A do tego coś, czego na starość się nie spodziewałam.

Pracuję w normalnej szkole. W gimnazjum. Tak, kochani, gimnazjum może być normalne. I tak na serio to tego właśnie gimnazjum mi żal, że już go nie będzie, że część nauczycieli straci pracę, że nowa szkoła wraz z nową halą sportową już nie posłuży uczniom rok dłużej…. bo to normalna szkoła…

Liczy sobie 150 uczniów. Klasy niewielkie, największa – 19 uczniów. Podczas klasówek każdy siedzi osobno. Nie ma mowy o ściąganiu. Uczniowie dojeżdżają z okolicznych wiosek. Niektórzy są w budynku już o 7.15. Na pierwszej lekcji nawet I A, wulkan energii, jest spokojna. Potem też większych kłopotów z zachowaniem nie ma.

Pewnego dnia jeden z uczniów tak energicznie otworzył drzwi klasy, że uszkodził zamek wraz z futryną. Natychmiast udał się do pana konserwatora po odpowiedni sprzęt i zaczął samodzielnie naprawiać. Robił to całkiem fachowo, jakby kilka takich usterek już w życiu wykonał. Kiedy prawie wszystko zostało zrobione, nastąpił odbiór techniczny, czyli nadszedł pan, obejrzał, powiedział, co jeszcze należy zrobić. Chłopak zaklinał się na wszystkie świętości, że jutro wykona resztę prac, byle by tylko nie mówić nic …. rodzicom.

Kochani, wyobrazcie sobie, że w tej szkole rodzice, nauczyciele i pozostali pracownicy mają coś, co nazywa się autorytet. Jak nauczyciel mówi, że na lekcji nie wolno używać telefonu komórkowego, to uczeń po prostu nie używa. Jeśli uczeń narozrabia, jak na nastolatka przystało, największą kara jest telefon do matki.

Oczywiście, że są wyjątki, ale klasycznie według przysłowia – potwierdzają regułę.

W szkole są smaczne obiady, z których też korzystam. Biblioteka szkolna wyposażona bardzo bogato. Niejedna tzw. publiczna może jej pozazdrościć księgozbioru. Obok klasyki – masa nowości. Nauczyciele też wypożyczają i nie są w większości „pomoce dydaktyczne”. O hali sportowej już wspomniałam. Podczas lekcji specjalnymi zasłonami podzielona jest na cztery części. Korzystają z niej również uczniowie szkoły podstawowej. Jest ona bowiem „łącznikiem” między dwioma bydynkami.

Lekcje trwają tu od 8.00 do 14.30. Ze względu na dojazdy większości uczniów brak co prawda tradycyjnych zajęć pozalekcyjnych, ale za to jak coś się w szkole dzieje, to się dzieje!

Na dyskotekę przyjeżdża DJ z miasta wojewódzkiego, a rodzice we wsiach organizują się, by pociechy do szkoły dostarczyć i potem odebrać. Kiedy pojawiają się artyści, muzycy klasyczni, poeci, ba – raperzy, młodzież słucha ich uważnie i żaden nadzór nie jest potrzebny, by zwracać uwagę na niewłaściwe zachowanie.

Gimnazjum, w którym obecnie pracuję, zaprzecza całkowicie obiegowej opinii na temat tego typu szkół.

I dlatego mi żal, że już niedługo go nie będzie….

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje

 

 

 

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

Podróże i telefony

 Simba-Telefon-samochod_Simba,images_product,31,SI-4012466

Chcesz podwyższyć komfort podróży i obniżyć jej koszty, zwłaszcza w czasie wakacji? Wejdź na portal … i nie powiem jaki, żeby za friko reklamy nie robić. To taki współczesny internetowy auto stop. Zabawa polega na tym, że kontaktujesz się z kierowcą, który rusza w Polskę prywatnym samochodem i ma wolne miejsca. Rezerwujesz miejsce, płacisz umowną sumę w złotówkach, ( po prostu dorzucasz się do paliwa) mniejszą niż za autobus czy pociąg, i jedziesz. Korzystam z tej formy podróży i bardzo sobie chwalę. Jeździłam na trasie Biłgoraj – Białystok, Białystok – Ustka… do Warszawy – tylko w ten sposób. Do autobusu lub pociągu wsiadam jedynie wtedy, gdy na portalu brak ofert w wybranym przeze mnie kierunku. Jeden z kierowców widząc, że będzie przez blisko 500 km wiózł starszą panią, ciężko westchnął i …. ustawił przedni fotel tak, żeby było mi wygodnie. Drugi poinformował, że mamy przed sobą ileś tam kilometrów bez stacji benzynowej, może więc zatrzyma się tutaj, żebym mogła skorzystać z toalety… W sumie zawsze było w porzo i spoko. Moje koleżanki oczywiście w taki sposób nie podróżują. Boja się. Czego?

„A jak krzywdę kierowca zrobi?”

Niby taką seksualną?

„No właśnie…”

Marzycielki.

„A wiadomo, co to za kierowca?”.

Wiadomo. Znamy rejestrację samochodu, numer telefonu i opinie na portalu wystawiane przez innych pasażerów.

„A jeśli nie ma opinii?”

To trzeba mu dać szansę. Poza tym nie wierzę, żeby potencjalni mordercy, a zwłaszcza gwałciciele reklamowali swe usługi właśnie na tym portalu.

Tak więc ja sobie jeżdżę na dalekich i krótkich trasach. Natomiast znam ludzi, którzy wożą innych ludzi po Polsce. Często ruszają w różne podróże, zwykle rozrywkowo-prywatne i chcąc zmniejszyć koszty rozrywki, zabierają ze sobą pasażerów. Do tego najlepszy samochód to auto typu combi, więc bagaż też się mieści. Ludzie podróżują z kotem, psem, gitarą, koszem z jajami.

Oczywiście najciekawsi są pasażerowie. Zwłaszcza ci, którzy do celu nie dojechali, bo zrezygnowali na starcie. Taki chłopaka jedzie na przykład do dziewczyny do Bytomia. Przejazd rejestruje na portalu. Komórka zaczyna się grzać:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry.

- Pan jedzie do Bytomia?

- Tak.

- To ja poproszę o 18.00 przed Dworcem Centralnym w Warszawie.

- W Warszawie to ja będę około 17.00 i do centrum nie zajeżdżam.

- To niech pan poczeka do 18.00 i zajedzie.

- Nie mogę.

- Jak to pan nie może?! Chce pani obniżyć koszt podróży, chce pan pasażera?! To niech się pan do niego dostosuje!

- Przykro mi, ale ja jadę prywatnie i nie muszę się dostosowywać. Jeśli panu moja oferta nie odpowiada, proszę skorzystać z innej.

Po drugiej stronie zabrzmiał foch.

Inna sytuacja:

- Dzień dobry …itd. Czy jedzie pan przez Koziegłowy?

- Przykro mi, ale nie znam wszystkich miejscowości na trasie. Czy to blisko drogi A1?

- Blisko. Mnie trzeba, byś pan zjechał jakieś dwadzieścia kilometrów od autostrady.  

I znowu wyjaśnienie, że dwadzieścia w tą, dwadzieścia w tamtą, a zwłaszcza zjazdy z autostrady to już problem. Człowiek znowu nie rozumie, bo uważa, że to on robi łaskę chcąc jechać owym kursem. Znowu foch.

Klasyką w wykonaniu niespełnionych pasażerów jest tekst:

- Dzień dobry… itd. Ja bym chciała, żeby pan podjechał po mnie do tej Biedronki koło kościoła w (np.) Częstochowie. Adresu nie pamiętam, ale pan znajdzie.

pol_pl_Autobus-z-klockami-Wesole-autko-sorter-auto-ZA0650-9494_1

W tym momencie zawsze przypomina mi się telefoniczny tekst z czasów, kiedy pracowałam.

- Dzień dobry! Jak tam mój syn? Poprawił oceny?

Musiałam zadać kilka pytań, zanim załapałam, o kogo chodzi. Koleżanka pracująca w zakładzie energetycznym często odbiera telefony. Pierwsze pytanie brzmi:

- Kiedy będzie u mnie prąd?

Kiedyś, sprzedając na Allegro swoje stare ciuchy, zapytano mnie:

- Czy ma pani ubrania, które mnie interesują?

Wybierając się w podróż za pośrednictwem znanego portalu należy pamiętać, że to nie taksówka. Ludzie, czy z nami, czy bez nas i tak pojadą. Przyjemnych wakacji!

 

Wolny Czas w PKS-ie

Kto z Was podróżuje autobusami dalekobieżnymi? Po co pytam i tak nie policzę. Zatem ja podróżuję. Odkąd PKP zaczęły ograniczać ilość pociągów w dalekie strony, nasza komunikacja samochodowa postanowiła je zwiększyć. Pojawiły się nocne kursy na dalekich trasach np. Suwałki -Wrocław, Białystok – Kołobrzeg….. Zaczęłam zatem korzystać z regularnych rejsów i dziś jestem w pełni doświadczonym podróżnikiem. Wsiadam w taki dalekobieżny o północy i po kilku minutach mam pierwszy wolny czas czyli postój. Tak się bowiem składa, że autobus jest w drodze już trzy godziny i postój być musi. Stajemy zatem na stacji benzynowej, w dzień tętniącej ruchem, z dobrą kuchnią w restauracji, w nocy uśpionej i niemrawej. Ktoś wychodzi zapalić, reszta biegnie w miejsce wiadome. Przybytki rozkoszy są dwa damski i męski. Zawsze korzysta z nich więcej kobiet. Aby wyrobić się w wolnym czasie, panie zawsze postanawiają korzystać również z męskiego, skoro tam nikogo nie ma.

Włączenie silnika oznacza, że trzeba szybko wsiadać, bo rozkładu jazdy należy przestrzegać, a na trzech kolejnych przystankach czekają pasażerowie.

 

Jedziemy kolejne trzy godziny. wolny czas dostajemy o trzeciej w nocy (lub nad ranem – w zależności od pory roku) na przystanku Warszawa – Okęcie.  „Postój 10 minut, toalety w hali przylotów”- informuje kierowca. Mnie nie musi. Trafiam prawie na ślepo. Tu już mamy Europę. W hali przylotów ludzie drzemią, kiedyś drzemała policja. Schody ruchome ruszają się, działa w środku bar. Toalety czyste, nawet porządnie ręce można umyć. Ale czas nagli. Silnik włączony, ruszamy dalej.

Po dwóch godzinach docieramy do Łodzi Kaliskiej. Oczywiście wolny czas. O nie, tu nie wysiadam. Wiem, że toalety otwierane poprzez wrzucenie monety to też Europa, ale sama tam nie wejdę. Moja koleżanka zatrzasnęła się kiedyś w takich przybytku w pewnym mieście. Nie, nie chodzi o klaustrofobię. Biedaczka po prostu nie mogła wyjść. Waliła od środka w drzwi. Wreszcie ktoś usłyszał. Sprowadzony ślusarza z łomem w ręku, drzwi otworzył. Wszystko trwało blisko godzinę. Gdybym tak się zatrzasnęła, ciekawe, czy autobus by na mnie poczekał, skoro rozkład jazdy obowiązuje?

W Łodzi Kaliskiej z wolnego czasu o dziwo nikt nie korzysta (może kiedyś już się zatrzasnęli?). Czekam do Sieradza. W niewielkim budynku poczekalni toaleta jak pokoik. Są żywe i sztuczne kwiatki, obrazki na ścianach, dywanik. Obsługa w postaci pana pilnuje, aby do pań korzystających z toalety męskiej, nie wdarł się żaden pan. Bo oczywiście pań jest więcej w kolejce niż panów.

I tak docieramy do Wrocławia. Tu mam przesiadkę. wolny czas wykorzystuję w celu wiadomym. Przy okazji zwiedzam dworzec kolejowy po remoncie. Fajnie jest, niewiele się zmienił. Tylko jakiś taki czysty i pachnie kawą z automatu. O, jest jedna zmiana. Tu była kaplica…. teraz jest …. posterunek policji. Wiadomo, co ludziom bardziej potrzebne.

Już słyszę wasze pytanie. Czyżby podróż autobusem dalekobieżnym polegała głównie na oczekiwaniu na wolny czas? A gdzie podziwianie Polski nocą, zerkanie ludziom do okien, zachwycanie się wschodem słońca? Przecież w autobusach są toalety! Oczywiście, że są. Zamknięte. I to jest największa tajemnica polskiego PKS-u. Są, a jednak ich nie ma. Pytałam wielokrotnie kierowców, dlaczego samochodowe toy toyki nie są udostępnione.  Odpowiedź zawsze była taka sama: „A po co je  otwierać? Jest przecież wolny czas na postojach, a jak kogoś przyciśnie i poprosi, to i w pustym polu się zatrzymamy.”

No tak, gdyby były udostępnione, to po każdym kursie trzeba by wymieniać płyn w pojemnikach w wc. Wyobrażacie sobie, jak wzrosłyby koszty kursu z takich Suwałk do Wrocławia? Podwyżka cen biletów gwarantowana.

Po co więc są toalety w autobusach PKS?

W filmie „Galimatias czyli kogel-mogel II” rodzice Kasi też mieli łazienkę w domu, z której nie korzystali. Mieli, bo inni też mieli i nie wypadało nie mieć.

 

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl