Plac Czerwony

270962_572096106157697_546559506_n

Wszystko zaczęło się oczywiście od wiadomego miejsca największych internetowych dyskusji. Oto mój znajomy zamieścił zdjęcia dawnego tzw. Starego Rynku lub Starówki, jak kto woli. Fotka była czarno – biała, znaczy się szara, ale czuć było na niej iście wiosenno-letnią barwę. Na Starówce, pośród trawy rosły drzewa i krzewy, stały ławeczki i była fontanna. Taka starego typu, okrągła, nie to co dzisiejsze wypryski lub wytryski z betonu.

Okazało się, że owe czasy pamiętam, znaczy się stara jestem. Nawet gdzieś jakieś foto przy tej fontannie mam z czasów, kiedy było się młodym. Zaczęłam zatem obserwować dyskusję, która rozpoczęła się na temat Starówki. Bo dziś… nie dość, że fontanny nie ma, to nie ma właściwie niczego. W latach dziewięćdziesiątych nieliczne drzewa zostały uwięzione w betonowych kwadratach i coraz bardziej zaczynają przypominać takie większe bonsai, trawniki pokryto kostką brukową w kolorze czerwonym i postkomuna ma radochę, bo mówi, że mamy własny Plac Czerwony, a ławki ustawiono bliżej…. jezdni. Całość przypomina bardziej parking niż miejsce do jakiegokolwiek odpoczynku po zakupach w okolicznych sklepach.

Już w 2006 roku rozpoczęto akcję promującą przywrócenie dawnego porządku pod hasłem „Fontanna jest nasza!!!!(…) „Plac Czerwony” do Moskwy!”. Większość mieszkańców uważała, że koniecznie trzeba zmienić wygląd Starówki. Nic to jednak nie dało. Czerwony bruk pozostał.

Obecna dyskusja rozpoczęła się tradycyjnie – od nostalgii za zielenią, oazą wytchnienia w samym środku miasta. Ale oto pojawili się przeciwnicy drzew, krzewów i fontanny. Opozycję ministra od wyrębu drzew wysłali nad rzekę, do lasu i jedynego w mieście miejsca zwanego parkiem. ( Do drugiego lepiej nie chodzić, wrony, kruki i wszelkie ptactwo ma tam gniazda i człowiek wychodzi z białymi plamami na głowie).

Miasto jest miasto i nie ma w nim miejsca na przyrodę! W mieście ma się dziać! Na Starówce ma być ruch! Kultura! Sport! Turystyka! No dobra, przegięłam… Ale dlaczego nic się nie dzieje? To już jest temat na inne rozważania. Oznajmiam jedynie, że omawiane miejsce jest zamieszkałe, a ilość punktów konsumpcji piwa w mieście – ograniczona. Nawet na festynach już się go nie sprzedaje. Dlatego też zdziwił mnie trochę argument, że kiedyś wokół fontanny, wśród krzaków siedzieli pijani żule i ponownie nie można do tego dopuścić. Tymczasem „i tak plączą się pijaczki tylko dzisiaj ich dobrze widać” – pisze znajomy. Skąd biorą alkohol, skoro na Starówce ogródków piwnych brak? Ot i zagwostka dla zwolenników czerwonego placu….

Ktoś też zauważył, że ongiś, za czasów komuny wokół tej fontanny kręciły się Cyganki i chciały wróżyć… Miało być zjawisko negatywne… tymczasem ktoś zatęsknił za paniami w barwnych strojach…. dziś Cyganów, zwłaszcza tych prawdziwych, już nie ma… Ach, szalone lata siedemdziesiąte…

Ale na łopatki rozłożył mnie inny internauta… „(…) nie tak wyglądały rynki w miastach i nie do (wypoczynku) były przeznaczone. Było to, jak sama nazwa wskazuje, miejsce handlu. Komuniści chcąc skupić cały handel w swoich rękach, zamieniali miejskie rynki na skwery z zielenią. Wystarczy przejść się po Starym Rynku w Warszawie…”. „Popieram – krzyknął kolejny internauta, tym razem sarkastycznie – Jestem nawet za tym, żeby na złość komunistom przywrócić wygląd tych miejsc do stanu zaraz po wojnie. Po co mieszali się te komuchy!”

Zrobiło się gorąco. Porównanie Starego Rynku w mieście ok. 60-tysięcznym do czegoś o podobnej nazwie w stolicy mogło być powodem do dumy. Jednak powrót do średniowieczno – odrodzeniowych korzeni, czyli handlu, oznaczałby konieczność wyburzenia nie tylko bruku, ale i okolicznych domów… Pojawiłby się problem – wpuszczamy tylko furmanki dwukonne, czy dajemy wolny wjazd jednokonnym?

Kolejna sprawa to oczywiście owe komuchy, co to zagarnęły wszystko i zamiast już w 1945 budować galerie handlowe w miejscu rynków, sadziły tam zieleń. Tyle tego nasadziły, że dziś trzeba to wycinać, karczować, likwidować, bo człowiek nie może się spokojnie po asfalcie w lesie poruszać. Pewnie w wycince lasów równikowych i w topieniu lodowców też potomkowie Lenina palce maczali. Cóż przy tym znaczy likwidacja małego skweru w niewielkim mieście…

Zbliża się okrągła rocznica nadania praw miejskich w mieście z Placem Czerwonym. Jest jeszcze czas, by przynajmniej część kostki wykopać, wyłożyć nią tereny nad rzeką, a w jej miejscu zrobić zwykły, normalny, zwyczajny klomb, taki sam jakie są na wszystkich rondach, uwolnić drzewa z betonowych kwadratów, posadzić kilka krzewów… Marzenia, marzenia, marzenia starszego pokolenia….

zapraszam na blog http://belfer59.piszecomysle.pl/

 

 

 

Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….