Są jeszcze takie szkoły….

children

Pracuję. W szkole. Wszak emerytowany belfer ze mnie. Było tak:

W miasteczku poniżej 4 tysięcy mieszkańców najpierw poważny wypadek miała jedna polonistka. Jej etat podzielono pomiędzy dwie pozostałe, bo marne szanse, by przed końcem roku szkolnego wróciła do pracy. Ale to nie koniec nieszczęść przypadających na jedno gimnazjum typu wiejskiego. W listopadzie ciężka choroba dopadła drugą panią od polskiego. Pozostała nie była w stanie uczyć całej szkoły…. Wezwano mnie na ratunek.

I tak na starość dojeżdżam do pracy dwadzieścia kilometrów. Różnie dojeżdżam. Rano zawsze prywatnym autem pani też dojeżdżającej. Droga powrotna bywa różna. Czasami ktoś jedzie w moim kierunku, raz w tygodniu pasuje mi autobus, ale z reguły czekam na panią z autem. Mam półtora etatu, czyli całkiem niezłe pieniądze. A do tego coś, czego na starość się nie spodziewałam.

Pracuję w normalnej szkole. W gimnazjum. Tak, kochani, gimnazjum może być normalne. I tak na serio to tego właśnie gimnazjum mi żal, że już go nie będzie, że część nauczycieli straci pracę, że nowa szkoła wraz z nową halą sportową już nie posłuży uczniom rok dłużej…. bo to normalna szkoła…

Liczy sobie 150 uczniów. Klasy niewielkie, największa – 19 uczniów. Podczas klasówek każdy siedzi osobno. Nie ma mowy o ściąganiu. Uczniowie dojeżdżają z okolicznych wiosek. Niektórzy są w budynku już o 7.15. Na pierwszej lekcji nawet I A, wulkan energii, jest spokojna. Potem też większych kłopotów z zachowaniem nie ma.

Pewnego dnia jeden z uczniów tak energicznie otworzył drzwi klasy, że uszkodził zamek wraz z futryną. Natychmiast udał się do pana konserwatora po odpowiedni sprzęt i zaczął samodzielnie naprawiać. Robił to całkiem fachowo, jakby kilka takich usterek już w życiu wykonał. Kiedy prawie wszystko zostało zrobione, nastąpił odbiór techniczny, czyli nadszedł pan, obejrzał, powiedział, co jeszcze należy zrobić. Chłopak zaklinał się na wszystkie świętości, że jutro wykona resztę prac, byle by tylko nie mówić nic …. rodzicom.

Kochani, wyobrazcie sobie, że w tej szkole rodzice, nauczyciele i pozostali pracownicy mają coś, co nazywa się autorytet. Jak nauczyciel mówi, że na lekcji nie wolno używać telefonu komórkowego, to uczeń po prostu nie używa. Jeśli uczeń narozrabia, jak na nastolatka przystało, największą kara jest telefon do matki.

Oczywiście, że są wyjątki, ale klasycznie według przysłowia – potwierdzają regułę.

W szkole są smaczne obiady, z których też korzystam. Biblioteka szkolna wyposażona bardzo bogato. Niejedna tzw. publiczna może jej pozazdrościć księgozbioru. Obok klasyki – masa nowości. Nauczyciele też wypożyczają i nie są w większości „pomoce dydaktyczne”. O hali sportowej już wspomniałam. Podczas lekcji specjalnymi zasłonami podzielona jest na cztery części. Korzystają z niej również uczniowie szkoły podstawowej. Jest ona bowiem „łącznikiem” między dwioma bydynkami.

Lekcje trwają tu od 8.00 do 14.30. Ze względu na dojazdy większości uczniów brak co prawda tradycyjnych zajęć pozalekcyjnych, ale za to jak coś się w szkole dzieje, to się dzieje!

Na dyskotekę przyjeżdża DJ z miasta wojewódzkiego, a rodzice we wsiach organizują się, by pociechy do szkoły dostarczyć i potem odebrać. Kiedy pojawiają się artyści, muzycy klasyczni, poeci, ba – raperzy, młodzież słucha ich uważnie i żaden nadzór nie jest potrzebny, by zwracać uwagę na niewłaściwe zachowanie.

Gimnazjum, w którym obecnie pracuję, zaprzecza całkowicie obiegowej opinii na temat tego typu szkół.

I dlatego mi żal, że już niedługo go nie będzie….

O lekturach słów kilka…

ter

I oto mamy kolejną narodową dyskusję na temat, na którym wszyscy się znają. Nie, nie o piłkę nożną chodzi. O szkołę chodzi. O reformę chodzi. Jako nauczyciel na zasłużonej emeryturze, dorabiający  w sytuacjach i miejscach, w których inni nie chcą, atakowana jestem ze wszystkich stron. Co myślę, o czym myślę i jak myślę. Dziś będzie o myśleniu na temat szklonych lektur.

Czy zauważyliście, że gorąca narodowa dyskusja edukacyjna skupia się na przedmiotach humanistycznych? Nikt nie toczy bojów o program z matmy, fizy czy chemii, natomiast podstawa programowa z histy to już sprawa sejmu, senatu i zgromadzenia stowarzyszeń wszelkiej maści. Iskrzy, gotuje się, gorączka na całego. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że takie nauki humanistyczne zysku nie przynoszą. Są oczywiście studia humanistyczne, po których cała rzesza absolwentów poszukuje pracy. Bo ilu można mieć nauczycieli polaka, ilu animatorów kultury, ilu pedagogów w szkołach, w których brak forsy na cokolwiek… Taki matematyk to co innego. Zawsze może zatrudnić się przy statystykach, w przeciwieństwie do biednego magistra filologii polskiej. Dobra koniec z narzekaniem. Czas na konkrety.

Jaki zatem powinien być zestaw lektur szkolnych?

Przede wszystkim wzięłabym się poważnie za weryfikację twórczości Mickiewicza. W swych tekstach wyraźnie promuje Litwę jako ojczyznę moją. Mój kraj to Polska właśnie i nie widzę sensu zmieniania obywatelstwa. Co, kiedyś jej część była w Polsce? Ale kiedy to było…. przed potopem chyba. W każdym razie Litwa jako ojczyzna dziś się nie przyjmuje. Może jedynie wzbudzać jakieś emocje rewizjonistyczne. Bezwarunkowo usunęłabym też Konrada Wallenroda. Nie dość, że Litwin, to jeszcze Niemiec i do tego szef zakonu, który nic dobrego dla Polski nie zrobił.

Z Mickiewicza pozostawiłabym jedynie wiersz „Polały się łzy rzęsiste…” z cytatem „Wiek męski, wiek klęski”.

Słowacki też mi się nie podoba. Jego Kordian dokonuje wewnętrznej przemiany na szczycie Mont Blanc, znaczy się na terenie UE, jakby u nas Rysów nie było. Do tego wzywa na patrona swych działań bohatera narodowego Szwajcarii. Słowem skandal. 

Podobnie z Wyspiańskim. W „Weselu” prezentuje niejakiego Wernyhorę –ukraińskiego Kozaka, który przynosi złoty róg mający zagrzewać Polaków do boju. Ludzie, obcy w naszym domu ma nam nakazywać kiedy i kogo mamy tłuc?

Weryfikacji powinien ulec Żeromski. Jego „Przedwiośnie” i wizja szklanych domów to wyraźna prowokacja, znaczy się jaja z wszelkich programów wyborczych. Nagadać, naobiecywać, zachęcić do powrotu z Wielkiej Brytanii (tak, wiem, wtedy o Rosję chodziło, stary Baryka wracał wraz z synem, ale co tam, zawsze to powrót do kraju), a potem pokazać zaniedbane polskie wsie i miasteczka. Na szkodę elit wpłynąć może opis majątku Nawłoć i wielkopańskie zabawy. Po co młodym ludziom pokazywać jak żyją ważni kosztem mniej ważnych? Koronnym argumentem za  usunięciem „Przedwiośnia” jest oczywiście marsz młodego Baryki na Belweder. Oj niebezpieczne, niebezpieczne działanie… wszak lektury powinny mieć wartość ponadczasową.

Ale „Siłaczkę” bym zostawiła. Idealna wizja pracy za darmo w polskich szkołach. Piękny sielski obrazek umierającej nauczycielki w objęciach wiedzy, nauki i tyfusu. W sam raz na propagowanie pracy u podstaw wśród młodych ludzi i przyzwyczajania do pracy za darmochę, na „śmieciówkach”. Wszak nie żarcie się liczy, tylko idea.  

Lećmy dalej. Rej też w odstawkę. Pleban może się obrazić. Kochanowski – do kąta za szerzenie pijaństwa we fraszkach oraz wątpienie w istnienie Najwyższego w trenie X „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest”. O poezji barokowej nie wspomnę. „Nagrobek ku…”, „Nagrobek kusiowi”…. jawna pornografia. Usuwamy całego Fredrę. Bez dyskusji i wskazywania tytułów, bo może jeszcze młodzież zechce przeczytać.

Do weryfikacji oczywiście Sienkiewicz i jego „W pustyni i w puszczy”. Przedstawia Mahdiego jako kidnapera i zabójcę, tymczasem walczył on o wolność swego kraju. A „Pies, który jeździł koleją” Pisarskiego? Bez biletu? Gdzie kontrolerzy?

Rety, została nam jeszcze literatura oświecenia, Młodej Polski, dwudziestolecia, współczesna… A wywalić wszystko!

Zostawić instrukcję głosowania w następnych wyborach. Obojętnie do czego.    

 

 

Eksperyment pedagogiczny

den

I ponownie mamy Dzień Nauczyciela… Mimo że emeryt ze mnie, w uroczystościach udział biorę. Zwłaszcza w tych nieoficjalnych. Właśnie dziś nabyłam towar, którego nie może być na fakturach funduszu socjalnego i Komitetu Rodzicielskiego. Wyjeżdżamy całą Radą Pedagogiczną poza miasto. Będzie balanga.

Ach, gdzie te czasy, kiedy imprezowało się w szkole…Starsi nauczyciele pamiętają, oj pamiętają swoje niepedagogiczne zachowania… Tymczasem weszła w życie ustawa o trzeźwości i nawet po lekcjach szkolne mury nie mają prawa widzieć wiadomego towaru.  

Ale nie o tym dziś będzie… W moim wieku święto belfrów sprzyja wspomnieniom. Obudziły się one również z powodu śmierci Andrzeja Wajdy… bo było to tak….

Nie wiem kto i w jakich okolicznościach na początku lat dziewięćdziesiątych w mojej szkole – dawna ośmioklasowa podstawówka – przeprowadził eksperyment pedagogiczny. Z najlepszych uczniów utworzono najlepszą klasę, najgorsi trafili do najgorszej. Praktycznie była to dzieciarnia z rodzin patologicznych, drugoroczni, niedostosowani społecznie, z kuratorem oraz – dzieci upośledzone umysłowo. Jak każda klasa, ta miała przypisaną literę – ostatnia klasa w tym roczniku czyli „F”. Tak powstałą klasa „afu”. W czwartej klasie z najlepszymi pracowali najlepsi nauczyciele, z najgorszymi pozostali. Nauczyciele twierdzili, że w tej klasie nie da się normalnie pracować. Wracali z lekcji w stanie skrajnej depresji. Przyznaję się, należałam do grupy, która nie rozumiała swych kolegów. Jak to nie można do nich dotrzeć? Po dwóch latach dyrekcja wymieniła nauczycieli i po cichu dała nam wolną rękę w prowadzeniu klasy F.

Przepracowałam z tymi ludźmi trzy lata.

Zaczęłam od … olewania uczniów. Przychodziłam do klasy, sprawdzałam obecność i prowadziłam lekcję sama ze sobą i z tablicą. Kilka razy w ciągu zajęć powtarzałam, że „płacą mi za przeprowadzoną lekcję, a nie za to, czy ktoś będzie to umiał, czy nie, czy ktoś zda do następnej klasy, czy nie, czy ktoś wyląduje za kratami, czy nie…”.

Po kilku tygodniach coś zaczęło do nich docierać. Byli zdziwieni, że nie nawołuję ich do nauki, nie przekonuję, że powinni się uczyć. Oddałam im ich los we własne ręce. Wreszcie zaczęli mnie zauważać.

Potem nasze zajęcia rzadko przypominały normalne lekcje. Czasami siadałam na krześle i komunikowałam, że nie chce mi się dziś pracować i możemy sobie pogadać. I gadaliśmy. O życiu, o problemach, o polityce, o filmach, o książkach… Biedacy, nie wiedzieli, że przemycam treści szkolnego programu…Oczywiście nie obyło się bez konfliktów. Ktoś mi kiedyś podpadł. Wrzasnęłam. Trzasnął drzwiami. Zapisałam w dzienniku fakt opuszczenie zajęć przez ucznia.

- I pani za nim nie pobiegnie? Nie będzie pani prosiła, żeby wrócił na lekcje? – ktoś mnie zapytał.

- Nie. Niech sobie idzie. Spokojniej będzie.   

Wrócił po kilku dniach. Już więcej mi nie podpadał.

Kiedyś ja im podpadłam. Powiedzieli, ze zniszczą mi auto. Zgodziłam się.

- Nie ma sprawy. Zróbcie porządek.

Dlaczego? Może chodzi o odszkodowanie?

- Ale pani to w ogóle dojeżdża do pracy?

- Oczywiście.

- A czym? – padło wreszcie zasadnicze pytanie.

- Autobusem.

To starcie wygrałam.

Jednego roku rozchorowałam się. Po dwóch tygodniach nieobecności w szkole, zadzwonili do mnie (skąd mieli numer?). Oznajmili, żebym jak najszybciej wracała, bo „ta co do nas przychodzi to lekcje normalne chce prowadzić”, a oni wcale jej nie będą się słuchać, bo …. Tu nastąpiła niecenzuralna wypowiedź. Nie powiem, miło mi się zrobiło.  

I tym właśnie ludziom, kiedy byli w ósmej klasie (mieli od 15 do 17 lat) pokazałam w ramach lekcji polskiego „Kanał” Andrzeja Wajdy. W pracowni znajdował się kineskopowy telewizor oraz szczyt ówczesnej techniki – odtwarzacz video. Przyniosłam kasetę z nagranym przeze mnie z telewizji filmem.

Najpierw było wprowadzenie – krótka historia powstania warszawskiego. Potem wyjaśnienie, że film jest czarno-biały, bo stary, starszy ode mnie. I niech oglądają, bo pan od historii będzie z tego filmu pytał.

Patrzyli na mnie podejrzanie. Rozłożyli się na ławkach. Niektórzy podstawili pod nogi krzesła. Włączyłam projekcję. Początkowo nie byli zachwyceni. Nawet śmiali się z niektórych scen. Jednak powoli wciągali się w fabułę. Czasami czegoś nie rozumieli. Pytali. Odpowiadałam.

Kiedy filmowy oddział zszedł do kanałów, zamilkli. Dyskretnie zerkałam na wpatrzone w telewizor oczy.

- Którędy oni idą? – ktoś zapytał.

- Kanałami.

- Jakimi kanałami?

- Kanalizacyjnymi.

- Tam gdzie są gówna?

- Tak.

- I oni idą wśród tego gówna?

- Tak.

- O, kur…. Ja pierd… Jeb… faszyści! – rozległo się w klasie. Niektórzy uderzyli pięścią w pulpit ławki.

Pamiętam jak przez mgłę zakończenie roku szkolnego. Najlepsza klasa rozbiła bank z nagrodami. Zarozumiali, pewni siebie, dumni stawali przed dyrekcją. Klasa F stała z boku i uśmiechała się drwiąco…Nie wiem, jak potoczyły się losy uczniów z tej klasy… Zatarły mi się w pamięci ich twarze… Kiedy kończyłam pracę w szkole, uświadomiłam sobie, że uczniowie z „afu” nie byli wcale tacy źli…Po nich spotkałam gorszych…

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Popęd pędzi pędem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedawno, na wiadomym portalu, uczestniczyłam w dyskusji na temat wczesnego rozpoczynania życia seksualnego. Punktem wyjście był „alarmujący raport” o tym, że „siedmiu na dziesięciu gimnazjalistów ma za sobą inicjację seksualną. (…) a co ósma gimnazjalistka prowadzi regularne życie seksualne”. Przypomniała mi się pewna para, która wieczorem siedziała na ukrytej wśród krzewów ławce. Spacerowałam z psem i ujrzałam dwoje małolatów patrzących sobie w oczy… szepczących coś do ucha… on delikatnie obejmował ją ramieniem…słowem… wyglądali cudownie… aż mnie żal du… ściskał, że mnie nikt tak nie obejmuje… I właśnie po przeczytaniu o alarmie w sprawie seksu, wyobraziłam sobie owa parę w sytuacji „łóżkowej”. Też pewnie byłoby pięknie…

W związku z tym pod artykułem zamieściłam notkę:” A co w tym złego?” (że ten seks w gimnazjum).

Pierwszy odzew: „Poza tym, że często odbywa się to z przypadkowym partnerem, bez zabezpieczenia i dla niektórych kończy się niechcianą ciążą to zupełnie nie ma w tym nic złego”.

Zaraz, zaraz, czy tylko nastolatkowie robią to  z przypadkowymi partnerami? Tyle tylko, że dorośli to się raczej nie przyznają lub uznają owe „uprawianie seksu” jako dyscyplinę sportową. A gimbaza chwali się! A ciąża? Pochodzę z czasów, kiedy ciąż było jak „mrówków”. Nastoletnie dziewczyny zachodziły nałogowo, potem szybko wychodziły za mąż i rodziły. Jednym słowem panien w ciąży nie było. A jeśli jakiejś się trafiło, to sprawę ukrywano, oj ukrywano. Albo co gorsza – ciążę usuwano.

Tyle tylko co złego jest w ciąży? W czasach minusowego przyrostu naturalnego każde poczęcie jest na wagę istnienia ludzkości na terenach między Bugiem a Odrą i Bałtykiem a Tatrami. Gimnazjalistka w ciąży otoczona jest ze wszystkich stron opieką. Nauczanie indywidualne, pomoc społeczna, wsparcie Rady Pedagogicznej… Dlaczego zatem panikować z powodu poczętego dziecka? Aha, bo dorośli są bardziej odpowiedzialni za swoje plemniki i komórki jajowe. Oczywiście. Do tego stopnia, że w ogóle nie zamieniają ich w dziecko lub właśnie narodzone przekazują dziadkom i babciom do wychowania.

Potem w dyskusji pojawiła się matczyna troska, o to, by dziecię poszło do łóżka świadomie i bez presji.

O i tu już mamy postęp. Za moich czasów pójście do wyra z osobą płci przeciwnej w ogóle nie wchodziło w rachubę. A z tą samą płcią? Sodoma i Gomora! Cnota aż do ślubu! Zamieszkanie razem przed ślubem? To skandal! No więc ciągał się człowiek po jakiś akademikach, wypytywał, kto ma wolną chatę, w tajemnicy wyjeżdżał pod namiot, ukrywał się na łąkach, o innych miejscach nie wspomnę… Ale za to jakie pozycje w tych trudnych warunkach opanował! Kamasutra to przy tym piskuś!  Wszystko oczywiście robił bardzo świadomie. I uwaga! Ma na starość co wspominać!

Lećmy dalej. Oczywiście w dyskusji wynikł problem edukacji. Kto ma gimbazę uświadamiać? Sorry, gimbusy są już uświadomione. Trza nam do podstawówki. Tu od lat uważam tak samo. Edukację seksualną powinni prowadzić rodzice. Jeśli nawet zostali nimi w bardzo młodym wieku, to chyba przez 10 lat dorośli i mogą dziecko uświadomić. Chyba, że rzeczywiście dziecię uświadomi się samo… jak to za moich czasów bywało.

Mówią, że teraz to wszystko przez internet. My też mieliśmy taki internet, tyle, że w wersji drukowanej. Zakazana lektura jakoś do nas trafiała.

 (Czasami mam  wrażenie, że ukrywane w domach książki pojawiały się w pewnym momencie na widoku… tak, żeby małolat sam po nie sięgnął. Czyżby rodzice sami wyciągali je z zakamarków i podsuwali?)

Do dziś pamiętam… biało-czerwona okładka, a na niej zakazany tytuł ”Życie płciowe człowieka”… tajne spotkania, czytanie…. dyskusja… Zajęcia praktyczne?

Spotykałyśmy się w babskim gronie. Kiedy już tematykę poczęcia utrwaliłyśmy, nadszedł czas na poród. Jedna koleżanka na kanapie z lalką we wiadomym miejscu, druga – w charakterze położnej, trzecia czyta. „Nie tak, wolniej…bo główkę urwiesz”. I tematyka położnicza została opanowana.

Moje pokolenie wiadomości o poczęciu miało na lekcjach biologii dopiero w ósmej klasie, takiej obecnej drugiej gimnazjum. I dzisiaj i wtedy wszyscy byli już dokładnie uświadomieni.

W dalszym ciągu portalowej dyskusji odezwał się głos męski: „Siedmiu ma inicjacje za sobą, a pozostałych trzech nosi rurki”.

Rety, o co chodzi z tymi rurkami – młode pokolenie wprawiło mnie w zakłopotanie. Szybko włączyłam wujka Google… kolejne rety… spodnie typu rurki to dopiero jest problem!  Dla jednych seksowne, dla innych pozbawione męskości, dziewczynom się podoba, jak chłopak ma wszystko ściśnięte, niektórym chłopakom też jest przyjemnie…tu wrzask, tu poparcie, tu obrażanie płci trzeciej… Rurki to spodnie kontrowersyjne. Kiedyś miałam takie, ale właśnie schudłam i rurki już rurkami nie są. Byłam kontrowersyjna, nie jestem…

W sumie to i dobrze, niech młodzi w rurkach sobie pędzą pędem ze swym popędem. Takie ich prawo.  

Powrót do przeszłości

 wchodzę do szkoły

Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu już nie ma… foto z 2008 roku

Jasne, że do mnie zwracają się młodsi stażem nauczyciele, by zapytać o tę nową reformę w szkolnictwie! Jasne – jestem przecież z pokolenia, co to nie jedne reformy, slipy i stringi widziały i w nich pracowały. Zatem, żeby tak nie każdemu z osobna, po ileś razy to samo, piszę!

Więc jest tak, no było kiedyś tak:

Pierwsza reforma, która osobiście mnie dotknęła, to był rok 1961 i wprowadzenie podstawowej szkoły ośmioklasowej. Parę z moich koleżanek w podobnym wieku (na starość wiek się wyrównuje) chodziło do Szkoły Podstawowej nr 4 przy ulicy Świerczewskiego 100 w Wałbrzychu tylko siedem lat. Ja – osiem, miałam być od nich mądrzejsza o ten rok. Dziś żadnej różnicy nie widzę. Skleroza ta sama.

Ale już w 1973 powstała nowa idea – szkoła podstawowa dziesięcioletnia. Mówiono o niej przez kilka lat. Zdążyłam zdać maturę, nie dostać się na studia i podjąć pracę na wsi, jako taka siłaczka (patrz – Żeromski). Na wsi zastałam kolejny etap reformy – zbiorcze szkoły gminne. W stolicy gminy była szkoła główna, we wsiach – jej filie. Był dyrektor gminny i dyrektorzy szkół. W gminnej były narady, rady i balangi z okazji Dnia Nauczyciela. Na takie balangi woził nas wyznaczony przez sołtysa rolnik ze wsi macierzystej. Fajnie było. I tak sobie przepracowałam kilka lat w tych gminnych, obserwując równocześnie, jak oddala się idea „dziesięciolatek”. A przecież już w rękach miałam program nauczania języka polskiego w takiej szkole! Nawet mnie się podobał. Dlaczego idea padła? Nie pamiętam.

W każdym razie pracowałam w zwykłej podstawówce. I też fajnie było. Gdy gruchnęła informacja o powstaniu gimnazjum, szybko zwiałam do szkoły średniej. Bo moi kochani, ja od zawsze byłam przeciwko gimnazjom… Dla mnie to nie były reformy, to były stringi.  I w ostateczności w gimnazjum wylądowałam, moje obawy sprawdziły się, a ja w tej szkole, mając dosyć nauczania, swą karierę nauczycielką zakończyłam.

Dzisiaj mówi się o kolejnej reformie… zaraz, zaraz, jakiej reformie? Przecież to klasyczny powrót do  roku 1961! Będziemy ponownie mieli klasyczną podstawówkę! Młodzi się boją. Czego – pytam się. Wszak większość taką szkołę kończyła. Ci z gimnazjum pewnie nie załapali się do szkoły jako nauczyciele, bo trafili na reformę emerytalną, w związku z którą, nauczyciele na wcześniejszą emeryturę nie mogą odejść i nadal uczą.

Nie, moi kochani przeciwnicy powrotu do szkoły w PRL-u, nikt nie wrzuca do jednego wora dzieci i młodzieży. Jak mnie skleroza nie myli, maluchy zawsze uczyły się na parterze. Ba, ja w klasach I – II uczyłam się w zupełnie innym budynku. Na parterze dzieciaki miały specjalnie dostosowana dla nich toaletę, czyli wszystko było mniejsze. Nikt ze starszych tu nie zaglądał, bo i po co? Czy ktoś z was pamięta, żeby łaził do smarkaterii? A jak się jakiś zabłąkany nastolatek trafił, to momentalnie go przeganiano. Za to maluchy były źródłem wiedzy wszelakiej! Ileż to razy korzystałam z ich detektywistycznych usług przy poszukiwaniu sprawcy szkolnego przestępstwa! Dzieciaki dokładnie świat obserwowały i donosiły.

nauczanie początkowe

budynek z klasami I-II Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu – obecnie przedszkole – foto z 2008

Przez osiem lat nauki w jednej szkole, w jednej klasie, człowiek zżył się ze sobą. Po latach bardziej pamiętam czas „podstawówki” niż liceum. Zwłaszcza ósmą klasę. Było się najstarszym w szkole i „rządziło”. Ale zanim się nastolatek rozkręcił, trafiał do szkoły średniej i jego zapędy w kierunku posiadania szkolnej władzy osłabły. Znowu był najmłodszy. I starsi wskazywali mu miejsce w szeregu.

Jako nauczyciel nieźle pamiętam uczniów z licznych klas „podstawówki”. Z reguły uczyłam ich pięć lat. Kochani gimnazjaliści, wybaczcie, mieszacie mi się, nie poznaję was na ulicy… to były tylko trzy lata…Niedawno spotkałam swą byłą gimnazjalistkę. Zapytałam o innych z jej klasy. Przyznała  się bez bicia – kontakt ma z ludźmi z „podstawówki” – sześć, a nawet siedem lat w jednej klasie. Trzyletnie gimnazjum i takie samo liceum mocnych więzi nie wytworzyło.

W gimnazjach rzeczywiście skupiono ludzi w wieku „burzy i naporu”. Wraz ze zmianą sposobu wychowywania dzieci, szkoły te stały się mieszanką wybuchową. Problemy, kłopoty, bunty nastolatków – cecha całej szkoły. W dawnej „podstawówce” nastolatków było mniej. Łatwiej można było nad nimi zapanować. Długo i namiętnie mogłabym wspominać czasy gimnazjalne od tej strony…

Przeżywając kolejne reformy w moim życiu, nie zmieniło się tylko jedno – ciągle uczyłam, że „pana Tadeusza” napisał Mickiewicz.

Zatem moi kochani młodzi nauczyciele…. Nie bójcie się kolejnej reformy, która reformą nie jest. To tylko powrót do starego porządku. Nie wszystko w „komunie” było złe, obecny rząd to docenia, tylko się jakoś nie chce do tego przyznać.

Jest jednak ważne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – czy nas, naród polski stać obecnie na kolejna reformę oświatową?

 

Oberwało mi się….

nuda1

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

Wielkie nagrody

poeta

W pewnym zwykłym (ok. 60 tys. mieszkańców) mieście sportowa drużyna gimnazjalistów zdobyła tytuł „Drużyny Roku”. Za to wyróżnienie otrzymała nagrodę od władz miasta – 10 piłek do uprawianej przez nią dyscypliny sportu. Piłki widoczne na zdjęciu, umieszczonym w miejskim portalu, kosztują od 90 do 120 zł. Łatwo obliczyć, ile „miasto” zainwestowało, przepraszam, ile kosztowało je podziękowanie młodym sportowcom za sukcesy owe miasto promujące.

Kiedyś jedna z polskich pływaczek narobiła szumu w związku z nagroda za miejsce na podium w postaci 200 zł. Opowiadała potem, ile trudu kosztuje ją trening, ile forsy trzeba dać za sprzęt sportowy i co może kupić za nagrodę – okularki do wody.

Moja koleżanka otrzymała nagrodę w konkursie poetyckim – tablet. Identyczny widziała w „Biedronce” za 150 zł.

I właściwie, czego ja chcę się przyczepić?

Piłki z „miasta’ trafiły do szkoły, a jak wiadomo szkolnictwo jest bardzo niedoinwestowane, a taki zastrzyk ponadprogramowy od władz mocno i wyraźnie poprawi stan sprzętu sportowego w szkolnym magazynku. Skorzysta z niej również młodzież, która wcześniej zdobyła kilka znaczących medali na różnych imprezach. Dobrze, nie wszyscy… część już opuściła szkolne mury, bo gimbazę skończyła. Ale ogólnie wszystko gra. Młodzi sportowcy nagród indywidualnych nie dostali, wszak stanowią drużynę. Dla nich, jeszcze niezdeprawowanych komercją i materializmem, najważniejszą nagrodą były zwycięstwa i możliwość uprawiania sportu, stworzona oczywiście przez „miasto”. Gdyby nie sala gimnastyczna, szkolne boisko i zatrudnienie nauczycieli, nic z sukcesów sportowych by nie wyszło. A poza tym młodzież powinna biegać i skakać, to konieczne dla prawidłowego rozwoju. Zamiast siedzieć przy kompie, jak ja teraz, pobiegali trochę po boisku. Aha, szóstki z wuefu też każdy dostał.

I czego ja się czepiam?

Jeśli chodzi o pływaczkę, to ta już powinna znać prawa rynku. Żeby coś zdobyć, trzeba najpierw zainwestować. Ktoś wykłada duże pieniądze, żeby mogła bezpłatnie trenować na basenie. A ile normalnego człowieka kosztuje wejście na basen? Ktoś zatrudnia trenera, ktoś opłaca ową wodę w basenie, prąd w szatni… Ktoś już inwestuje w obiecującego sportowca, a ten marudzi, że kąpielówki nowe musi se kupić… Niech też zainwestuje w siebie, wykorzystuje stworzone mu warunki, walczy, wygrywa, a potem forsa sama mu będzie wpadać do kieszeni. Będą reklamy, będą wywiady, wizyty w zakładach pracy.

I czego ja się czepiam?

Poeci to podobny temat. Siedzi taki w domu, pisze długopisem, ołówkiem lub klika w klawiaturę. Za kołnierz mu nie pada, wysiłku żadnego. Czasami spojrzy w okno, by muza na niego spłynęła… Jaka praca, taka nagroda. Poza tym tablet taki zły nie był. Pożyczyłam od koleżanki w czasie choroby, kiedy laptop był za duży do klikania podczas leżenia w łóżku.

I czego ja się czepiam…

Niby niczego… tu 1000 zł, tu 200, tu 150… Nie widziałam, żeby takie sumy chodziły swobodnie po ulicy. Człek, jak znajdzie na chodniku złotówkę, to się cieszy. Ba, złotówkę… 50 gr też pieniądz!

I dochodzę do sedna sprawy…

Ostatnio zaproszono mnie na oficjalną imprezę z udziałem ważnych ludzi. Wśród wielu tematów pojawił się również wątek wartości pieniądza. Przy szwedzkim stole padały takie sumy, że mój emerytalny umysł nie ogarniał. Ktoś właśnie stwierdził, że jako szef firmy dał sobie podwyżkę i teraz zarabia ponad 10 tys. Prawnik poinformował, że dostał nowa pracę na pół etatu i skosi kolejne 5 patyków. Pani pochwaliła się innej pani, iż kupiła córce mieszkanie, bardzo tanio, bo za 130 tys. No pewnie, że tanio. W Warszawie przedpokój tyle kosztuje. Próbowałam przebić się z tematem wartości pieniądza w wydaniu zusowskim. Szybko mi uświadomiono, że przecież emeryci każdego roku dostają podwyżki i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ciągle narzekają. Jak się nie chce pracować, tylko siedzieć na emeryturze, to się nie ma forsy. I tyle.

I tak sobie przeanalizowałam nagrody. Drużyną już nie będę i nie dostanę piłek za całe 1000 zł. Pływaczką też nie. Może zatem skrobnę jakiś wiersz? Może wygram jakiś konkurs, dostanę tablet lub książkę… a potem sprzedam. A co, wolno mi będzie!  

 

Cegłą w mur

wall30th_big

 

Pod choinkę Mikołaj przyniósł mi winylową reedycję słynnego albumu grupy Pink Floyd „The wall”. Podczas słuchania odżyły wspomnienia. Zwłaszcza słynny kawałek „Another brick in the wall” – tylko cegła w murze… Klasyczny protest song przeciwko …. szkole.

“Hey, Teacher, leave us kids alone !” czyli “Hej nauczycielu, zostaw nas dzieci w spokoju!”

„My nie chcemy edukacji i kontroli naszych serc!” – krzyczało pokolenie lat 80-tych…

Ja też sobie kiedyś pokrzyczałam… Bunt przeciwko szkole wyraziłam, kiedy byłam już nauczycielem. Doświadczonym. Ze stażem. W gimnazjum. A było to tak:

W ramach uroczystości szkolnych przydzielono mi przygotowanie tzw. części artystycznej na uroczystość zakończenia roku szkolnego przez  uczniów klas trzecich.

Wymyśliłam kolejną z rzędu inscenizację. W oparciu o „Zemstę” Fredry. Nauczyciele to Cześnik, uczniowie Rejent, czy odwrotnie, nie pamiętam. Naczelne miejsce na scenie zajął mur graniczny. Wiadomo, taka barykada między uczniami a nauczycielami. Przerobiłam tekst fredrowski na uczniowski, wybrałam „aktorów” i rozpoczęliśmy próby.  W sumie inscenizacja nie wymagała oprawy muzycznej. Ale kiedy ujrzałam wykonany ze styropianowych cegieł mur – olśniło mnie. Mur, ściana, the wall, Pink Floyd… W głowie pojawił się iście diabelski pomysł. A gdyby tak zacząć przedstawienie słynnym protest songiem? Powiedziałam o tym uczniom. „Nie przejdzie ten numer. Cenzura zatrzyma. Pani zna tekst?” Oczywiście, że znam. Wszak płyta pochodzi z 1979 roku, a ja już wówczas na świecie byłam. Ale jest jedna szansa, żeby cenzura, znaczy się inni nauczyciele nie wstrzymali emisji przeboju na szkolnej imprezie.

Najpierw uczniowie musieli walnąć się w piersi i przyrzec, że wszystko, co powiem, zostanie utrzymane w największej tajemnicy. Otóż kochana gimbazo, oni mogą po prostu nie znać utworu, filmu z przerażająca wizją utworu lub tłumaczenia tekstu. Fanami Pink Floyd byli ongiś tacy ludzie jak ja, klasyczna rockwoman. Trzeba więc zaryzykować. Cenzura, czyli dyrekcja na rockową nie wygląda. Raczej taka klasyczna. A plan B, czyli jakiś inny utwór będziemy mieć w zapasie.

Dyrekcja scenariusz zatwierdziła. Nawet nie zapytała o utwór muzyczny, którego tytuł widniał na pierwszej stronie jako wstęp.

Nadszedł dzień występu. Najpierw przyjechała ekipa ze sprzętem nagłaśniającym. Wśród fachowców – były uczeń. Kiedy porozstawiano wszystkie głośniki i mikrofony, poprosiłam o przesłuchanie płyty z ową  cegłą w murze. Wytłumaczyłam, że chodzi o odpowiedni poziom głośności. Chłopak włączył, a ja spacerowałam po sali gimnastycznej udając przysłowiowego wariata, że niby tu za cicho, tu za głośno. W gruncie rzeczy chodziło mi o „puszczenie” utworu w obecności zbierających się na uroczystość nauczycieli. Zakumają czy nie zakumają? Żadnej reakcji. Z wyjątkiem byłego ucznia: „Pani to puści?” – zapytał z niedowierzaniem. „Jasne, to początek części artystycznej”. „I szkoła pozwoliła na taki utwór?” Uśmiechnęłam się.

I tak oto po nudnej części oficjalnej, w murach szacownego gimnazjum zabrzmiał rock w najlepszym wydaniu.

 

Uczniowie byli zachwyceni. Większość znała utwór. Zacne grono pedagogiczne też znało, ale chyba nie wiedziało, o co tak naprawdę biega w tym tekście. Jedynie pani od muzyki, młoda dziewczyna, pokiwała głową, a potem pogratulowała mi … odwagi.

I tak zrealizowałam swój bunt przeciwko szkole. Właśnie wówczas rozpoczynała się epoka „innej” szkoły. Od nauczycieli zaczęto wymagać setek programów, opisów, słynnych procedur. Pracowałam głównie w klasach integracyjnych. Tutaj papierologia sięgnęła szczytu. Na początku roku szkolnego dyrekcja zarządziła dostarczenie przez nauczycieli w wersji papierowej wszystkich w/w dokumentów plus kilku innych. Przyniosłam dyskietkę i oznajmiłam, że oczywiście mogę to wszystko wydrukować, ale to 170 stron… W owych stronach i programach zaczynał ginąć uczeń…

Zbuntowałam się również przeciwko swym kolegom – nauczycielom. Nieświadomi niczego wysłuchali szkolnego protest songu. Ot, taka zemsta polonistki, która słucha rocka i jest kibolem, zamiast wzdychać do poezji romantycznej…

I tak mi już zostało… Chłopak, który ustawiał mi wówczas „głośność” na sali gimnastycznej, jest dziś raperem. Bywam na koncertach PsG Kliki. Właśnie nagrali płytę. Premiera już wkrótce. Będę tam.

12371106_478105469066157_2445643663470029937_o