Będą legendą….

20061102134847_img_9712

Kłomino – foto internet

Kiedyś, dawno temu, prawie przed potopem, człowiek szedł rano do pracy, w kiosku Ruchu kupował gazetę. W pracy czytał tę gazetę w towarzystwie drugiego śniadania, znaczy się herbaty Ulung i kanapki z mielonym.

Teraz czasy się zmieniły, człowiek się zestarzał. Wstaje rano, wyprowadza psa, parzy kawę, włącza laptopa i czyta, popijając Jacobsa Kronunga.

I właśnie usiadłam do popijania i czytania. Oczywiście najpierw gazety, znaczy się portale informacyjne. Trzeba sprawdzić ilu generałów nie będzie miała polska armia, bo walka o tron w naszym kraju trwa nadal. Taki temat dnia. Normalka, zawsze być musi. Potem portal zwany społecznościowym. I tu dopiero prawdziwa rewelacja!

„Polska Akademia Nauk opublikowała listę 122 miast, którym grozi zapaść społeczna i gospodarcza. Analiza Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN powstała na potrzeby rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Oto na 255 miast średniej wielkości aż 122 padnie na zawał lub udar lub będzie w najbliższym czasie miało wylew. Sytuacja wręcz dramatyczna. Przecież to połowa, no dobrze, nie przeginajmy, ale duża część naszego państwa. Jeśli padnie, to co zostanie? Warszawa? Kraków? Wrocław? Czy te miasta pomieszczą mieszkańców 122 padniętych miast?

Masa pytań zaczęła mi w jednym momencie przychodzić do głowy. Czeka nas kataklizm narodowy? Które miasto mam wybrać do osiedlenia się, bo moje znajduje się na czarnej liście? Kto mnie przygarnie? Wszak nawet nie sprzedam swego M, bo kto zechce kupić M w padniętym mieście?

O, może wyprowadzę się do Jeleniej Góry… byłam tam kilka razy. Miasteczko ładne, blisko uzdrowisko, (o, nawet się rymnęło) góry, w koszykówkę grają… Nic z tego. Jelenia jest na liście na 41 miejscu w rubryce „silna utrata funkcji, niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”. Szukam dalej w myślach…. gdzie by tu…. Mam! Kłodzko! Moja rodzina tam mieszka, domek mają. Może dobudują oficynkę i pozwolą dożyć ostatnich dni… Też kicha. Małe, sympatyczne miasteczko jest na 59 miejscu w rubryce „ utrata funkcji, mocno niekorzystna sytuacja społeczno-gospodarcza”.

Nie tędy droga. Trzeba przejrzeć całą listę.

I proszę jakie miasta się tam znajdują:

  • Zambrów – wspaniały szpital, o którym pisałam;
  • Zakopane – oblegane przez turystów;
  • Augustów – jak wyżej;
  • Zabrze – dlaczego?

Zresztą, co ja Wam będę wymieniała… sami sprawdźcie


http://samorzad.pap.pl/depesze/redakcyjne.praca.akty/176437/122-miast-srednich-tracacych-funkcje-spoleczno-gospodarcze

Do Warszawy nie pojadę… ostatnio byłam 1 sierpnia, oddałam hołd powstańcom i zaszyłam się w mieszkaniu znajomych. Upał w stolicy był znacznie bardziej dokuczliwy niż w mieście tracącym funkcje społeczno – gospodarcze.

Jednym słowem kicha. Samemu można dostać zapaści.

Czy istnieje jakakolwiek korzyść z upadku tylu miast? Co się stanie z nimi, kiedy padną na zawał? Wizja apokaliptyczna? Chyba nie…. Kiedyś już widziałam upadłe miasteczko. To Kłomino, dziś zwane osadą leśną.


https://pl.wikipedia.org/wiki/K%C5%82omino

Byłam tam blisko dziesięć lat temu. Chodziłam po młodym lesie wyrosłym na miejskich uliczkach. Wśród drzew, krzewów i traw człowiek spacerował po starych asfalcie.  Przyroda zawładnęła wszystkim. Rozbijała asfalt, wypychała uliczną kostkę, wbijała się do bloków straszących pustymi oczodołami okien. Brrr…. wtedy byłam przerażona. Potem jeszcze obejrzałam film „Jestem legendą”, w którym przyroda zabiera Nowy Jork…

Tak więc, kiedy znaczna część miast średniej wielkości padnie, przyroda odzyska wszystko, co obecnie zabiera jej niejaki kornik drukarz w osobie wiadomego ministra. Aha, a w wielkich miastach powstaną legendy o naszych miasteczkach, tak jak o Warsie i Sawie. 

I tym pozytywnym akcentem dzisiejsze rozważania zakończmy.  

Marność nad marnościami….

P1040877

Dziś będzie o potrzebach materialnych, a właściwie o ich braku…. bo jest tak….

Przez siedem miesięcy ostro zasuwałam na półtora etatu i zarobiłam duuuużżżżo pieniędzy. Oczywiście wskazany przeze mnie zaimek nieokreślony to pojęcie względne. Co to znaczy dużo… każdy sądzi według siebie. Pewna znajoma, dowiedziawszy się, ile zarobiłam, wzruszyła ramionami. Ona w tym samym czasie zarobiła trzy razy tyle, ale o jedną piątą mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. I martwiła się, jak bez owej jednej piątej przeżyje. No dobrze, wiem, jest notariuszem, a nie nauczycielem polskiego.

Więc mam tę forsę na koncie i myślę, co tu z nią zrobić. Okazuje się bowiem, że nagły przypływ gotówki w głowie mi nie poprzewracał. Jem nadal to, co jadłam, ubieram się nadal w szmateksach, w domu mam wszystko, co do życia potrzebne….

Może by tak remont M-3…. Nie, generalny niepotrzebny, a malowanie ścian zaklepane na sierpień. Wymiana mebli? A po co? Stare jeszcze się nie rozwaliły, jak się rozwalą, kupię nowe. Szanse na to są jednak niewielkie, bo to solidny PRL. Przetrzyma nawet reformę sądownictwa.

Garnków też wymieniać nie będą, bo obecne są dobre, firankę do salony kupiłam, nowe wyro do spania też… Zdecydowanie w chałupie nic więcej nie potrzeba.

Mogłabym pojechać za granicę, ale jakoś mnie nie ciągnie… Ludzie się dziwią. Byli w Paryżu, Wenecji, Barcelonie, a ja odwiedziłam dwa razy Litwę i raz Czechy. I wystarczy. Gdybym tak mogła pojechać do Egiptu, powłóczyć się wokół piramid, pospacerować po miasteczkach… ale gdzie tam… Człowiek jedzie do takiej Hurgady i trzęsie portkami, żeby go jakiś terrorysta nożem nie zadziobał. Siedzi w takim hotelu 24 godziny na dobę i odpoczywa. Choroba, siedzieć to ja se mogę we własnym M, nie muszę do Egiptu. Nie, nie odpowiada mi taki wypoczynek. Owszem, chciałabym pojechać… do takich Stanów Zjednoczonych na przykład, ale z konkretnym celem. Na mecze NBA – jeden w Madison Square Garden w New York, drugi w Staples Center w Los Angeles. Chętnie wybrałabym się do Australii i Nowej Zelandii, zobaczyć plenery, które wykorzystano przy kręceniu „Władcy pierścienia”. Niestety, aż tyle nie zarobiłam.

Ekskluzywne wczasy…. niby pomysł jest…. tak samo jak prywatnie do sanatorium… Niestety, przypomniała mi się inna znajoma.

Wybrała się właśnie prywatnie do sanatorium. Zakwaterowano ją w domu specjalnie dla takich prywaciarzy przeznaczonym. Zero ograniczenia wolności, jak w normalnych sanatoriach. Dostała klucz od drzwi wejściowych i mogła wracać, kiedy tylko chciała. I co z tego… reszta wracała do swych kwater przed 22.00 i zabawę kontynuowała we własnych pokojach. Znajoma wraca do prawie pustego budynku i nudziła się. Ani tu na noc nikogo nie przyprowadzi, ani się wieczorem z kim napić…. Poza tym wskazane przez lekarza zabiegi zaplanowano jej na … siódmą rano…. bo późniejsze godziny były już zajęte przez tych, co czekali w długiej kolejce do sanatorium.

Tak to ja nie chcę. Odczekam swoje i pojadę do sanatorium jak normalny człowiek.

Jeśli zaś chodzi o wczasy to też nic z tego. Nie lubię zorganizowanego wypoczynku, nie lubię wstawania na dzwonek o ósmej na śniadanie, o czternastej na obiad. Podczas luksusowego pobytu chciałabym jeść wtedy, kiedy będzie mi się chciało jeść oraz jeść to, co chcę jeść. Jak się okazuje, takie wymagania spełnia tylko wypoczynek niezorganizowany, czyli taki, z którego korzystam już od wielu lat.

Niedawno odwiedziłam Łańcut. Uczestniczyłam w radosnej imprezie w grupie znajomych i nie było to wesele. Chciałam zakwaterować się luksusowo, w nowym hotelu z super restauracją. Tylko po co? Moja impreza odbywała się w innej części miasteczka, a do restauracji mogę wpaść zawsze, by ekskluzywnie napić się piwa. Zamieszkałam w znajdującym się w pobliżu hotelu mniejszym budynku, za połowę ceny. I bardzo dobrze. Moja impra było wysokooktanowa i po powrocie do pokoju padałam od razu na wyro, bez filozoficznych pytań o to, gdzie i po co tu jestem.

W sumie więc okazało się, że nie mam potrzeb materialnych lub trochę inaczej – moje potrzeby materialne są na miarę moich możliwości.

A co z pieniędzmi… przydadzą się na kilka lat, na kilka imprez podobnych do łańcuckiej… bo u mnie w życiu nadszedł czas, by wreszcie zacząć żyć! 

Gdynia z rozmachem

 

P1230886

Dwa lata temu, wracając z Ustki, tradycyjnie po raz …enty… przejeżdżałam nocą przez Trójmiasto. Najpierw Gdynia, potem Sopot, wreszcie Gdańsk i parominutowy postój na kiepskim dworcu PKS. Było po północy, a ja nagle uświadomiłam sobie, że zupełnie nie znam …. Gdyni.

Bo zawsze było tak: jak wyjazd rodzinny to do Gdańska, jak wycieczka (obojętnie czy jako uczeń, czy jako nauczyciel, czy jako członek określonego zakładu pracy) to do Gdańska. Najpierw Neptun i jemu podobni, potem trochę historii, dojazd na molo w Sopocie, a w Gdyni – dwa statki, sorry, statek i okręt wojenny, czasami akwarium i powrót do Gdańska – czas wolny na Długim Targu.  

Sopotowi miałam okazję przyjrzeć się z bliska kilka lat temu. Gdynia pozostała tajemnicą. Dwa lata temu postanowiłam miasto odwiedzić. Trochę to trwało, bo życie płatało mi w tym czasie różne figle, ale wyjazd doszedł wreszcie do skutku.

Dziś będzie zatem o tym, jak go zaplanowałam i jak zrealizowałam.

Mając doświadczenie w wyszukiwaniu noclegu, ponownie udało mi się trafić w przysłowiową dziesiątkę. Kwatera była w samym środku miasta, wszędzie tak blisko, że nie skorzystałam z gdyńskich trojlebusów. A te zaskoczyły mnie wspaniałym napisem: „Dzielimy się pozytywną energią”. I zupełnie nieważne, o jaką energię chodzi… ważne, że jest pozytywna.

Ponownie poprzez internet kupiłam bilety autobusowe płacąc za dwa – tam i z powrotem – tyle, ile normalnie kosztuje w jedną stronę. Oczywiście jedynie kupując wcześniej bilety, mogłam odwiedzić teatr dramatyczny i muzyczny.

Zaczęłam ambitnie, od Teatru Miejskiego i spektaklu „Biesy” w/g Dostojewskiego. Następnego dnia znalazłam się w Teatrze Muzycznym. I ten prawie powalił mnie na kolana. O ile w tzw. normalnym teatrze foyer jest niewielkie, a w czasie przerwy ludziska ściskają się i tłoczą przy bufecie, to w Gdyni można było swobodnie spacerować. Bufety rozstawione były w trzech, a może nawet czterech miejscach. Jasne światła, wysoka przestrzeń i czystość. A widownia… wielopoziomowa, fotele ustawione pod różnym kątem… bo każdy widz musi nie tylko oglądać, musi przede wszystkim dobrze słyszeć, wszak jesteśmy w teatrze muzycznym.

Podobne wrażenia wywarł na mnie cały kompleks obiektów sportowych: hala, w której grają koszykarze Asseco, Narodowy Stadion Rugby (tak, tak, taki jest w Gdyni) oraz stadion piłkarski Arki. Ten ostatni zwiedzałam z panem z ochrony.  Żeby wejść w czasie poza meczowym, to trzeba najpierw zapisać się na specjalną listę. Pan ochroniarz pochwalił się od razu murawą – ma już pięć lat, jest starannie pielęgnowana i funkcjonuje! Pokazał mi również szatnię zawodników, praktycznie świeżo po meczu i salę konferencyjną. Na koniec zaprezentował plan obiektów sportowych i miejsce, gdzie już niedługo będzie basen.

W Muzeum Marynarki Wojennej kolejny sympatyczny pan opowiadał mi historię kilku okrętów wojennych. W Akwarium Gdyńskim dzieciaki stały przy rybkach z rafy koralowej i piszczały z zachwytu. Tu odnalazły słynnego Nemo.

Na Kamienną Górę wjechałam kolejką, taką podobna do górskiej, tyle, że krótszą, bo górka też niższa. W kolejce pracował pan, który jeździł w górę i dół przez cały dzień wożąc bezpłatnie każdego chętnego. Spacerowałam po plaży w śródmieściu. Taka polska Copacabana… praktycznie z ulicy zejście do wody. Niezłe. Słynnego klifu w Orłowie już nie zdążyłam odwiedzić, ale wiem gdzie jest. Spotkałam człowieka – morsa, który kąpał się przy minus dwa… brrr….

Czym jeszcze ujęła mnie Gdynia? Oczywiście układem architektonicznym w śródmieściu. Taki nowoczesny, dwudziestowieczny, prosty. Jedna główna ulica – Świętojańska – raczej cicha, z dużą ilością lokali, lokalików, pizzerii, kawiarni, „Biedronka” też się znajdzie. Druga, równoległa – Władysława IV – bardzo ruchliwa, głośna, jak na duże miasto przystało.

Warto było odwiedzić to miasto, ot tak sobie, turystycznie, bez zadań specjalnych, bez pośpiechu i co najważniejsze – poza sezonem.

„Bo w sezonie to tu masa stonki” – zwierzyła mi się pani w teatrze miejskim.

Gdzie ruszę następnym razem? Marzy mi się Szczecin. Gniezno, Toruń… Zaczynam już myśleć, jak zebrać forsę na te wyprawy. Ma ktoś jakiś pomysł?           

 

 

 

 

 

 

Czas patriotów

14202709_953370414808876_5902896530807472948_n

Hala Mistrzów – Włocławek 

Niedawno kibicowałam polskiej reprezentacji w koszykówce. Nasi grali z Portugalią. Do Włocławka, na zaproszenie kibiców tamtejszego Anwilu,  zjechali kibice z całej Polski. Spotkałam ludzi z Wałbrzycha, Pruszkowa, Starogardu Gdańskiego, Rudy Śląskiej, Koszalina… pewnie nie wszystkich wymieniłam…. Był wielki doping. Było zwycięstwo. I są refleksje. Patriotyczne.

Bo dzisiejszy patriotyzm najmocniej widoczny jest podczas sportowych zmagań. To na meczach reprezentacji narodowej jest zawsze biało – czerwono, to na lekkoatletycznej bieżni zwycięzca biegnie z biało – czerwoną, to podczas wciągania polskiej flagi na olimpijski maszt zwycięzców, łza kręci się w oku – sportowcom i kibicom.    

Biję się w piersi – moja pierwsza flaga biało-czerwona pojawiła się w momencie wyjazdu na mecz Eurobasketu w 2009 do Łodzi. Pamiętam, że szukaliśmy jej dość długo w wielu sklepach. Kupiliśmy w sklepie z odzieżą robotniczą. Dziś wywieszam ją również na balkonie podczas narodowych świąt.

W Łodzi po raz pierwszy poczułam dreszcz na ciele podczas śpiewania polskiego hymnu przez dziesięciotysięczny tłum. Nie, nie słuchania, jak to bywało na poważnych rocznicowych wydarzeniach, w których brałam udział. Bo na meczach kibice śpiewają. We Włocławku odśpiewali całe cztery zwrotki. Na początku i na końcu meczu. Stojąc na baczność z szalikami uniesionymi ku górze. Żeby zrozumieć, jaka siłą tkwi w śpiewie kibiców, okrzykach dopingujących do walki o zwycięstwo, trzeba choć raz znaleźć się wśród nich. Są szczerzy i spontaniczni w swych reakcjach. Kochają narodowe barwy. Nikt nie nakazuje im przynoszenia flag na stadiony i do hal. Wprowadzają je tam sami, w ilościach, jakich nie ujrzy się na żadnej poważnej uroczystości. Przypomnijmy sobie polskie okna i balkony  w czasie piłkarskich mistrzostw Europy w 2012. Porównajmy to z widokiem podczas narodowych świąt… Może lepiej nie…. 

O kibicach napisałam kiedyś wiersz. Został wyróżniony na jednym z konkursów poezji patriotycznej…


http://www.czarownice.kosz.pl/news-8393-Kibice.php

Młodzi mają swych bohaterów narodowych. Rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uczynili swoim świętem. Czczą po swojemu. Organizują koncerty. Rapują. Odpalają race. Stają na skrzyżowaniach podczas minuty ciszy. Wznoszą okrzyki. Tworzą transparenty. Pamiętają.

Niektórzy zarzucają im, że wykorzystują narodowe elementy w celach komercyjnych i z hołdem dla poległych nie ma to nic wspólnego. Nie, to nie tak. To po prostu znak czasu, inne pokolenie, inna forma okazywania miłości do Ojczyzny. Niech noszą koszulki ze białym orłem, wizerunkami bohaterów, symbolami narodowymi.

„Są ludźmi ulicy – mówi mój warszawski kumpel, który ze sportem nie  ma nic wspólnego – w pozytywnym znaczeniu oczywiście. We wrześniu 1939 wielcy opuścili Warszawę, bronili jej przeciętni mieszkańcy, zwykli żołnierze. W sierpniu 1944 też lud warszawski chwycił za broń…. dlatego młodzi tak cenią sobie powstańczą walkę. Gdyby dziś przyszło zagrożenie, to właśnie ludzie kibicom podobni obroniliby nas” – kontynuuje kumpel. 

Na szczęście nie muszą walczyć. Chcą jednak pokazać, jak wielką wartość ma dla nich Polska.

Oto młoda raperka Sara Konert – „5tka” –  nagrywa utwór o bohaterce wojennej „córce tej samej ziemi, co ona”. Organizuje uroczystą premierę teledysku, podczas której jest też poważny wykład poświęcony młodej Jadzi. „5tka” ma dziś tyle lat, co Jadzia, kiedy oddala życie za Ojczyznę…



To jedna z tysięcy, dziesiątków tysięcy młodych osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Dla młodych ludzi Ziemi Łomżyńskiej właśnie ona staje się symbolem patriotyzmu. Odkrywając jej losy, młodzi uczą się historii swej małej Ojczyzny. W innej części Polski inni robią to samo. Tam jest inny bohater. Dobrze, że szukają ich blisko siebie. Razem uczą się historii narodu. W innej formie niż robiło to moje pokolenie i poprzednie, i jeszcze wcześniejsze. To jest ich forma. Nie zabierajmy im tego. Nie krytykujmy. Cieszmy się, że coś zdołaliśmy im przekazać, a oni to coś ubrali we własny kształt, we własna muzykę, we własną koszulkę.

„Rety, wy znacie wszystkie zwrotki hymnu… myślałam, że dzisiejsza młodzież to już nie taka patriotyczna” – mówię podczas meczu do stojącego obok mnie kibica. „ Ciociu – uśmiechną się bratanek „po szalu”, czyli też kibic Górnika Wałbrzych – teraz właśnie jest czas patriotów!”

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Po prostu – FLAGA

kolonie przytok

uczestnicy kolonii letnich KWK „Wałbrzych” – Przytok k/ Zielonej Góry – 1969 r.

Wśród symboli narodowych najważniejszym jest flaga. Najważniejszym i najprostszym. Wystarczy tkanina w odpowiednich barwach, igła, nitka, kilka ruchów ręką i mamy narodowy symbol. Do flagi należy odnosić się z szacunkiem. I tak w zasadzie jest… nie będę się czepiała.  

 

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie blogerka Ewa pisząc swój.

 
http://mojeroznepodroze.blogspot.com/2016/03/ceremonia.html#more

 Odżyły we mnie wspomnienia dzieciństwa związane z podobnym ceremoniałem.

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Pewnie jeszcze będę do nich wracała…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami 8-)  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii (chyba, bo znowu skleroza). Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….

folder 5

Eurobasket 2009 – Łódź

Ale to już temat na nowy tekst…  

  

 

 

Usuwanie laparoskopowe

e62fd13f742a47a9911fd499082e92a2 

Zambrów…. niewielkie, bo liczące zaledwie ok. 22 tys. mieszkańców miasteczko w województwie podlaskim… oczywiście wraz z okolicznymi gminami trochę ludzi więcej… Właśnie tu dokonano inwestycji nie w gospodarkę, nie w banki czy inne instytucje lub bliżej nieokreślone szkolnictwo. Tu zainwestowano bezpośrednio w człowieka. W szpital. Rozbudowa i modernizacja pochłonęła ponad 21 milionów, tyle ile obiecane przez kogoś rządzącego komuś za bliżej nieokreślone coś.


http://www.powiatzambrowski.com/1062-zakonczono-ii-etap-rozbudowy-szpitala-powiatowego-w-zambrowie

Miałam przyjemność poddania się w tym szpitalu usuwaniu laparoskopowemu. Tak, przyjemność.  

Do pachnących świeżością sal Oddziału Wieloprofilowego Zabiegowego trafiłam nie przez przypadek. Opowieści typu plotkarskiego oraz wieści internetowe skusiły. Porzuciłam wielkie budynki szpitala wojewódzkiego, które mam za oknem, na rzecz powiatowego szpitalika 20 km dalej… (ach te dwudziestki…).

Zjawiłam się po południu. Na izbie przyjęć jedynie wypełniono wszelkie druki, nałożono opaskę z kodem kreskowym  i odesłano na oddział. Jako przypadek poważny trafiłam do pojedynczej sali z własną łazienką, na elektryczne łóżko. Telewizja typu szpitalnego – za dwa zł. Ale za osiem złotych można ją mieć przez całą dobę. Hotel z pełną obsługą. Po chwili przyszła pielęgniarka. Wbiła wenflon, spuściła mi krew na wszelkie badania. Potem przyszła druga. Wykonała badanie EGK za pomocą przenośnego aparatu i pozostawiła tabliczkę z napisem „Na czczo”. No tak, jutro usuwanie. Wieczorem zjawiła się ekipa lekarzy. Anestezjolog porozmawiał ze mną, ordynator też. Pytania typu tradycyjnego czyli „I jak się pani czuje?” Ciekawe, jak mam się czuć przed operacją…

Potem poszłam na spacer po oddziale. Po jednej stronie – sale jedno lub dwuosobowe. Tu leżały ciężkie „przypadki” – panie po operacjach, panowie przed. Po drugiej – tradycyjne sześcioosobowe. Dla tych lżejszych „przypadków”, bo ludzie w nich leżący byli bardzo aktywni. Zwłaszcza panowie. Ale to temat na całkiem nowy tekst. Były też izolatki z tzw. śluzą czyli po prostu przedpokojem. Toalety ogólne – niewielkie, proste, funkcjonalne, uwzględniające potrzeby osób niepełnosprawnych. Spora ilość pomieszczeń dla personelu i wc, i łazienka, i kuchenka, i pokój zwany socjalnym…. Aż chce się pracować i być miłym dla pacjenta! No nie, przesadziłam – chce się po prostu dobrze wykonywać swoje obowiązki.  

Rano planowałam przyjrzeć się blokowi operacyjnemu. Nic z tego. Już na oddziale dostałam do połknięcia tabletkę typu „głupi Jaś” i zaczęłam powoli odpływać. Pamiętam tylko super windę do przewozu pacjentów i dwie sale niczym z najlepszych filmów science fiction. Słowem Europa, a może już Ameryka?

A potem zasnęłam i nie wiedziałam, że lekarze z Zambrowa walczyli o laparoskopię, zamiast tradycyjnego, znaczy się iście średniowiecznego cięcia. Mój przypadek okazał się bardziej poważny niż sądzono. Udało się! Mam co prawda cztery dziury zamiast dwóch, na stole operacyjnym leżałam dwie godziny zamiast 45 minut, ale cel został osiągnięty! Szacun ekipo operacyjna! Potem też był tylko pełny szacunek dla zambrowskiego personelu!

Na narkozę zareagowałam najgorzej jak mogłam. (Nie, nie opiszę…) Przez kolejną dobę pielęgniarki i salowe ciężko pracowały przy mnie. Mnie zaś stać było tylko na próbę uśmiechu…Nie, lekarzy przy mnie nie było. Po co? Pierwszym kontaktem była pielęgniarka i to zupełnie wystarczyło. Nie byłam tylko kodem kreskowym na opasce z ręki. Zwracano się do mnie po imieniu. Starano się uspokoić nie tylko kroplówką z ketanolem. Było dobre słowo, opowieści o takich, co to reagują gorzej niż ja. Przebierano mnie, zmieniano pościel, prowadzono do toalety.

Policzyłam dziewczyny z „dyżurki”. Na oddziale było 26 „łóżek”, na zmianie pracowały dwie salowe i trzy pielęgniarki. Tyle samo osób pracowało na oddziale wewnętrznym – ok. 45 „łóżek” – gdy usuwałam endoskopowo. Cóż się dziwić, że w Zambrowie opieka była lepsza… Dlaczego nie można zwiększyć ilości personelu na szpitalnych oddziałach?

Pewnie dlatego, że ktoś tam z władających władzą woli przeznaczyć dwadzieścia milionów na cel, którego sensu nie widzę. Tak się jakoś pomysł i suma proponowana ojcu dyrektorowi zbiegła z moją laparoskopią w powiatowym szpitaliku. Zobaczyłam, jak wiele dobrego można za nią uczynić. Na pewno w Polsce jest wiele powiatowych szpitali, które taką sumę spożytkowałyby ku dobru cierpiącego pacjenta.

Do niedawna Zambrów pozytywnie kojarzył mi się z organizowanymi przed laty turniejami koszykówki dziecięcej i młodzieżowej. Dziś do tych wspomnień dołączam pobyt w szpitalu. Porównania co prawda dużego nie mam, ale jeśli w szpitalu może być dobrze, to w tym zambrowskim tak mi było. Dzięki!

 SONY DSC

Nie mój pokój, ale łóżko takie same….

21 stycznia zostałam przyjęta na Oddział Wieloprofilowy Zabiegowy pod numerem 84/16. Była zatem w tym roku już 276-tą  pacjentką Szpitala Powiatowego w Zambrowie. Jak widać po tych liczbach, szpital służy ludziom. 

foto internet

 

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica