Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica

Na meczach się było….

Czas, w którym pojawiam się zimą w Wałbrzychu,  nigdy nie jest przypadkowy. Dyktuje go terminarz rozgrywek koszykówki ligi… tej, w jakiej akurat występuje mój ukochany „Górnik”. Była już ekstraklasa, I liga, ba, nawet trzecia. Teraz jest druga. W tym roku wybrałam tydzień, w którym moi koszykarze rozgrywali dwa mecze. Jeden u siebie, drugi na wyjeździe, ale całkiem blisko i swojsko, bo w Kłodzku.

236639_0___5503_31

W nowej koszulce z napisem „Ciocia Grażynka” zjawiłam się zatem na pierwszym meczu, z „Polonią Leszno”. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie. Miało być….   

Pierwszą kwartę przegraliśmy 10:25.  To jeszcze było do wybaczenia. Nasi zbyt lekko potraktowali rywala, zaraz się wszystko wyrówna, będzie ok. Tak mi się zdawało. Kiedy na przerwę schodzili do szatni przegrywając 28:37, pomyślałam zarozumiale: „Panowie, ja wiem, że przyjeżdżam do Wałbrzycha raz na rok, ale żeby być aż tak przede mną stremowanym….”. Ktoś z kibiców głośno zapytał „O co tu chodzi?”, inny dodał „Spokojnie, wystrzelają się i my zaczniemy zdobywać punkty”. Nikt się jednak nie wystrzelał. Ja co prawda miałam ochotę trochę postrzelać, ale zachowałam stoicki spokój, jak na starsza panią przystało. Mecz przegraliśmy 58:69. Ktoś po cichu zanucił początek hymnu polskich kibiców „Nic się nie stało…”, ale inny przywołał go do porządku, pokazał tablicę z wynikiem i puknął się w czoło. Jakiś głos obok mnie rzekł, że nasi mecz odpuścili, bo za parę dni spotkanie na szczycie i trzeba się do niego przygotować, a tak w ogóle to ten mecz nie miał większego znaczenia. Dla kogo nie miał, to nie miał, dla mnie miał.  A jeśli dla innych nie miał to, …nie wiem jak wy – ja nie uznaję „odpuszczanych” i nieważnych meczy. Każdy mecz ligowy jest tak samo ważny. Słowem, panowie daliście plamę i wnerwiliście mnie. Nie po to jechałam 600 km, by patrzeć na przegraną, która przegraną być nie powinna. A potem niektórzy mówią, że pijaństwo szerzy się wśród kibiców… Ale co zrobić po takim meczu…Poszliśmy na piwo. 

To było w sobotę, a w środę zjawiłam się w Kłodzku na meczu na szczycie. Naprzeciwko siebie stanęły dwie najlepsze w tabeli drużyny. Najpierw westchnęłam. Czy kiedyś przypuszczałam, że mój „Górnik” będzie grał w kosza jak równy z równym z drużyną z Kłodzka…

Kłodzko to dla mnie ciche, sympatyczne miasteczko, w którym spędzałam część dzieciństwa. W małym domku przy ulicy Kromera mieszkała babcia, dwie ciocie. W ogrodzie rosły piękne róże, a wujek hodował króliki. Moi starsi cioteczni bracia odganiali mnie od siebie, bo małolata im przeszkadzała. Ale czas minął i oto cioteczny brat przyjmuje mnie u siebie w domu, a „Górnik” gra z „Doralem – Nysą” Kłodzko.

Tym razem nikt plamy nie dał, mecz był zacięty, moi co prawda przegrali po dogrywce jednym punktem 68:69, ale wygrała koszykówka. Nysę dopingowali młodsi kibice, co to nawet chcieli nas – starych wyjadaczy sprowokować. Co prawda nie wiem do czego, ale znaczna ich część przyszła  na mecz swojej drużyny po dwóch kwartach, w szalikach klubu, którego kibice Górnika delikatnie mówiąc, nie lubią. Służby porządkowe czuwały. Ktoś wyciągnął kamerę, „skamerował” skład grupy, skierowano ją w inną część hali i był spokój. Spod hali wyjechaliśmy w asyście trzech radiowozów. Jeden dowiózł nas do samego Wałbrzycha „Czyżbym była aż tak niebezpieczna (straszne), a może jestem aż tak cenna (zarozumiałe)?” – pomyślałam i spokojnie poszłam spać. Szkoda przegranego meczu, szkoda kilku straconych okazji do zdobycia tych dwóch punktów na wagę zwycięstwa, ale jak mówi od blisko osiemdziesięciu lat bohaterka powieści Margaret Mitchell – Scarlett O’Hara „Życie się dzisiaj nie kończy”. Rozgrywki sportowe ciągle trwają.