Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Kwiaty we włosach…

warkoczyki

 Z ruchem Amazonek – kobiet po mastektomii – zetknęłam się blisko dwadzieścia lat temu… Spotkałam Anię, szkolną koleżankę, najładniejszą dziewczynę w klasie. Opowiedziała mi o swojej chorobie i stowarzyszeniu, które właśnie się „rozkręca”. Dołączały do niego również zdrowe kobiety. Zdziwiłam się – dlaczego? Odpowiedź nadeszła po pierwszym spotkaniu, a po pierwszej imprezie było już wszystko jasne.

Amazonki okazały się kobietami o wielkim poczuciu humoru, łapiącymi życie w każdej jego postaci. Cieszyły się wszystkim dookoła i przekazywały tę radość innym. Początkowo nie rozumiałam tego przedziwnego zjawiska – po każdym spotkaniu z dziewczynami wracałam do domu z uśmiechem na twarzy. Jak to, cieszyć się z rozmowami osób niekiedy stojącymi na skraju życia? Tak, radości trzeba się uczyć od ludzi, którzy życie potrafią docenić. Dziś, kiedy przypominam sobie, już niestety ś.p., Ankę i tamte czasy, też mam na twarzy uśmiech.

Spotkania, w których brałam udział, rozpoczynały się od przedstawienia siebie. Podawałyśmy imię i informację: „Amazonka” lub „przyjaciółka”, czyli zdrowa. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wiedziała, jak się przedstawić… „ Amazonką nie jestem, ale mam raka…” – wyznała. „Jasne, Amazonką być to nie taka prosta sprawa!” Po tych słowach oczywiście – salwa śmiechu.

Amazonki organizowały różne akcje na rzecz profilaktyki nowotworowej. Brałam udział w kweście. Wyległa rzesza Amazonek i ich przyjaciółek na ulice miasta i zbierała do puszek datki. Najlepiej zbierało się od … panów, zwłaszcza takich elegancko ubranych. „Czy pan wie, że mężczyzna ma wielki wkład w profilaktykę raka piersi?” – zaczepiałyśmy. „A w jaki sposób?” – dziwił się człowiek. „A od czego pan zaczyna grę wstępną? Od badania piersi!” I zaczerwieniony facet wrzucał!

Kiedyś dziewczyny urządziły imprezę plenerową za miastem. Nie ukrywam, procenty były. Znalazł się sponsor. Amazonka też człowiek. I tak wesoło nad rzeką Narwią bawiłyśmy się, grillowałyśmy… Nadszedł wieczór i zaczęły pojawiać się auta z panami. Przyjechali po nas. Razem z wraz z Anką i jej dwiema koleżankami wsiadłyśmy do  jednego. Zabrałyśmy ze sobą pozostałości procentów. Ledwo wyjechałyśmy, jedna z nas pochwaliła się, że ma w pobliżu domek letniskowy. Oczywiście, że tam wylądowałyśmy. Było wesoło i jeszcze po kieliszeczku. I chyba przegięłyśmy, bo nasz kierowca nie wytrzymał. Łyknął kielicha albo dwa i oznajmił, że nigdzie nie jedzie. Mamy teraz czekać, aż jemu procenty wyparują. Nie pozostało nic innego niż zadzwonić do domów i powiadomić bliskich, głównie dorastające dzieci, że mama na noc nie wróci. To był nasz błąd. Okazało się, że zegar wybił już drugą w nocy, dzieci grzecznie spały, a my po prostu je obudziłyśmy…co ja oberwałam od swego syna? córki? za obudzenie w środku nocy…lepiej nie mówić….

Ale były też chwile refleksyjne. Właśnie na wyżej opisanej imprezie dołączyło do nas kilku obcych panów. Jak się to to zalecało. Jak się to uśmiechało…Nawet do mnie jeden startował. W pewnym momencie mojego amanta odciągnął kumpel i powiedział, że tu są kobiety bez piersi… Męskie towarzystwo rozpłynęło się w wieczornej mgle…

Pewnego roku stałam przy wejściu na koncert na rzecz stowarzyszenia. Sprawdzałam bilety. Uśmiechałam się. Przyszła moja dawna znajoma. Widząc mnie w towarzystwie Amazonek jęknęła: „ O rety, jesteś chora! To teraz już żaden facet cię nie zechce!”. Nie protestowałam, nie wyjaśniałam. Poczułam się jak prawdziwa Amazonka.

I chyba od tamtej chwili powoli, systematycznie uczyłam się kochać życie…uczyłam się tego od ciężko chorych kobiet, którym życie zaczęło uciekać, a które potrafiły tak bardzo się nim cieszyć.

Kiedy w styczniu jako pacjentka zwiedzałam szpitale, odżyły moje wspomnienia o wspaniałych dniach spędzonych z Anią i jej koleżankami… Postanowiłam coś zrobić na rzecz dziewczyn z rakiem… Minęły cztery miesiące i już mogłam… mogłam iść do fryzjera. Moje włosy osiągnęły odpowiednią długość.

długie 1

W Salonie Fryzjerskim „Edyta” w Łomży przy ul. Małachowskiego

 
https://www.facebook.com/salonfryzjerskiEdytaModzelewska/

 byłam pierwszą siwowłosą kobietą, która postanowiła oddać swoje włosy z przeznaczeniem na peruki dla pań po chemioterapii.

Najpierw były warkoczyki….

warkoczyki na g‍łowie 2

Potem w ruch poszły nożyczki… i tak powstała nowa ciocia Grażynka…

nowy fryz 3

Akcję „Daj włos” prowadzi fundacja Rak’n’Roll

 
http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/

 Uwierzcie dziewczyny, cięcie nic nie bolało! Żalu po utraconych włosach też nie ma. Włos nie ręka odrośnie! Macie długie włosy? Oddajcie je kobietom bez włosów! 

Faceci w szpitalu

canstock8114037

 Moi stali czytelnicy wiedzą, że ostatni miesiąc spędziłam zwiedzając szpitale. Szpitale były różne, oddziały też. Łączyło je jedno – FACECI. No dobrze, niech będzie mężczyźni, dobrze, jeszcze lepiej – pacjenci rodzaju drugiego, cytując klasyka z „Seksmisji”. Jak by ich nie zwał, wszędzie byli tacy sami.

Przede wszystkim stanowili większość. Zdecydowaną. Górowali nad płcią żeńską ilością, zarówno członków, znaczy się liczbą na oddziale, jaki i silniejszymi głosami i większą energią. Niby chorzy, ale na papierosa zjeżdżali windą aż do wyjście ze szpitala. Było dwóch takich z odmrożeniami ( zima sroga tego roku, oj sroga). Jeden miał załatwione dłonie, drugi stopy. I wyobraźcie sobie, że ten z dłońmi popychał wózek tego ze stopami, który oczywiście chodzić nie mógł, do windy, windą na dół, przez szpital i na papierosa. Dziwne, że tym razem nie odmrozili sobie …. Wiecie czego.

Kolejny pacjent nikotynowy miał bardzo wysoki poziom cukru. (Moja cukrzyca przy jego wyniku to przysłowiowy pikuś). Zgodnie z zaleceniami pacjent spożywał pięć posiłków dziennie. Ale jakie to były posiłki! Prawie jak te postne średniowieczne u Krzyżaków. Wieści głoszą, że w takim Malborku zakonnicy w czasie postu zasiadali tylko dwa razy do stołu: na śniadanie, które trwało do obiadu i na obiad, który trwał do kolacji. Podobnie było z naszym facetem. Rodzina dostarczała mu torby pełne żarcie, które ledwo mieściło się na parapecie. A on jadł, jadł, jadł. Po czym zjeżdżał winda w dół, żeby kalorie spalić. Przed szpitalem oczywiście w postaci papierosa. Ale uwaga, był na takie wycieczki przygotowany. Wychodząc z oddziału wkładał czapkę i ciepły polar. Po dwóch dniach lekarze nie wytrzymali i kazali zlikwidować spiżarnię na parapecie.

e7388917e987a35228494c51f19669e4,62,37

Był też erotoman z gatunku gawędziarzy. Upatrzył sobie naszą salę (trzy pacjentki poniżej 60-tki!) i zaglądał, i przyglądał się, i zaczepiał. Kiedyś wparował bez górnej części garderoby i świecąc gołym torsem puszył sią jak indor. Gdy wzajemnie pilnowałyśmy się w niezamykanych natryskach, musiał podejść i nastraszyć, że zaraz wejdzie i będzie mył każdej z nas plecy. Kolejny z jego dowcipów o charakterze seksualnym miał miejsce w momencie, kiedy odłączono jedną z nas od aparatu mierzącego ciśnienie i tętno. Aparat nadal pikał. „Może by go tak puknąć?” – zapytał z błyskiem w oku. Koleżanka nie wytrzymała: ”Sam się pan puknij!” .

Prawdziwym przebojem był przybyły w nocy mężczyzna pod wpływem, czyli totalnie zatruty alkoholem. Przez całą noc chodził po korytarzu i jęczał, wzywając Boga na pomoc. Rano, gdy mu od tyłka trochę odelżało, chwalił się każdemu napotkanemu pacjentowi, że sam wypił 3 x 0,7 litra. Pozostali panowie byli pełni podziwu. Patrzcie tyle wypił i jeszcze żyje! Wieczorem już założył kasyno gier karcianych. Miał pecha. Zrobił to w pokoju naprzeciwko naszego. Akurat przywieziono do niego młodego chłopaka z objawami… ja obstawiam, że narkotykowymi. Gdy panowie rżnęli w karty, chłopak wyrwał kroplówkę i wyszedł w kierunku do toalety, krew lała mu się z żyły. Zareagowałam  najszybciej, jak było to możliwe. Kiedy był już w rękach medycznych, obstawiłam karciarzy za brak uwagi. Efekt był taki sobie. Przenieśli się do innej sali.

Panowie górowali głosami. Już parę minut po szóstej okupowali stolik z czajnikiem. Dwóch chorych na wątrobę parzyło fusiastą kawę (rety, a mnie lekarz kategorycznie zabronił…), dwóch kolejnych – przyzwoicie – herbatkę. Oczywiście prowadzono ożywione dyskusje. Były dwa podstawowe tematy: druga wojna światowa i polityka. O ile pierwszy temat był chwilami ciekawy, o tyle drugi brzmiał nieustannie tak: „Bo ku… ci z PO to sku…, a ci z PIS to też ku… złodzieje, a pierd… ich wszystkich, bo ku… nie idzie wytrzymać”. I tak pół dnia przy stoliku, a echo niosło po korytarzu i salach, oj niosło.

Była też taka szczególna sala, a w niej piątka miłośników telewizji szpitalnej. Robili zrzutkę i telewizor wył u nich przez cały dzień. Żeby samemu obejrzeć cos innego niż oni, trzeba było po prostu zamykać drzwi.

Dobrze, nie wszyscy byli tacy. Trafił się przesymaptyczny dziadek z dowcipami, młody chłopak, który zaglądał do mnie, kiedy leżałam po laparoskopii i pytał o samopoczucie, dwóch pacjentów, którzy chcieli koniecznie naprawić instalację elektryczną…. I chyba to już koniec…

A my kobiety, znajdujące się w mniejszości, leżałyśmy sobie spokojnie obserwując teren zajęty przez samców. Oczywiście, że plotkowałyśmy, bo cóż robić w szpitalu opanowanym przez facetów?

Porady rodzinne

Nie wiem, czy zauważyliście, że spotykając dawno niewidzianą osobę, od razu ma ona dla was dobre rady? Jeśli człowiek przytył, z mety otrzymuje sposoby na odchudzanie, bo znajomy uważa, że cierpi się z tego powodu. Gdy zwierzamy się, że jakoś w portfelu pusto – masa sposobów na podjęcie pracy za pieniądze, bo forsa to najważniejsza sprawa w życiu. Samotność – rety, ile to metod na poderwanie faceta lub facetki! Trzeba przecież kogoś mieć. I tak dalej…

Właśnie dostałam zaproszenie do rodziny, której nie widziałam ….lat. Ale waham się, czy jechać. Kilka lat temu taka wizyta była totalną klapą.

Już od przekroczenia progu kuzyn zlustrował mój wygląd i zauważył, że znacznie się powiększyłam od poprzedniego widzenia się. Wyjaśniłam, że co prawda jest mnie więcej, ale za to nie palę. Coś za coś.

I kuzyn mnie zaskoczył. Szybko włączył komputer, znalazł odpowiednią stronę, wydrukował kilka kartek z… kuracjami odchudzającymi, adresami poradni odchudzających, stron internetowych z wczasami. Oczywiście przekazał mi to z troską o moje zdrowie psychiczne i fizyczne, wszak cierpię z powodu swych nadmiernych kilogramów. Próbowałam wyjaśnić, że gdyby zrzucenie ponikotynowych kilogramów było tak proste, jak mówi internet, dawno bym to zrobiła. Sprawa jest znacznie trudniejsza… Nic z tego. Kuzyn przytoczył liczne przykłady znajomych, którzy łatwo i przyjemnie pozbyli się tłuszczu, bo ćwiczyli, nie jedli kolacji itd. W końcu przerwałam. Ja się sobie podobam. „A jak się komuś nie podobam, to niech nie patrzy” dopowiedziałam we wnętrzu.

gorn

fot. miroslaw@mirasio

Na zewnątrz z uśmiechem rzekłam, że zawsze zadziwia mnie fakt, iż wczasy odchudzające są drogie, chociaż obowiązuje na nich ścisła dieta. W wyniku tego kuzynostwo zaczęło ubolewać nad stanem mego emeryckiego portfela. Westchnęli ciężko stwierdzając, że za takie pieniądze to ani żyć, ani umrzeć. Co zatem powinnam robić? Oczywiście, że znaleźć sobie pracę. Jako była nauczycielka – korepetycje. Nic z tego, brak chętnych do pobierania nauki z języka polskiego. „To zacznij uczyć matematyki! Młodzież ma kłopoty na maturze z tego przedmiotu” – dokonała kopernikańskiego przewrotu  kuzynka. Oczywiście, nic trudnego, zwłaszcza dla człowieka, który myli się nawet na kalkulatorze, bo ma tzw. dyskalkulię. Było jeszcze kilka innych porad, co jedna to lepsza. Wyjazd do Anglii na zmywak też był, a jak!

Gdyby to było takie proste… gdybym mogła nauczyć się matematyki, myć przez kilka godzin naczynia, zabawiać niemowlęta, których kręgosłup nie pozwala mi nosić na rękach, gdyby…

Przypomniała mi się historia pewnego małżeństwa. Najpierw w tragicznym wypadku zginęła im córka. Po latach pożegnali swoich rodziców. W pół roku po śmierci ostatniego, zmarł im jedyny syn. W wyniku różnych zawiłości losu i procedur, chcąc w ramach spadku otrzymać mieszkanie, zajmowane przez dziadka i syna, musieli sprawę skierować do sądu. Zrezygnowali. Ludzie nie mogli zrozumieć takiego podejścia do sprawy. Jak można nie chcieć mieszkania? Majątku? Można. Jeśli straciło się wszystko, co najcenniejsze, można.

Nie opowiadałam tej historii kuzynom. Nie zrozumieją. Tak jak nie zrozumieją mnie, że owszem, forsa by się przydała, ale nie za każdą cenę.

No i sprawa, do której przywykłam: „Nadal nie masz nikogo?”. Nie mam i co z tego? Kuzyn znowu wylądował przy kompie. Teraz szukał portali randkowych. Wydrukował. Koniecznie mam tam zajrzeć, zarejestrować się i szukać, a nie siedzieć w domu.

W domu jak widać nie siedzę -  wyjaśniłam – Jestem przecież u was. Chodzę na spacery z psem, na wernisaże i otwarcie wystaw w muzeum, bywam w kinie, chodzę na koncerty i to wcale nie muzyki poważnej. No dobrze, do pubu nie chodzę.

Ale kto wie, może po wyjściu od rodziny skoczę na „jednego”, bo zaczyna mnie trafiać… Podane przez kuzyna portale randkowe znam. Jakoś nikt sensowny na moje anonse nie zareagował. Takie życie, taki klimat.

Po opuszczeniu rodziny odwiedziłam pub, posłuchałam rapu, trzasnęłam nie „jednego” ale „dwa”. Teraz się obawiam, że sytuacja może się powtórzyć, a to może zagrozić alkoholizmem…

drink

Faceci i kumple

322px-Apollo_ny_carlsberg_glyptotek

 Mężczyźni są jacyś dziwni… Co najtrudniej w nich zrozumieć? Oj, chyba wszystko… przynajmniej ja nie rozumiem ich wcale… dlatego pewnie prowadzę samotny tryb życia… Ale chyba najbardziej trudno mi pojąć różnicę  pomiędzy facetem a kumplem. Tak, tak, to dwa osobne gatunki rodzaju męskiego, dwa osobne typy, dwa odmienne modele postępowania!

Oto kumpel:

Najpierw dzwoni, pyta, czy może wpaść („Lepiej zajdź świadomie – odpowiadam kumplowi, a ten się śmieje do komórki”), a dopiero potem odwiedza. Nigdy z pustą ręką. Najczęściej w reklamówce z najbliższego sklepu ma piwo średniego gatunku i wysokokaloryczne chipsy. Czasami kupuje tradycyjne „pół litra” i dołącza do tego pęto kiełbasy podwawelskiej. Na nogach – obuwie sportowe lub paroletnie tzw. pantofle. Przybrudzone dżinsy, bluza od dresów, pod spodem koszulka z wytartym logo ulubionego klubu dopełniają wizerunek kumpla. Wchodząc w drzwi mówi „Cześć” i kieruje się do kibla, znaczy się łazienki. Zostawia podniesioną klapę od sedesu, nie używa mydła do mycia rąk. Chyba w ogóle rąk nie myje. Szybko siada na kanapie, zakłada nogę na nogę demonstrując zniszczone podeszwy i zaczyna monolog. Tematyka monologu obejmuje z reguły zagadnienia:

  1. Ale mnie szef dzisiaj wkur….
  2. Moja stara mnie nie rozumie.
  3. I znowu ten pierd… sędzia zawalił mecz. 

W przypadku pierwszego tematu nie oczekuje rady. Wystarczy, że wykrzyczy, wyklnie szefa i nazajutrz wróci spokojnie do pracy. Omawianie drugiego zagadnienia wymaga przytakiwania i popierania. Broń Boże babskiej solidarności! Jeśli tylko poprze się „starą’ kumpla, to kumpla się traci. Trzeci temat to już poważna praca nad dialogiem. Należy znać się na piłce nożnej, koszykówce, siatkówce (do wyboru) i potraktować bardzo emocjonalnie przebieg meczu.

Po takiej rozmowie kumpel albo uspokojony wróci do domu, albo skoczy po następną flaszkę. Jeśli jest flaszka, to w konsekwencji kumpel pada na kanapę i zasypia. Wtedy trzeba zadzwonić do „starej”.  Czasami przyjeżdża i zabiera męża, czasami informuje „Niech zdycha!” . Kumpel budząc się z rana ma wielkiego kaca, wypija „klina”, przeprasza i wychodzi. Do następnego razu.

syn2

Z facetem jest inaczej. 

Taki potrafi wpaść znienacka. Czasami z pustą ręką, „bo był w okolicy”. Wtedy zdejmuje buty i siada na kanapie oczekując na pytanie „Kawa czy herbata?”.

W przypadku wizyty zapowiedzianej zjawia się punktualnie, z kwiatkami lub ciastkami. Starannie wyczyszczone buty – zdejmuje. Skarpetki czyste, kolor neutralny. Ma na sobie koszulkę polo lub inną z długim rękawem. Pachnie od niego wodą po goleniu, bo nawet jeśli ma dekoracyjny zarost, facet zawsze coś goli. Oczywiście siada na kanapie, czeka na kawę lub herbatę i dokładnie rozgląda się wokół. Analizuje zawartość biblioteczki, odsłoniętej części „segmentu”, przygląda się dokładnie, co wisi na ścianie. Pomaga mu to w rozpoczęciu rozmowy. Wybiera najbardziej znane mu zagadnienia. Np. jeśli czyta, będzie toczył dialog na temat literatury obecnej w biblioteczce. W trakcie rozmowy między jedną recenzją a drugą, mówi komplementy. Zachwala kawę (choćby była to najgorsza lura), zachęca do jedzenia przyniesionych przez siebie ciastek mówiąc, że „kochanego ciała nigdy dosyć”. Grzecznie pyta, gdzie łazienka. W pewnym momencie robi mu się gorąco i rozpina górny guzik lub zamek. Przy koszuli polo najpierw. I tak powoli zmierza do tego łóżka.

Jeśli cel osiągnie, zasypia.  Rano budzi się, nie wiadomo dlaczego szuka w łazience swojej szczoteczki do zębów. Po chwili przeprasza. Zapomniał, że nie jest w swoim domu. Całuje na „do widzenia” i wraca do żony.

I czy wiecie, że jeden i ten sam przedstawiciel rodzaju drugiego może być zarówno kumplem, jak i kochankiem! I tego właśnie w mężczyznach nie rozumiem…

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl