Frankenstein i inni, czyli Halloween czas zacząć!

orgazm_zastepczy2

 Od paru dni atakowana jestem przez wszystkie strachy z Halloween. Otwieram portal społecznościowy, jeden, drugi, trzeci – Freddy  Krueger… otwieram stronę z bieżącymi wiadomościami, jedną, drugą…. Frankenstein, Dracula… I tradycyjnie boję się otworzyć lokówkę, bo jeszcze Lucyfer mi wyskoczy. Czy to zakrojona na wielką skalę promocja Halloween? Nie, wprost przeciwnie. To przeciwnicy owego święta ostro wzięli się za jego negatywną promocję. Wszędzie nawołują, by nie obchodzić, nie świętować, nie czcić. Gdyby nie oni, pewnie większość zapracowanych ludzi nie wiedziałabym, że  przyszedł czas na duchy, strachy, zombie i tym podobne stwory. Zwłaszcza, że straszeni jesteśmy na co dzień, więc jakieś wyimaginowane postacie nie robią na nas większego wrażenia. Zatem będziemy mieć Halloween. Będzie 31 października. A 1 listopada będziemy mieć Święto Zmarłych, Zaduszki, Wszystkich Świętych – nazwy traktowane wymiennie, chociaż w rzeczywistości każde oznacza coś innego. Nie będę rozwodziła się nad pochodzeniem nazewnictwa. Poczytajcie sami, jak macie ochotę.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Wszystkich_%C5%9Awi%C4%99tych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Dzie%C5%84_Zmar%C5%82ych


https://pl.wikipedia.org/wiki/Zaduszki

W każdym razie owego 1 listopada idziemy na cmentarz, dekorujemy groby, kto wierzący modli się za dusze zmarłych. W Polsce jest to poważne, rodzinne święto. A tymczasem, zanim nastał Kościół Katolicki, zmarłych też czczono i co ciekawsze – czyniono to jesienią. Wtedy, kiedy Kora opuszczała swą matkę i udawała się do Hadesa (u). Bogini urodzaju Demeter zaczynała płakać, a ziemia przestawała rodzić plony… Bo jesień to taka pora, w której świat zdaje się usypiać, umierać… drzewa tracą liście … na polach nieruchome skiby ziemi czekają na lepszy czas… No i tak poetycko można by dalej. W każdym razie jesień to najlepszy czas, by wspominać Zmarłych.

Jak wygląda to w Polsce – wiemy. Ale nie tylko Polska jest na świecie. Inni też mają prawo do swojej formy jesiennego zwyczaju.

Tacy Litwini odprawiali Dziady. Nasz narodowy wieszcz napisał na ten temat kilka niezłych tekstów, które są w wykazie lektur obowiązkowych. Linka do lektury chyba nie trzeba …

A tacy Celtowie wydumali, że zrobią Halloween.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Halloween

I jedni i drudzy zapraszali na swe impry duchy z zaświatów. Podobieństw jest zresztą więcej. W każdym razie tylko dzięki Mickiewiczowi, nie potępiamy pogańskich Dziadów. Natomiast na Halloween wysypuje się każdego roku fala hejtu.

I właściwie nie wiem dlaczego.

Zaduszki to impreza, pfu, jaka impreza, to święto pełne powagi, zadumy, refleksji nad przemijaniem. Halloween – po prostu dobra zabawa! Oto dwie zupełnie inne, no właśnie brakuje mi odpowiedniego słowa … może – Zaduszki to święto, Halloween – impreza. Świętujemy czcząc, bawimy się – jedząc i pijąc. Oczywiście święto też może być imprezą, a i impreza świętem. Ale wcale nie muszą oznaczać tego samego.

Dlaczego celtycka impreza przyjęła się w Polsce, zwłaszcza wśród młodych?  Według mnie odpowiedź jest jasna – większość naszych świąt jest poważna, a ludzie chcą od czasu do czasu igrzysk.

Takie święto związane z odzyskaniem niepodległości – 11 Listopada to wspominanie poległych, obowiązkowo msza, cmentarze i pomniki. Totalny brak radości. A na zgniłym Zachodzie – fajerwerki, zabawy, festyny. Ludziska się cieszą, ze ojczyzna wolna.

Radosne Boże Narodzenie  poprzedza adwent – poprzez pokutę i umartwianie przygotowujemy się do radości. Trwa to kilka tygodni, a święto – dwa dni ( u nas, na świecie jeden). Podobnie z Wielkanocą, świętem, które powinno kipieć od radości i zadowolenia. Najpierw 40 dni postu, a potem jeden dzień świąteczny. Oj, brakuje nam radosnych świąt, oj brakuje.

Dobrze, że reaktywowano orszak trzech króli, kolorowy przemarsz ulicami miasta.   
https://pl.wikipedia.org/wiki/Orszak_Trzech_Kr%C3%B3li

Oby tylko radosnym pozostał, bo ostatnio w jego trakcie słyszałam ponownie nawoływania do pokuty, bo ludzie grzeszą, oj grzeszą.

Nieźle jest też 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego. Gdyby nie nadęte przemówienia polityków, można by uznać to święto za radosne. Dobrze, dobrze wszyscy pacyfiści, nie zgadzacie się, macie prawo…

W naszej tradycji częściej czcimy klęski powstań i rocznice śmierci. Tego nie da się czcić hulankami i swawolami.

Halloween niczego i nikogo nie czci. Jest typowo umowną imprezą, mającą na celu dobra zabawę. Nic poza tym.

I jeszcze jedna uwaga – polityczna. Za komuny mówiono, że Zachód i jego kultura to zgnilizna, rozpusta, pornografia, Sodoma i Gomora. A tymczasem w latach osiemdziesiątych walczono, by jak najszybciej do tego Zachodu się dostać, bo tam była wolność.  Halloween to przykład tej wolności. Chcieliśmy kontaktu z cywilizacją zachodnią to ją mamy. W postaci wielkiego Frankensteina. 

Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Jak to ze zjednoczeniem Europy bywało…

Unia_Europejska_przyciaga_6803420

 

Siedzę sobie w domu, za oknem wiatr o charakterze afrykańskim, czyli upalny, będzie burza, piję sobie wodę gazowaną (na złość wszystkim zalecającym niegazowaną) i tak myślę o tej naszej Unii… Europa zawsze chciała się zjednoczyć. Od dawien dawna byli ludzie, co to chcieli pod jednym sztandarem integrować wszystko i wszystkich. Poczytałam trochę, porobiłam notatki metodą „kopiuj, wklej” i pomyślałam sobie, że Wam je przedstawię.

Zacznijmy od takiego Aleksandra Wielkiego, zwanego Macedońskim. W 334 roku p.n.e pokonał Persów, następnie podbił Tyr w Fenicji, a później Egipt, gdzie kapłani ogłosili go faraonem. Marzył on o stworzeniu wielonarodowościowego grecko-perskiego imperium. W ramach integracji zachęcał swych żołnierzy, aby poślubiali perskie kobiety. Sam pojął za żonę księżniczkę perską – Roksanę. Marzył o zjednoczeniu całego ówczesnego, znanego mu świata. Ale w wieku zaledwie 33 lat zmarł w Babilonie i ze zjednoczenia nic nie wyszło…

Potem był drugi facet, zwał się Juliusz Cezar. Zjednoczenie rozpoczął od połączenia ludów półwyspu apenińskiego. A potem to już wiemy, był nawet Egipt i Kleopatra. Julek życie stracił w Rzymie, a jego imperium nadal trwało, ale wreszcie, w wyniku picia z naczyń z brązu i przedostawania się trujących związków do organizmów oraz rozwiązłości seksualnej poszczególnych cezarów, cesarstwo padło.

Nadeszło chrześcijaństwo, które też miało ambicje połączenia ludów Europy. Bo religia ta narodziła się, jak wiemy, w Azji graniczącej z Afryką, ale do potęgi doszła dopiero w Europie. Dążenia duchownych wyższego szczebla nawet miały szanse powodzenia, ale najpierw jedna schizma, potem druga, Marcin Luter i z jednego pnia wyrosło wiele gałęzi, znaczy się religii. A te jakoś nie dały się ponownie zjednoczyć.

W międzyczasie zjednoczenia Europy próbowali Karol Wielki i Otton III.

Teoretykiem – prekursorem naszej UNII był Pierre Dubois (ok.1250-ok.1312). Swe poglądy zawarł w dziele „O odzyskaniu Ziemi Świętej”. Przedstawił w nim koncepcję ustanowienia respublicae christianae (republiki chrześcijańskiej), federacji suwerennych państw europejskich pod przywództwem Francji. Ta ponadnarodowa organizacja rozstrzygałaby spory wewnętrzne w Europie oraz stanowiła obronę przed wrogami z zewnątrz (pewnie Arabami i Azjatami). Konflikty miał rozstrzygać międzynarodowy trybunał rozjemczy składający się z sędziów duchownych i świeckich. W ideologii połączonej Europy grzebał się też król Czech Jerzy z Podiebradu (1420-1471). Opracował projekt utworzenia Ligi Pokoju, związku chrześcijańskich państw Europy. Na początek w Lidze miały znaleźć się Burgundia, Bawaria, Czechy, Francja, Polska, Wenecja i Węgry.  

Można również wspomnieć o Stanisławie Leszczyński (1677-1766), który postulował utworzenie Ligi Narodów, związku państw europejskich, stojącego na straży pokoju i współpracy na kontynencie.

Wreszcie docieramy do prawdziwego asa europejskiego – Napoleona.  Opanował praktycznie całą Europę. Nawet dał Polsce jakąś namiastkę państwowości – Księstwo Warszawskie. I gdyby na tej mini Polsce się zatrzymał, może dziś wszyscy bylibyśmy mieszkańcami państwa warszawskiego, zarządzanego z Paryża. Ale zachciało mu się Rosji. I to był błąd. Tego błędu nie popełniają dzisiejsi zarządzający UNIĄ. Oni Rosji nie chcą, bo boją się, że wszystko może skończyć się jak w XIX wieku.

Potem była idea komunistyczna – „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” przeciwko wyzyskowi. Koniec znamy. Nie ma komuny, nie ma zjednoczenia Europy przeciwko wyzyskowi.

Ciekawą postacią w teoretycznych wizjach jednoczenia starego kontynentu jest  Richard Coudenhove-Kalergi (1894-1972). Ten urodzony w Tokio syn austriackiego dyplomaty (matką była Japonka) miał swoje polskie korzenie. Jego prababką była Polka Maria Kalergis, ukochana Norwida, ulubiona uczennica Chopina. Coudenhove-Kalergi był zwolennikiem XIX-wiecznej koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy. Widział on Europę zjednoczoną „od Polski po Portugalię” Również nie było tu miejsca dla Rosji oraz uwaga! dla Wielkiej Brytanii.

A w XX idee jednoczenia rozwinęły się tak szybko, jak ówczesna technika. Najpierw była Liga Narodów – powstała 28 czerwca 1919 roku.  Celem Ligi Narodów było utrzymanie pokoju i współpracy na świecie. Wszyscy mieli się jednoczyć, pokojowo rozmawiać, nawiązywać wszelaką współpracę. Tacy wysocy urzędnicy tej Ligi mieli pilnować na przykład takiego Gdańska, żeby ani Polacy, ani Niemcy nie ograbili. Nie udało się.

Potem było ONZ, choroba jeszcze jest…

Aha, w Europie powstały dwie rady: w 1958 Europejska Wspólnota Gospodarcza – skupiała państwa bloku zachodnio-kapitalistycznego oraz od 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej blok wschodni-komunistyczny. I te też się skończyły, bo nadeszły inne czasy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiaj mamy UE… Ciekawe, jak to się skończy… Jak na upalny wieczór – wystarczy. Zaczyna grzmieć…

 

 

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Blog otwarty w sprawie emerytów

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i Kandydatki!

Obserwując, śledząc, inwigilując Wasze poczynania w czasie kampanii wyborczej, w trakcie obrad na sali, przy różnych stołach, podczas wystąpień mniej lub bardziej ważnych, stwierdzam z przykrością, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę, (o sekundach nie wspomnę) robi mi się coraz bardziej smutno, przykro i w ogóle…

Bo jest tak: cała podzielona politycznie Polska prowadzi dyskusje na temat komórek jajowych i plemników, kłóci się o zapłodnienie in vitro, o życie poczęte, kredyty dla młodych i czas przejścia na emeryturę.

A co potem? A co z tymi, którzy już niczego nie poczną, ani się nie zapłodnią, na kredyty się nie łapią, ze względu na wiek i niskie dochody, a na emeryturę już przeszli?

Czy zauważyliście, że w Waszych wypowiedziach, przemówieniach, obietnicach i planach na przyszłość nas – emerytów po prostu najzwyczajniej nie ma?!

z10707396Q,Pomoc-spoleczna

Emeryt pojawia się głównie wtedy, kiedy mowa o jego emeryturze i obciążeniu nią budżetu państwa.

Emeryt pojawia się, gdy mowa o kiepskiej formie szpitali, też finansowej oczywiście.

Konieczność wypłacania emerytur, tych obecnych i tych przyszłych, to cios dla gospodarki, przyczyna jej zahamowania, a nawet możliwość doprowadzenia do bankructwa państwa. Przecież emeryt, obecny i przyszły, depresji może się nabawić słuchając i czytając takie teksty. Świadomość, że przez niego upadnie wszystko i nie będzie nic, doprowadzić może do samounicestwienia.  

Kandydaci i kandydatki!

Prezesi, szefowie i przewodniczący!

Laides and Gentelmen!

Nie potraficie nawet ustalić jednakowej dla wszystkich miast ulgi na przejazdy komunikacją miejską. Przebywając w mieście Z. byłam świadkiem przejmującej sceny. Oto autobusem miejskim jechała pani w wieku 74 lat, pochodząca z innego miasta. Dostała się w kleszcze tzw. „kanarów”. Pani nie miała biletu, gdyż w jej miejscowości ludzie w wieku powyżej siedemdziesiątki jeżdżą za darmo. Oczywiście wypisano jej mandat za jazdę bez biletu – 300 zł i pouczono, że powinna sprawdzić warunki jazdy bez biletu w … internecie!

Szukałam w swojej okolicy czegoś dla siebie jeszcze młodej i energicznej emerytki. Bo dla dzieci i młodzieży atrakcji sporo. Warsztaty teatralne, wokalne, zajęcia sportowe w różnych dyscyplinach sportu, w szkole różne kółka zainteresowań, byleby tylko młódź chciała korzystać… Za darmo. Dla seniorów znalazłam zajęcia plastyczne – malowanie na szkle, szydełkowanie, wykłady z historii miasta.  Część za odpłatnością. Do szydełkowania i malowania serca nie mam. Historię miasta znam na wylot, sama uczyłam jej  w szkole. Oczywiście była gimnastyka i pływanie dla takich jak ja, ale też wysoko pełnopłatna. Radocha. Oczywiście były ulgowe bilety na koncert, ale muzyki poważnej lub ludowej. A ja chętnie bym tak posłuchała dobrego rocka. Wszak moje pokolenie wychowało się nie tylko na Bachu. Za naszych czasów grali już Rolling Stonesi i AC DC. No niestety, jakoś hardrock z emerytami się nikomu nie kojarzy, a powinien… Bilety ulgowe w większości przysługują dzieciom i studentom. Wszak młode pokolenie musi się rozwijać. Stare – zwijać. Koleżanka powiedziała mi, że marudzę i mam się cieszyć, że w ogóle ktoś coś  dla seniorów robi. Nie będę się cieszyć. Foch i tyle!

Czyżby tylko Jurek Owsiak ze swą Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy pamiętał o ludziach wymagających troski ze względu na wiek? Coroczna zbiórka na oddziały geriatryczne jest jedyna akcją przypominającą społeczeństwu o seniorach.

Kościół Katolicki też ostatnio tylko o poczętych i nie poczętych …

Druga w tym roku kampania wyborcza, a tu o emerytach cisza. Wynika z tego, że najważniejsze, to wysłać człeka na tę emeryturę i mieć go z głowy.

Dobrze, nie będę już marudziła. Obracam się w kręgu jeszcze zdrowych i pełnych chęci do życia emerytów, takich na miarę XXI wieku. Zawsze coś się uda zorganizować, zrobić jakąś zrzutkę i wyjechać, niekoniecznie na pielgrzymkę. Bo jak emeryt sam sobie czegoś nie zorganizuje, to nikt mu nie pomoże, dobrze, za ostro – mało kto mu pomoże.

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i kandydatki!

Póki co, nie mam na kogo zagłosować w wyborach parlamentarnych. Wszystkie partie mnie olewają. Chyba ja też je oleję i pójdę sobie na spacer. Z kijami. W ramach relaksu i samoobrony przed skutkami emerytury. 

 moja twórczość literacka www.czarownice.kosz.pl

polecam zakładkę „Sceny erotyczne z życia emerytów”

Pociąg ze złotem wspomnień…

mapa2a

6 września 2015 – A wałbrzyski sen trwa i trwa i końca nie widać… przypominam zatem swój tekst z początku gorączki złota w moim mieście! 

Takiego wydarzenie jeszcze w moim życiu chyba nie było… Przez dwa dni, w radio, telewizji, internecie gościło najbardziej magiczne dla mnie ze wszystkich słów – mój jedyny, ukochany rodzinny WAŁBRZYCH. Wszystko za sprawą złota w pociągu, który jechał kiedyś w stronę mego miasta i nie dojechał. A było to w czasach II wojny światowej, kiedy znajdujące się w pobliżu Góry Sowie przekopano wzdłuż i wszerz. Zresztą, co ja tam będę pisała… chcecie się dowiedzieć, poczytajcie, posłuchajcie, obejrzyjcie.

 


http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,18595984,zloty-pociag-utknal-na-dolnym-slasku-wladze-gotowe-do-dzialan.html

Z wałbrzyskimi zagadkami związane są jedne z najmilszych moich wspomnień. I muszę się nimi podzielić, właśnie teraz, kiedy o Ziemi Wałbrzyskiej tyle się mówi. Jestem wałbrzyszanką, które w wyniku różnych okoliczności i ku własnej rozpaczy, znalazła się poza miejscem urodzenia. Jako że życie pisze różne scenariusze, do Wałbrzycha już nie wróciłam… ale wspomnienia dzieciństwa i wczesnej młodości pozostały. Te o skarbach też…

klasa viii b

 

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy byłam uczennicą ósmej klasy podstawówki, w drugim półroczu, dostaliśmy nowego nauczyciela historii. Człowiek od początku był… po prostu inny. Jego metody nauczania też były …dziwne. Zapisywaliśmy temat lekcji, pan trochę pogadał, wskazał strony w książce, na których ów temat się znajdował, a potem zaczynał opowiadać. O czym to on nam nie opowiadał… o zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, o V Kolumnie, o V1 i V2, o…. wielu innych rzeczach. Oczywiście w podręczniku te wiadomości znajdowały się, ale opowieści nauczyciela były zdecydowanie ciekawsze. Byli i tacy uczniowie, którzy głównie cieszyli się, że nie ma klasówek i odpytywań. Ja byłam w grupie, która wchłaniała w siebie pasjonujące historie związane z II wojną światową. I tak od wielkich podręcznikowych wydarzeń nasz nauczyciel doszedł do historii Dolnego Śląska, terenów znajdujących się przed 1945 rokiem w  granicach Rzeszy. Dowiedzieliśmy się, że blisko nas jest też wielka historia. Tajemnicza historia. Najpierw zamek Książ, historia księżnej Daisy  i podziemne lochy. Potem Góry Sowie. Historia więźniów z Głuszycy. Opowieści o strzegących tajemnicy ludziach… jeśli ktoś niepowołany zbyt daleko zabrnął w tunelach pod Walimiem – ginął z ich ręki. W UFO nikt nie wierzyła, ale historia tajemniczego pociągu, który wywiózł z twierdzy Breslau wielki majątek niemiecki i zginął gdzieś na trasie Świebodzice – Wałbrzych była wielce prawdopodobna. A może w sowich sztolniach znajduje się Bursztynowa Komnata?

Okazało się również, iż nasz historyk był  nie tylko wspaniałym gawędziarzem, ale również turystycznym przewodnikiem, wybitnym znawcą całego regionu. Posiadał odznaki turystyczne, prowadził wycieczki po wałbrzyskich górach. Oczywiście namówiliśmy go na jedną, taką pożegnalną… kończyliśmy właśnie podstawówkę…

bal 2

pożegnalne spotkanie ósmoklasistów…

Wybraliśmy się na pieszą wycieczkę właśnie w Góry Sowie. Przed wymarszem dostaliśmy instrukcję jak mamy iść, jak się zachowywać na trasie, którędy ona prowadzi.  Posługiwania się mapą i kompasem, oznakowania tras turystycznych nauczyliśmy się wcześniej… na lekcjach historii.

Oczywiście nie bylibyśmy nastolatkami, żeby nie narozrabiać… Tym bardziej, że pan od historii był jedynym naszym opiekunem i szedł z przodu. Komuś zachciało się zapalić, ktoś chciał wypić wino…I silna grupa pod wezwaniem pozostała w tyle. Popełniliśmy największy z błędów na turystycznej trasie – straciliśmy z oczu  naszych kolegów. Kiedy jedni wypalili, drudzy wypili, postanowiliśmy resztę dogonić. Ujrzeliśmy ich nagle na jednym z zakrętów. Skróciliśmy sobie zatem drogę idąc na skróty przez las. Bo bliżej. Gdzie wyszliśmy – nie wiemy. Droga się skończyła. I o dziwo, nie spanikowaliśmy. Ktoś stwierdził, że trzeba wyjść na najbliższe wzgórze i poszukać przewodów elektrycznych. Tam jest zawsze jakaś cywilizacja. Znalazły się druty, a u podnóża – wieś. Przepytaliśmy jej mieszkańców i okazało się, że wsi Glinno nie było w ogóle na trasie naszej wycieczki. Ale stąd blisko do Walimia, który co prawda był na trasie jutrzejszego dnia, ale można zajrzeć do miasteczka wcześniej. W Walimiu zaczęło padać. Znaliśmy cel naszej wędrówki, ale jakoś nie uśmiechało się nam iść w deszczu. Zajrzeliśmy na plebanię. Księdzu proboszczowi powiedzieliśmy prawie całą prawdę (przemilczając papierosy i wino). Na dwie tury zawiózł nas do Rzeczki, gdzie nasza wycieczka miała zamówiony nocleg…

Byliśmy pierwszymi, którzy dotarli do noclegowni. Reszta dołączyła później. Pani od historii obejrzał nas dokładnie, stwierdził, że nic nam się nie stało i …dał nam święty spokój. Żadnych nagan, żadnego krzyku, żadnych konsekwencji… Była za to kolejna opowieść o walimskich sztolniach, które mijaliśmy jadąc z księdzem Fiatem 125 P.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zrobiło się głośno o tajemnicy Gór Sowich, uśmiechałam się. Kiedy powstał serial „Tajemnice twierdzy szyfrów” też się uśmiechałam. Teraz, kiedy mowa o złotym pociągu, również się uśmiecham. Przecież ja o tym od dawna wiem… Fajnie odkurzyć dzieciństwo… Fajnie przejechać się pociągiem ze złotem… prawdziwym złotem … dzieciństwem.

Odwiedzajcie Wałbrzych i jego okolice. Jeśli pociąg zostanie odnaleziony, jest tam jeszcze kilka skarbów do odkrycia! 

Riese … odkrywany w dzieciństwie jest dziś celem wycieczek…

 

Niech żyje wolność !

Wielkimi krokami zbliża się sierpień i kolejne wybory. Odmieniane w wszelkiego rodzaju koniugacjach i deklinacjach, związkach zgody, rządu i przynależności słowo „wolność” zaczyna królować w naszym słowniku.

Mamy zatem wolność wywalczoną, wolność polityczną, wolność demokratyczną oraz wolność swobodną. Ta ostatnia zdecydowanie prowadzi do anarchii, bo traktowanie dosłowne hasła „Róbta, co chceta” sieje totalne zamieszanie. Wszak każdy chce, czego innego, gdyż każdy jest inny.

Wolność demokratyczna oznacza, że wolni są ci, co mają większość. Im wolno więcej, ponieważ idą w tłumie. Do czego taka wolność prowadzi, nie będę dziś mówić. Wszyscy wiemy.

Wolność polityczna pozwala nam mówić, co myślimy o politykach, byle by tylko nie ubliżać im, bo to grozi karą bez zawieszenia.

1781890_717555568275299_1228438177_n

Wolność wywalczona tylko pozornie jest wolnością najbezpieczniejszą. Kiedyś jej nie było, teraz jest. O takiej wolności mówią ci, którzy ją wywalczyli. Zdarza się jednak, że o tego typu wolności mówią obecnie walczący o wolność, którą trzeba obecnie wywalczyć, by wolność była wywalczona.

Dobra, dosyć tej deklinacji i koniugacji. Zabierzmy się za historię.

Kochani, pełna wolność nie istnieje! Mamy tylko jakieś jej elementy, a jeśli są to tylko cząstki czegoś, to tego na dobra sprawę nie ma!

Człowiek nigdy nie był wolny. Już w raju dostał zakaz zrywania owoców z wiadomego drzewa. Potem dostał dekalog, jeszcze potem był Kodeks Hammurabiego, prawo greckie, prawo rzymskie… Dziś, oprócz kilku dżungli w postaci papierowych kodeksów prawnych, mamy przebój dzisiejszych czasów – procedury: mycia rąk w restauracji, obierania ziemniaków, traktowania własnych dzieci, zabawy w piaskownicy…Do tego dochodzi pochodząca z monarchii etykieta: temu kłaniaj się tak, tamtemu inaczej, z tym rozmawiaj dłużej, z tym mniej… 

Oczywiście, że możemy w wyborach głosować, na kogo chcemy, ale i tak po wyborach jesteśmy skazani na wolność demokratyczną, która wcale nie musi być naszą wolnością. Wolne wybory polityczne na szczęście są tajne i możemy się zawsze wyprzeć, na kogo to głosowaliśmy.

Gorzej z wyborami światopoglądowymi, znaczy się wyznaniowymi. Tu już musimy jasno określić swój wolny wybór i stać się jego… niewolnikiem. Większość religii ma bowiem charakter hierarchiczny. „Duchownych i osoby konsekrowane w Kościele katolickim obowiązuje posłuszeństwo. Odróżnia się hierarchię duchowieństwa od funkcji i godności kościelnych. Jest to podział analogiczny jak w wojsku, gdzie od stopni wojskowych (szeregowy, kapral czy generał) odróżniamy funkcje (dowódca, artylerzysta, pilot) czy też stanowiska (szef sztabu, naczelny wódz) „ – to nie ja, to Wikipedia.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_ko%C5%9Bcielna
 

W wojsku, jak wiadomo, wolności nie ma. Jest rozkaz. W kościele jak widać też tak jest. Od dawna niepokoi mnie fakt, że to właśnie kościół najczęściej mówi o wolności, kazał (lub każe?) o nią walczyć…

Pamiętam przecież, że najbardziej zniewolona czułam się pracując w szkole… katolickiej. Nic dziwnego. Przepisy i procedury wydawane przez księdza rządzącego były nie do podważenia.

Ostatnio w ramach ochrony młodego pokolenia przed pedofilami, dilerami i złodziejami, szkoły zamykane są podczas przerw między lekcjami. Taki uczeń jak przed ósmą wejdzie do budynku, to wyjdzie dopiero po zakończeniu lekcji. Jestem z pokolenia, które podczas przerw wychodziło na szkolny plac. Ba, w czasie dobrej pogody, nauczyciele wyganiali nas z budynku na boisko, po to, byśmy odetchnęli świeżym powietrzem. Dzisiejsza młodzież czuje się w szkołach zniewolona i marzy o jak najszybszym wejściu w dorosłe życie. Dzieciaki naiwnie wierzą, że dorosłość oznacza wolność. Zawsze uświadamiałam im, że jest wprost przeciwnie. Zamknięcie w szkolnym budynku to nic w porównaniu z piętnastominutową przerwą na śniadanie, walką o wyjście do toalety, rozliczanie z efektywnością pracy w porównaniu z czasem pracy, mobingiem, molestowaniem, zakazami, nakazami i wyjazdami integracyjnymi.

Gdzie ta wolność?



I wtedy mówię małolatom, że istnieje jeszcze jeden rodzaj wolności – wolność wyboru. Mogą przecież staranować woźną pilnująca drzwi wejściowych do szkoły, mogą wybić szybę, mogą ukraść klucze i wyjść na przerwie na świeże powietrze. Tyle tylko co im z tej wolności wyjścia wówczas przyjdzie?   

Aha, a co z moją wolnością? Właściwie jestem wolna od momentu przejścia na emeryturę. Nie mam obowiązków, o forsę się nie muszę martwić, bo mam jej niewiele, piesek zdrowo się chowa, kataklizmy omijają moją działkę, nawet nad morze we wrześniu jeżdżę…

gniew ocenu

Mogę więc sobie zanucić refren …



 

Coś mi tu nie gra….

Niby wszystko w porządku i OK. Pogoda w normie, raz pada, raz świeci. Cukier we krwi też w normie. Pies nadal szczeka na dzieci i facetów. Emerytura ciągle taka sama….

Powinnam być happy… Ale coś mi tu nie gra….

Spotykam koleżankę. Narzeka na świat i na ludzi. Może ma powody, nie wnikam. Ale ona wnika. Głośno twierdzi, że na polityce się nie zna, po czym rozpoczyna wykład agitujący na rzecz jednej z partii. Mówi długo i namiętnie. Rozkłada stan gospodarki na czynniki pierwsze. Przytacza argumenty „za”, podaje przykłady medyczne typu „ Jak długo czekałaś na wizytę u diabetologa”. Obalam jej argument. Moja cukrzyca jest jeszcze na etapie lekarza rodzinnego. Oczywiście koleżanka ma inne argumenty agitacyjne, ale co trzy zdania rozwinięte, wielokrotnie złożone twierdzi, że na polityce się zupełnie nie zna.

Moja sunia chwyta sens, a właściwie bezsens monologu i zaczyna szczekać na parkującego obok sklepu rowerzystę. Wyjaśniam, że muszę iść, żeby psa nie denerwować.

Oj, coś mi nie gra w wypowiedzi znajomej….

Wiadomości. Oto w tramwaju na Pradze- Południe pobiły się dziewczyny. Uczeń popełnia samobójstwo. Dziewczyna po wyjściu ze szkoły wpada pod samochód.

Masa komentarzy. Większość przypisuje winę … szkole. Nie nauczyła, nie wychowała. Źli nauczyciele, złe programy, zła dyrekcja. Trzeba kontrolować i wymagać.

Coś mi tu nie gra…

Sama pracowałam w szkole i jakoś nie mogę przypomnieć sobie, żebym uczyła dziewczyny agresji. Wprost przeciwnie. Na przedmiocie zwanym językiem polskim, podczas omawianie „Krzyżaków” mocno podkreślałam, że pojedynek Zbyszka z Rotgierem to nie wzór do naśladowania, tak załatwiano sprawy w średniowieczu, teraz mamy XXI wiek…  Jeśli uczniowie dokuczali innemu, interweniowałam. Rozmawiałam. Ba, nawet krzyczałam. Niektórzy czuli się wówczas niekomfortowo. Skarżyli się, że podnoszę na nich głos, bo powinnam spokojnie, pedagogicznie. Kiedyś można było powiedzieć uczniowi, że jest tumanem. Dziś nawet określenie „dziecko wiatru i kurzu” może obrazić uczucia nastolatka. Nie mówię. Nie znam również nauczyciela wpajającego uczniom nienawiść lub uczącego agresywnych zachowań podczas lekcji matematyki czy geografii. Czynią to inni ludzie, w innych okolicznościach. Dlaczego więc o wszystko, co złe, obwinia się szkołę?

Coś mi tu nie gra….

Ustawa o in vitro wzbudza emocje. Nie zawsze zdrowe. Kilku senatorom za syndrom ocaleńca i wrota piekieł, jestem w stanie wybaczyć. Ich wybór na funkcję doradcy rządzącym to klasyczny przykład błędu statystycznego lub wyjątek potwierdzający regułę. Ale chwilami aż się prosi o brzydki komentarz, że PRL wiedziała co robi, nie powołując senatu do życia… Brr, groźnie się zrobiło… Niestety, sama jestem ocaleńcem (czwarta ciąża mamy, choć  bez in vitro) i muszę oświadczyć, że  przypisywanego mi syndromu nie mam, ale mam prawo do własnego zdania tak, bo ….

Coś mi tu nie gra.

Najbardziej zadziwiają mnie jednak osoby związane z Kościołem, które mają być reprezentantami Boga na naszym ziemskim padole. Oto na Jasnej Górze, symbolu polskiej wiary w Boga, ktoś pięknymi słowami, starannie zbudowanymi zdaniami nawołuje do wystąpienia przeciwko rodzicom, którzy ponoszą winę za urodzenie dziecka z in vitro. „Za to odpowiedzą dorośli przed Bogiem” – którzy? Bóg i Chrystus kazał kochać innych, wszak powiedział „Będziesz miłował swego bliźniego, jak siebie samego”.

noworodek-17780527

Coś mi tu nie gra…

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego samotna matka porzucona przez męża, nie może być pełnoprawnym członkiem Kościoła Katolickiego. Nie może przystępować do komunii, być matką chrzestną… tylko dlatego, że nie sypia ze swoim mężem? A może powinna napaść na niego i po prostu go zgwałcić?

Ojej, chyba posuwam się ciut za daleko… na dziś wystarczy. Włączę jakąś płytę. Tam wszystko dobrze zagra.  

stara płyta

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl