Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

Pokolenie geriatryczne

klasa I

 Wałbrzych 1966, Szkoła Podstawowa nr 4

Coraz częściej na różnych portalach pojawiają się wpisy typowo geriatryczne. Oto ktoś wspomina grę w klasy, ktoś w chowanego. Inny zamieszcza zdjęcie trzepaka, jeszcze inny grupę kumpli kopiących piłkę na zarośniętym trawę, chyba, pastwisku…. To znak czasów! Jakich? A takich, w których pokolenie uczące się komputera i tworzące podstawy internetu dorosło do wieku poważnego. Teraz może sobie powspominać oraz ponarzekać na współczesny świat, bo już mu wypada.

w-ch 48

Wałbrzych 1948

Poniekąd zaliczam się do tego pokolenia. Bałam się dotknąć klawiatury komputera. Podobnie było z telefonem komórkowym. Za to pamiętam swoją pierwszą komórkę, pierwszy komputer stacjonarny, pierwszy laptop i pierwszy tablet. Ten ostatni akurat był nagrodą w konkursie poetyckim, w grudniu ubiegłego roku.

Zatem też mam prawo wspominać, jak to ongiś bywało. Do postu wrzuconego przez pewnego dojrzałego o szabrowaniu w pobliskich sadach, dorzuciłam wpis „Zawsze stałam na czatach”. Nie pochwaliłam się jednak, że najlepszy zbiór cudzych owoców  przydarzył mi się na koloniach letnich. Trzeba było wtedy ukradkiem wyjść z zamkniętego budynku (przez okienko w toalecie), po cichu minąć plac apelowy i równie cicho przemknąć do sadu.

Wstyd, hańba, gdzie byli wówczas kolonijni wychowawcy? Dziś za nieupilnowanie młodzieży kryminał jak w banku! O odszkodowaniu dla  sadownika już nie wspomnę.

łeba 61

Łeba 1961

Brnijmy dalej w niepedagogiczne przykłady. Próby wejścia za darmo do kina – zaliczone, na mecze „Zagłębia” Wałbrzych – obowiązkowe, wszak byłam kibicem Górnika i wspomaganie finansowe konkurencji nie leżało w moim interesie. Dlaczego w ogóle chodziłam na „Zagłębie”? Piłkarze grali w ekstraklasie, przyjeżdżały najlepsze drużyny z Polski….

Pierwsze papierosy? Oczywiście, że były. Oczywiście, że …. po treningach sekcji lekkoatletycznej. Oczywiście, że w toalecie. Pozostały na 26 lat, ale od 11 już ich nie ma.

Bójki… były, ale lali się głównie faceci, znaczy się koledzy. Zawsze mieli jakieś honorowe sprawy. Kiedyś jednak jednemu przyłożyłam, bo za bardzo mi podskakiwał. Od tamtej pory rodzaj męski boi się mnie. Tak mu już zostało.

Brnijmy dalej w życiorys pokolenie, które było znacznie lepsze od dzisiejszego.

Literatura wspaniałych czasów:

„Podróż za jeden uśmiech” Bahdaja – nie dopilnowane przez zakochaną ciocię małolaty wyruszają autostopem z Krakowa na Hel. Dziś – sprawa w sądzie o odebranie praw rodzicielskich, a ciocia – wyrok w zawieszeniu.  

„Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” Niziurskiego – blisko kontakt dziecka z przestępcami. Dziś – nagłówki gazet „Gdzie była policja?”.

„Pan Samochodzik i….” Nienackiego – dorosły facet zabiera dzieci na tajemnicze wyprawy swym dziwnym autem. Dziś – pedofil!

„Stawiam na Tolka Banana” – dzieci musza zająć się same sobą, tworzą szajkę. (Na szczęście trafia się harcerz). Dziś – patrz do góry – sprawa w sądzie, rodzina zastępcza i tyle.

Wałbrzych 1961, podwórko przy ul. Ogińskiego

Były też późne powroty do domu i niepedagogiczne zachowanie rodziców. Zamiast umoralniającej rozmowy, od razu kara bez próby wyjaśnienia przyczyny spóźnienia, a człowiek zawsze wymyślił jakiś niezły bajer… Totalne łamanie praw człowieka.

Złe oceny w szkole – też były.  Pyskowanie nauczycielom – a jak! Obecne! Wyzywanie kolegów – a dlaczego nie?

I za wszystko odpowiednia kara. Już nie będę pisała jaka, bo to niepedagogicznie. Natychmiastowa. Bezdyskusyjna. Zło zniszczone w zarodku.

Zresztą praktycznie wszyscy wychowywaliśmy się wówczas w rodzinach patologicznych. Rodzice urządzali balangi w domach i obowiązywała zasada – wódka na stół, dzieci od stołu. Kiedy w wieku niemowlęcym ryczeliśmy wniebogłosy, sąsiadka nie dzwoniła po policję. Dziecko musiało się  wypłakać, jeśli alarm nie był spowodowany mokrą pieluchą.

Istne średniowiecze, no nie?

Niedawno ponownie przeczytałam „Bezgrzeszne lata” mistrza Makuszyńskiego. Oto w trakcie zabawy w Indian omal nie spalono żywcem kolegi. Do prawdziwego pojedynku o dziewczynę użyto ukradzionych, starych pistoletów. Jeden nawet wypalił. Na lekcjach uczniowie mieli starannie opracowany system podpowiadania. Wypisywanie obraźliwych wierszyków pod adresem nauczycieli, rety – księdza!- też było obecne.

Jeśli moje pokolenie żyło w średniowieczu, to w jakich czasach żyło pokolenie Makuszyńskiego?

I z tym pytaniem Was zostawiam.