Jak żyć – cz. I – na poważnie

Walbrzyskie_Trolejbusy_Walbrzych_397906

 

Galeria Handlowa mojego dzieciństwa – Powszechny Dom Towarowy Wałbrzych 

W związku z licznymi zmianami w naszym kraju, odbywającymi się pod hasłem „dobra zmiana”, wielu młodych ludzi pyta mnie „Jak żyć?”. Okazuje się bowiem, że to, co dla nich jest nowością, dla mnie, dziecka komuny, było kiedyś normalne.

O powrocie ośmioklasowej podstawówki już kiedyś pisałam. Dziś dodam jedynie, że w szkole, w której pracowałam, rozebrano ściany dzielące gimnazjum od podstawówki, w wyniku czego nastąpił powrót do szkoły z końca XX wieku. Znaczy się jak szkołę wybudowano, taka obecnie jest.

Czas zająć się kolejnym powrotem – zamknięciem sklepów w niedzielę. Młodzi nie wiedzą, jak sobie z tym zjawiskiem poradzić. Rozhulało się to towarzystwo, nacieszyło wolnym handlem, a teraz zupełnie nie wie, kiedy zrobi zakupy lub pójdzie na wycieczkę do galerii handlowej.

A więc moi drodzy, za moich czasów, kiedy w niedzielę wszystkie sklepy były zamknięte i nikt sobie nie wyobrażał, żeby robić zakupy lub siedzieć na kasie w supersamie, życie rzeczywiście toczyło się inaczej.

Zakupy robiło się w piątek lub sobotę. Należy przypomnieć, że w sobotę sklepy były czynne krócej. Przed epoką wolnych sobót pracowano tego dnia nie osiem, ale sześć godzin. Kupowano jedzenie na dwa, trzy dni, a nie na cały tydzień. Często trzeba było postać w kolejce.

W mojej wałbrzyskiej dzielnicy – Nowe Miasto – były sklepy wszelkiego rodzaju. Ceny – regulowane odgórnie i wszędzie wszystko kosztowało tyle samo. Nie było więc sensu szukania sklepów w innych częściach miasta.

Młodzi, może warto ten pomysł obecnie rządzącym przypomnieć? Ciągle powracają do starych, dobrych czasów…. a wy mielibyście zakupy z głowy, bo wszystko można by kupić w osiedlowym sklepiku zamiast biegać i szukać, gdzie taniej?

Ale swój hipermarket mieliśmy. Nazywał się Powszechny Dom Towarowy, zwany potocznie „pedeciakiem”. Na trzech piętrach potężnego budynku mieściły się stoiska dosłownie ze wszystkim od zabawek po mięso. A, chodziło się do „pedeciaka” jak do dzisiejszej galerii handlowej, chodziło. Z koleżankami najlepiej lubiłyśmy stoisko z butami. Można było je przymierzać nie pytając nikogo o zgodę. Oczywiście przymierzałyśmy jeden but…

Ale nie w niedzielę. W niedzielę wszystko było zamknięte, a w domach były wszystkie produkty do zrobienia posiłku. Łącznie z chlebem.

Co zatem robiliśmy w niedzielę…. Niektórzy, tak jak dzisiaj, leczyli kaca, bo sobotni wieczór był rozrywkowy. Byli tacy, co chodzili rano do kościoła. Nie wmawiajcie mi, że zakaz handlu w niedzielę jest po to, żeby zacząć chodzić na mszę. Jak ktoś chce to pójdzie, jak nie to nie. Rodzice dawali zawsze jakąś monetę, żeby księdzu rzucić na tacę. Nie zawsze się wrzucało. Czasami moneta wędrowała do kieszeni. Jak ktoś chce to wrzuca, jak nie chce to nie. Bez względu na to, czy sklep w niedzielę otwarty czy nie.

Za mojej młodości był jeden fajny kościół z fajnym księdzem. Po mszy sporo czasu spędzaliśmy przed kościołem na skwerze. Ławki stały, można było przysiąść i pogadać.

Cóż młodzi, dziś pewnie przed waszym kościołem jest parking… na to już nic nie poradzę.

W dawną komunistyczną niedzielę człowiek był ładnie ubrany. Zbyt wiele ciuchów w szafie nie miał, ale te niedzielne wisiały na honorowym miejscu. Dzieci w ten jeden dzień w tygodniu nie mogły bawić się na podwórku w tradycyjne zabawy, bo miały na sobie niedzielne ubrania. Podobnie jak dorośli, spacerowaliśmy, siadaliśmy na ławkach, rozmawialiśmy.

Podstawowym posiłkiem był oczywiście obiad. Cała rodzina w komplecie siadała do stołu i jadła. No tak, ja już z czasów telewizyjnych, więc telewizor w niedzielę, jak mówił mój ojciec „rąbał” cały dzień, bo i cały dzień był program w tv.

Czym jeszcze zajmowaliśmy się w niedzielę? Byliśmy rodziną sportowych kibiców, zatem chodziliśmy na mecze piłki nożnej i koszykówki. A po meczu kupowaliśmy …. ciastka. Bo oto w naszej dzielnicy znajdowała się prywatna cukiernia, otwarta w niedzielę. Przez cały tydzień właściwie słodyczy nie jedliśmy, natomiast w niedzielę była super wyżerka.

Chodziliśmy na długie spacery i do kina. Sami. Bez rodziców. Najpierw na tzw. poranki dla dzieci, potem całą „bandą”. Film nie był aż tak ważny. Ważne było, żeby usiąść w ostatnim rzędzie. Po „kinie” ponownie stawaliśmy na skwerze lub siadaliśmy na ławkach i po prostu rozmawialiśmy. Obgadywaliśmy nauczycieli, kolegów, których nie było z nami. Ustalaliśmy taktykę na najbliższa klasówkę…

A co robili nasi rodzice?

Być może, korzystając z nieobecności dzieci w domu, oddawali się uciechom ciała, bo czasami wcale nie byli zadowoleni, kiedy zbyt wcześnie wracałam do domu…

Kochani, macie dziś samochody… w taką niedzielę można wybrać się na przejażdżkę… jak dzień pochmurny – wspólnie obejrzeć w domu film, potem pogadać na jego temat… odwiedzić znajomych i pogadać…. nawet pokłócić się na tematy bieżące….

Uwierzcie, zamknięty w niedzielę sklep to nie problem…

Nauczanie historii

SONY DSC

foto: Biedny lud komunistyczny na meczu piłki nożnej w Wałbrzychu w latach 60-tych 

Ostatnio moją uwagę przykuwały wypowiedzi o czasach mego dzieciństwa i młodości czy PRL-u… Bo dziwne jakieś takie były…

Oto czytam jak to po ogłoszeniu stanu wojennego – 1981 – rolnicy, zwani czasami chłopami, woleli rozdawać swoje świnie rodzinie, zamiast dostarczać je do skupu świń, bo te ze skupu szły na rzeź w imię komuny.

Cóż, słowa te pisał młody chłopak, który poznaje historię z tzw. tekstów źródłowych. I w pewnym sensie ma rację…

Zapewne trafił na pismo, które w owym 1981 lub 82 roku moja rodzina samodzielnie napisała. Rzeczywiście, w piśmie tym była prośba o pozwolenia na zarżnięcie jednego świniaka w gospodarstwie rolnika X i nieodpłatne przekazanie owej zarżniętej świni bratu rolnika X, zamieszkałemu w mieście Y. Takie zezwolenie było niezbędne, gdyż wieprzowinę trzeba było przewieźć przez granicę gmin i powiatów. A na rogatkach wówczas stało wojsko i sprawdzało. Gdy człek miał odpowiednie papiery, problemu nie było. I tak świnia przekroczyła granice, dotarła do miasta, gdzie została podzielona na cztery części i dostarczona do czterech rodzin, które słono za nią zapłaciły. Kont bankowych wówczas w powszechnym użyciu nie było, pieniądze wędrowały z ręki do ręki.

Cóż, moja rodzina sfałszowała historię… I teraz mam za swoje… Współczesne pokolenie uczy się na podstawie owego dokumentu, że chłopi świnie za darmo oddawał…

Z przyjemnością oglądam program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami rozbawiają mnie panowie prowadzący, zwłaszcza kiedy w swych wypowiedziach nawiązują do czasów PRL-u, bo sporo prezentowanych w programie polskich piosenek właśnie wtedy powstało.

Kiedyś ktoś śpiewał przebój grupy Bajm „Józek nie daruję ci tej nocy”. Z wypowiedzi prowadzącego dowiedziałam się, że ten, przepojony seksem tekst, wcale o seksie nie jest. Nawiązuje on bezpośrednio do wprowadzenia stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego i w domyśle brzmi „Wojtek, nie daruję ci tej nocy”.

Zatkało mnie wówczas. Oto bowiem ów Wojtek rozgrzewał ciało, śpiewająca miała bzika na jego punkcie i prosiła, by z nią grzeszył. Siedem razy grzeszył. Przyjemny był ten stan wojenny, no nie? Równocześnie przypomniałam sobie czasy, w których piosenka powstała, wszak wówczas już solidnie grzeszyłam w wiadomy sposób. Nikt z moich znajomych nie utożsamiał piosenki z polityką! Dla nas wszystkich była utworem tak bardzo nieprzyzwoitym, że aż doskonałym w swej nieprzyzwoistości!

A teraz proszę, po latach dowiaduję się, że to piosenka o polityce.

Kolejny przykład z tego programu – „ W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, czyli Martyna Jakubowicz rok 1983. Oczywiście wprowadzenie do piosenki – prowadzący rozwodzi się nad mrocznym rokiem powstania utworu, jak to wówczas tragicznie było …

Wracam do wspomnień… studia zaoczne, III rok, praca w szkole we wsi daleko od szosy, wielka miłość zakończona małżeństwem… ani głodu, ani poniewierki, ani mroku, underworldu, znaczy się Lykanów i Wampirów, jeszcze nie było… no dobrze, przyznaję się. Małżeństwo się nie udało, ale chyba nie przez ten rok 1983… Słońce jeszcze wówczas świeciło…

A potem radośnie odzywa się drugi prowadzący i jest happy! Dziś nie ma już problemu z wolną miłością, którą podsłuchiwał sąsiad w domu z betonu! Hola, stop! Domy z betonu stoją nadal. Ludzie się w nich już nie pie.. znaczy się nie kochają w sensie fizycznym? Sąsiedzi nadal mają możliwość podsłuchiwania.

A wolna miłość? Ludzie kochani, co za niewiedza ze strony prowadzącego! Stosunki tylko w małżeństwie. Kto to słyszał, żeby wolno było każdemu z każdym? Ludzie teraz odmawiają różaniec, a nie stosunkują poza związkiem zatwierdzonym przez proboszcza.

I końcówka. Ostatnio pracując z młodzieżą dowiedziałam się, że w latach, na które przypada moje dzieciństwo i młodość, była partyzancka wojna z „ruskimi”, w sklepie sprzedawano jedynie ocet, a ludzie żyli w totalnej biedzie. Wszystko było pozamykane i kościoły, i kina, i stadiony, i restauracje, i szkoły wyższe… Kiedy zapytałam, czy pozwalano mówić wówczas po polsku, zdania młodych ludzi były podzielone. Jedni twierdzili, że tak. Inni, że nie…

Trudno było przekonać młodych, że jednak w latach 1945 – 1989 coś się działo. Wajda kręcił filmy, Szymborska pisała wiersze, a ludzie z głodu jakoś nie umierali, wprost przeciwnie – rodziło się ich znacznie więcej niż obecnie.

Opowiedziałam o młodych koleżance, która w latach osiemdziesiątych walczyła o wolność i demokrację. Załamała ręce. Uśmiechnęłam się i przypomniałam, jak sama po 1989 roku „zmieniała” historię z tej fałszywej na prawdziwą, jak negowała praktycznie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Fabryki były złe. Kino było złe. Wyższe uczelnie też były złe. Wszyscy byli ubekami, esbekami, komuchami.

Oj, nie tak wyglądało moje dzieciństwo….  

Dziecko a komunikacja miejska

trojlak

Foto  https://dolny-slask.org.pl/674942,foto.html?idEntity=523961

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.

Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.

Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.

Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.

Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!

Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!

 

 

Mój Mordor

Mój Mordor

    Najpierw moja ulica…Ogińskiego…niby ciągle taka sama. Stojące w pochylonym szeregu kamienice zmieniają kolory. Obok mojej pojawia się seledynowa. Jaki kolor chciałabym widzieć na swojej? Gdybym oczywiście tu nadal mieszkała…Brąz? Będzie pasował do seledynowej?

   Idę dalej, do góry. Tu stały butelki z mlekiem, które rano zjawiały się pod mieszkaniem. A tutaj mieszkała krawcowa. Ciocia mieszka nadal. Wujek  odszedł…[*]

   Teraz wierzba płacząca – bohaterka mego wiersza, miejsce po basenie, porośnięte trawą i perzem. Wejście na stadion. A może droga do miejsca, które nim było? Betonowe pozostałości po miejscach do siedzenia nie milczą. Wsłuchuję się w dźwięk grudniowych kropel deszczu uderzających w stare schody. Pamiętają czasy dumy, chwały, zwycięstw i honorowych porażek. Zaraz, zaraz po zielonej murawie biegają ludzie. Trwa trening. Gdzieś napisano, że stadion tu jeszcze będzie. Czekam.

   Szpital ciągle ten sam. Zadbany. Miejsce narodzenia przetrwało wielkie wałbrzyskie tąpnięcie.

   Teraz skręcam w Staszica. Starannie wtopione w starą „szeregówkę”  nowe komunalne kamienice podobają mi się.  Po lewej stronie kino Oaza. Staję przy drzwiach. „Dzień dobry. Jak dziś film grają?”. Ludzie uśmiechają się. Też jako dzieci przychodzili tutaj na „poranki”. Nam nie trzeba wyjaśniać, co to. Zaglądam do sali kinowej. „Kiedyś wydawała się większa…” „..bo pani była mniejsza” – słyszę. Z tyłu na górze dwa otwory. To stąd „leciały” filmy. Po prawej stronie drzwi. Tędy  wychodziło się po seansie. Napisy „wejście” i „wyjście” miały swój pierwotny sens.

   Piłsudskiego, dawniej Świerczewskiego. Zaraz będzie poczta. Już nie Urząd Pocztowy numer…, jedynie Filia Urzędu Pocztowego numer…Tuż obok najlepsza ciastkarnia w mieście, kiedyś. Ciastka  były po dwa złote. Jeszcze biblioteka, pierwsza w życiu. Zniknął szyld. Książki przetrwały. Po drugiej stronie sklep „u Lusi”. Nie, już nikt tak nie mówi. Dziś to „okrąglak”.

Przy Piłsudskiego 100 stoi „Polo Market”. Nie ma mojej szkoły. Boisko zmienione w parking. Ludzie są zadowoleni, że mają blisko sklep.

……………………………………………………………………..

Wieczorem spotkanie z poezją. Trochę bałaganu, bo poeci nie organizują imprez, gubią się w konwenansach i formach. Słucham wierszy o moim mieście. Odbieram nagrody za swój. Ktoś chwali, ktoś krytykuje. Nieważne. Mam swój pierścień, który rządzi moim życiem.

Mordor

                                               są tacy, którzy Wałbrzych nazywają Mordorem

Urodziłam się w Mordorze,

kiedy Żywy Ogień Koksowniczych Pieców

rozpalał Wnętrze Miasta.

 

Gimli z Ziomalami

dokopywał się do Jądra Ziemi.

 

Po Ciężkim Ulicznym Bruku

jeździły Czterokołowce przyczepione

do Pajęczej Siatki Szeloby.

 

Dziś gołe oko saurona nie świeci nad mordorem

elfy odpłynęły w głąb pełcznicy

belrog z gollumem  utopili się w ostatnim szybie kopalni

krasnoludy leczą pylicę

aragorn z arweną wyjechali w nieznane

 

Ściskam w dłoni

Pierścień.

Wykułam go w ogniu Góry Przeznaczenia

Z węgla i łez.

 

Zawładnął mą duszą,

poruszył serce,

wbił się w mózg

i trwa.

 

Nie wychodź Frodo z Shire.

Pal z Gandalfem fajkowe ziele.

Nie zabieraj Różyczce ukochanego Sama.

 

Dokończ historię Bilba.

 

Twojej nie będzie…..