Sześciolatki a sprawa większej ławki

szesciolatek

 foto – internet

Już dawno miałam napisać o sześciolatkach, ale nie miałam zgody sześciolatka. W wyniku licznych nalegań, próśb, krzyków, błagań czyli ogólnie pojętej upierdliwości, takową zgodę uzyskałam. Bo mój sześciolatek nie chciał być wplatany w wielką wyborczą politykę. Bo mój sześciolatek uważa, że nie powinnam wywlekać spraw prywatnych na forum blogowym. Na szczęście mój sześciolatek, podobnie jak i ja, uważa, że szum wokół sześciolatków od początku ma podłoże polityczno-gospodarcze. W wyniku czego zgodę na tekst blogowy wyraził. Bo jest tak:

W szkołach powiało pustką z powodu niżu demograficznego. Trzeba szkoły zapełnić, nauczycielom i personelowi pomocniczemu dać pracę. Dlaczego nie zwiększono ilości przedszkoli? Łatwiej bowiem przenieść panią przedszkolankę do pracy w szkolnej świetlicy niż nauczyciela matematyki nauczyć piosenek i zabaw dla przedszkolaków. Koszt niewielki. Co, uważacie, że przygotowanie sal lekcyjnych na przyjęcie maluchów to taki wielki wydatek? Nie przeginajmy. Sześciolatek aż tak bardzo nie różni się od siedmiolatka. W szkole podstawowej, w której pracowałam dawno temu, na parterze były niższe „toalety” dla nauczania początkowego. W klasach – niższe ławki i oczywiście dywan, na którym owe najmłodsze nauczanie siadało podczas niektórych lekcji. Budowa placów zabaw? Na moim osiedlu jest ich tyle, że tutejsza „podstawówka” nie musi budować własnego. Poza tym szkoły miały już w swoich progach sześciolatki w postaci tzw. „zerówki”. Doświadczenie jest? Jest!

Drugi powód, polityczny, chyba komentarza nie potrzebuje. Rząd wprowadza obowiązek szkolny, opozycja zgodnie z faktem, że jest opozycją mówi „Nie”. Jedni powołują się na Europę, bo tam większość rozpoczyna edukację w wieku sześciu lat. Drudzy odwołują się do pojęć związanych z wolnością (wyboru przez rodziców) i swobodą (takie jest dzieciństwo). Jedni i drudzy walczą o władzę. Mamy czas wyborów. Część rodziców macha ręką, bo im obojętne, czy poprowadzi dziecię do przedszkola, czy do szkoły. Uważa, że potomstwo jest zdolne i da sobie radę w szkole. Druga część protestuje. Uważa, że jego potomstwo nie dorosło jeszcze do nauki. Ma do tego prawo.

I teraz czas na mego sześciolatka. Leży na kanapie z laptopem na kolanach. Odpoczywa po powrocie z pracy. Ma trzydzieści lat i dwadzieścia cztery lata temu był sześciolatkiem rozpoczynającym naukę w szkole.

Było to w czasach, kiedy obowiązku dla takich jak on nie było. To ja zadecydowałam za synka. Po prostu – mam dwoje dzieci rok po roku i dla własnej, egoistycznej wygody stwierdziłam, że wygodniej będzie posiadać dwoje dzieci w jednej klasie niż każde w osobnej. Zgłosiłam chęć wysłania syna do szkoły, razem ze starszą o rok córką, do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Tam psycholog i pedagog „przebadali” moje dziecko, potem pogadali ze mną. Problem był, bo syn do tzw. „zerówki” nie chodził. Tymczasem całkiem nieźle czytał, dobrze liczył, posiadał sporo wiedzy. Czy uczyłam go? „Nie, dziecko uczyło się samo poprzez zabawę, pytając siostrę lub mnie. Ot, taki samouk”.

I tak synek-sześciolatek wylądował w szkole. Żaden geniusz, żaden odkrywca. Normalny chłopiec. Tyle tylko, że wyrośnięty… już w drugiej klasie nie mieścił się w małej ławce… I problem był odwrotny, potrzebna była większa ławka…

Dziś, leżąc na kanapie, dorosły mężczyzna o wzroście 195 cm, nie bardzo może zrozumieć, dlaczego współczesne sześciolatki są, no delikatnie, nieco mniej mądre niż on. Potwierdzam. Przecież świat idzie do przodu i kolejne pokolenie powinno posiadać większą wiedzę i umiejętności niż poprzednie. Następna sprawa: odraczanie obowiązku szkolnego przez rodziców, którzy to uważają, że ich potomstwo do szkoły nie dorosło… Mój sześciolatek, otrzymując papier uprawniający go do pójścia do szkoły, był niezwykle dumny, że jest …. mądrzejszy niż koledzy z grupy przedszkolnej. O sobie nie wspomnę. Wiele lat temu był to dla mnie powód do dumy. Patrzcie, mój chłopiec idzie już do szkoły!

A teraz… odroczenie… dziecko nie dorosło… rety, jak los spotka to maleństwo, jak złośliwi koledzy odkryją, że miał odroczenie i jest o rok starsze… Chyba że teraz dzieci sobie nie dokuczają.

A co ze straconym dzieciństwem? „Synku, nie żal ci straconego roku w przedszkolu?” – zapytałam swego sześciolatka. Podniósł wzrok znad laptopa, spojrzał i pokiwał głową. Wszystko zgodnie z kultowym twierdzeniem: ”Zmień dealera lub bierz połowę.”

I tym akcentem kończę osobisty zapis na moim blogu. Wezmę całość.