Są jeszcze takie szkoły….

children

Pracuję. W szkole. Wszak emerytowany belfer ze mnie. Było tak:

W miasteczku poniżej 4 tysięcy mieszkańców najpierw poważny wypadek miała jedna polonistka. Jej etat podzielono pomiędzy dwie pozostałe, bo marne szanse, by przed końcem roku szkolnego wróciła do pracy. Ale to nie koniec nieszczęść przypadających na jedno gimnazjum typu wiejskiego. W listopadzie ciężka choroba dopadła drugą panią od polskiego. Pozostała nie była w stanie uczyć całej szkoły…. Wezwano mnie na ratunek.

I tak na starość dojeżdżam do pracy dwadzieścia kilometrów. Różnie dojeżdżam. Rano zawsze prywatnym autem pani też dojeżdżającej. Droga powrotna bywa różna. Czasami ktoś jedzie w moim kierunku, raz w tygodniu pasuje mi autobus, ale z reguły czekam na panią z autem. Mam półtora etatu, czyli całkiem niezłe pieniądze. A do tego coś, czego na starość się nie spodziewałam.

Pracuję w normalnej szkole. W gimnazjum. Tak, kochani, gimnazjum może być normalne. I tak na serio to tego właśnie gimnazjum mi żal, że już go nie będzie, że część nauczycieli straci pracę, że nowa szkoła wraz z nową halą sportową już nie posłuży uczniom rok dłużej…. bo to normalna szkoła…

Liczy sobie 150 uczniów. Klasy niewielkie, największa – 19 uczniów. Podczas klasówek każdy siedzi osobno. Nie ma mowy o ściąganiu. Uczniowie dojeżdżają z okolicznych wiosek. Niektórzy są w budynku już o 7.15. Na pierwszej lekcji nawet I A, wulkan energii, jest spokojna. Potem też większych kłopotów z zachowaniem nie ma.

Pewnego dnia jeden z uczniów tak energicznie otworzył drzwi klasy, że uszkodził zamek wraz z futryną. Natychmiast udał się do pana konserwatora po odpowiedni sprzęt i zaczął samodzielnie naprawiać. Robił to całkiem fachowo, jakby kilka takich usterek już w życiu wykonał. Kiedy prawie wszystko zostało zrobione, nastąpił odbiór techniczny, czyli nadszedł pan, obejrzał, powiedział, co jeszcze należy zrobić. Chłopak zaklinał się na wszystkie świętości, że jutro wykona resztę prac, byle by tylko nie mówić nic …. rodzicom.

Kochani, wyobrazcie sobie, że w tej szkole rodzice, nauczyciele i pozostali pracownicy mają coś, co nazywa się autorytet. Jak nauczyciel mówi, że na lekcji nie wolno używać telefonu komórkowego, to uczeń po prostu nie używa. Jeśli uczeń narozrabia, jak na nastolatka przystało, największą kara jest telefon do matki.

Oczywiście, że są wyjątki, ale klasycznie według przysłowia – potwierdzają regułę.

W szkole są smaczne obiady, z których też korzystam. Biblioteka szkolna wyposażona bardzo bogato. Niejedna tzw. publiczna może jej pozazdrościć księgozbioru. Obok klasyki – masa nowości. Nauczyciele też wypożyczają i nie są w większości „pomoce dydaktyczne”. O hali sportowej już wspomniałam. Podczas lekcji specjalnymi zasłonami podzielona jest na cztery części. Korzystają z niej również uczniowie szkoły podstawowej. Jest ona bowiem „łącznikiem” między dwioma bydynkami.

Lekcje trwają tu od 8.00 do 14.30. Ze względu na dojazdy większości uczniów brak co prawda tradycyjnych zajęć pozalekcyjnych, ale za to jak coś się w szkole dzieje, to się dzieje!

Na dyskotekę przyjeżdża DJ z miasta wojewódzkiego, a rodzice we wsiach organizują się, by pociechy do szkoły dostarczyć i potem odebrać. Kiedy pojawiają się artyści, muzycy klasyczni, poeci, ba – raperzy, młodzież słucha ich uważnie i żaden nadzór nie jest potrzebny, by zwracać uwagę na niewłaściwe zachowanie.

Gimnazjum, w którym obecnie pracuję, zaprzecza całkowicie obiegowej opinii na temat tego typu szkół.

I dlatego mi żal, że już niedługo go nie będzie….

O lekturach słów kilka…

ter

I oto mamy kolejną narodową dyskusję na temat, na którym wszyscy się znają. Nie, nie o piłkę nożną chodzi. O szkołę chodzi. O reformę chodzi. Jako nauczyciel na zasłużonej emeryturze, dorabiający  w sytuacjach i miejscach, w których inni nie chcą, atakowana jestem ze wszystkich stron. Co myślę, o czym myślę i jak myślę. Dziś będzie o myśleniu na temat szklonych lektur.

Czy zauważyliście, że gorąca narodowa dyskusja edukacyjna skupia się na przedmiotach humanistycznych? Nikt nie toczy bojów o program z matmy, fizy czy chemii, natomiast podstawa programowa z histy to już sprawa sejmu, senatu i zgromadzenia stowarzyszeń wszelkiej maści. Iskrzy, gotuje się, gorączka na całego. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że takie nauki humanistyczne zysku nie przynoszą. Są oczywiście studia humanistyczne, po których cała rzesza absolwentów poszukuje pracy. Bo ilu można mieć nauczycieli polaka, ilu animatorów kultury, ilu pedagogów w szkołach, w których brak forsy na cokolwiek… Taki matematyk to co innego. Zawsze może zatrudnić się przy statystykach, w przeciwieństwie do biednego magistra filologii polskiej. Dobra koniec z narzekaniem. Czas na konkrety.

Jaki zatem powinien być zestaw lektur szkolnych?

Przede wszystkim wzięłabym się poważnie za weryfikację twórczości Mickiewicza. W swych tekstach wyraźnie promuje Litwę jako ojczyznę moją. Mój kraj to Polska właśnie i nie widzę sensu zmieniania obywatelstwa. Co, kiedyś jej część była w Polsce? Ale kiedy to było…. przed potopem chyba. W każdym razie Litwa jako ojczyzna dziś się nie przyjmuje. Może jedynie wzbudzać jakieś emocje rewizjonistyczne. Bezwarunkowo usunęłabym też Konrada Wallenroda. Nie dość, że Litwin, to jeszcze Niemiec i do tego szef zakonu, który nic dobrego dla Polski nie zrobił.

Z Mickiewicza pozostawiłabym jedynie wiersz „Polały się łzy rzęsiste…” z cytatem „Wiek męski, wiek klęski”.

Słowacki też mi się nie podoba. Jego Kordian dokonuje wewnętrznej przemiany na szczycie Mont Blanc, znaczy się na terenie UE, jakby u nas Rysów nie było. Do tego wzywa na patrona swych działań bohatera narodowego Szwajcarii. Słowem skandal. 

Podobnie z Wyspiańskim. W „Weselu” prezentuje niejakiego Wernyhorę –ukraińskiego Kozaka, który przynosi złoty róg mający zagrzewać Polaków do boju. Ludzie, obcy w naszym domu ma nam nakazywać kiedy i kogo mamy tłuc?

Weryfikacji powinien ulec Żeromski. Jego „Przedwiośnie” i wizja szklanych domów to wyraźna prowokacja, znaczy się jaja z wszelkich programów wyborczych. Nagadać, naobiecywać, zachęcić do powrotu z Wielkiej Brytanii (tak, wiem, wtedy o Rosję chodziło, stary Baryka wracał wraz z synem, ale co tam, zawsze to powrót do kraju), a potem pokazać zaniedbane polskie wsie i miasteczka. Na szkodę elit wpłynąć może opis majątku Nawłoć i wielkopańskie zabawy. Po co młodym ludziom pokazywać jak żyją ważni kosztem mniej ważnych? Koronnym argumentem za  usunięciem „Przedwiośnia” jest oczywiście marsz młodego Baryki na Belweder. Oj niebezpieczne, niebezpieczne działanie… wszak lektury powinny mieć wartość ponadczasową.

Ale „Siłaczkę” bym zostawiła. Idealna wizja pracy za darmo w polskich szkołach. Piękny sielski obrazek umierającej nauczycielki w objęciach wiedzy, nauki i tyfusu. W sam raz na propagowanie pracy u podstaw wśród młodych ludzi i przyzwyczajania do pracy za darmochę, na „śmieciówkach”. Wszak nie żarcie się liczy, tylko idea.  

Lećmy dalej. Rej też w odstawkę. Pleban może się obrazić. Kochanowski – do kąta za szerzenie pijaństwa we fraszkach oraz wątpienie w istnienie Najwyższego w trenie X „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest”. O poezji barokowej nie wspomnę. „Nagrobek ku…”, „Nagrobek kusiowi”…. jawna pornografia. Usuwamy całego Fredrę. Bez dyskusji i wskazywania tytułów, bo może jeszcze młodzież zechce przeczytać.

Do weryfikacji oczywiście Sienkiewicz i jego „W pustyni i w puszczy”. Przedstawia Mahdiego jako kidnapera i zabójcę, tymczasem walczył on o wolność swego kraju. A „Pies, który jeździł koleją” Pisarskiego? Bez biletu? Gdzie kontrolerzy?

Rety, została nam jeszcze literatura oświecenia, Młodej Polski, dwudziestolecia, współczesna… A wywalić wszystko!

Zostawić instrukcję głosowania w następnych wyborach. Obojętnie do czego.    

 

 

Złoto dla wspomnień…

flixstercom

Każdy z nas ma swoje ulubione filmy… nie, nie ze względu na ich wartości ponadczasowe, artystyczne czy ideologiczne. Zwróćcie uwagę, że ulubione filmy to te, które kojarzą się nam z konkretnymi wydarzeniami i osobami… czasami są to pierwsze randki… czasami spotkania z ludźmi, których już nie ma wśród nas…

Mam też takie filmy w swoim życiorysie…

Pierwszy, najbardziej ukochany, znany na pamięć do tego stopnia, że każde nowe tłumaczenie wprowadza zamęt w głowie, to „Złoto dla zuchwałych”…


http://www.filmweb.pl/film/Z%C5%82oto+dla+zuchwa%C5%82ych-1970-6718

Był rok 1974 lub 1975 … w kinie wyświetlano film amerykański. Wojenny do tego. I tyle wówczas o nim wiedziano. Poszłam razem z Mamą, która cudem dała się namówić na ten seans. Nie lubiła filmów o tematyce wojennej. Siedziałyśmy na twardych, drewnianych krzesełkach. Nie było popcornu, super dźwięku i obrazu w 3D lub 4K. Film oczywiście był kolorowy i z napisami. Wraz z rozwojem akcji nasze skupione miny stawały się coraz bardziej …uśmiechnięte. Wychowane i przyzwyczajone do wojennych, tragicznych epopei, dostałyśmy dawkę humoru, zadumy oraz heroizmu w imię… prywatnego interesu. No cóż, Amerykanie… zawsze odwrotnie niż inni.

Z kina wyszłyśmy uśmiechnięte. Popołudnie mile spędzone. Dzisiaj, kiedy wspominam Mamę, od razu widzę stare kino i amerykański film. Mam nagrany na kasetę VHS, jeszcze w starej wersji, bez cyfrowej renowacji. Często go oglądam i uśmiechając się do „Świrusa” – Donalda Sutherlanda czy Dużego Joe – Telly’ego Savalasa, wspominam Mamę…

Innym filmem, który utkwił mi w pamięci był „Unkas, ostatni Mohikanin” z 1968 roku.


http://www.filmweb.pl/film/Unkas+ostatni+Mohikanin-1968-179562

Film został niestety zapomniany… tymczasem był to jeden z pierwszych, zapamiętanych przeze mnie filmów, który oglądałam wspólnie „ze szkołą”. Byłam uczennicą szkoły podstawowej nr 4 w Wałbrzychu przy ulicy Świerczewskiego 100 (obecnie Piłsudskiego). W naszej dzielnicy Nowe Miasto, jak w każdej wałbrzyskiej, było kino, nazywało się „Oaza”. Chodziło się tam również podczas lekcji. Tak jak to dzisiaj bywa. W latach sześćdziesiątych panowała moda na filmy indiańskie, w kinach królował dzielny wódz Apaczów Winnetou. Może dlatego Rada Pedagogiczna zdecydowała, że powinniśmy obejrzę ekranizację powieści autentycznego amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Cooper’a. Wszak Karol May nim nie był…

Czy ktoś rozrabiał w czasie seansu? Nie pamiętam. Filmu też nie bardzo. Pamiętam przede wszystkim moment zabicia głównego bohatera – Unkasa i swój płacz. Płakałam chyba przez całą drogę powrotną do domu. Nie mogłam darować łysemu Indianinowi o imieniu Magua, że zabił przystojnego Mohikanina. Kiedy w 1992 roku powstała druga wersja powieści Coopera, szybko pobiegłam do kina. Przeżyłam rozczarowanie. Byłam pewna, że głównym bohaterem będzie ponownie Unkas, tymczasem był to Sokole Oko.

Książkę przeczytałam dopiero niedawno i korzystając z nowoczesnej techniki w postaci laptopa, od razu obejrzałam ponownie film. Cóż, nadal to nie był obraz z dzieciństwa… nadal Unkas pozostał w cieniu innych…

A czy wybraliście się kiedyś do kina zupełnie nie mając pojęcia, jaki film będziecie oglądać? Za moich czasów chodziło się bowiem „do kina” oraz „na film”. Właśnie to pierwsze pojęcie oznaczało, że człowiek wchodził do kina, żeby zabić czas, spędzić go mile lub były to wyprawy na randkę. A ja kiedyś pojechałam do dużego miasta wojewódzkiego do lekarza, takiego półprywatnego, w dawnej spółdzielni lekarskiej. Ruszyłam rano, zarejestrowałam się i miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo lekarz przyjmował dopiero późnym popołudniem. Postanowiłam pójść do kina. Nie było to multipleks z siedmioma salami, bo takowego wówczas zjawiska nie znano. Nie spojrzałam nawet na afisz, kupiłam bilet. Widzów było niewielu, seans o dwunastej przyciągnął jedynie kilku wagarowiczów. No i zaczęło się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że oglądam film kultowy. Bałam się jak przysłowiowa cholera. Zamykałam oczy. Serce podchodziło mi do gardła. Dłonie zaciskałam na poręczach fotela. Najważniejsze, że przeżyłam, w przeciwieństwie do bohaterów filmu. Oto „Obcy – 8 pasażer Nostromo”.

 
http://www.filmweb.pl/Obcy

Od tamtej pory nie zdarzyło mi się już wejść do kina, nie obejrzawszy nawet plakatu.

I kolejny, bardzo wytęskniony i wyczekiwany, by obejrzeć go po raz następny – „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”


http://www.filmweb.pl/film/Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-1977-1219

Po raz pierwszy obejrzałam go w czarno-białym telewizorze. Fabuła jak fabuła, lubię tego typu filmy. Ale już wówczas marzyłam, żeby zobaczyć ten film w kolorze, bo lądowanie obcych na Wieży Diabła  wydawało mi się niesamowite. Doczekałam się kolorowego telewizora i obejrzałam.

Dzisiaj też. Nawet przestawiłam 2D w 3D i fajnie było. Obudziłam tym samym wspomnienia o filmach, które mocno tkwią w mej pamięci…

Eksperyment pedagogiczny

den

I ponownie mamy Dzień Nauczyciela… Mimo że emeryt ze mnie, w uroczystościach udział biorę. Zwłaszcza w tych nieoficjalnych. Właśnie dziś nabyłam towar, którego nie może być na fakturach funduszu socjalnego i Komitetu Rodzicielskiego. Wyjeżdżamy całą Radą Pedagogiczną poza miasto. Będzie balanga.

Ach, gdzie te czasy, kiedy imprezowało się w szkole…Starsi nauczyciele pamiętają, oj pamiętają swoje niepedagogiczne zachowania… Tymczasem weszła w życie ustawa o trzeźwości i nawet po lekcjach szkolne mury nie mają prawa widzieć wiadomego towaru.  

Ale nie o tym dziś będzie… W moim wieku święto belfrów sprzyja wspomnieniom. Obudziły się one również z powodu śmierci Andrzeja Wajdy… bo było to tak….

Nie wiem kto i w jakich okolicznościach na początku lat dziewięćdziesiątych w mojej szkole – dawna ośmioklasowa podstawówka – przeprowadził eksperyment pedagogiczny. Z najlepszych uczniów utworzono najlepszą klasę, najgorsi trafili do najgorszej. Praktycznie była to dzieciarnia z rodzin patologicznych, drugoroczni, niedostosowani społecznie, z kuratorem oraz – dzieci upośledzone umysłowo. Jak każda klasa, ta miała przypisaną literę – ostatnia klasa w tym roczniku czyli „F”. Tak powstałą klasa „afu”. W czwartej klasie z najlepszymi pracowali najlepsi nauczyciele, z najgorszymi pozostali. Nauczyciele twierdzili, że w tej klasie nie da się normalnie pracować. Wracali z lekcji w stanie skrajnej depresji. Przyznaję się, należałam do grupy, która nie rozumiała swych kolegów. Jak to nie można do nich dotrzeć? Po dwóch latach dyrekcja wymieniła nauczycieli i po cichu dała nam wolną rękę w prowadzeniu klasy F.

Przepracowałam z tymi ludźmi trzy lata.

Zaczęłam od … olewania uczniów. Przychodziłam do klasy, sprawdzałam obecność i prowadziłam lekcję sama ze sobą i z tablicą. Kilka razy w ciągu zajęć powtarzałam, że „płacą mi za przeprowadzoną lekcję, a nie za to, czy ktoś będzie to umiał, czy nie, czy ktoś zda do następnej klasy, czy nie, czy ktoś wyląduje za kratami, czy nie…”.

Po kilku tygodniach coś zaczęło do nich docierać. Byli zdziwieni, że nie nawołuję ich do nauki, nie przekonuję, że powinni się uczyć. Oddałam im ich los we własne ręce. Wreszcie zaczęli mnie zauważać.

Potem nasze zajęcia rzadko przypominały normalne lekcje. Czasami siadałam na krześle i komunikowałam, że nie chce mi się dziś pracować i możemy sobie pogadać. I gadaliśmy. O życiu, o problemach, o polityce, o filmach, o książkach… Biedacy, nie wiedzieli, że przemycam treści szkolnego programu…Oczywiście nie obyło się bez konfliktów. Ktoś mi kiedyś podpadł. Wrzasnęłam. Trzasnął drzwiami. Zapisałam w dzienniku fakt opuszczenie zajęć przez ucznia.

- I pani za nim nie pobiegnie? Nie będzie pani prosiła, żeby wrócił na lekcje? – ktoś mnie zapytał.

- Nie. Niech sobie idzie. Spokojniej będzie.   

Wrócił po kilku dniach. Już więcej mi nie podpadał.

Kiedyś ja im podpadłam. Powiedzieli, ze zniszczą mi auto. Zgodziłam się.

- Nie ma sprawy. Zróbcie porządek.

Dlaczego? Może chodzi o odszkodowanie?

- Ale pani to w ogóle dojeżdża do pracy?

- Oczywiście.

- A czym? – padło wreszcie zasadnicze pytanie.

- Autobusem.

To starcie wygrałam.

Jednego roku rozchorowałam się. Po dwóch tygodniach nieobecności w szkole, zadzwonili do mnie (skąd mieli numer?). Oznajmili, żebym jak najszybciej wracała, bo „ta co do nas przychodzi to lekcje normalne chce prowadzić”, a oni wcale jej nie będą się słuchać, bo …. Tu nastąpiła niecenzuralna wypowiedź. Nie powiem, miło mi się zrobiło.  

I tym właśnie ludziom, kiedy byli w ósmej klasie (mieli od 15 do 17 lat) pokazałam w ramach lekcji polskiego „Kanał” Andrzeja Wajdy. W pracowni znajdował się kineskopowy telewizor oraz szczyt ówczesnej techniki – odtwarzacz video. Przyniosłam kasetę z nagranym przeze mnie z telewizji filmem.

Najpierw było wprowadzenie – krótka historia powstania warszawskiego. Potem wyjaśnienie, że film jest czarno-biały, bo stary, starszy ode mnie. I niech oglądają, bo pan od historii będzie z tego filmu pytał.

Patrzyli na mnie podejrzanie. Rozłożyli się na ławkach. Niektórzy podstawili pod nogi krzesła. Włączyłam projekcję. Początkowo nie byli zachwyceni. Nawet śmiali się z niektórych scen. Jednak powoli wciągali się w fabułę. Czasami czegoś nie rozumieli. Pytali. Odpowiadałam.

Kiedy filmowy oddział zszedł do kanałów, zamilkli. Dyskretnie zerkałam na wpatrzone w telewizor oczy.

- Którędy oni idą? – ktoś zapytał.

- Kanałami.

- Jakimi kanałami?

- Kanalizacyjnymi.

- Tam gdzie są gówna?

- Tak.

- I oni idą wśród tego gówna?

- Tak.

- O, kur…. Ja pierd… Jeb… faszyści! – rozległo się w klasie. Niektórzy uderzyli pięścią w pulpit ławki.

Pamiętam jak przez mgłę zakończenie roku szkolnego. Najlepsza klasa rozbiła bank z nagrodami. Zarozumiali, pewni siebie, dumni stawali przed dyrekcją. Klasa F stała z boku i uśmiechała się drwiąco…Nie wiem, jak potoczyły się losy uczniów z tej klasy… Zatarły mi się w pamięci ich twarze… Kiedy kończyłam pracę w szkole, uświadomiłam sobie, że uczniowie z „afu” nie byli wcale tacy źli…Po nich spotkałam gorszych…

Do kina biegiem marsz!

P1190530

….tu było moje kino Oaza…. Wałbrzych, dzielnica Nowe Miasto…. foto moje 2014 r.

Dziś ponownie przeniosę Was w czasie. Cofniemy się w lata trochę przed potopem, by wrócić do początku naszego stulecia. Ale najpierw wprowadzenie, czyli wstęp. Jako były nauczyciel polskiego przestrzegałam porządku w wypracowaniu i teraz sama muszę to czynić.

Więc jest niby tak.

Czas premiery i kinowej emisji wiadomego filmu …. nie wiecie? już zapomnieliście? … no dobra, dla przyszłych czytelników – o „Smoleńsk” chodzi. No więc najgorętszy czas tego filmu spędziłam w miasteczku nad morzem i wiedzę wszelką czerpałam z internetu. Wszak modem teraz nosi się ze sobą. Tak więc wyczytałam, że uczniowie z różnych szkół masowo są zabierani do kin, by w ramach lekcji film obejrzeć. Bo to i historia, i polski i biologia i matematyka … wszystko w jednym. Piszący o tym fakcie byli z reguły oburzeni, a rodzice wymieniali się informacjami, w jaki sposób dziecko na film nie wysłać. Dostało się też nauczycielom, że niby protestować przeciwko takiemu marszowi nie potrafią.

W małym nadmorskim miasteczku kino jest. Szkoły też są. Marszu nie zauważyłam. Ale przypomniałam sobie stare czasy.

Jako dziecko, a potem licealistka do kina marszem chodziłam. Bo takie marsze organizowane były na długo przed „Smoleńskiem”. Utkwił mi najbardziej w pamięci  miesiąc październik. W kinach w całej Polsce organizowane były dni filmu radzieckiego. W repertuarze były stare i nowe filmy wiadomej produkcji. I o dziwo, nie potrafię sobie przypomnieć żadnego propagandowego filmu produkcji ZSRR, za to pamiętam naprawdę znakomite: „Lecą żurawie” – płakałam jak bóbr; „Los człowieka” – film skłonił mnie do sięgnięcia po tekst; „Cichy Don” – to samo, do tego film na dużym ekranie wyglądał znacznie lepiej niż w telewizorze. ….. i mogłabym jeszcze parę tytułów wymienić.

Kiedyś rzeczywiście nie mogłam iść na film wybrany przez szkołę w ramach lekcji. Poszłam na seans normalny, bo film był nowy. Za mną usiadła grupa takich, co zwykli zakłócać filmy radzieckie. Początkowo śmiali się, wygłaszali idiotyczne komentarze, by zamilknąć. Na nich film też zrobił wrażenie. To „Zapamiętaj imię swoje” i polsko-radziecka produkcja o poszukiwaniu przez matkę syna zaginionego w czasie wojny, dokładnie w obozie w Auschwitz. 

Ale w wyjściach do kina, nie film był ważny. Polski uczeń zawsze był taki jaki był. Najważniejsze było, żeby nie było lekcji. Najgorszy film – lepszy niż matma czy polak.

Jako nauczyciel też dzieci do kina parami prowadziłam. Było to jednak dopiero na przełomie lat 80/90. Ostatnie lata komuny spędziłam bowiem pracując w szkole daleko od szosy, czyli na wsi. Tam kina nie było i autobusu do niego nie zamawialiśmy, nawet na dni radzieckie. Potem chodziłam z małolatami na „Pana Kleksa w kosmosie”, ba, nawet „Park Jurajski” klasowo zaliczyliśmy.

I tu należy się wyjaśnienie. Pobyt ucznia w kinie podczas lekcji musiał być uzasadniony i udokumentowany. Obowiązkowo na lekcji wychowawczej oraz języku polskim lub historii należało film omówić, przeanalizować. Uczniowie nie mogli iść sobie klasowo do kina ot tak sobie, w celu rozrywkowym. Dlatego też potrzebna była obecność wszystkich uczniów. I stąd wyjście było pod przymusem. Oczywiście trafiali się tacy, co nie chcieli, oczywiście organizowano im w szkole opiekę. Ale z reguły siedzieli w domach, a następnego dnia przynosili usprawiedliwienia od rodziców, że dopadła ich jednodniowa biegunka, zwana w latach późniejszych grypą żołądkową.

Ostatnimi filmami, na które prowadzałam uczniów parami były cały komplet filmów o Papieżu. I teraz mi wybaczcie, jeśli urażę czyjeś uczucia – mechanizm wyjścia do kina był identyczny jak w przypadku Dni Kina Radzieckiego w latach 70-tych. Szkołą wynajmowała całą salę kinową na określoną godzinę. Nauczyciele dostawali polecenie, że wszyscy uczniowie iść mają i koniec. Nie sprzeciwiali się, niech który spróbowałby…

Filmy miały być obowiązkowo omawiane na wszystkich możliwych lekcjach i temat obowiązkowo zapisany w dzienniku lekcyjnym. Zatem uczniowie też muszą iść obowiązkowo. Jeśli kogoś nie stać na bilet, komitet rodzicielski zapłaci.  Ba, pamiętam kiedyś nawet podano nam stronę internetową, na której znalazły się gotowe konspekty lekcji w oparciu o któryś z filmów. Oczywiście w duchu religii katolickiej, gdyby ktoś miał wątpliwości.

No więc szliśmy parami przez miasto do tego kina. Uczniowie zadowoleni, bo zawsze film lepszy od polaka i matmy. Nauczyciele też. Lepiej posiedzieć w kinie niż użerać się z nastolatkami podczas lekcji. Słowem wszyscy byli happy.

Zatem moi drodzy, czasy nam się nie zmieniły. Technika trochę do przodu poszła, bo kiedyś będąc nad morzem internetu nie miałam, a teraz proszę…posiedziałam i poklikałam. Tyle na dziś. 

  

Oby cudze dzieci były…

VIII B w siódmej

była kiedyś taka wspaniała klasa…

Dziś będzie o nauczycielach na progu reformy, oczami nauczyciela, który ileś tam reform przeżył i dzięki komunie po trzydziestu latach pracy przeszedł na emeryturę. I ma spokój. Do tego święty zatem może sobie pisać i mówić co chce, bo stypendium z ZUS-u już mu nawet dobra zmiana nie zabierze.

Więc jest tak:

W szkole, z której odeszłam na zasłużony odpoczynek, ruch wśród nauczycieli rozpoczął się już po zakończeniu roku szkolnego. Nie, nie, żeby od razu członkowie rady pedagogicznej czmychnęli na wakacje. Najpierw musieli sobie zapewnić byt na następny rok szkolny. Nie, szkoły nie zamknięto i nie wygaszono. Po prostu przyrost naturalny mamy jaki mamy, czyli go nie mamy, w wyniku czego nie ma cudzych dzieci do nauczania.

Teraz będzie dygresja – ponoć dzieci są darem bożym. Jak to się dzieje w katolickim państwie, że dzieci nie ma? Bozia nas nie lubi, za mało się modlimy? Ha, ha zawsze chciałam zadać to pytanie!

Idąc dalej z tematem właściwym, nauczyciel nie ma tzw. pełnego etatu w danej szkole. Zatrudniony jest np. na 10/18 co oznacza, że ma tylko dziesięć  godzin dydaktycznych w szkole i za tyle mu dyrekcja wypłaca pieniądze. Żeby więc jakoś przetrwać, musi szukać dodatkowych godzin w innych szkołach. I tak oto pod koniec czerwca rzesza nauczycieli rusza w miasto w poszukiwaniu owych godzin. Chodzi sobie taki belfer od szkoły do szkoły i pyta:” A nie potrzeba panu dyrektorowi nauczyciela geografii?”. Najczęściej nie potrzeba, bo własny też jest zatrudniony na 8/18 etatu. Czasami jednak można mieć trochę szczęścia i trafić na panią w ciąży. Wtedy trzeba szybko godziny zaklepać, czekać na szczęśliwe rozwiązanie, a potem dyskretnie namawiać panią do dalszego działania w kierunku 500+.

Jeśli uda się jakieś godziny w innej szkole załatwić, można spokojnie jechać na wakacje. Jeśli nie, rodzi się problem. Jak dorobić do niepełnego etatu?

Matematyk, fizyk, no może chemica mają szanse na korepetycje. Gorzej z plastykiem, biologiem czy humanistą w stylu polonisty. Taki to ma obecnie przerąbane, o czym doskonale wie autorka niniejszego tekstu. Polonistów jak mrówków, a chętnych do brania lekcji niewielu. Wszak wszyscy mówimy po polsku i czego się tu jeszcze uczyć… Kiedyś to były czasy… takie prezentacje maturalne na przykład… U mnie to kolejka się ustawiała. Ale najpierw rynek się nasycił wypracowaniami na określony temat, a potem prezentacje zabrano, zabierając tym samym szanse na zarobek całej rzeszy polonistów.

Myślałam, że na tym blogu trochę zarobię… może jakaś prasa się zainteresuje… Nic z tego, teksty kiepskie, brak zainteresowania, blogerów jak mrówków… Piszący polonista na pisaniu blogów nie zarobi.

W sumie w najlepszej sytuacji jest nauczyciel muzyki. Może wraz z innymi podobnymi sobie założyć kapelę i grać na weselach.

Ustalmy jednak, że belfer dodatkową robotę znalazł. Moi koledzy pewnie też sobie jakoś poradzili. Wrócili we wrześniu do pracy, by podjąć się trudu realizowania kolejnej, nieznanej jeszcze w szczegółach reformy oświaty.

Oczywiście, że narzekają. Cały internet narzeka, to co, mają być inni? Niedawno gdzieś wyczytałam (choroba człowiek tyle czyta, że nie pamięta gdzie – sorry autorze tej myśli), że nauczyciele ponarzekają i potulnie będą reformę wprowadzać. Na wiadomy film z dziećmi do kina też pójdą. Nie będą się buntować, bo im się po prostu bunt nie opłaca. W wyniku zrównania wieku emerytalnego wszystkich pracujących, w szkole znacznie podniosła się średnia lat. Taki buntujący się historyk w wieku 50+ pewnie pół etatu w macierzystej szkole dostanie, ale żadna inna już mu dodatkowych godzin nie da. Niepokorny, trudny we współpracy obrońca prawdziwej historii, będzie musiał nauczyć się śpiewać, żeby  dołączyć do kapeli kolegi od muzyki.

Tak sobie przypominam, że ja też się buntowałam. Nikt nie śmiał mnie ze szkoły usunąć, ale mam do dziś za swoje. W ostatnich latach pracy, kiedy najbardziej od wysokości zarobków zależała moja emerytura, nie dostawałam tzw. godzin ponadwymiarowych. Siedziałam sobie na samym etaciku, w przeciwieństwie do mojej koleżanki z innego miasta, która harowała prawie na dwóch etatach. Dziś ja pisze społecznie bloga, a ona jeździ prywatnie po sanatoriach.

Tak więc kochani, nauczyciele, jak wszyscy ludzie, muszą też dbać o swój tyłek. Tym bardziej, że ciągle jest on takowany. Pomyślcie czasami o tym, zanim ponownie skrytykujecie nauczyciela swojej pociechy.  

Popęd pędzi pędem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedawno, na wiadomym portalu, uczestniczyłam w dyskusji na temat wczesnego rozpoczynania życia seksualnego. Punktem wyjście był „alarmujący raport” o tym, że „siedmiu na dziesięciu gimnazjalistów ma za sobą inicjację seksualną. (…) a co ósma gimnazjalistka prowadzi regularne życie seksualne”. Przypomniała mi się pewna para, która wieczorem siedziała na ukrytej wśród krzewów ławce. Spacerowałam z psem i ujrzałam dwoje małolatów patrzących sobie w oczy… szepczących coś do ucha… on delikatnie obejmował ją ramieniem…słowem… wyglądali cudownie… aż mnie żal du… ściskał, że mnie nikt tak nie obejmuje… I właśnie po przeczytaniu o alarmie w sprawie seksu, wyobraziłam sobie owa parę w sytuacji „łóżkowej”. Też pewnie byłoby pięknie…

W związku z tym pod artykułem zamieściłam notkę:” A co w tym złego?” (że ten seks w gimnazjum).

Pierwszy odzew: „Poza tym, że często odbywa się to z przypadkowym partnerem, bez zabezpieczenia i dla niektórych kończy się niechcianą ciążą to zupełnie nie ma w tym nic złego”.

Zaraz, zaraz, czy tylko nastolatkowie robią to  z przypadkowymi partnerami? Tyle tylko, że dorośli to się raczej nie przyznają lub uznają owe „uprawianie seksu” jako dyscyplinę sportową. A gimbaza chwali się! A ciąża? Pochodzę z czasów, kiedy ciąż było jak „mrówków”. Nastoletnie dziewczyny zachodziły nałogowo, potem szybko wychodziły za mąż i rodziły. Jednym słowem panien w ciąży nie było. A jeśli jakiejś się trafiło, to sprawę ukrywano, oj ukrywano. Albo co gorsza – ciążę usuwano.

Tyle tylko co złego jest w ciąży? W czasach minusowego przyrostu naturalnego każde poczęcie jest na wagę istnienia ludzkości na terenach między Bugiem a Odrą i Bałtykiem a Tatrami. Gimnazjalistka w ciąży otoczona jest ze wszystkich stron opieką. Nauczanie indywidualne, pomoc społeczna, wsparcie Rady Pedagogicznej… Dlaczego zatem panikować z powodu poczętego dziecka? Aha, bo dorośli są bardziej odpowiedzialni za swoje plemniki i komórki jajowe. Oczywiście. Do tego stopnia, że w ogóle nie zamieniają ich w dziecko lub właśnie narodzone przekazują dziadkom i babciom do wychowania.

Potem w dyskusji pojawiła się matczyna troska, o to, by dziecię poszło do łóżka świadomie i bez presji.

O i tu już mamy postęp. Za moich czasów pójście do wyra z osobą płci przeciwnej w ogóle nie wchodziło w rachubę. A z tą samą płcią? Sodoma i Gomora! Cnota aż do ślubu! Zamieszkanie razem przed ślubem? To skandal! No więc ciągał się człowiek po jakiś akademikach, wypytywał, kto ma wolną chatę, w tajemnicy wyjeżdżał pod namiot, ukrywał się na łąkach, o innych miejscach nie wspomnę… Ale za to jakie pozycje w tych trudnych warunkach opanował! Kamasutra to przy tym piskuś!  Wszystko oczywiście robił bardzo świadomie. I uwaga! Ma na starość co wspominać!

Lećmy dalej. Oczywiście w dyskusji wynikł problem edukacji. Kto ma gimbazę uświadamiać? Sorry, gimbusy są już uświadomione. Trza nam do podstawówki. Tu od lat uważam tak samo. Edukację seksualną powinni prowadzić rodzice. Jeśli nawet zostali nimi w bardzo młodym wieku, to chyba przez 10 lat dorośli i mogą dziecko uświadomić. Chyba, że rzeczywiście dziecię uświadomi się samo… jak to za moich czasów bywało.

Mówią, że teraz to wszystko przez internet. My też mieliśmy taki internet, tyle, że w wersji drukowanej. Zakazana lektura jakoś do nas trafiała.

 (Czasami mam  wrażenie, że ukrywane w domach książki pojawiały się w pewnym momencie na widoku… tak, żeby małolat sam po nie sięgnął. Czyżby rodzice sami wyciągali je z zakamarków i podsuwali?)

Do dziś pamiętam… biało-czerwona okładka, a na niej zakazany tytuł ”Życie płciowe człowieka”… tajne spotkania, czytanie…. dyskusja… Zajęcia praktyczne?

Spotykałyśmy się w babskim gronie. Kiedy już tematykę poczęcia utrwaliłyśmy, nadszedł czas na poród. Jedna koleżanka na kanapie z lalką we wiadomym miejscu, druga – w charakterze położnej, trzecia czyta. „Nie tak, wolniej…bo główkę urwiesz”. I tematyka położnicza została opanowana.

Moje pokolenie wiadomości o poczęciu miało na lekcjach biologii dopiero w ósmej klasie, takiej obecnej drugiej gimnazjum. I dzisiaj i wtedy wszyscy byli już dokładnie uświadomieni.

W dalszym ciągu portalowej dyskusji odezwał się głos męski: „Siedmiu ma inicjacje za sobą, a pozostałych trzech nosi rurki”.

Rety, o co chodzi z tymi rurkami – młode pokolenie wprawiło mnie w zakłopotanie. Szybko włączyłam wujka Google… kolejne rety… spodnie typu rurki to dopiero jest problem!  Dla jednych seksowne, dla innych pozbawione męskości, dziewczynom się podoba, jak chłopak ma wszystko ściśnięte, niektórym chłopakom też jest przyjemnie…tu wrzask, tu poparcie, tu obrażanie płci trzeciej… Rurki to spodnie kontrowersyjne. Kiedyś miałam takie, ale właśnie schudłam i rurki już rurkami nie są. Byłam kontrowersyjna, nie jestem…

W sumie to i dobrze, niech młodzi w rurkach sobie pędzą pędem ze swym popędem. Takie ich prawo.  

Powrót do przeszłości

 wchodzę do szkoły

Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu już nie ma… foto z 2008 roku

Jasne, że do mnie zwracają się młodsi stażem nauczyciele, by zapytać o tę nową reformę w szkolnictwie! Jasne – jestem przecież z pokolenia, co to nie jedne reformy, slipy i stringi widziały i w nich pracowały. Zatem, żeby tak nie każdemu z osobna, po ileś razy to samo, piszę!

Więc jest tak, no było kiedyś tak:

Pierwsza reforma, która osobiście mnie dotknęła, to był rok 1961 i wprowadzenie podstawowej szkoły ośmioklasowej. Parę z moich koleżanek w podobnym wieku (na starość wiek się wyrównuje) chodziło do Szkoły Podstawowej nr 4 przy ulicy Świerczewskiego 100 w Wałbrzychu tylko siedem lat. Ja – osiem, miałam być od nich mądrzejsza o ten rok. Dziś żadnej różnicy nie widzę. Skleroza ta sama.

Ale już w 1973 powstała nowa idea – szkoła podstawowa dziesięcioletnia. Mówiono o niej przez kilka lat. Zdążyłam zdać maturę, nie dostać się na studia i podjąć pracę na wsi, jako taka siłaczka (patrz – Żeromski). Na wsi zastałam kolejny etap reformy – zbiorcze szkoły gminne. W stolicy gminy była szkoła główna, we wsiach – jej filie. Był dyrektor gminny i dyrektorzy szkół. W gminnej były narady, rady i balangi z okazji Dnia Nauczyciela. Na takie balangi woził nas wyznaczony przez sołtysa rolnik ze wsi macierzystej. Fajnie było. I tak sobie przepracowałam kilka lat w tych gminnych, obserwując równocześnie, jak oddala się idea „dziesięciolatek”. A przecież już w rękach miałam program nauczania języka polskiego w takiej szkole! Nawet mnie się podobał. Dlaczego idea padła? Nie pamiętam.

W każdym razie pracowałam w zwykłej podstawówce. I też fajnie było. Gdy gruchnęła informacja o powstaniu gimnazjum, szybko zwiałam do szkoły średniej. Bo moi kochani, ja od zawsze byłam przeciwko gimnazjom… Dla mnie to nie były reformy, to były stringi.  I w ostateczności w gimnazjum wylądowałam, moje obawy sprawdziły się, a ja w tej szkole, mając dosyć nauczania, swą karierę nauczycielką zakończyłam.

Dzisiaj mówi się o kolejnej reformie… zaraz, zaraz, jakiej reformie? Przecież to klasyczny powrót do  roku 1961! Będziemy ponownie mieli klasyczną podstawówkę! Młodzi się boją. Czego – pytam się. Wszak większość taką szkołę kończyła. Ci z gimnazjum pewnie nie załapali się do szkoły jako nauczyciele, bo trafili na reformę emerytalną, w związku z którą, nauczyciele na wcześniejszą emeryturę nie mogą odejść i nadal uczą.

Nie, moi kochani przeciwnicy powrotu do szkoły w PRL-u, nikt nie wrzuca do jednego wora dzieci i młodzieży. Jak mnie skleroza nie myli, maluchy zawsze uczyły się na parterze. Ba, ja w klasach I – II uczyłam się w zupełnie innym budynku. Na parterze dzieciaki miały specjalnie dostosowana dla nich toaletę, czyli wszystko było mniejsze. Nikt ze starszych tu nie zaglądał, bo i po co? Czy ktoś z was pamięta, żeby łaził do smarkaterii? A jak się jakiś zabłąkany nastolatek trafił, to momentalnie go przeganiano. Za to maluchy były źródłem wiedzy wszelakiej! Ileż to razy korzystałam z ich detektywistycznych usług przy poszukiwaniu sprawcy szkolnego przestępstwa! Dzieciaki dokładnie świat obserwowały i donosiły.

nauczanie początkowe

budynek z klasami I-II Szkoły Podstawowej nr 4 w Wałbrzychu – obecnie przedszkole – foto z 2008

Przez osiem lat nauki w jednej szkole, w jednej klasie, człowiek zżył się ze sobą. Po latach bardziej pamiętam czas „podstawówki” niż liceum. Zwłaszcza ósmą klasę. Było się najstarszym w szkole i „rządziło”. Ale zanim się nastolatek rozkręcił, trafiał do szkoły średniej i jego zapędy w kierunku posiadania szkolnej władzy osłabły. Znowu był najmłodszy. I starsi wskazywali mu miejsce w szeregu.

Jako nauczyciel nieźle pamiętam uczniów z licznych klas „podstawówki”. Z reguły uczyłam ich pięć lat. Kochani gimnazjaliści, wybaczcie, mieszacie mi się, nie poznaję was na ulicy… to były tylko trzy lata…Niedawno spotkałam swą byłą gimnazjalistkę. Zapytałam o innych z jej klasy. Przyznała  się bez bicia – kontakt ma z ludźmi z „podstawówki” – sześć, a nawet siedem lat w jednej klasie. Trzyletnie gimnazjum i takie samo liceum mocnych więzi nie wytworzyło.

W gimnazjach rzeczywiście skupiono ludzi w wieku „burzy i naporu”. Wraz ze zmianą sposobu wychowywania dzieci, szkoły te stały się mieszanką wybuchową. Problemy, kłopoty, bunty nastolatków – cecha całej szkoły. W dawnej „podstawówce” nastolatków było mniej. Łatwiej można było nad nimi zapanować. Długo i namiętnie mogłabym wspominać czasy gimnazjalne od tej strony…

Przeżywając kolejne reformy w moim życiu, nie zmieniło się tylko jedno – ciągle uczyłam, że „pana Tadeusza” napisał Mickiewicz.

Zatem moi kochani młodzi nauczyciele…. Nie bójcie się kolejnej reformy, która reformą nie jest. To tylko powrót do starego porządku. Nie wszystko w „komunie” było złe, obecny rząd to docenia, tylko się jakoś nie chce do tego przyznać.

Jest jednak ważne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – czy nas, naród polski stać obecnie na kolejna reformę oświatową?

 

Krótka historia torebki foliowej

sprzedam-tanio-odpad-folia-hdpe-669605

Niedawno uczestniczyłam w ostrej dyskusji na temat foliowej torebki. Pewna miłośniczka ekologii przyznała, że przegrała walkę z polietylenem spożywczym, chociaż walczyła zawzięcie, zacięcie i z wiarą. Zwolennicy plastiku twierdzili, że jest on jednym z najmniejszych problemów Matki Ziemi. Wskazali na bomby atomowe, uchodźców i rządy wybranych partii politycznych. Normalni ludzie kiwali ze zrozumieniem głową to w jedną, to w drugą stronę. Ja natomiast oddałam się wspomnieniom… (bo powoli zbliżam się do wieku, w którym lepiej pamięta się wydarzenia sprzed trzydziestu laty niż te z wczoraj).

Pamiętam swoją pierwsza torbę typu reklamówka. Do rodziców przyjechali znajomi z Trójmiasta. Jedno pracowało w
„Baltonie”, które to wówczas przedsiębiorstwo kojarzyło się ze Zgniłym Zachodem. I właśnie taka reklamówka reklamująca „Baltonę” trafiła do moich rąk. Dostałam w prezencie. Była zapinana na małe plastikowe kuleczki, które „wchodziły” w równie małe otworki. Niezwykle kolorowa. Paradowałam z nią po ulicy, do szkoły też nosiłam. Aż pewnego dnia mój szkolny kolega szarpnął za nią i urwał rączki z kuleczkami. Wpadłam w szał. Kazałam mu naprawić bezcenną torebkę. I wyobraźcie sobie, że następnego dnia przyniósł naprawioną! Plastikowe rączki zostały przyszyte! Po wielu latach ów kolega bał się spotkania ze mną, ze względu na zniszczoną torbę…

Tak kiedyś, moi drodzy, szanowano folię! Rzadko pakowano coś w produkt sztuczny. Wszędzie królował papier. I to nie w formie torebki. W sklepach panie zawijały wszystko w arkusze szarego lub – ekskluzywnie – białego papieru. Ręka do góry, kto pamięta takie zwijane przez panią sklepową „rożki” z cukierkami? A kto pamięta, że zawinięte w ten sposób landrynki zlepiały się i czasami do ust trafiało kilka cukierków zamiast jednego? Mięso u rzeźnika też pakowano w papier. I ten papier potem w domu po prostu wyrzucano lub…. spalano. Mieszkałam w kamienicy ogrzewanej piecami na węgiel. Kuchnia też była węglowa.

Kiedy pojawiała się torebka foliowa, myto ją, suszono i wielokrotnie używano. Coraz częściej mówiono, że powinna zastąpić papier, bo papier to lasy, a lasy to tlen, a tlen potrzebny jest do życia. I tak coraz więcej plastikowych torebek zaczęło pojawiać się w naszych domach. Najpierw były owe reklamówki, które autentycznie coś reklamowały. W Peweksie pakowano towar w takie torby. Kto miał taką z Peweksu, uchodził za bogacza. Patrzcie, robi zakupy za dolary!

Potem do torebek trafiło mleko. Jaka to była radocha! Zamiast ciężkich butelek człek niósł do domu dwie torebki! Kiedy w słynnej mleczarni w Piątnicy zainstalowano taśmę „pakującą” mleko w owe torebki, szybko zorganizowałam wycieczkę dla swych uczniów. Pokazałam postęp. Ze swoimi małymi dziećmi spędzałam również wakacje u stryja. Codziennie kupowałam dwa litry specjału w folii. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu stryj każdą torebkę mył i suszył. W drugim przestał. W szufladzie zabrakło miejsca. I to był pierwszy znak, że folii robi się zbyt dużo…

Czy dziś potrafimy żyć bez jednorazówek? Czy potrafimy w jednej torbie umieścić wątróbkę wieprzową obok kiełbasy myśliwskiej i twarogu, zawiniętych w papier i na wierzch położyć bochenek chleba ( tego w papier nie zawijano)? Jasne, że nie. Wystraszeni wirusami, zarazkami i bakteriami wszystko musimy mieć zapakowane osobno. Nie uwolnimy się od torebek z polietylenu. Nie wszystkie również możemy wykorzystywać wielokrotnie. Ten plastik to nie tamten, z którego wykonano moją pierwszą reklamówkę z „Baltony”.

W uwielbianym ongiś przez moich uczniów filmie „Mów mi Rockefeller” nauczyciel chemii przerobił śmieci w plastik, z którego wytwarzano piłeczki pingpongowe. Po pewnym czasie z piłeczek robił się piasek, który z kolei bohaterowie filmu, wspólnie z Arabami, sprzedali Japończykom. I na piłeczkach i na piasku filmowe postacie dorobiły się wielkiego majątku. Takie cuda tylko w kinie na taśmie celuloidowej, znaczy się znowu jakiś plastik…Cóż więc robić?  

Przeciwnicy torebek oczywiście uważają, ze trzeba walczyć z folią na wszystkich frontach. Wszyscy mają bawełniane i lniane torby i pakują w nie zakupy.

Przeciwny bomby atomowej, uchodźców i rządów wybranej partii będą zawsze twierdzić, że problem foliowych torebek jest sztucznie wywołanym problemem, by przykryć inne problemy polityczno-społeczne.

A normalni ludzie machną na wszystko ręką, pójdą do sklepu z dużą torbą pochodzenia naturalnego lub sztucznego, w którą zapakują zafoliowane mięsko, chlebek i marchewką. 

Po prostu – FLAGA

kolonie przytok

uczestnicy kolonii letnich KWK „Wałbrzych” – Przytok k/ Zielonej Góry – 1969 r.

Wśród symboli narodowych najważniejszym jest flaga. Najważniejszym i najprostszym. Wystarczy tkanina w odpowiednich barwach, igła, nitka, kilka ruchów ręką i mamy narodowy symbol. Do flagi należy odnosić się z szacunkiem. I tak w zasadzie jest… nie będę się czepiała.  

 

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie blogerka Ewa pisząc swój.

 
http://mojeroznepodroze.blogspot.com/2016/03/ceremonia.html#more

 Odżyły we mnie wspomnienia dzieciństwa związane z podobnym ceremoniałem.

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Pewnie jeszcze będę do nich wracała…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami 8-)  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii (chyba, bo znowu skleroza). Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….

folder 5

Eurobasket 2009 – Łódź

Ale to już temat na nowy tekst…