Niech nie wyjeżdżają!

 

z20263372V,Manifestacja-lekarzy-rezydentow-w-Warszawie

Dziwnie się dziś czuję… Za oknem wiatr i deszcz… Miałam wyjść z pieskiem na spacer, nic z tego… Pies obok śpi, a ja klikam i czytam…

Głównie o strajku lekarzy rezydentów.

Początkowo traktowałam wiadomości na ten temat bezemocjonalnie, ot, źle się dzieje w polskiej służbie zdrowia, nie od dzisiaj zresztą. Tyle rządów, tylu ministrów i nic, dalej jest jak jest czyli źle. Jednak przypomniałam sobie swoje kontakty z medycyną i jakoś tragiczne nie były. Miałam szczęście, bo trafiałam na solidnych lekarzy i solidne pielęgniarki.

Czy jednak tak będzie dalej?

Po kilku dniach głodówki lekarzy zaczęłam się bać.

Otóż nieubłaganie zbliżam się do wieku, w którym coraz częściej będę korzystała z pomocy medycznej. Taka rzeczywistość. Takie życie. W końcu nikt zdrowy nie umiera. Jak zatem będzie wyglądała opieka nade mną za kilka lat?

Lekarz rodzinny w sumie młody chłopak, tak ok. 40-stki… Jeszcze trochę popracuje. Zły nie jest, zatem o doktora pierwszego kontaktu jestem spokojna.

Ale już mój laryngolog jest w moim wieku. Ginekolog – kilka lat młodszy. Chirurg, który półtora roku temu wyciął mi woreczek żółciowy – starszy. Nie da się ukryć – wszyscy się starzeją. Lekarz mojej suni, znaczy się weterynarz, też się starzeje. Niedawno ponarzekaliśmy na dzisiejsze czasy.

Aha, na szczęście stomatologa mam młodego, w wieku moich dzieci. Tyle tylko, że zębów coraz mniej i niedługo ta specjalizacja nie będzie mnie dotyczyła…

Tak więc zaczynam się bać, kto mnie będzie na starość leczył, jeśli młodzi, wykształceni również za moje pieniądze z moich podatków, zgodnie z wolą wiadomej poseł, wyjadą? Nie mam aż tak mocnej wiary, ani układów z siłą niebiańską jak wiadoma posłanka – seniorka, żeby w razie choroby liczyć na wsparcie niebios.

Będąc w szpitalu spotkałam paru rezydentów. Oj, wymęczyli mnie pytaniami, ankietami. Ciągle pytali, ciągle zaglądali do sal. Fajni byli. Mili, przyjaźnie ustosunkowani do pacjentów. Nie narzekali.

Podobnie było z ludźmi uczącymi się na pielęgniarzy, tak, na pielęgniarzy, bo chłopcy też byli. Akurat mieli praktykę w szpitalu. Do mojej sali przydzielono dziewczynę w zaawansowanej ciąży, bo ja i moje koleżanki niedoli byłyśmy najzdrowsze na oddziale. W czasie przerwy między obowiązkowymi zajęciami właśnie do nas przyszli młodzi. I o dziwo, większość chciała zostać „medykami”. Niektórzy marzyli o studiowaniu medycyny, inni opowiadali, gdzie chcieliby pracować. Komuś podobała się chirurgia i praca instrumentariusza. Ktoś powiedział, że tylko oddział dziecięcy. Kilka dziewcząt marzyło o położnictwie, bo to najradośniejszy szpitalny oddział. Tam rodzi się życie.

Młodzi, pełni energii i chęci do pracy… Fajnie zrobiło się nam na duszy, sercu i wątrobie. Wydawało się nam, że jesteśmy bezpieczne na starość. Ktoś w tym szpitalu za kilka lat zajmie się nami.

Niestety, powiedzieli nam również, że w rodzinnym mieście trudno będzie o pracę… w szpitalach oszczędności… Widziałyśmy to na własne oczy… na 40 pacjentów na oddziale – trzy pielęgniarki… i więcej nie można zatrudnić, bo forsy brak…

Mina bardziej mi zrzedła w pociągu relacji Przemyśl – Jelenia Góra. W moim przedziale jechały dwie młode dziewczyny. Z rozmowy, jaką prowadziły, wynikała, że uczą się właśnie na „pielęgniarki”, w tym jedna na położną. Pięknie mówiły o przyszłej pracy, o opiece nad seniorami i nad noworodkami. Wymieniały się wiadomościami jak i co, kiedy i komu pomóc, jakie metody, jakie sposoby… Słuchanie tego było jak balsam na schorowane ciało. Do pewnego momentu.

Dziewczyny podzieliły się również informacjami na temat miejsca przyszłej pracy. Nie była to moja prowincja. Nie był to Przemyśl, ani Kraków, ani Jelenia Góra. Młode pokolenie medycyny wiedziało, że wyjedzie na „zachód”, zgodnie z wolą wiadomej posłanki-seniorki… Nie, nie do szpitali… dziewczyny będą się opiekowały seniorami w Niemczech i dziećmi w Holandii… Mają już namiary na kilka legalnych firm zajmujących się pośrednictwem pracy. Teraz oprócz zagłębiania tajników medycyny uczą się języków obcych.

Cóż, za oknem nadal pada… jesień… smutno…

Trzymam kciuki za młodych lekarzy. Niech ten tekst będzie poparciem ich walki. Chciałabym, żeby ktoś w polskich szpitalach został, kiedy będę stara.  

Ludzie bywają dziwni…

288wcom

Ludzie bywają dziwni. Czasami ich nie rozumiem. Oto na przykład jadę sobie autobusem nocnym relacji Podlasie – Wybrzeże. Ludzie wsiadają i wysiadają. Tych pierwszych jest więcej. Każdy chce oczywiście siedzieć sam na dwuosobowym miejscu, bo droga daleka, a autobus wąski. Na jego końcu miejsce marzenie uczestników szkolnych wycieczek – rząd siedzeń. I ktoś sobie śpi. Aż chrapie. Zajmuje oczywiście cały rząd. Ktoś chce tam usiąść, będzie miał miejsce przy oknie, ale boi się ruszyć chrapiącego. Bo… co będzie jak zbudzony zacznie krzyczeć? „Nic” – odpowiadam – Usiądzie normalnie, tak jak większość w autobusie. Chętny na miejsce przy oknie nadal się waha. Budzić, nie budzić? Nie wytrzymuję. Podnoszę głos tłumacząc, że nie może jeden spać na pięciu siedzeniach, podczas kiedy ktoś stoi. Dalej obawy. Dalej cykor. Dyskusja się rozwija. Wreszcie leżący człowiek budzi się. Bez problemu siada normalnie. Można usiąść w drugim końcu długiego siedzenia. Nikt nikogo nie zabił. Nie zakrzyczał. Wystarczyło go po prostu grzecznie obudzić.

Rencistka Zofia miała pecha. Sąsiad zalał jej łazienkę. Przeprosił. Zofia zawiadomiła ubezpieczenie, że ma zaciek na suficie. Przyszedł przedstawiciel, znaczy się agent, zrobił zdjęcia, stwierdził szkodę. Zofia dostała całe 500 zł na odnowienie sufitu i ścian w łazience. Zachłysnęła się sumą, bo symboliczna już jest. Minął rok. Ponownie awaria na górze. Tym razem szkoda w łazience rencistki niewielka. Ale wzywa ona ubezpieczenie. Agent przychodzi, kiwa głową, robi fotki. Zofia dostaje … 100 zł.  „Dlaczego tak mało?” – pyta zdziwiona. „Bo za poprzednie odszkodowanie nie wymalowała pani sufitu. Ma pani poprzednie 500, teraz 100. Można wymalować.” – informuje ubezpieczenie i pokazuje zdjęcia. Są dowodem. Rencistka krzyczy: „Mogłam z tym 500+ zrobić, co mi się podoba!”. Nic z tego. „Pieniądze z ubezpieczenia trzeba było przeznaczyć na naprawienie szkody”. Po co więc potem opowiadać, że ubezpieczenie jest złe?

Mieszkam sobie w pensjonacie nad morzem. W samo południe wyjeżdżam na spotkanie ze znajomymi. Wracam w okolicach dwudziestej drugiej. Czuję w pokoju chłód. Dotykam grzejnika. Zimny. Wody ciepłej też nie ma. Trudno, do rana wytrzymam. W sumie aż tak zimno nie jest. Budzę się o wpół do ósmej. Sytuacja nie uległa zmianie. Wysyłam SMS-a do właścicieli. Za pół godziny otrzymuję odpowiedź, że zaraz ktoś się zjawi i awarię usunie.

Przychodzi młody chłopak. Słyszę jak sprawdza grzejniki w korytarzu, odkręca wodę w ogólnodostępnej łazience. Otwieram drzwi. Witam się. Informuję. Chłopak przytakuje, obiecuje, że zaraz sprawdzi. Z innych pokojów też wyłaniają się postacie.

I zaczyna się awantura. Ludzie mają pretensje do młodego, że jest awaria, że cały dzień i całą noc pozbawieni byli ciepła, że tak późno nadeszła pomoc, że to skandal, że … no i dużo było tych „że”.

Młody słucha i nie wie, co ma robić. Stara się uśmiechać i coś mamrocze pod nosem. Wkraczam do akcji. Odsyłam młodego do piwnicy, gdzie znajduje się uszkodzone urządzenie, które nie dostarcza ciepła. Dzieciak posłusznie udaje się do miejsca, w którym ma zrobić to, po co przyszedł. Zajmuję się ludźmi. „To do kiedy jest ta awaria?” – pytam zebranych na korytarzu ludzi z pretensjami.

„Od wczoraj, od trzynastej” – słyszę i włos jeży mi się na głowie. „To od trzynastej nikt nie zawiadomił właściciela, że zimno?” – pytam dalej. „A jak zawiadomić?” – ryczy ze złością w głosie facet spod „siódemki”.

Normalnie. Przy wejściu wisi kartka formatu A4 z numerem telefonu i informacją „Dzwonić w przypadku awarii”. Okazuje się, że nikt  nie zauważył kartki i oczywiście, nie zawiadomił.

„No tak, gdyby nie ja, to dalej byście marzli i czekali na cud. Właściciel telepatycznie miał widzieć, że coś nawaliło?” – podsumowałam sytuację. Myślałam, że ludzie  załapali w czym rzecz. Nic z tego. Kobieta spod „piątki” spojrzała na mnie spod byka i rzuciła obelgę prosto w twarz: „A dlaczego pani tak późno interweniowała?”. „ A dlaczego pani w ogóle nie interweniowała?” – westchnęłam głośno i zamknęłam się w swoim pokoju.

Młody chłopak długo walczył z awarią. W końcu usunął, naprawił. Popłynęła ponownie gorąca woda i grzejniki zrobiły się ciepłe. Posiedział jeszcze trochę w moim pokoju, by upewnić się, ze wszystko gra. Powiedział, ze gdyby wczoraj, przed dwudziestą  wiedział o awarii, przyszedłby i naprawił. „No właśnie, dlaczego pani nie poinformowała…”… „Bo mnie moje dziecko po prostu nie było… a inni… jak widać oczekiwali na cud lub wierzyli w telepatię…”

Ludzie bywają dziwni…

Dziecko a komunikacja miejska

trojlak

Foto  https://dolny-slask.org.pl/674942,foto.html?idEntity=523961

Od pewnego czasu w mediach toczy się dyskusja, czy ustępować dzieciom miejsce w środkach komunikacji miejskiej znaczy się w autobusach, tramwajach, trolejbusach i w czym jeszcze, co tam po miastach jeździ.

Sprawa zaczęła się od tatusia, który wyraził sprzeciw, kiedy kierowca komunikacji zwrócił uwagę, że dzieci tatusia źle zachowują się w owym środku. Tatuś twierdził nawet, że kierowca wyprosił go ze środka miejskiego. Z dziećmi oczywiście. Po analizie materiału dowodowego, znaczy się zapisu z monitoringu znajdującego się w środku, stwierdzono, że kierowca nie ruszył się z kabiny kierowcy, zwrócił jedynie uwagę, iż potomstwo zachowywało się nietaktownie. Tu nastąpiło wyliczenie win małolatów, których już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że opis wywarł na mnie wrażenie. Gdyby moje dzieci tak zachowywały się w autobusie to… dobra, nie powiem co bym zrobiła. Z nimi oczywiście.

Oczywiście stara jestem, na wnuki czekam, wychowanie moich dzieci zahaczyło o komunę, a potem była od razu post komuna, zatem czasy były inne. Wracajmy do tematu.

Ów tatuś zaznaczył również, że nikt w autobusie dzieciom nie ustąpił miejsca i te miały prawo być zestresowane.

I w tym momencie nóż w kieszeni sam by mi się otworzył, gdybym go nosiła. Tym bardziej, że właśnie ten fragment rozpalił społecznościowe fora. Ludzie zaczęli się wypowiadać, jedni za, drudzy przeciw. Oczywiście, ze należałam do tej drugiej grupy.  Jestem w wieku, w którym to ja załapuję się na ustępowanie miejsca, zatem walczyłam o swoje. Ktoś napisał, że woli ustąpić dziecku niż starej babie. Inny dodał, iż dziecko musi siedzieć, bo inaczej podczas zakrętów może latać po autobusie. Zapytałam, czy woli, żeby latała po nim stara gruba baba, znaczy się ja. Odpowiedzi nie dostałam.

Dyskusja była zażarta i obfita pojemnościowo. Ludzie się wypowiadali masowo i bez cenzury. W końcu temat ucichł. Ja też się wyciszyłam, zwłaszcza, że wyjechałam nad morze. I pewnie nadal bym milczała, gdyby nie przenośny internet.

Właśnie wróciłam z marszu z kijkami (10 kilometrów codziennie rano), przygotowałam solidne drugie śniadanie (pierwsze jest skromne, przed szybkim marszem lepiej się nie napychać), włączyłam laptop i rozpoczęłam przegląd aktualnych wiadomości (kiedyś nazywało się to czytaniem gazety).

Tu zdarzyło się to, tam ten temu coś powiedział… taka normalka. Ale oto jeden z moich znajomych umieścił link do rozmowy w jednej ze śniadaniowych telewizji. Rozmowa dotyczyła… właśnie ustępowania miejsca dzieciom w środkach wiadomej komunikacji. Odpaliłam linka. Obejrzałam. Wysłuchałam i zbulwersowałam się.

W rozmowie wziął udział pan lekarz pediatra i pani psycholog. Oboje byli za tym, żeby dzieciom miejsca ustępować! Tym razem miałam obok siebie nóż, ale nikogo przeciwko komu mogłabym go użyć. Laptopa mi było żal.

Pani psycholog posiadająca sześcioletnie dziecko z chorobą lokomocyjną stwierdziła, że czasami rzeczywiście musi z dzieckiem jechać takim miejskim środkiem lokomocji. Dziecko znosi to źle. I rzeczywiście, nikt dziecku wtedy miejsca nie ustępuje.

Pan lekarz wyjaśnił, że podróż takim tramwajem to wielki stres dla malucha. Czuje się on niekomfortowo w sytuacji, która go przerasta. Potem oboje wymienili przyczyny tej sytuacji. Taki maluch jest mniejszy niż inni podróżni i to go denerwuje. Rzadko podróżuje w ten sposób i nie rozumie, że tyle ludzi wokół niego. Bardzo często ma chorobę lokomocyjną i robi mu się słabo. Słabo robi mu się również dlatego, że jest w obcym środowisku.

Załamałam się. Ręce mnie opadli, głowa rozbolała. Relaks zdobyty podczas marszu brzegiem morza diabli wzięli.

Przepraszam, gdzie ja żyję, w jakich czasach ja żyję…

No tak, moje pokolenie wychowało się w czasach, kiedy przemieszczanie się po mieście komunikacją miejską było normalnym zjawiskiem. Wychowałam się w Wałbrzychu, mieście rozciągniętym na przestrzeni wielu kilometrów. Przemieszczanie się między dzielnicami było możliwe tylko dzięki najpierw trolejbusom, potem autobusom. Odkąd sięgam pamięcią, ( a moje najdawniejsze wspomnienia dotyczą około czwartego, piątego roku życia) rodzice uczyli mnie, że trzeba ustępować miejsca starszym. Pamiętam też marzenia, żeby wreszcie urosnąć tak wysoko, aby sięgnąć w autobusie uchwytu na rurze u góry. Nigdy też nie zauważyłam, żeby dorośli byli mniejsi niż dziecko. (Ciekawe, wzrost dorosłych jako czynnik stresujący u dziecka…)

I tak człowiek jeździł. I wyobraźcie sobie, że przeżył!  

W podobny sposób wychowałam swoje dzieci. Pierwszy samochód w mojej rodzinie to było auto mego syna. Kupił je za własne zapracowane pieniądze będąc dorosłym człowiekiem. Wszyscy więc poruszaliśmy się ową komunikacją miejską, I żyjemy!

Teraz, jak się okazuje, podróż autobusem to dla dziecka stres, bo rzadko jeździ. Jasne, mama podwozi tu i tam. Tata też zabiera własnym autem. Kontakt z ludźmi w autobusie numer 503 to dla współczesnego malucha praktycznie kontakt z obcym. Takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dziecię nie wie, jak się zachować w miejscu publicznym, bo nikt go tego po prostu nie nauczył.

Oczywiście można ustępować miejsca dzieciom, czemu nie. Robię to w przypadku prawdziwych maluchów. Ale sześciolatek czegoś takiego ode mnie się nie doczeka. Bo stara jestem i też mam prawo do miejsca siedzącego!

 

 

Komunalne remonty

P1030810

Niedawno trafiłam na ciekawy materiał dotyczący pewnej kamienicy. Zabytkowa, stara i waląca się. Wszystkie mieszkania komunalne, czyli miejskie, czyli niewłasnościowe. Mieszkańcy rozpoczęli walkę o remont kapitalny, bo według nich życie w tej kamienicy zagraża ich bezpieczeństwu. Na parterze już wszystko przegniło. Ci, co właśnie tam mieszkali, dostali inne, lepsze mieszkania. Mieszkańcy z wyższych pięter takiego szczęścia nie mieli. Rozpoczęli więc walkę o godne życie w XXI wieku.

Przeczytałam, obejrzałam i zaczęłam się zastanawiać…. Otóż działania mieszkańców przez przypadek zbiegły się z tworzeniem przez „miasto” list przydziały mieszkań w nowym bloku komunalnym. Dowiedziałam się o tym z komentarzy pod tekstem. Autor sugerował, iż narobienie szumu w tym samym czasie oznacza jedno – walkę o mieszkanie w nowym bloku.

Pod artykułem pojawiły się różne opinie. Większość przeciwko mieszkańcom kamienicy. Ktoś napisał, że ciężko pracował ileś tam lat, kupił mieszkanie we „wspólnocie” i wraz z sąsiadami ponosi koszta wszelkich remontów. Nikt do niego nie dokłada. I coś takiego było: „Ja na remont swojego domu muszę ciężko zapracować, a grupka ludzi z tego bloku chce, żeby za Nasze pieniądze z podatków wyremontować im cały budynek. Uważam to za wielką niesprawiedliwość. Niech mieszkańcy tego bloku idą i zarobią na remont, a nie tylko wyciągają swoje ręce. Miasto wyremontuje, a mieszkańcy nie będą tego szanować i już po miesiącu nie będzie widoczne że budynek był remontowany”.

I to dało mi do myślenia….

Przypomniałam sobie wszelkie dziennikarskie interwencje dotyczące złych warunków mieszkaniowych, które oglądałam. Oczywiście część uzasadniona, ale część… Kiedyś w jakiejś TV pokazywano budynek i toalety na tzw. półpiętrze. Smród czułam nawet poprzez ekran telewizora, o wyglądzie sracza nie wspomnę. Moja „sławojka” na działce lepiej wygląda. Dlaczego? Bo o nią dbam. Myję i zamiatam. Jeśli ktoś o swoją toaletę nie dba, to ma to co, ma. Czy to jest zatem powód, żeby ściągać dziennikarzy i pokazywać własne niedbalstwo?

Moja znajoma rencistka Zofia przez długi czas nie chciała wpuścić opiekunki z MOPS-u do swego drugiego pokoju. Zamykała go na klucz, kiedy dziewczyna przychodziła. Twierdziła, że nie wpuści, bo tam jest bałagan. Na szczęście, już praktycznie w ostatniej chwili dała się przekonać, że opiekunka jest po to, by bajzel posprzątać. Po otwarciu okazało się, że moment tylko dzielił Zofię od wspólnego zamieszkania ze szczurami i zbierania grzybów wyrosłych w pokoju.

W latach osiemdziesiątych byłam członkiem spółdzielczej komisji sprawdzającej warunki mieszkaniowe osób ubiegających się o przydział mieszkania poza kolejnością, znaczy się wcześniej. Wysyłano mnie na trudne odcinki. Kiedyś zapakowano w auto i wraz z innym członkiem zawieziono do mieszkania na poddaszu w drewnianym domu. W wynajętym pomieszczeniu mieszkała tam samotna matka z małym dzieckiem. To nie było mieszkania, praktycznie duży niski pokój, bez wody i kanalizacji. W rogach pokoju – wilgoć, ogrzewanie piecowe, tzn. stara „koza” , skromne meble, maleństwo w łóżeczku i szpary. Wszędzie szpary. W futrynach, w podłodze, w ścianach. A do tego….

CAŁY POKÓJ LŚNIŁ CZYSTOŚCIĄ!

Szpary w podłodze zatkane były starymi gazetami. Wszystkie równo przycięte. To samo w okiennych futrynach. Oj musiała się namęczyć kobieta przy zatykaniu dziur, żeby nie tylko ciepło było, ale również estetycznie. Przy „kozie” też panował porządek. Wiadro z węglem oraz śmieciami stało na sporym kawałku stali. Śmieci było niewiele.

Nie moi drodzy…. pani nie wiedziała o naszej wizycie. Wprost przeciwnie, była bardzo zaskoczona, gdyż byliśmy już drugą komisją, która sprawdzała warunki mieszkaniowe. Trudne. Ciężkie.

Po powrocie do siedziby spółdzielni zadaliśmy raport członkom zarządu.

„Uważacie, że należy się wcześniej mieszkanie?” – zapytano nas. „Oczywiście. Warunki są bardzo trudne. I chwała kobiecie za to, że troszczy się o czystość nawet w tak trudnych warunkach mieszkaniowych” – odpowiedziałam i zaczęłam pisać sprawozdanie z wizytacji. A pisać jak widzicie – potrafię.

Owa pani mieszkanie dostałą poza kolejnością.

Zatem gdziekolwiek będziemy mieszkać, to powinniśmy o nasze aktualne mieszkanie dbać. W zasadzie też mogłabym nie troszczyć się o własne M, czekać aż tynk z sufitu będzie mi do zupy wpadał, a w łazience rozpocznie się grzybobranie. Wszak samotny emeryt jestem i jakaś pomoc by się przydała… Może mnie też by tak ktoś chatę wyremontował…

Nie, sorry, nie. Niedługo biorę się za malowanie pokoju i łazienki. Jakieś takie brudne te pomieszczenia…

Budżet obywatelski …. ściema?

12048503_877259995683185_1338722726_n

 Ostatnio ponownie otaczają mnie, w realu i wirtualu, reklamy budżetu obywatelskiego. Są projekty, są pomysły, „miasta” mają forsę. Według założeń trzeba taki pomysł zaprojektować, zgłosić, potem rozpromować, tak żeby ludzie na niego głosowali i jeśli pomysł załapie się na premiowane miejsce, będzie można go realizować. Tak być powinno. Ale bywa również inaczej.

Są sytuacje, w których budżet obywatelski to zwykła ściema. Z najbardziej znanym mi przykładem zetknęłam się osobiście.

W 2016 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w miejscu mego stałego zameldowania zrobić Psi Park, znaczy się taki wielkomiejski wybieg dla psów. Wyliczył, że według oficjalnych danych w mieście na stałe zameldowanych jest 1800 piesków (drugie tyle pewnie nie) , zatem mieszkańcy zwierzęta lubią.

Wskazano lokalizację miejsca, w którym pieski mogłyby spotykać się na plotkach i pogadać ze sobą – pusty, zarośnięty plac przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu: wylotówka z miasta i wjazd na osiedle wielkopłytowe. Wybudować tam nie można nawet parkingu, bo pod spodem są rury centralnego ogrzewania, kable, przewody i tego typu różne rzeczy, które łączę osiedle z cywilizacją. Opracowano zatem plan, zrobiono projekt Parku (ogrodzenia, drzewka, pojemniki na odchody, ba, nawet dwa place dla piesków: jeden do swobodnego biegania, drugi z ławeczkami piesków na smyczy). Projekt uzyskał akceptację odpowiednich władz i został poddany głosowaniu. Ósmego kwietnia 2016 roku po podliczeniu głosów – 1297 – Psi Park znalazł się na liście zwycięzców.

We wrześniu Wydział Inwestycji Miasta poinformował, że prace rozpoczną się w październiku. Tymczasem w połowie października dotarły wieści, że Park i Psy to podejrzana inwestycja i ludzie przeciwko temu protestują. Ustnie oczywiście. I się zaczęło.

Protestujący ustnie zabrali się za zbieranie podpisów. Stwierdzili, że nie chcą w pobliżu swego miejsca zamieszkania smrodu psich gówien, wrzasku psiej dyskusji, bo zjadą się tu psy z całego miasta (pewnie owe całe 1800 plus te niezameldowane) i w ogóle co to za pomysł, żeby psy trzymać w blokach. Miejsce psów jest przy stodole na łańcuchu. Dobra, tak nie powiedzieli, ale klimat wokół wybiegu tak właśnie wyglądał. Obraziłam się na nich. Sprzątam po swoim psie. Wraz z innymi spacerujemy pod blokami owych protestujących. Teraz chodzilibyśmy na wybieg znacznie dalej…

Odbyło się nawet spotkanie 16 listopada 2016, na którym ok. dwudziestu osób wykrzykiwało swoje racje. Nie chcieli podjąć żadnych rozmów o jakiejkolwiek modyfikacji projektu. Krzyczeli, wrzeszczeli. Na pytanie, dlaczego protestują dopiero pięć miesięcy po głosowaniu, odpowiadali, że ….. o niczym nie wiedzieli. Cóż, jak widać ich zainteresowanie budżetem obywatelskim było żadne…. Mało tego, niektórzy zaproponowali wykonanie w tym samym miejscu parku dla seniorów, aby mogli tu wypoczywać. Wiadomo, senior zawsze przygłuchy, jadące bez przerwy auta mu nie przeszkodzą. Gorzej ze spalinami…. mogą zaszkodzić, jeśli babcia będzie siedziała przez cały dzień w ich otoczeniu…. A może tę propozycję wysunął wysłannik ZUS w wiadomym celu?

I tak oto niewielka grupa storpedowała cały pomysł. Nieważne, że blisko 1300 osób chciało Park, ważne, że 20 nie chciało.

Próbowano zmienić lokalizację miejsca dla psów. Dyskusja trwała do …. siódmego marca 2017 roku. Najciekawszą propozycją było wyznaczenie jej na terenach, które każdego roku wiosną obficie zalewa miejscowa rzeka, a jesienią jest to teren bagienny. Do tego miejsce to znajduje się poza miastem, gdzie i tak latem można spokojnie wypuścić psa bez smyczy.

Potem Zespół Koordynujący po prostu odstąpił od wykonania zadania …. Było oprotestowane, wątpliwe i zasiało rozłam we wspólnocie. Budżet obywatelski okazał się w tym wypadku całkowitą ściemą.

I nieważne, czy chodziło tu o psi wybieg, o plac zabaw dla dzieci, czy o miejsce dla palaczy. Projekt wygrał i nie został zrealizowany, bo ktoś się sprzeciwił po głosowaniu. Tak może być z każdym projektem. Nawet najlepszym, mającym największe poparcie. Dlatego w ramach protestu nie głosuję na żaden projekt z budżetu.   

Są jeszcze takie szkoły….

children

Pracuję. W szkole. Wszak emerytowany belfer ze mnie. Było tak:

W miasteczku poniżej 4 tysięcy mieszkańców najpierw poważny wypadek miała jedna polonistka. Jej etat podzielono pomiędzy dwie pozostałe, bo marne szanse, by przed końcem roku szkolnego wróciła do pracy. Ale to nie koniec nieszczęść przypadających na jedno gimnazjum typu wiejskiego. W listopadzie ciężka choroba dopadła drugą panią od polskiego. Pozostała nie była w stanie uczyć całej szkoły…. Wezwano mnie na ratunek.

I tak na starość dojeżdżam do pracy dwadzieścia kilometrów. Różnie dojeżdżam. Rano zawsze prywatnym autem pani też dojeżdżającej. Droga powrotna bywa różna. Czasami ktoś jedzie w moim kierunku, raz w tygodniu pasuje mi autobus, ale z reguły czekam na panią z autem. Mam półtora etatu, czyli całkiem niezłe pieniądze. A do tego coś, czego na starość się nie spodziewałam.

Pracuję w normalnej szkole. W gimnazjum. Tak, kochani, gimnazjum może być normalne. I tak na serio to tego właśnie gimnazjum mi żal, że już go nie będzie, że część nauczycieli straci pracę, że nowa szkoła wraz z nową halą sportową już nie posłuży uczniom rok dłużej…. bo to normalna szkoła…

Liczy sobie 150 uczniów. Klasy niewielkie, największa – 19 uczniów. Podczas klasówek każdy siedzi osobno. Nie ma mowy o ściąganiu. Uczniowie dojeżdżają z okolicznych wiosek. Niektórzy są w budynku już o 7.15. Na pierwszej lekcji nawet I A, wulkan energii, jest spokojna. Potem też większych kłopotów z zachowaniem nie ma.

Pewnego dnia jeden z uczniów tak energicznie otworzył drzwi klasy, że uszkodził zamek wraz z futryną. Natychmiast udał się do pana konserwatora po odpowiedni sprzęt i zaczął samodzielnie naprawiać. Robił to całkiem fachowo, jakby kilka takich usterek już w życiu wykonał. Kiedy prawie wszystko zostało zrobione, nastąpił odbiór techniczny, czyli nadszedł pan, obejrzał, powiedział, co jeszcze należy zrobić. Chłopak zaklinał się na wszystkie świętości, że jutro wykona resztę prac, byle by tylko nie mówić nic …. rodzicom.

Kochani, wyobrazcie sobie, że w tej szkole rodzice, nauczyciele i pozostali pracownicy mają coś, co nazywa się autorytet. Jak nauczyciel mówi, że na lekcji nie wolno używać telefonu komórkowego, to uczeń po prostu nie używa. Jeśli uczeń narozrabia, jak na nastolatka przystało, największą kara jest telefon do matki.

Oczywiście, że są wyjątki, ale klasycznie według przysłowia – potwierdzają regułę.

W szkole są smaczne obiady, z których też korzystam. Biblioteka szkolna wyposażona bardzo bogato. Niejedna tzw. publiczna może jej pozazdrościć księgozbioru. Obok klasyki – masa nowości. Nauczyciele też wypożyczają i nie są w większości „pomoce dydaktyczne”. O hali sportowej już wspomniałam. Podczas lekcji specjalnymi zasłonami podzielona jest na cztery części. Korzystają z niej również uczniowie szkoły podstawowej. Jest ona bowiem „łącznikiem” między dwioma bydynkami.

Lekcje trwają tu od 8.00 do 14.30. Ze względu na dojazdy większości uczniów brak co prawda tradycyjnych zajęć pozalekcyjnych, ale za to jak coś się w szkole dzieje, to się dzieje!

Na dyskotekę przyjeżdża DJ z miasta wojewódzkiego, a rodzice we wsiach organizują się, by pociechy do szkoły dostarczyć i potem odebrać. Kiedy pojawiają się artyści, muzycy klasyczni, poeci, ba – raperzy, młodzież słucha ich uważnie i żaden nadzór nie jest potrzebny, by zwracać uwagę na niewłaściwe zachowanie.

Gimnazjum, w którym obecnie pracuję, zaprzecza całkowicie obiegowej opinii na temat tego typu szkół.

I dlatego mi żal, że już niedługo go nie będzie….

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Małe mieszkanko w blokowisku

64339

Niedawno przerzucałam w internecie stylizacje, aranżacje (tak to się nazywa?) mieszkań. Tu styl skandynawski, tu styl norweski, tu rosyjski… polskiego oczywiście nie ma, no pewnie w ogóle go nie ma. Ale co tam, nie o to chodzi. Zaskoczyły mnie inne informacje… oto „Jak urządzić małe mieszkanko 48 m…”, „Jak zagospodarować niewielki salon – 23 m…”, oczywiście wszystko w metrach kwadratowych. A kiedy już natknęłam się na „Jak urządzić małe 72 m w starym (uwaga! trzydziestoletnim!) bloku dla rodziny z dzieckiem”… zwątpiłam, czy aby ja i twórcy takich info żyjemy w tym samym kraju…

Zatrzymajmy się na małych 48 metrach, takie bowiem lokum posiadam. W projekcie rozwalono praktycznie wszystkie ściany. Mam nadzieję, że tylko działowe. Powstała otwarta przestrzeń bez przedpokoju. Oczywiście urządzono ją po nowemu, czyli w jednym wielkim pomieszczeniu był aneks kuchenny, jadalnia – znaczy się stół z krzesłami, część wypoczynkowa – znaczy się sofa z fotelami. Miejsce do spania wydzielono w części bez okna. Oddzielono je od reszty ścianką (pewnie karton-gips) i częścią szklaną u góry. Słowem, normalnie powiedziane – zrobiono ciemną sypialnię. Gdzieś tam pewnie jeszcze była łazienka, której nie pokazano. Typowe mieszkanie dla singla. Czemu nie, niech sobie śpi jak chce. Jednak coś mnie tak palce swędziały, że w komentarzach zapytałam, gdzie tu miejsce na 500+, jak ma tu zamieszkać rodzina z dwójką dzieci…

I to był mój błąd! Otóż zachwyceni stylizacją internauci przypuścili na mnie atak. Ktoś napisał, że jak się ma dzieci, to się nie robi stylizacji, bo nie stać. Dzieci trzeba wychowywać. Inny dodał, że jeśli ktoś ma dzieci w tak małym mieszkaniu, to jest życiowym nieudacznikiem. Kolejny, że dzieci w dzisiejszych czasach to przeżytek…no dobra, przesadziłam, tak ostro nie napisał, ale taki sens był.

W nawale hejtu na mnie pojawił się jeden wpis solidaryzujący się z moim. Pani prosiła architekta o projekt stylizacji owych metrów właśnie dla rodziny 2+2. Szybko ją poparłam pisząc, że takie zadanie przekracza możliwości architekta XXI wieku.  I o dziwo, dyskusja zamilkła.

Przejrzałam jeszcze kilka podejrzanych aranżacji i głośno westchnęłam. Albo miałam pecha, albo współczesna architektura wnętrz uwzględnia jedynie wielkie powierzchnie i maksymalnie jedno dziecko w rodzinie, które mieści się i to ledwo, dopiero na 72 metrach.

Cóż, bycie architektem na takim metrażu, to nic wielkiego. Też bym potrafiła. Za moich czasów normalna rodzina 2+2 mieściła się na znacznie mniejszym. Nie lada sztuką było urządzić własne spółdzielcze M, tak by było w nim można równie normalnie funkcjonować. Zaraz, zaraz, tylko za moich czasów? Rozejrzałam się wokół siebie. Fakt, moja klatka blokowa zrobiła się już geriatryczna, młodzież wybyła. Ja też mam metry dla siebie i mogę zrobić ciemną sypialnię z widokiem na zlewozmywak. Sąsiadka na dole to samo. Single na starość jesteśmy. W moim starym, bo trzydziestoletnim (!) bloku są tylko mieszkania 48 i 60 m. Praktycznie wszystkie własnościowe. I kto na tych małych powierzchniach mieszka? Większość to rodziny z dziećmi! Sąsiedzi z naprzeciwka mają trójkę, na czwartym piętrze – dwójkę. Czy są to sami nieudacznicy, których nie stać na większe metraże? Jakoś nie zauważyłam głodu i nędzy.

Delikatnie zdenerwowana na internetowe projekty i komentarze pod nimi, wyszłam na spacer z psem. Spotkałam koleżankę też z psem. Rzuciłam temat aranżacji mieszkań. „Nie, nie mylisz się, większość ludzi mieszka na takich powierzchniach jak my. I są całkiem normalni, i mają normalną pracę, i 500+ dostają. Cieszą się, że w ogóle mają gdzie mieszkać.” – poparła moją tezę o braku kontaktu z rzeczywistością co niektórych internautów. Właśnie, tacy młodzi, normalni, co to chcieliby mieć rodzinę i nie mają finansowego wsparcia rodziców, marzą o 48 m…

Ale… – koleżanka westchnęła, – ale oprócz normalnych, są jeszcze bogaci. Właśnie przechodziłyśmy obok młodego bloku – jednoroczny. Cały już zasiedlony. W oknach rolety, na balkonach kwiatki. Spojrzałyśmy na jedno z pięter. Tak, wiemy, tu są tylko dwa mieszkania, podczas kiedy pod nimi i nad nimi – chyba cztery, albo pięć. Po prostu dwóch bogatych wykupiło piętro, powierzchnia ponad 100 m i może sobie stylizować, aranżować.

Ale… – westchnęłyśmy dwie – ale większość bogatych, znaczy się bogatszych od nas, buduje własne domy pod miastem, gdzie grunt i podatki tańsze. I wtedy też mogą urządzać salony i nawet pokoje dziecięce.

Wróciłam do swoich salonów. Aranżować, stylizować? Oczywiście! Zaczęłam od podłóg. Kupiłam dwa dywaniki w swoim stylu!     

dywaniki

Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….